Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Gwiazda Strindberga
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Pokuta'' - Anne Rice



Jak już mówiłem, nazwa hotelu Mission Inn w Riverside jest mylna, bo nigdy tu nie było prawdziwej misji, takiej jak San Juan Capistrano.
Ogromny hotel, ucieleśnienie snu architekta, składał się z wielu dziedzińców, altan, krużganków stylizowanych na klasztorne, kaplicy, w której organizowano śluby, oraz niezliczonych urokliwych gotyckich elementów, takich jak łukowate drewniane drzwi, ustawione we wnękach figury świętego Franciszka, a nawet dzwonnice i najstarszy w dziejach tutejszego chrześcijaństwa dzwon. Poszczególne części budynku przywodziły na myśl misje rozrzucone po całym stanie Kalifornia. Niektórzy uważali go za wspanialszy i bardziej zachwycający niż same misje, w hołdzie którym go zbudowano. Mission Inn zawsze tętnił życiem, radosnym szczebiotem i śmiechem, emanował ciepłem, zachęcał do kolejnych odwiedzin. (…)

Chętnie poddawałem się tej świątecznej atmosferze, która pozwalała mi na krótką chwilę odzyskać spokój.
Podobnie jak właściciele tego miejsca kochałem piękno, przepych i wizje wyniesione niemal na boskie wyżyny. Jednak w przeciwieństwie do nich nie miałem planów ani marzeń. Byłem tylko posłańcem, wykonawcą przeznaczenia, popychadłem, nawet nie człowiekiem. Nie miałem domu, imienia ani marzeń, lecz jakaś siła kazała mi co pewien czas wracać do Mission Inn. (…)

Doskonale wiedziałem, że ludzie potrafią znieść rzeczy niewyobrażalne.
– To musi wyglądać na atak serca – odezwał się szef. – Nie chcemy żadnych podejrzeń, dlatego komórki i laptopy zostaw na swoim miejscu. Nie ruszaj niczego, upewnij się tylko, że facet nie żyje. Oczywiście jego towarzyszka nie może cię zobaczyć, inaczej leżymy. Ta kobieta jest luksusową dziwką.
– Co ona z nim robi w apartamencie dla nowożeńców? – zdziwiłem się.
Tym przecież był Amistad Suite.
– Usiłuje go zmusić do ślubu. Próbowała w Vegas, ale jej się nie udało. Ma nadzieję, że dopnie swego w kaplicy, do której wszyscy przyjeżdżają w jednym celu. Podobno to jakieś szczególne miejsce dla nowożeńców. Nie będziesz miał problemu ze znalezieniem ich apartamentu, bo znajduje się dokładnie pod kopułą. Możesz go wypatrzyć z ulicy, zanim rozejrzysz się wewnątrz hotelu. A zresztą wiesz, co robić. (…)

Wszystko szło zgodnie z planem.
Przed dziewiątą trzydzieści byłem już na miejscu. Miałem czarne włosy, dobrane pod ich kolor oprawki i woń papierosowego dymu na przybrudzonych rękawicach. Wjechałem skrzypiącą windą na najwyższe piętro z dwojgiem ludzi, którzy nawet na mnie nie spojrzeli, po czym minąłem plątaninę korytarzy i wyszedłem na zewnątrz. Minąłem ogród ziołowy, dotarłem do zielonej balustrady nad dziedzińcem i oparłem się o nią, zerkając na zegar. (…)

Zbliżyłem się do podwójnych drzwi i zapukałem.
Z początku nie zareagował. Po chwili podszedł niechętnie, otworzył drzwi na oścież, zmierzył mnie spojrzeniem i zapytał:
– Czego?
– Prezent od hotelu, proszę pana, z pozdrowieniami – powiedziałem swoim zwykłym, zachrypniętym głosem.
Aparat na zębach utrudniał mi mówienie. Wyciągnąłem przed siebie lilie. (…)

Wykonałem szybki ruch i wtłoczyłem trzydzieści jednostek śmiercionośnej mieszanki w szyję bankiera. Nie podnosząc wzroku, sięgnął do miejsca wkłucia, jakby chciał się pozbyć siedzącego tam owada, co było typową reakcją ofiar. Wsuwając strzykawkę do kieszeni, zapytałem:
– Może szanowny pan mógłby dać napiwek biednemu dostawcy?
Odwrócił się w moją stronę. Stałem nad nim, cuchnąc mchem torfowym i papierosami. Zdążył mnie jeszcze zmierzyć lodowato zimnym, wściekłym spojrzeniem i nagle wyraz jego twarzy zaczął się zmieniać. (…)

Raz jeszcze podniosłem wzrok i przez białe firanki spojrzałem na taras. Przy czarnym stole, pośród donic z kwiatami, siedział jakiś mężczyzna, który zdawał się nas obserwować. (…)

Tymczasem nieznajomy z tarasu podniósł się od stolika. W niemym zdumieniu przyglądałem się, jak wchodzi do pokoju przez szeroko otwarte drzwi, zatrzymuje się pod kopułą i patrzy na mnie, stojącego obok umierającego człowieka. Był wysoki, miał imponującą, szczupłą sylwetkę, burzę miękkich falistych włosów ciemnej barwy i błękitne oczy o wyjątkowo ujmującym wyrazie. (…)

– Nie jesteś w stanie pojąć tego, jak złożona jest otaczająca cię rzeczywistość, bo nie widzisz jej tak dokładnie jak my z nieba. Nie słyszysz modlitw rodzących się w ludzkich sercach, szeptanych w każdym zakątku świata, od chwili jego powstania, przez wszystkie wieki. Jesteśmy potrzebni w czasach, które tobie wydadzą się zamierzchłe. Musisz wiedzieć, że dla mnie takie nie są, ponieważ widzę przeszłość równie wyraźnie, jak chwilę obecną. Będziesz się przemieszczał w czasie ludzkim, lecz ja egzystuję w czasie aniołów, w którym również będziesz podróżował, u mego boku.
– Czas aniołów – szepnąłem z niedowierzaniem.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-08-26 (946 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej