Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Róża z Awinionu
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Z zimną krwią'' - Robert Foryś



Zwłoki były całkiem obnażone i przepiłowane na pół. Obie części, tylko nieco od siebie oddalone, spoczywały na dużym ciesielskim stole. Rotmistrz poczuł, jak mdłości podchodzą mu do przełyku i wziął głębszy wdech. To tylko pogorszyło sprawę, gdyż w izbie panował straszliwy fetor, wydobywający się ze zmasakrowanych kiszek.
Rytsch zachowywał się tak, jakby w ogóle nie zauważał smrodu. Podszedł do stołu, torbę lekarską dla wygody postawił na stojącym obok zydlu, a lampę na blacie tuż przy głowie denata.
Woyski przypatrywał się w milczeniu, jak konsyliarz dokonuje wstępnych oględzin zwłok.
– Panie oficerze, proszę bliżej – poprosił medyk.
Woyski niechętnie zbliżył się do stołu powleczonego skorupą zaschniętej krwi. Przez chwilę nie mógł oderwać oczu od obnażonych kości i przepiłowanego wnętrza.
Pan Rytsch w tym czasie obrócił korpus na bok i wskazał na zakrwawione plecy.
– Niech pan spojrzy.
Rotmistrz oświetlił wskazane miejsce i zastygł w zdumieniu na widok setek blizn, pokrywających skórę niczym chaotyczny ryt wykonany ręką szalonego artysty. Ślady po chłoście, głębokie i poszarpane, wiły się i zapętlały jeden na drugim.
Rytsch potrząsnął bezradnie głową, następnie opuścił korpus na blat.
– To wszystko tutaj jest... – medyk zamilkł, nie potrafiąc odnaleźć właściwych słów. Spojrzenie chłodnych oczu spoczęło na twarzy rotmistrza. – Co za potwór mógł uczynić coś
takiego? – spytał zduszonym teatralnie głosem.
– Tego właśnie mam zamiar się dowiedzieć.
Medyk przekręcił tułów na poprzednią pozycję, wyjął z torby narzędzia chirurgiczne i zabrał się za oglądanie zwłok.
Woyski, mając już dość widoku wnętrzności, postanowił rozejrzeć się po izbie. Warsztat był duży, lecz znajdowało się w nim tylko jedno okno wychodzące na podwórze. Rotmistrz doszedł do wniosku, że nawet za dnia musiało tu być dość ciemno. Ruszył wzdłuż ściany i chwilę potem omal nie potknął się o narzędzie zbrodni. Gdy przybliżył lampę, ujrzał okrwawione metalowe zęby, z których zwisały strzępy skóry.
– Mam piłę – oznajmił głośno.
Medyk spojrzał przelotnie w jego stronę, a potem znów zagłębił szczypce między odsłoniętymi żebrami.
Woyski kontynuował obchód, jednak w warsztacie nie znalazł już nic interesującego. Skierował się więc do sąsiedniej izby. Otworzył drzwi i znalazł się w ciemnym pomieszczeniu mieszkalnym. O ile mógł dostrzec w nikłym świetle, wyposażenie izby było proste i surowe: łóżko, stół, szafa, żadnych makat czy kobierców.
Uwagę rotmistrza przyciągnął kufer stojący między łóżkiem a piecem. Spróbował unieść wieko – było zamknięte na klucz. Po przeprowadzeniu dokładniejszych oględzin zauważył, że zamek, choć mocny, jest nieco zardzewiały, zaś między dębową skrzynią a wiekiem utworzyła się szpara. Miał już powrócić do warsztatu po narzędzia, gdy dostrzegł pogrzebacz leżący na piecu. Uzbrojony w kawałek stali powrócił do kufra, odstawił lampę na podłogę, po czym wsadził zakrzywioną końcówkę pogrzebacza w odkrytą wcześniej szparę.
Naparł całym ciężarem ciała na dźwignię, lecz zamek okazał się mocniejszy niż zakładał. Pręt wygiął się niebezpiecznie, jakby miał pęknąć, ale po chwili rozległ się miły dla ucha rotmistrza trzask wyłamywanego drewna.
Odłożył pogrzebacz, podniósł lampę i otworzył wieko. Widok, który ujrzał, wprawił go
w zdumienie. Sięgnął do wnętrza skrzyni, zacisnął palce na wytartej, obitej skórą rękojeści i potrząsnął ręką; trzy grube, krótkie rzemienie z rozmieszczonymi na całej ich długości zadziorami poruszyły się niczym macki żywej kałamarnicy.
Woyski wypuścił z cichym sykiem powietrze z piersi. Odłożył bicz i wyjął z kufra dziwną kapotę, mającą głęboki kaptur zakrywający całą głowę i twarz. W płótnie zrobione zostały otwory na oczy, a na plecach widniało wielkie rozcięcie na ramiona.
Niemal od razu zrozumiał, co trzyma w ręku.
To był strój kapnika. Tak określano ludzi, którzy powodowani pobożnością czy nakazem pokuty biczowali się publicznie podczas Pasji w okresie Wielkiego Postu. Wtedy to przez całą Rzeczpospolitą ciągnęły przerażające gromady zakrwawionych mężczyzn i kobiet, zadających sobie razy równie okrutnymi biczami, jak ten znaleziony w skrzyni.
Podczas wyjmowania kapy Woyski usłyszał metaliczny odgłos. Poświecił lampą na spód kufra. Dostrzegł na jego dnie cały zestaw szpil, łańcuchów, kolczatek oraz inne groźnie wyglądające narzędzia. Wszystkie służyły do zadawania bólu. Hieronim obejrzał dokładniej te przyrządy, na żadnym jednak nie dostrzegł świeżych śladów krwi, co mogło oznaczać, że nie były w użyciu tej nocy.
Gdzieś w ciemności znów rozległo się wycie psa, wyrywając rotmistrza z zamyślenia. Odłożył kapę i bicz do kufra, zamknął wieko. Postanowił nie wspominać medykowi o przyrządach odnalezionych w kufrze. Podszedł do drzwi prowadzących na dwór i dokładnie obejrzał framugę oraz zamki. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku wejścia od strony warsztatu, nie dostrzegł śladów włamania. Wszystko wskazywało, że denat wpuścił mordercę do środka z własnej woli.
Ważniejsze jednak było dla niego co innego: najwidoczniej sama zbrodnia, choć potworna, nie miała związku z prowadzonym przezeń śledztwem. Przy trupie nie było medalika.
Woyski zatrzymał się przy oknie i wyjrzał na podwórze, wypatrując Stiepana. Zobaczył tylko czuwających na straży żołnierzy. Gdy znalazł się na powrót w warsztacie, konsyliarz wskazał palcem leżący na stole przedmiot.
– Znalazłem to zaplątane między żebra.
Woyski niemal podbiegł do blatu. Nie zważając na szarpiące nim obrzydzenie, uchwycił w palce srebrny łańcuszek. Oświetlił rewers medalika z wizerunkiem Wielkiej Nierządnicy dosiadającej bestii.
Mężczyźni wymienili między sobą pytające spojrzenia, jakby każdy z nich miał nadzieję, że drugi zna rozwiązanie tej tajemnicy. W grobowej ciszy usłyszeli odgłos zbliżających się kroków.
Śledczy wyjął z surduta chusteczkę, zawinął w nią medalion, potem schował znalezisko
w wewnętrznej kieszeni. Drzwi otworzyły się i do izby wkroczył Czerny, schylając głowę, aby nie uderzyć o nadproże.
Na widok rozczłonkowanego ciała przeżegnał się i dopiero potem spojrzał na Woyskiego.
– Dowiedziałeś się czego? – zapytał rotmistrz.
Sługa zaprzeczył ruchem głowy.
– Nikt nic nie widział. Uwagę ludzi przyciągnęło wycie psów, które pewnikiem wyczuły śmierć, ale nikt nie zauważył, żeby zaglądał tu ktoś obcy.
– Ustaliłeś, co to za człowiek?
– To Niemiec, nazywa się Peter Vogel. Uciekł ze Śląska podczas wojny. Ludzie mówią, że był spokojnym człowiekiem, nikomu nie wadził. Żony i dzieci nie miał. Samotnik, nie wchodził
z sąsiadami w bliższą komitywę.
Woyski zatopił się w myślach. Czemu tym razem morderca posunął się do tak spektakularnego czynu? Dlaczego Vogel sam wpuścił go do domu? Jaki był klucz, według którego zbrodniarz dobierał swoje ofiary? Czemu służyły medaliony?
Same pytania.
Rotmistrz popatrzył podejrzliwie na Rytscha, zajętego pakowaniem swoich narzędzi do torby. Ciekawe, pomyślał. Makabryczny widok zdawał się nie wywierać na medyku większego wrażenia... zupełnie jakby był na niego przygotowany? A przecież nawet Woyski, który widywał już na polach bitew ludzi straszliwie okaleczonych, z trudem dawał sobie z tym radę. W tyle głowy rozbrzmiały mu słowa kanclerza, te o zgłoszeniu się konsyliarza do śledztwa na ochotnika. Czyżby medyk chciał coś zataić – albo wręcz przeciwnie, podrzucić na miejsce zbrodni? Jak tylko Rytsch zatrzasnął torbę, opuścili izbę. Konsyliarz zapalił fajkę, powietrze wypełnił zapach tytoniowego dymu. Woyski w tamtej chwili mu pozazdrościł; sam chętnie pozbyłby się mdłego posmaku wypełniającego usta.


Misjonarz z Chin



Zdecydował się nie opuszczać chłodnych murów i przejść na teren kolegiaty krytym gankiem łączącym zamek ze świątynią. Nie udał się do samego kościoła, lecz wcześniej zszedł po schodkach na plac, przy którym znajdowała się kamieniczka wikariusza i szkoła kolegiacka. Zza jej murów w przedpołudniowej ciszy rozbrzmiewał słowiczy śpiew młodych chórzystów.
Wikary przyjął go w swym gabinecie.
Szczupły, ciemnowłosy mężczyzna o wypielęgnowanej, przyprószonej siwizną bródce przywitał rotmistrza i wskazał, by gość zajął wolne krzesło.
— Czy dobrze znałeś, wielebny ojcze, zmarłego? — zapytał Woyski, gdy tylko usadowił się na miejscu.
Wikary poprawił nerwowym ruchem koloratkę, jakby ta zrobiła się naraz za ciasna.
— Jak kilkudziesięciu innych kapłanów czy braci służących w kolegiacie i uczących w szkole, a nawet słabiej, jeśli już mam wyrażać się ściśle.
— Czemu to?
— Brat Paweł przybył do nas parę lat temu, mimo to niewiele o nim wiem. Był raczej typem samotnika i choć teraz bardzo tego żałuję, nie miałem okazji poznać go dostatecznie dobrze.
— Gdzie wcześniej służył?
— W koronie portugalskiej, a potem w Chinach.
Woyski zamrugał, myśląc, że się przesłyszał.
— Słucham?
— Był misjonarzem — wyjaśnił ksiądz.
— Wie ojciec, co było powodem powrotu ojca Pawła z misji?
Wikary przybrał wyraz twarzy cechujący nauczyciela wyjaśniającego coś uczniowi.
— Chińscy cesarze nie są przychylnie nastawieni do ludzi głoszących wiarę w Chrystusa. Misjonarze często są wyrzucani z cesarstwa albo co gorsza więzieni czy nawet zabijani. W ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci śmierć męczeńską z rąk pogan poniosło kilkudziesięciu dominikanów i jezuitów, niech Najwyższy wynagrodzi im w niebiosach ich poświęcenie.
— Kto najlepiej mógł znać zamordowanego? — Woyski sprowadził wielebnego na ziemię.
Wysokie, łysiejące czoło wikarego przecięła bruzda towarzysząca skupieniu.
— Ojciec Jan Tyszkiewicz — odparł po krótkiej chwili. — Tylko on przychodzi mi na myśl. Był spowiednikiem brata Będzińskiego.
— Gdzie teraz jest? Chciałbym z nim pomówić.
— Obecnie to niemożliwe, ojciec Jan odprawia egzorcyzm nad jednym z naszych wiernych.
— Z jakim rezultatem? — wypalił Woyski, który już doszedł do siebie po nocnej wizycie w kostnicy.
Wikary obrzucił rotmistrza surowym spojrzeniem.
— Czyżbyś, panie, wątpił w obecność diabła w naszym świecie?
— Ależ skąd, ojcze. Jednak zbyt często jego wpływ jest usprawiedliwieniem dla postępków ludzi czyniących zło z własnej woli lub ogarniętych przypadłością szaleństwa.
Duchowny złożył dłonie i zacisnął palce.
— Żadne zło na tym świecie nie dzieje się bez udziału szatana lub służących mu demonów. Czyż Pismo nie mówi nam, że Chrystus wypędzał złe duchy?
Woyski czuł, jakby ciemne oczy wielebnego chciały go prześwidrować na wylot.
Wprawdzie nie były to już czasy, gdy za ateizm szło się na tortury i ćwiartowanie, lecz takie posądzenie wciąż mogło niezwykle zaszkodzić. Zwłaszcza jeśli padło ze strony wpływowego duchownego.
— Tak, z pewnością, wielebny — odparł z nikłym uśmiechem i nagle spoważniał. — A teraz chciałbym przeszukać dom zmarłego — rzekł zdecydowanym głosem.
Wikary niemal niedostrzegalnie drgnął.
— Oczywiście, panie oficerze, zaprowadzę cię tam osobiście.
— Sam trafię, nie ma potrzeby fatygować ojca.
Wielebny posłał mu chłodne spojrzenie.
— Znajdujesz się, panie oficerze, na terenie jurydyki kościelnej, a sprawa dotyczy śmierci duchownego — napomniał Woyskiego. — Zgodziłem się na przeszukanie domu ojca Pawła tylko pod warunkiem, że będę przy tym obecny.
— Jak sobie życzysz, wielebny — odparł rotmistrz z równie pokornym co fałszywym uśmiechem.
Po opuszczeniu kamieniczki wikarego, idąc ulicą Dziekanią, dzielącą na dwie części jurydykę kościelną, dotarli do szeregu dwupiętrowych kamieniczek sąsiadujących z cmentarzem. Wszystkie należały do księży, a ich właściciele wynajmowali partery budynków na szynki i zakłady rzemieślnicze.
Wikary zatrzymał się przy wejściu do jednego z budynków i kilka razy uderzył kołatką.
Upłynęła dobra minuta, nim rozległ się trzask odsuwanej zasuwy, po czym w otwartych drzwiach stanęła starsza niewiasta. Posłała Woyskiemu nieufnie spojrzenie, jednak obecność wikarego wyraźnie ją uspokoiła.
Nim ksiądz zdołał się odezwać, kobiecina rzuciła mu się do ręki, prosząc o błogosławieństwo. Wikary uczynił nad posiwiałą głową znak krzyża i bez pytania wkroczył do sieni. Woyski podążył w krok za kapłanem.
— Księdza dobrodzieja nie ma — oznajmiła gosposia, jak tylko rotmistrz zatrzasnął za nimi drzwi.
— Ojciec Paweł nie żyje — wyjawił wikary.
Kobiecina pobladła i zachwiała się, jakby miała upaść.
— O Jezu, jak to nie żyje? Co się stało? I co tera ze mną będzie? — krzyknęła, załamując ręce.
Duchowny uciął biadolenie gestem dłoni.
— Znajdziemy coś dla Jakubowej, niech się Jakubowa nie martwi — zapewnił. — Teraz potrzebujemy kluczy do gabinetu ojca Pawła. Wie Jakubowa, gdzie są?
— Pewnie, że wiem, choć wielebny, niech Bóg ma go w swej opiece — zachlipała —
myślał, że nie widzę, jak je chowa.
— Zatem niech pokaże — przykazał wikary, nie zwracając uwagi na ten mały grzeszek.
Podreptali za gosposią do marmurowego postumentu, na którym stała figurka mężczyzny w todze, trzymającego opuszczony ku stopom miecz.
— Tu, pod świętym Jakubem — wskazała kobiecina.
Wikary podniósł figurkę i wyciągnął klucz ukryty w rowku w postumencie. Kazał gosposi oddalić się, a sam zaprowadził oficera na piętro. Idąc w ślad za kapłanem, Woyski zastanawiał się nad pewnością siebie, z jaką ten zachowywał się we wnętrzu kamienicy, choć przecież jeszcze niedawno zapewniał, że nie utrzymywał bliższych relacji z zmarłym.
Po otworzeniu drzwi do gabinetu znaleźli się w pomieszczeniu, którego uchylone okno wychodziło na mur miejski od strony Wisły. Fragment starych średniowiecznych obwarowań zapadł się już pod ciężarem lat i z piętra rozpościerał się wspaniały widok na Pragę, leżącą po drugiej stronie rzeki.
Woyski od razu skupił uwagę na sekretarzyku stojącym przy oknie. Spróbował go otworzyć, lecz okazał się zamknięty. Nie zraził się tym niepowodzeniem, przeszukał dostępne zakamarki mebla, potem sprawdził inne miejsca w pomieszczeniu: za lustrem, pod parapetem, zajrzał pod łóżko. Gdy podniósł się z kolan, spojrzał z bezradną miną na wikarego, który przez cały czas przypatrywał się mu z zainteresowaniem.
— Nigdzie nie ma klucza do schowka, trzeba będzie wyłamać zamek — stwierdził
rotmistrz. — Będę potrzebował pogrzebacza. Albo lepiej łomu. Czy wielebny mógłby zejść na dół i poprosić gospodynię, aby coś znalazła?
Wikary popatrzył nieufnie na oficera i ponownie zerknął na biurko.
— Ja w tym czasie spróbuje jeszcze poszukać klucza, szkoda by zniszczyć taki mebel — dodał pośpiesznie Woyski.
— Dobrze, zapytam — duchowny zgodził się niechętnie.
Gdy kapłan opuścił gabinet, rotmistrz zbliżył się do drzwi i przez chwilę nasłuchiwał cichnącego odgłosu kroków na schodach. Dopiero gdy upewnił się, że księżulo nie zawróci nagle pod jakimś pretekstem, powrócił do biurka. Wymacał dłonią maleńką przegródkę skrytą pod blatem i wyciągnął klucz. Tak jak należało się spodziewać, idealnie pasował do zamka.
Skrytki były dwie. Woyski zajrzał najpierw do górnej. Na wierzchu leżała Biblia w twardej czarnej oprawie i zeszyt rachunkowy, w którym ojciec Paweł spisywał wydatki. Woyski przeszukał resztę papierów. Były to głównie dokumenty kościelne, wśród których nie znalazł nic interesującego dla śledztwa. Wtem wydało mu się, że słyszy skrzypnięcie schodów. Przez kilka sekund nasłuchiwał, lecz niepokojący dźwięk nie powtórzył się.
Zajrzał do drugiej szuflady, gdzie spoczywały dwa zwoje papieru. Zapisano je znaczkami przypominającymi miniaturowe krzaczki. Jako że w Warszawie nie było zapewne człowieka, który potrafiłby odczytać to pismo, Woyski zaczął szperać głębiej w papierach, mapach i zeszytach. W niektórych narysowano i opisano egzotyczne ptaki i zwierzęta. Na samym danie szuflady natknął się na duży, gruby zeszyt w twardej, skórzanej okładce. Przejrzał kilka kartek, zapisanych charakterem pisma takim jak zeszyt rachunkowy. Woyski domyślił się, że ma przed sobą pamiętnik.
Rotmistrz nie miał czasu, by zagłębiać się w lekturze. Znów usłyszał skrzypniecie schodów, tym razem nie mogło to być złudzenie.
Zamknął szufladę, przekręcił klucz, wyjął go z zamka. Podbiegł i przez uchyloną okiennicę cisnął pamiętnik w gęstwinę chwastów rosnących pod murem miejskim.
Kiedy wikary wszedł, rotmistrz obrócił się ku niemu z niewinną miną.
Woyski odebrał pogrzebacz od wielebnego i zabrał się za wyłamywanie rolety. Po dostaniu się do wnętrza oskrzynienia, wspólnie przejrzeli rzeczy należące do zmarłego misjonarza.
Rotmistrz tym razem miał sposobność, aby dokładnie przejrzeć zgromadzone zapiski. Przez cały czas wikary patrzył mu na ręce, dbając, aby żaden z dokumentów nie trafił do kieszeni oficera.
Gdy skończyli przeglądać zawartość sekretarzyka, zabrali się za przeszukanie reszty pomieszczenia, a następnie przeszli do alkowy, połączonej z gabinetem osobnymi drzwiami.
W szafce stojącej przy łożu odkryli zadziwiający pojemnik wykonany ze srebra i porcelany.
Wystawała z niego złota rurka. Wikary wziął przedmiot w dłoń, obejrzał go ze wszystkich stron, po czym spojrzał pytającym wzrokiem na oficera.
— Cóż to takiego?
— Fajka, ojcze. Do wnętrza wrzuca się wysuszone mleko makowe, uzyskiwane z niedojrzałych makówek i uformowane w krążki, a następnie podgrzewa się je, unosząc pojemnik nad płomień świecy lub lampy. Opium topi się, a opary parują przez te złotą rurkę.
Palacz wciąga dym prosto do płuc. W Anglii zalecają opium na niemal wszystkie schorzenia, od bólu kiszek, przez duszący kaszel, aż po zapalenie opłucnej. Choć tam głównie podaje się je z winem, by przytłumić nieprzyjemny zapach i smak — wyjaśnił Woyski księdzu, który słuchał go ze szczerym zainteresowaniem, po czym westchnął.
— W tej Anglii widać są tędzy doktorzy, nie to co u nas. Pomyśleć, że jak dwa lata temu cierpiałem na zapalenie pęcherza, to jeden taki konował kazał mi pić destylat z końskiego łajna, i to bez żadnego wina — wyznał cierpiętniczym głosem, odkładając fajkę na miejsce.
„Końskie łajno przynajmniej nie uzależnia”, pomyślał roztropnie Woyski i obejrzał dokładnie półki, ale nigdzie nie odnalazł nawet uncji proszku w żółtobrązowym kolorze rozdrobnionego opium.
— Wiesz może, wielebny ojcze, z której apteki korzystał ojciec Paweł?
— Wszyscy duchowni sprawujący posługę w kolegiacie czy szkole korzystają z apteki pana Jakuba Morusa przy Świętojańskiej.
Woyski zamknął szafkę z fajką i zabrał się za dalsze przeszukiwanie alkowy. Potem zajrzeli jeszcze na krótko do garderoby i umywalni, a następnie zeszli na parter i przez główne drzwi opuścili kamienicę.
— Kiedy będę mógł, wielebny ojcze, porozmawiać z ojcem Janem? — zapytał rotmistrz, gdy przystanęli obok cmentarnego murku.
Wikary sięgnął do kieszonki przemyślnie ukrytej w fałdach duchownej sukni i wyjął złoty podręczny zegarek. Zerknął na wskazówki.
— O tej porze ojciec Jan spowiada wiernych, panie oficerze.
— Ile czasu to potrwa?
— To zależy od grzechów, z którymi przychodzą pokutnicy — odparł wikary, a surowe spojrzenie ciemnych oczu przyszpiliło Woyskiego niczym hartowane ostrze. — Odnoszę wrażenie, panie, że ty sam dawno nie byłeś w konfesjonale i potrzebujesz duchowego oczyszczenia, jakie przynosi wyznanie grzechów.
Woyski posłała wielebnemu cierpki uśmiech.
— Być może skorzystam z okazji, ojcze.
Na tym się rozstali. Wikary podreptał w stronę wejścia do zakrystii, zaś rotmistrz skręcił w bezimienną uliczkę między tyłami kanonii a gimnazjum jezuickim. Cuchnący uryną zaułek dochodził do muru obronnego i umieszczonej w nim furty. Woyski cofnął się wzdłuż muru aż dotarł do kępy chwastów, w którą wcześniej cisnął zapiski ojca Pawła. Odnalazł pamiętnik, po czym schował go za pazuchę.
Przez chwilę zastanawiał się nad dalszym postępowaniem. Miał zamiar pomówić jeszcze z ojcem Janem, spowiednikiem zamordowanego księdza, ale nie uśmiechało mu się siedzieć w kościele i czekać, aż spowiednik skończy przyjmować wiernych. Postanowił skorzystać z okazji i udać się do apteki Jakuba Morusa, by osobiście przyjrzeć się byłemu felczerowi. Przy okazji chciał też zapytać go o opium. Jak podejrzewał, zażycie przez księdza dużej dawki narkotyku wyjaśniało, dlaczego postawny duchowny nie stawiał oporu mordercy.
Sprzedaż tego specyfiku sama w sobie nie była niczym dziwnym. Palenie opium lub picie laudanum przynosiło uczucie komfortu i wedle znawców oraz lekarzy wyostrzało intelektualne oraz psychiczne cechy umysłu. Zwyczaj ten jeszcze za życia poprzedniego pokolenia rozpowszechnił się w Anglii i Niderlandach, przywieziony tam przez kupców i oficerów z Kompanii Wschodnioindyjskiej. Wśród wielu angielskich dżentelmenów panowało przekonanie, że palenie opium jest nieporównanie lepsze od spożywania alkoholu, który często wywołuje niekontrolowane emocje. Opium zaś skłania do rzeczy szlachetnych, wzniosłych, wzmacnia witalne siły ciała i umysłu, byle tylko trzymać się stałych dawek.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-08-18 (940 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej