Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zbuntowani
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Ciepłe ciała'' - Isaac Marion



Jestem martwy, ale to nie jest takie złe. Nauczyłem się z tym żyć. Przepraszam, że nie mogę się właściwie przedstawić, ale już nie mam imienia. Mało który z nas je posiada. Gubimy je jak kluczyki od samochodów, zapominamy o nich jak o rocznicach. Moje mogło się zaczynać na „R”, ale to wszystko, co wiem. To zabawne, bo gdy byłem żywy, zawsze zapominałem imion innych ludzi. Mój przyjaciel, M, mówi, że ironia bycia zombie wynika z tego, że wszystko jest zabawne, ale nie możesz się uśmiechać, bo zgniły ci wargi.
Nikt z nas nie jest szczególnie atrakcyjny, ale dla mnie śmierć była łaskawsza niż dla niektórych. Wciąż jestem w początkowym stadium rozkładu. Tylko poszarzała skóra, nieprzyjemny zapach i ciemne sińce pod oczami. Prawie mógłbym zostać uznany za Żywego człowieka, który potrzebuje urlopu. Zanim stałem się zombie, musiałem być biznesmenem, bankierem lub brokerem, albo jakimś innym młodym fachowcem, ponieważ mam na sobie całkiem niezłe ciuchy. Czarne spodnie, popielata koszula, czerwony krawat. M czasem się ze mnie nabija. Wskazuje na mój krawat i próbuje się śmiać. To duszący, bulgoczący dźwięk gdzieś głęboko w jego trzewiach. Sam nosi dziurawe jeansy i białą koszulkę z krótkimi rękawami. Koszulka obecnie wygląda dość makabrycznie. Powinien był wybrać ciemniejszy kolor.
Lubimy sobie żartować i spekulować o naszych ubraniach, ponieważ te ostateczne wybory odzieżowe są jedyną wskazówką co do tego, kim byliśmy, zanim staliśmy się nikim. Niektóre są mniej oczywiste od moich: szorty i podkoszulek, spódnica i bluzka. Więc zgadujemy.
Byłaś kelnerką. Byłeś studentem. Coś ci to przypomina?
Nigdy nic się nie przypomina.
Nikt, kogo znam, nie ma żadnych określonych wspomnień. Co najwyżej zamgloną, szczątkową wiedzę o świecie, który dawno zniknął. Blade wrażenia dawnego życia, które mrowią jak fantomowe kończyny. Rozpoznajemy cywilizację – budynki, samochody, ogólny zarys – ale nie mamy w tym osobistego udziału. Żadnej historii. Po prostu tu jesteśmy. Robimy, co robimy, czas mija i nikt nie zadaje pytań. Ale, jak powiedziałem, nie jest tak źle. Możemy się wydawać bezmyślni, ale tak nie jest. Zardzewiałe kółka zębate wciąż się obracają, tyle że zwalniają coraz bardziej, aż ledwie da się zauważyć zewnętrzny ruch. Burczymy i chrząkamy, wzruszamy ramionami i kiwamy głowami, a czasami wypowiadamy kilka słów. Nie różni się to specjalnie od tego, co było wcześniej.
Zasmuca mnie jednak to, że zapomnieliśmy naszych imion. Już pomijając wszystko inne, to wydaje mi się najbardziej tragiczne. Tęsknię za swoim i opłakuję te należące do innych, ponieważ chciałbym ich kochać, a nie wiem, kim są.
• • •
Setki z nas żyją w budynkach opuszczonego lotniska gdzieś na obrzeżach wielkiego miasta. Najwyraźniej nie potrzebujemy schronienia ani ciepła, ale lubimy mieć wokół siebie ściany i dachy nad głowami. Inaczej po prostu pałętalibyśmy się po otwartej przestrzeni, w kłębach kurzu, a to byłoby dziwaczne i straszne. Wokół nas nie ma zupełnie nic – niczego, czego można by dotknąć, albo na co popatrzeć. Nie ma też żadnych określonych granic, tylko my i otwarta otchłań nieba. Wyobrażam sobie, że tak właśnie jest, gdy jest się w pełni umarłym. Pustka, wszechogarniająca i absolutna.
Wydaje mi się, że jesteśmy tutaj od dawna. Nadal mam całe swoje ciało, ale są tu starsi, z których zostało niewiele, tylko szkielety z zaciskającymi się resztkami mięśni, wysuszone na wiór. Jakimś sposobem wciąż się poruszają i reagują. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś z nas „umarł” ze starości. Może żyjemy wiecznie, nie wiem. Przyszłość jest dla mnie równie mglista, jak przeszłość. Nie potrafię martwić się ani o jedną, ani o drugą, a i teraźniejszość nie jest szczególnie ważna. Można powiedzieć, że dzięki śmierci stałem się bardziej zrelaksowany.
• • •
Gdy znajduje mnie M, znów jeżdżę na ruchomych schodach. Jeżdżę na ruchomych schodach przynajmniej raz dziennie, w górę i w dół, całymi godzinami. To stało się rytuałem. Lotnisko jest opuszczone, ale czasami włącza się zasilanie – może to jakieś przepływy energii z generatorów głęboko pod ziemią. Nagle rozbłyskują światła i mrugają monitory, maszyny zaczynają pracować. Uwielbiam te chwile. To uczucie, gdy rzeczy wracają do życia. Stoję na stopniach i wznoszę się jak dusza ku niebiosom. Słodkie marzenie dzieciństwa, które teraz przypomina kiepski żart.
Po jakichś trzydziestu rundach na górze zastaję czekającego na mnie M. To setki funtów mięśni i tłuszczu zwisające z sześciostopowego rusztowania. Brodaty, łysy, posiniaczony i nadgniły. Ten makabryczny widok pojawia się w polu widzenia w miarę wznoszenia się schodów. Czy to anioł witający mnie u bram? Jego poszarpane usta to zaśliniona, czarna dziura.
Wskazuje w nieokreślonym kierunku.
– Miasto – bełkocze.
Kiwam głową i idę za nim.
Wychodzimy, żeby zdobyć coś do jedzenia. Gdy człapiemy w stronę miasta, wokół nas tworzy się drużyna myśliwska. Nie jest trudno znaleźć ochotników na te ekspedycje, nawet jeśli nikt nie jest głodny. Skupienie myśli to tutaj rzadka sprawa i gdy się manifestuje, to wszyscy za nim podążamy. Inaczej całymi dniami tylko byśmy stali i zawodzili. Dużo stoimy i zawodzimy. W ten sposób mijają całe lata. Ciało odpada nam od kości, a my stoimy, czekając na to. Często się zastanawiam, ile mam lat.
• • •
Miasto, w którym są Żywi, jest wygodnie blisko. Docieramy tam koło południa następnego dnia i zaczynamy szukać mięsa. Nowy głód to dziwne uczucie. Nie czujemy go w żołądkach – niektórzy z nas nawet ich nie mają. Czujemy go wszędzie po równo, jako dręczące, osłabiające wrażenie, że nasze komórki się rozpadają. Poprzedniej zimy, gdy tak wielu Żywych dołączyło do Martwych i polowania stały się mało skuteczne, patrzyłem, jak niektórzy z moich przyjaciół stają się w pełni martwi. Przemiana nie była dramatyczna. Po prostu zwalniali i zatrzymywali się, a po chwili uświadamiałem sobie, że są ciałami. Początkowo mnie to niepokoiło, ale zauważanie, że ktoś z nas umiera, jest wbrew etykiecie. Zająłem się jęczeniem.
Myślę, że świat się w zasadzie kończy, bo miasta, przez które przechodzimy, są tak samo wyniszczone, jak my. Budynki są pozapadane. Na ulicach pełno jest zardzewiałych samochodów. Większość szyb jest powybijana, a wiatr wyje między pustymi wieżowcami jak zwierzę porzucone, żeby umarło. Nie wiem, co się stało. Epidemia? Wojna? Zapaść społeczno-ekonomiczna? A może to po prostu My? Martwi zastępujący Żywych? To chyba nie jest takie ważne. Gdy już dotrzesz do końca świata, to nie ma wielkiego znaczenia, którą drogę wybierzesz.
Gdy zbliżamy się do zrujnowanego apartamentowca, zaczynami węszyć za Żywymi. Ich zapach to nie woń potu i skóry, ale musujący żar energii życiowej, jak zjonizowany posmak błyskawicy i lawendy. Nie czujemy tego nosami. To uderza nas gdzieś głębiej, w mózgi, jak wasabi. Zbieramy się przy budynku i przebijamy do środka.
Znajdujemy ich skulonych w małym pomieszczeniu z zabitymi oknami. Są ubrani gorzej od nas, mają na sobie brudne szmaty i wszystkim bardzo by się przydało golenie. M będzie miał krótką, jasną brodę przed resztę swojej Cielesnej egzystencji, ale wszyscy inni w naszej grupie są gładko ogoleni. To jedna z zalet bycia martwym, kolejna rzecz, którą już nie musimy się przejmować. Brody, włosy, paznokcie… Koniec walki z biologią. Nasze dzikie ciała wreszcie zostały poskromione.
Powoli i niezgrabnie, ale z bezlitosnym zaangażowaniem ruszamy na Żywych. Pełne kurzu powietrze wypełnia się odgłosami strzałów z broni palnej, zapachem prochu i ogniem. Czarna krew ochlapuje ściany. Utrata ramienia, nogi czy części klatki piersiowej to drobiazg. Pomniejsza kwestia kosmetyczna. Ale niektórzy z nas dostają kulkę w mózg i padamy. Najwyraźniej w tej wysuszonej, szarej gąbce nadal jest coś wartościowego, ponieważ gdy ją tracimy, stajemy się ciałami. Zombie po mojej lewej i prawej stronie z mokrym łupnięciem padają na ziemię. Ale jest nas wielu. Mamy przytłaczającą przewagę. Siadamy nad Żywymi i jemy.
Jedzenie nie jest przyjemną czynnością. Przeżuwam ludzką rękę i nienawidzę tego. Nienawidzę słuchać krzyków, bo nie lubię bólu, nie lubię krzywdzić ludzi, ale teraz tak wygląda świat. Tak właśnie robimy. Oczywiście, jeżeli nie zjem całego ciała, jeśli zostawię mózg, to podniesie się i pójdzie za mną na lotnisko, a to może sprawić, że poczuję się lepiej. Przedstawię go wszystkim i może przez chwilę postoimy i pozawodzimy. Trudno teraz powiedzieć, co to „przyjaźń”, ale to mogłoby być coś w tym rodzaju. Jeśli się powstrzymam, jeśli zostawię dość dużo…
Ale nie zostawiam. Nie mogę. Jak zawsze, zabieram się od razu do najlepszej części, co sprawia, że moja głowa rozjaśnia się jak projektor filmowy. Jem mózg i przez jakieś trzydzieści sekund mam wspomnienia. Przebłyski parad, perfum, muzyki… życia. Potem bledną, podnoszę się i wszyscy zabieramy się z miasta, nadal szarzy i zimni, ale czując się nieco lepiej. Niezupełnie „dobrze”, nie „szczęśliwi”, na pewno nie „żywi”, ale… odrobinę mniej martwi. To najlepsze, co możemy zrobić.
Człapię za grupą, aż miasto za naszymi plecami znika. Moje kroki są nieco cięższe niż kroki pozostałych. M cofa się i kładzie mi rękę na ramieniu. Wie, że nie lubię pewnych niezbędnych nam rzeczy. Wie, że jestem trochę bardziej wrażliwy niż inni. Czasem się ze mną drażni, skręca moje potargane, czarne włosy w loczki i mówi „Baba. Taka… baba”. Ale wie, kiedy traktować moje przygnębienie poważnie. Klepie mnie wtedy po ramieniu i tylko na mnie patrzy. Jego twarz nie jest już w stanie wyrazić emocjonalnych niuansów, ale wiem, co chce powiedzieć. Kiwam głową i idziemy dalej.
Nie wiem, dlaczego musimy zabijać ludzi. Nie wiem, czemu ma służyć żucie ludzkiego mięsa. Kradnę to, co ma ono, a czego mnie brakuje. Ono znika, a ja zostaję. To proste, ale bezsensowne. Arbitralne zasady narzucone przez jakiegoś szalonego prawodawcę w Niebie. Ale dzięki temu nadal chodzę, więc trzymam się tego. Jem, aż przestanę jeść, a potem jem znowu.
Jak to się zaczęło? Jak staliśmy się tym, czym jesteśmy? Czy to był jakiś tajemniczy wirus? Promieniowanie gamma? Starożytna klątwa? Czy może coś jeszcze bardziej absurdalnego? Nikt wiele o tym nie mówi. Jesteśmy tutaj i tak już jest. Nie narzekamy. Nie zadajmy pytań. Zajmujemy się własnymi sprawami.
Istnieje przepaść między mną, a światem na zewnątrz mnie. Dziura tak wielka, że moje uczucia nie mogą jej pokonać. Zanim moje krzyki dotrą na drugą stronę, zamienią się w pochrząkiwania.
• • •
W hali przylotów wita nas mały tłumek, patrzący na nas głodnymi oczami lub oczodołami. Zrzucamy nasz umęczony ładunek na podłogę – dwóch mocno naruszonych mężczyzn, kilka mięsistych nóg oraz pozbawioną kończyn i głowy klatkę piersiową, wszystko jeszcze ciepłe. Nazwijcie to resztkami. Nazwijcie to odpadkami. Nasi Martwi kamraci rzucają się na nie i jedzą wprost z podłogi, jak zwierzęta. Życie pozostałe w tych komórkach ocali ich przed pełną śmiercią, ale Martwy, który nie poluje, nigdy nie będzie zadowolony. Jak ludzie morza, pozbawieni owoców i warzyw, zawsze będą się zmagać z brakami, słabi i puści w środku, ponieważ nowy głód to samotny potwór. Burkliwie przyjmuje brązowe mięso i ciepławą krew, ale pożąda bliskości, ponurego poczucia spotkania ich oczu i naszych w tych finalnych chwilach, jakiegoś mrocznego negatywu miłości.
Macham ręką do M i wyrywam się z tłumu. Dawno już przywykłem do przytłaczającego odoru Martwych, ale smród, który dziś ich otacza, jest wyjątkowo obrzydliwy. Oddychanie nie jest konieczne, ale potrzebuję powietrza.
Wychodzę do hali przylotów i jeżdżę na taśmociągach. Stoję na taśmie i patrzę na widok przesuwający się za oknem. Niewiele tu do oglądania. Zielenią się pasy startowe, zarastające trawą i krzakami. Samoloty stoją bez ruchu na betonie, jak wieloryby wyrzucone na brzeg, białe i monumentalne. Moby Dick, wreszcie pokonany.
Wcześniej, gdy żyłem, nigdy mi się to nie udawało. Stać spokojnie, obserwować świata dookoła i nie myśleć praktycznie o niczym. Pamiętam wysiłek. Pamiętam cele i terminy. Osiągnięcia i ambicje. Pamiętam, że byłem obowiązkowy, zawsze wszędzie na czas. Teraz po prostu stoję na taśmociągu, bawiąc się jazdą. Dojeżdżam do końca, zawracam i jadę w drugą stronę. Świat został przedestylowany. Bycie martwym jest łatwe.
Po kilku godzinach na drugim taśmociągu zauważam kobietę. Nie zatacza się ani nie jęczy jak większość z nas; tylko jej głowa kołysze się z boku na bok. Podoba mi się to, że nie zatacza się i nie jęczy. Chwytam jej spojrzenie i gapię się na nią, gdy się zbliżamy. Mijamy się, a potem jedziemy na przeciwne końce hali. Krzywię się, a ona krzywi się w odpowiedzi. Przy naszym trzecim spotkaniu zasilanie lotniska pada i zatrzymujemy się dokładnie obok siebie. Świszczę przywitanie, a ona odpowiada, opuszczając ramię.
Podoba mi się. Sięgam i dotykam jej włosów. Podobnie, jak w moim przypadku, jest we wczesnym stadium rozkładu. Skórę ma bladą, a oczy zapadnięte, ale nie widać odsłoniętych kości ani organów wewnętrznych. Jej tęczówki mają ten szczególny, świetlisty odcień grafitu, charakterystyczny dla wszystkich Martwych. Pochowano ją w czarnej spódnicy i obcisłej, białej bluzce zapinanej na guziki. Podejrzewam, że była recepcjonistką.
Na piersi ma przypiętą srebrną plakietkę z imieniem.
Ma imię.
Gapię się uważnie na plakietkę. Pochylam się nisko, trzymając głowę zaledwie kilkanaście centymetrów od jej piersi, ale to nie pomaga. Litery wirują i rozmywają się, nie potrafię ich poskładać. Jak zawsze uciekają mi, zmieniając się w rządek pozbawionych znaczenia kresek i kropek.
Kolejna nieumarła ironia – plakietki z imionami i gazety. Odpowiedzi na nasze pytania są wszędzie dookoła, a my nie umiemy czytać.
Wskazuję na plakietkę i spoglądam jej w oczy.
– Twoje… imię?
Patrzy na mnie pustym wzrokiem.
Pokazuję na siebie i wypowiadam zapamiętany fragment własnego imienia.
– Rrr.
Potem znów wskazuję na nią.
Spogląda na podłogę. Potrząsa głową. Nie pamięta. Nie ma nawet Pierwszej Zgłoski, jak M i ja. Jest nikim. Ale czy nie mam za dużych oczekiwań? Biorę ją za rękę. Schodzimy z taśmociągów i z wyciągniętymi ramionami idziemy wzdłuż barierki, która je oddziela.
Ta kobieta i ja zakochaliśmy się w sobie. Czy też zapałaliśmy do siebie tym, co zostało z miłości.
Pamiętam, czym wcześniej była miłość. Był to złożony zestaw czynników emocjonalnych i biologicznych. Mieliśmy skomplikowane testy do zaliczenia, więzi do stworzenia, upadki i wzloty, łzy i wybuchy euforii. To była męka i ledwie działała, ale to było żywe. Nowa miłość jest łatwiejsza. Prostsza. Ale tylko trochę.
Moja dziewczyna nie mówi zbyt dużo. Spacerujemy po pustych korytarzach lotniska, od czasu do czasu mijając kogoś gapiącego się przez okno albo w ścianę. Próbuję myśleć o rzeczach do powiedzenia, ale nic nie przychodzi mi do głowy, a gdyby coś przyszło, to pewnie i tak nie byłbym w stanie tego powiedzieć. To wielka frustracja związana z moją egzystencją. W głowie stawiam skomplikowane rusztowania słów, by sięgnąć sufitu katedry i namalować swoje myśli, ale gdy otwieram usta, wszystkie znikają. Jak dotąd, udało mi się wypowiedzieć najwięcej cztery sylaby, zanim mnie zatkało. A niewykluczone, że jestem najbardziej wygadanym zombie na tym lotnisku.
Nie wiem, dlaczego nie mówimy. Ta chmura przytłaczającej ciszy, która zalega nad naszym pośmiertnym światem, oddziela nas od siebie jak tafla pleksiglasu rozmówców w więzieniu. Przyimki są bolesne, rodzajniki trudne, przymiotniki są zdecydowanie poza naszymi możliwościami. Czy ta niemota to prawdziwe fizyczne upośledzenie? Czy jeden z wielu symptomów bycia Martwym? A może nie zostało nam już nic do powiedzenia?
Prowadzę z moją dziewczyną rozmowy, testując tych kilka kulawych zdań i płytkich pytań, próbując wywołać jakąś reakcję z jej strony, jakikolwiek przebłysk rozumu. Ale ona tylko patrzy na mnie jak na dziwaka.
Chodzimy przez kilka godzin, bez celu, a potem ściska moją dłoń i zaczyna mnie gdzieś prowadzić. Schodzimy w dół po schodach, bo windy nie działają i wychodzimy na płytę lotniska. Wzdycham ze znużeniem.
Zabiera mnie do kościoła.
Martwi zbudowali świątynię na pasie startowym. Kiedyś, dawno temu, ktoś zepchnął wszystkie trapy samolotowe w jedno miejsce i ustawił je w kręgu, tworząc coś w rodzaju amfiteatru. Zbieramy się tutaj, stajemy tutaj, unosimy ramiona i zawodzimy. W środku starzy Kościści machają swoimi kościstymi kończynami, przez zęby wydając z siebie zgrzytliwe, pozbawione słów kazania. Nie rozumiem, o co w tym chodzi. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas to rozumiał. Ale tylko wtedy celowo zbieramy się pod groźnym, otwartym niebem. Te puste, kosmiczne usta, odległe góry przypominające zęby w szeroko rozwartych szczękach, czekających, żeby nas pożreć. Żeby nas połknąć i posłać tam, gdzie przypuszczalnie powinniśmy być.
Moja dziewczyna wydaje się znacznie bardziej pobożna ode mnie. Zamyka oczy i macha rękami w sposób, który wygląda prawie na żarliwy. Stoję obok niej i w ciszy unoszę ramiona w powietrze. Na jakiś niewidoczny sygnał, może jej zapał, Kościści przerywają swoje kazania i gapią się na nas. Jeden z nich rusza w naszą stronę, wspina na schody i chwyta nas oboje za nadgarstki. Prowadzi nas w dół, do kręgu i unosi nasze ręce. Wydaje z siebie jakby ryk, nieziemski dźwięk, jakby odgłos powietrza przepływającego przez pęknięty róg myśliwski, szokująco głośny, który powoduje, że z drzew zrywają się ptaki.
Wierni mamroczą w odpowiedzi i jest po wszystkim. Jesteśmy małżeństwem.
Wycofujemy się z powrotem na schody. Nabożeństwo trwa dalej. Moja nowa żona zamyka oczy i kołysze ramionami.
Dzień po naszym ślubie mamy dzieci. Mała grupa Kościstych zatrzymuje nas w holu i pokazuje je nam. Chłopiec i dziewczynka, oboje około sześciu lat. Chłopiec to blondynek z kędziorami, o szarej skórze i szarych oczach, niegdyś pewnie należący do rasy kaukaskiej. Dziewczynka jest ciemniejsza, ma czarne włosy, popielato-brązową skórę i głębokie cienie wokół stalowych oczu. Może być Arabką. Kościści popychają ich naprzód. Dzieci uśmiechają się do nas niepewnie i tulą się do naszych nóg. Klepię je po główkach i pytam o imiona, ale ich nie mają. Wzdycham i wraz z żoną idziemy dalej, trzymając nasze nowe dzieci za ręce.
Właściwie nie spodziewałem się tego. To wielka odpowiedzialność. Młody Martwy jest pozbawiony tych naturalnych instynktów, które mają dorośli. Muszą zostać wywołane i podtrzymywane. A dzieci nigdy nie dorosną. Postawione na naszej drodze zostaną małe i zgniłe, potem zmienią się w małe szkielety, poruszające się, lecz puste, mózgi wyschną w ich czaszkach, powtarzając odruchowe działania i rytuały, aż któregoś dnia, co mogę tylko przypuszczać, kości się rozpadną i dzieci po prostu znikną.
Popatrzcie tylko na nie. Patrzcie, gdy ja i moja żona puszczamy ich rączki, a one wychodzą na zewnątrz, żeby się pobawić. Drażnią się nawzajem i uśmiechają. Bawią się rzeczami, które nawet nie są zabawkami – zszywaczami, kubkami i kalkulatorami. Chichoczą i śmieją się, jednak wyschnięte gardła sprawiają, że brzmi to tak, jakby się krztusiły. Mają wyczyszczone mózgi, nie oddychają, ale wciąż trzymają się na granicy. Zostaną z nami tak długo, jak tylko będą mogły.
Patrzę, jak w bladym świetle dnia znikają na końcu holu. Gdzieś głęboko w sobie, w jakiejś mrocznej i zasnutej pajęczynami komnacie czuję, że coś drgnęło.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-08-30 (967 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej