Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Siewca Wiatru
 
Katalog - dodano
 Cień i kość (wyd.MAG)
- Leigh Bardugo
 Oblężenie i nawałnica
- Leigh Bardugo
 Zniszczenie i odnowa
- Leigh Bardugo
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

13 1/2 życia kapitana Niebieskiego Misia - Walter Moers

Moje życie wśród mikropiratów


Dziwne przyjście na świat
Życie zaczyna się zazwyczaj od narodzin – ale nie moje. W każdym razie nie mam pojęcia, skąd się wziąłem na świecie. Mogłem – czysto teoretycznie – narodzić się z morskiej piany albo wyrosnąć wewnątrz muszli, jak perła. Możliwe też, że spadłem z nieba, z deszczem meteorów.
Pewne jest tylko to, że znalazłem się jako podrzutek pośrodku oceanu, nagi i sam jak palec. Moje pierwsze wspomnienie to dryfowanie po wzburzonym morzu, w łupinie orzecha, gdyż na samym początku byłem bardzo, ale to bardzo mały.
Poza tym pamiętam, że słyszałem jakiś hałas. Potężny hałas. Gdy ktoś jest tak mały, ma skłonność do wyolbrzymiania, ale dziś wiem, że faktycznie był to najpotężniejszy hałas na świecie.

Mielsztrom
A wytwarzał go najpotworniejszy, najniebezpieczniejszy i najgłośniejszy wir wodny siedmiu oceanów – w swojej rozkołysanej łupince nie przeczuwałem przecież, że zbliżam się do osławionego groźnego Mielsztromu. Dla mnie był to jedynie potężny bulgot. Prawdopodobnie myślałem wówczas (jeśli można to już nazwać myśleniem), że najbardziej naturalnym stanem jest dryfowanie nago w łupinie orzecha po pełnym morzu w stronę ogłuszającego huku.
Hałas wciąż potężniał, łupina kołysała się coraz mocniej, a ja oczywiście nie wiedziałem też, że już od dawna jestem wciągany przez wir. Moja maleńka łódka, prawdopodobnie najmniejsza na świecie, tańczyła po wielokilometrowej spirali w stronę ryczącej otchłani. Należy pamiętać o tym, że była to chyba najbardziej beznadziejna sytuacja, w jakiej można się znaleźć na morzu. Każdy żeglarz, mający po kolei w głowie, omijał rejon Mielsztromu szerokim łukiem. A gdyby nawet ktoś próbował mnie ratować, dosięgnąłby go taki sam los. Zostałby wciągnięty razem ze mną przez wir na dno morza, żaden statek nie był bowiem w stanie mu się oprzeć.
Łupinka orzecha zaczęła się kręcić dodatkowo wokół własnej osi, w takt walca zbliżała się ku katastrofie, by trafić w głąb bulgoczącej paszczy oceanu. Tymczasem ja patrzyłem tylko na gwiazdy wirujące nade mną, wsłuchiwałem się z zachwytem w huk Mielsztromu i nie przeczuwałem nic złego.
W tym momencie usłyszałem po raz pierwszy jedną z mrożących krew w żyłach pieśni mikropiratów.

Mikropiraci
Mikropiraci byli władcami Oceanu Zamońskiego. Tyle że nikt o tym nie wiedział, byli bowiem tak mali, że w ogóle ich nie dostrzegano. Żadna fala nie była dla mikropiratów za wysoka, żaden sztorm zbyt potężny i żaden wir nie wciągał aż tak mocno, żeby nie stawili mu czoła. Jako najzuchwalsi wśród żeglarzy bez przerwy szukali nowych wyzwań, żeby dać dowód swojej sztuki nautycznej w starciu z najgroźniejszymi nawet żywiołami. Z racji nadzwyczajnych umiejętności żeglarskich tylko oni byli w stanie podjąć walkę z Mielsztromem.
I tym właśnie sposobem, z czystej zuchwałości, śpiewając na całe gardło pirackie pieśni, znaleźli się w zasięgu wiru. Uważnie przeczesując powierzchnię wody w poszukiwaniu najkorzystniejszych prądów i tuneli wewnątrz fal, ich oko na maszcie wypatrzył mnie przez swoją maleńką lornetkę, gdy byłem o krok od zniknięcia w czeluściach Mielsztromu.
To, że znaleźli mnie akurat mikropiraci, było podwójnie szczęśliwym zrządzeniem losu, żaden inny żeglarz normalnej wielkości pewnie by mnie nie dostrzegł. Wciągnęli mnie na pokład, owinęli w sztormiak i przywiązali grubymi linami do masztu, co wtedy wydawało mi się bardzo dziwne, ale służyło mojemu bezpieczeństwu. Równocześnie w dalszym ciągu, jakby to było oczywiste, toczyli bohaterską walkę z żywiołami. Wspinali się na maszty i złazili zwinnie niczym wiewiórki, podnosili i ściągali żagle w takim tempie, że kręciło mi się w głowie od samego patrzenia. Rzucali się jak jeden mąż na bakburtę, żeby wyrównać przechył, a potem znowu na sterburtę, dziób albo rufę. Wypompowywali wodę, znikali w brzuchu statku, żeby pojawić się za chwilę z pełnymi wiadrami, wyskakiwali przez luki i wspinali się po linach. Ciągle byli w ruchu, kręcili kołem sterowym, krzyczeli jeden na drugiego, wieszali się wspólnie na dużym żaglu, żeby szybciej go rozwinąć, wybierali liny, a przy tym ani na sekundę nie zapominali o śpiewaniu swoich pirackich pieśni. Pamiętam nawet, że jeden z nich w tym czasie nieustannie szorował pokład.
Spieniona woda zalewała statek, który przechylał się na boki, stawał dęba, a kilka razy nawet się zanurzył, ale nie zatonął. Po raz pierwszy łyknąłem wtedy morskiej wody i muszę przyznać, że smakowała całkiem nieźle. Prześlizgiwaliśmy się przez tunele wewnątrz fal, galopowaliśmy na górach piany, byliśmy wyrzucani wysoko w górę i wciskani głęboko w dół. Piracki statek był miotany na wszystkie strony, ogromne fale policzkowały go, poszturchiwały i opluwały, lecz mikropiraci nie dawali za wygraną. Krzyczeli na morze, pluli na nie i hardo dźgali fale hakami abordażowymi. Błyskawicznie rozdzielali się na maszty, ściągali żagle, a w następnej chwili rozwijali je z powrotem. Reagowali na każdy ruch morza, każdy wiaterek, każde poruszenie statku i zawsze od razu wiedzieli, co mają zrobić w następnej kolejności. Nikt nie wydawał rozkazów, wszyscy mieli równe prawa. I w końcu dzięki wspólnej mrówczej pracy pokonali potężny ocean. Obserwowałem ich wysiłki z podziwem, sam bezpiecznie przywiązany do masztu.
Kiedy jest się tak małym jak mikropiraci (a wtedy również ja), żyje się w innym czasie. Kto kiedykolwiek próbował złapać ręką muchę, na pewno przekonał się, że to maleńkie stworzenie przewyższa go o głowę, jeśli chodzi o szybkość i zwrotność. Z punktu widzenia muchy poruszamy się w zwolnionym tempie, dla niej to nic trudnego manewrować tak, by ominąć naszą rękę i w końcu nam uciec. Podobnie było z mikropiratami. To, co dla normalnego dużego statku było szalonym wirem, im wydawało się niewinnym prądem okrężnym. Dla nas ogromna fala rozbijała się na wiele maleńkich falek, które wygodnie mogliśmy pokonać. Jak orkan przechodzący nad miastem może zrywać dachy z największych domów, a zostawić nietkniętą małą pajęczynę, tak samo ten monstrualny prąd nie mógł nam nic zrobić. Chroniło nas to, że byliśmy tacy mali.
W ten sposób umknęliśmy śmiercionośnemu Mielsztromowi. Jak mówiłem, nic wówczas nie wiedziałem o rzeczywistych niebezpieczeństwach tego wiru – wiedza przyszła znacznie później. Odnotowałem tylko, że bulgot słabnie, a mikropiraci nie krzątają się już tak gorączkowo. W końcu sytuacja na tyle się uspokoiła, że mogli się zebrać wkoło mnie, odwiązać mnie od masztu i podziwiać.
Także ja ich podziwiałem.
Mikropiraci, jak sugeruje sama nazwa, byli dość nikłej postury. Mikropirat mający dziesięć centymetrów wzrostu uchodził wśród swoich pobratymców za wielkoluda. Pływając po morzach na maleńkich statkach, mikropiraci szukali zawsze czegoś, co byłoby na tyle małe, żeby mogło się stać ich łupem. Co zdarzało się bardzo rzadko. A właściwie nie zdarzyło się nigdy. Prawdę mówiąc, w całej historii żeglugi morskiej mikropiraci nie zdołali zdobyć ani jednego statku, lub choćby łodzi wiosłowej. Od czasu do czasu, przeważnie w odruchu desperacji, atakowali również większe statki, a nawet olbrzymie statki oceaniczne. Zazwyczaj ich wysiłków nie dostrzegano. Maleńcy rozbójnicy morscy wbijali swoje haczyki abordażowe w burty dużych statków i byli potem wleczeni tak długo, aż w końcu rezygnowali. Albo strzelali ze swych miniaturowych działek, których pociski nigdy nie docierały do celu – już po kilku metrach wpadały do wody, nie czyniąc nikomu krzywdy.
Ponieważ nigdy nie zdobywali łupów, mikropiraci żywili się głównie algami i rybami, z którymi mogli się mierzyć, na przykład sardynkami lub zupełnie małymi krewetkami. W ostateczności nie gardzili też planktonem.
Zamiast rąk mikropiraci mieli małe żelazne haczyki, a zamiast prawdziwych nóg – nogi drewniane. Poza tym nigdy nie widziałem żadnego bez opaski na oku. Z początku myślałem, że noszą je ze względu na blizny po ranach, jakich doznali podczas ryzykownych prób kaperskich, później jednak dowiedziałem się, że tak już przychodzili na świat, razem z wąsami i kapeluszem.

Z „Leksykonu wymagających objaśnienia cudów, form istnienia oraz zjawisk w Zamonii i okolicach” autorstwa prof. dr. Abdula Nachtigallera
Mikropiraci: Pomimo lub raczej właśnie z powodu właściwej sobie nieszkodliwości mikropiraci bardzo lubią pozować na osobników krwiożerczych i szorstkich w obejściu. Chętnie wygłaszają chełpliwe mowy, które traktują najczęściej o udanych wyprawach kaperskich i obfitych łupach. Można by wręcz powiedzieć, że mają skłonność do samochwalstwa. Kiedy spotyka się dwóch mikropiratów (na statku pełnym mikropiratów zdarza się to przecież bez przerwy), to używając wymownych gestów i dużo krzycząc, wyliczają sobie nawzajem statki handlowe, które rzekomo posłali na dno, i przechwalają się, ilu niewinnych marynarzy bezlitośnie przeciągnęli pod kilem albo wyrzucili za burtę. Piją przy tym rumwit, napój z trzciny cukrowej oraz soku z alg, który jeszcze dodaje skrzydeł ich kaperskiej fantazji i szybko plącze języki, mimo że nie zawiera alkoholu. Mikropiraci mają słabą głowę.


Często uczestniczyłem wtedy w takich spotkaniach i wysłuchiwałem szumnych przechwałek mikropiratów. Przyznaję jednak szczerze, że tego rodzaju kwiecista dekoracja i bujna fantazja robiły na mnie wrażenie. Przy tej okazji nauczyłem się, że dobre kłamstwo w potrzebie często bywa znacznie ciekawsze niż prawda. To tak, jakby ubrać rzeczywistość w piękniejszą sukienkę.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo słowo/obraz terytoria








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-06-22 (1785 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej