Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Galilee
 
Katalog - dodano
 Grzechy Imperium
- Brian McClellan
 Klub samobójców
- Rachel Heng
 Słupnik
- Jakub Bielawski
 Diablero
- F.G. Haghenbeck
 Opowieści z piasku i morza
- Alwyn Hamilton
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Dotyk ciemności'' - Karen Chance



Jak tylko zobaczyłam nekrolog, wiedziałam, że mam przechlapane. Było to dość oczywiste – na nekrologu widniało bowiem moje imię i nazwisko. Ciekawe, jak mnie znaleźli i skąd pomysł, żeby robić mi takie kawały. Tony nigdy nie grzeszył poczuciem humoru – może dlatego, że był martwy, a może po prostu zawsze był takim ponurym sukinsynem.
Nekrolog widniał na monitorze mojego komputera w miejscu, gdzie zazwyczaj znajdowało się logo biura podróży. Wyglądał jak zeskanowany fragment gazety, ustawiony jako element tła pulpitu. Z pewnością nie było go jeszcze pół godziny temu, gdy wychodziłam, żeby kupić sobie sałatkę. Uczucie paniki przyćmił podziw – nie sądziłam, że bandziory Tony’ego wiedzą, jak wygląda komputer.
Zaczęłam gorączkowo szukać w szafce pistoletu, jednocześnie czytając opis mojej śmierci, która miała nastąpić dziś późnym wieczorem. W mieszkaniu trzymałam lepszą broń i kilka innych gadżetów, ale pójście tam teraz nie byłoby najlepszym posunięciem. Do tej pory nie chciałam ryzykować kary za posiadanie broni, więc w torebce nosiłam jedynie mały pojemnik z gazem łzawiącym na wypadek, gdyby ktoś mnie napadł. Po trzech latach względnego bezpieczeństwa zaczęłam się zastanawiać, czy i to jest potrzebne. Pewnie za bardzo się wyluzowałam, a teraz miałam nadzieję, że nie zapłacę za to życiem.
Pod moim imieniem i nazwiskiem widniał opis niefortunnego incydentu z moim udziałem, dowiedziałam się z niego, że nieznany sprawca wpakował mi dwie kule w głowę. Choć w gazecie widniała jutrzejsza data, zajście miało mieć miejsce dziś o 20:43 na ulicy Peachtree. Zerknęłam na zegarek – była za dwadzieścia ósma, tak więc otrzymałam godzinną przewagę na starcie. Gest zbyt hojny jak na Tony’ego. Pewnie facetowi, który trudni się morderstwami, zabicie mnie od razu wydało się zbyt proste. Dla mnie przygotował coś ekstra.
W końcu znalazłam mój rewolwer Smith & Wesson 3913 pod ulotką reklamującą rejs do Rio. Zastanowiłam się, czy to aby nie jest znak. Oczywiście nie miałam kasy, żeby móc uciec z kraju, a jako pucułowata, niebieskooka blondynka zdecydowanie wyróżniałabym się spośród ciemnookich senioritas. Poza tym, nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że Tony i tam ma swoje wtyki. Jeśli istnieje się na tyle długo, żeby pamiętać pijanego Michała Anioła leżącego pod stołem, to jest się w stanie nawiązać kilka kontaktów.
Wyłowiłam z torebki paczkę gum, którá trzymałam w przegródce na broń, i wepchnęłam tam swój pistolet. Broń pasowała jak ulał. Kupiłam ten rewolwer, moją pierwszą broń, razem z trzema specjalnymi torebkami prawie cztery lata temu. Polecił mi ją agent FBI, Jerry Sydell. Jak większość ludzi, uważał mnie za świruskę, ale w końcu to ja pomogłam mu unieszkodliwić jedną z największych grup przestępczych w Filadelfii, więc postanowił udzielić mi darmowej porady. Pomógł mi wybrać dziewięciomilimetrowy pistolet półautomatyczny, który pasował do mojej drobnej dłoni, a jednocześnie potrafił skutecznie unieszkodliwić wszystkich osobników poruszających się na dwóch nogach.
„Nie działa na duchy i upiory – powiedział, uśmiechając się szeroko. – Z nimi musisz sobie radzić sama.”
Zabierał mnie też codziennie przez dwa tygodnie na strzelnicę i naprawdę nieźle mnie wyszkolił. Co prawda wciąż pudłowałam, ale brakowało mi już niewiele, żeby bezbłędnie trafiać do celu. Później, jeśli tylko było mnie na to stać, sama kontynuowałam naukę. Obecnie trafiałam w tarczę, pod warunkiem, że była wystarczająco duża i nie stała dalej niż trzy metry ode mnie. Miałam cichą nadzieję, że nie będę musiała strzelać do niczego poza nią. Nie moja wina, że wyszło inaczej.
Myślę, że Jerry na swój sposób mnie lubił, przypominałam mu jego najstarszą córkę, więc chciał, żebym wyszła na prostą. Sądził, że pewnie jeszcze jako dziecko wpadłam w złe towarzystwo – nawet nie wiedział, ile miał racji – a następnie zmądrzałam i postanowiłam złożyć zeznania. Nigdy się nie dowiem, jak tłumaczył sobie fakt, że dwudziestoletnia sierota wiedziała wszystko o wewnętrznym funkcjonowaniu głównej rodziny mafijnej, z pewnością jednak nie wiarą w moje, jak to określał, „czary–mary”. Jerry nie wierzył w żadne zjawiska nadprzyrodzone. Nie chciałam wylądować w pokoju bez klamek, więc nie wspominałam mu o moich wizjach ani o tym, że trafił w sedno, mówiąc o duchach i upiorach.
Od zawsze jak magnez przyciągałam dusze zmarłych. Może wiąże się to z moim jasnowidzeniem. Sama nie wiem. Tony zawsze starannie kontrolował to, czego się uczyłam, pewnie bał się, że jeśli będę wiedzieć za dużo, to zacznę wykorzystywać swoje zdolności przeciwko niemu. Dlatego też nie wiem wiele o moim darze. Możliwe, że jestem atrakcyjna dla tych ze świata duchowego, ponieważ ich po prostu widzę. Nawiedzanie kogoś, kto nawet nie wie, że istniejesz, musi być dołujące. Nie, żeby duchy mnie straszyły – one raczej lubią się przede mną popisywać.
Czasami to nawet nie jest takie złe. Tak było w przypadku starszej kobiety, którą spotkałam na ulicy, będąc bezdomną, nastoletnią uciekinierką. Zazwyczaj widuję duchy wyglądające jak żywi ludzie, zwłaszcza jeśli są to dusze niedawno zmarłych i mające dużo energii. Długo nie zdawałam więc sobie sprawy, że ta kobieta jest duchem. Była czymś w rodzaju anioła stróża swojego wnuka, którego za życia pomagała wychowywać. Zmarła, gdy on miał dziesięć lat, a po jej śmierci partner córki wprowadził się do nich i z miejsca zaczął bić chłopaka, który po niecałym miesiącu nie wytrzymał i uciekł z domu. Powiedziała mi, że nie po to spędziła dziesięć lat, opiekując się nim, żeby teraz go zostawić, i że Bóg na pewno nie będzie miał jej za złe tego, że trochę na nią poczeka. Ponieważ mnie poprosiła, dałam chłopakowi pieniądze na autobus do San Diego, gdzie mieszkała jej siostra. Oczywiście nie opowiadałam tego typu rzeczy Jerry’emu. Nie wierzył w nic, czego sam nie mógł zobaczyć, dotknąć lub zastrzelić, co drastycznie ograniczyło tematy naszych rozmów. Rzecz jasna, nie wierzył również w wampiry, a przynajmniej do tej nocy, kiedy kilku kolesi Tony’ego złapało go i rozszarpało mu gardło.
Wiedziałam, co się mu przydarzy, ponieważ zobaczyłam ostatnie sekundy jego życia, gdy wchodziłam do wanny. Otrzymałam, jak zwykle, niezwykle wyraźną wizję tej masakry – w kolorze, w zbliżeniu i w trójwymiarze – przez co poślizgnęłam się na śliskiej podłodze i o mały włos nie złamałam karku. Gdy w końcu przestałam się trząść na tyle, żeby utrzymać telefon, zadzwoniłam na numer alarmowy Programu Ochrony Świadków, ale agentka, która odebrała telefon, stała się podejrzliwa, kiedy nie chciałam powiedzieć, skąd wiem, co się ma stać. Powiedziała, że przekaże Jerry’emu wiadomość, ale słychać było, że nie bardzo ma ochotę zawracać koledze głowę w weekend. Zadzwoniłam więc do głównego oprycha Tony’ego, wampira o imieniu Alphonse, i przypomniałam mu, że jego zadaniem jest dowiedzieć się, gdzie rząd mnie ukrył, a nie narażać się Senatowi, zabijając ludzi, którzy na dodatek nic nie wiedzą. Powiedziałam też, że Jerry jest dla nich bezużyteczny, bo informacje, które posiada, właśnie uległy przedawnieniu.
Nigdy nie odnosiłam specjalnych sukcesów, jeśli chodzi o zmianę przepowiedzianych wydarzeń, ale miałam nadzieję, że wspominając o Senacie, sprawię, że Alphonse zastanowi się dwa razy, zanim coś zrobi. Senat to grupa najstarszych wampirów decydujących o obowiązujących zasadach, które muszą być przestrzegane przez wampiry niższe rangą. Nie mają dla ludzi więcej szacunku niż Tony, ale cenią sobie wolność, jaką daje im to, że ludzie nie wierzą w ich istnienie, więc zadają sobie sporo trudu, żeby nie przyciągać uwagi śmiertelników. Zabijanie agentów FBI to jedna z tych rzeczy, które irytują Senat. Lecz Alphonse tylko zaczął mnie zwodzić, podczas gdy pozostali próbowali namierzyć moją komórkę. W końcu musiałam się upewnić, że zanim znajdą moje mieszkanie, ja będę już w autobusie poza miastem. Stwierdziłam, że jeśli rząd nie wierzy w istnienie wampirów, to szanse, że mnie przed nimi uchroni, są niewielkie.
Sądziłam, że lepiej poradzę sobie sama, i przez trzy lata wydawało się, że mam rację. Aż do dziś.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-08-25 (1117 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej