Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wąż w kaplicy
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wielka inwersja'' - Catherine Asaro






Wyspa Sanktuarium



Choć wiedziałam o Delos od czasów mej młodości, była to moja pierwsza wizyta na tej planecie. Delos należał do Planet Sojuszu Ziemskiego, który wytrwale podtrzymywał neutralny stosunek wobec niewypowiedzianej wojny między Handlarzami a moim ludem, Skolianami. Mimo że wszyscy byliśmy ludźmi, nie mieliśmy ze sobą wiele wspólnego. Być może dlatego Ziemia ogłosiła Delos strefą neutralną, sanktuarium, miejscem, gdzie Handlarz i żołnierz skoliański mogli żyć obok siebie w harmonii.
Jasne. Sęk w tym, że owa harmonia to był ich pomysł, nie nasz. W życiu nie ujrzałbyś Skolianina żyjącego obok Handlarza - w harmonii czy bez niej.
Tak czy owak, Delos znajdował się najbliżej sektora kosmicznego, gdzie przeprowadzaliśmy ćwiczenia, które miały zintegrować naszego najnowszego członka, Taasa, z całą grupą - i to właśnie tam polecieliśmy, by odpocząć i się odprężyć.
Wieczór był ciepły, gdy całą czwórką udaliśmy się na spacer po Arkadzie. Wzdłuż chodnika ciągnęły się rzędy straganów i sklepików. Z ich okapów zwisały drewniane dzwonki, klekoczące na wietrze, a ze szczytu każdego dachu zwieńczonego wieżyczką wyrastał słup mierzący ku niebu. Zwisające z nich metalowe płytki dźwięczały raźno, trącane wiatrem, a wygrywane przez nie melodie mieszały się z gwarem tłumu przelewającego się ulicami. Było to miejsce pełne śmiechu i radości, raj dla pięknych kobiet strojnych w trzepoczące, żółte spódnice i dla rosłych młodzieńców w falujących spodniach, którzy się za tymi kobietami uganiali.
Mimo tej sielanki, idąc chodnikiem, czułam niepokój. Jego nervoplexowa powierzchnia bezustannie przemieszczała się pod moimi stopami, aż złapałam się na tym, że z całej siły zaciskam zęby. Najprawdopodobniej nervoplex skonstruowano po to, by ludziom żyło się przyjemniej. Sieć włókien molekularnych i wplecione w nią nanochipy reagowały na rozmieszczenie wagi, dzięki czemu chodnik mógł analizować ruchy przechodniów i wchodzić z nimi w interakcje, zupełnie jakby wyczuwał ich nastroje. Wielu ludzi przepadało za tym, ale mnie doprowadzało to do szału.
Szliśmy we czwórkę - Rex, Helda, Taas i ja. Żałowałam, że nie mogliśmy założyć naszych cywilnych ciuchów; w końcu nie byliśmy na służbie. Niestety, wszyscy mieliśmy na sobie mundury Jagernautów – czarne spodnie z nogawkami wsuniętymi w czarne buty, czarne kamizelki i czarne kurtki. Pośród owych barwnych tłumów nasze uniformy przyciągały uwagę, niczym kamienie wpadające do wody. Rzeka przechodniów rozstępowała się przed nami zupełnie jakbyśmy byli wielkimi głazami spiętrzającymi nurt. Mijający nas ludzie głównie byli obywatelami Ziemi i istniały niewielkie szanse, że kiedykolwiek widzieli Jagernautę, nie mówiąc już o czterech na raz.
Rex zerknął na mnie, a jego diablo przystojną twarz rozjaśnił uśmiech.
- Najwyższy czas, Soz, żebyś zaczęła wrzeszczeć i się pienić. Okolica wyludniłaby się w try miga.
Obrzuciłam go niechętnym spojrzeniem. “Szaleństwo Jagernauty” było popularnym motywem w holofilmach. Byliśmy biomodyfikowanymi pilotami myśliwców, elitą oficerów Imperialnych Sił Kosmicznych Skolii. Wizja, w której jeden z nas wpada w amok i atakuje wszystkich w zasięgu wzroku, przyniosła niejednemu reżyserowi fortunę, co jednak nie przestawało nas drażnić.
- Zaraz sprawię, że sam zaczniesz wrzeszczeć! – burknęłam.
Rex wybuchnął śmiechem.
- O, to brzmi ciekawie - powiedział.
- Pamiętacie Gartha Bylera? – zapytała Helda w swym gardłowym akcencie.
- Dostał się do Dieshańskiej Akademii Wojskowej, kiedy ja ją kończyłem – stwierdził Rex.
Kobieta pokiwała głową. Była zbudowana równie potężnie, jak jej rozmówca i górowała nade mną oraz nad Taasem. Grube kosmyki włosów okalały jej twarz, niczym strąki miodorydzy.
- Trafił do prostownika – powiedziała.
Nervoplex pod moimi stopami zesztywniał. Zwolniłam, usiłując się odprężyć. W sumie nie miałam powodów, żeby się spinać. Prostownik był slangowym określeniem Jagernautów, którzy załamali się pod wpływem napięcia. Niemniej jeśli któryś z nas pękał, co działo się częściej, niż dowództwo ISK przyznawało, działo się to po cichu. A jeżeli pojawiała się agresja, kierowaliśmy ją przeciwko sobie, a nie przeciw innym.
- Co się z nim stało? – zapytał Taas.
- Poszedł do szpitala – odparła Helda. – A potem rzucił służbę.
Potarłam dłonią czoło. Z jakiegoś powodu mój puls przyspieszył, oddech stał się płytki, a na skroniach pojawił się pot, aż moje loki zwilgotniały. Dziwne.
A potem zorientowałam się. Dwóch ludzi z przeciwnej strony Arkady, mężczyzna i kobieta w młodym wieku, ubrani w importowane dżinsy i błyszczące koszule, obserwowało nas. Wyglądali na studentów albo na zakochaną parę, która wybrała się na spacer. Oboje wpatrywali się w naszą grupę, całkiem zapominając o trzymanych w rękach przekąskach.
Poczułam ucisk wokół klatki piersiowej. Zatrzymałam się i nabrałam tchu.
„Blokada” – pomyślałam.
Podczas wydawania tego polecenia powinnam zobaczyć jedynie psikonę - obiekt podobny do ikon komputerowych z tym wyjątkiem, że pojawiający się wyłącznie w umyśle - z jakiegoś powodu ujrzałam jednakże menu. Zamknęła oczy i obraz zadrżał, niczym gasnące wspomnienie jasnej łuny świecącej mi prosto w twarz. Gdy znów je otworzyłam, menu nadal wisiało przede mną, niczym hologram.

Transfer
Blokada
Wyjście

Słowa były zapisane moją osobistą czcionką i wyglądały, jakby wyrzeźbiono je z bursztynu. Obok Blokady widniała synapsa nerwowa z murem oddzielającym akson od dendrytu. Ha, tę właśnie psikonę spodziewałam się ujrzeć w moim umyśle, lecz zamiast tego falowała tutaj, rozpraszając mnie i irytując. Rex i Helda stali tuż obok, pogrążeni w rozmowie, nieświadomi tego, że ich sylwetki przesłania lista poleceń.
Niech spłonę, dlaczego to menu wisiało przede mną? Wiedziałam, w jaki sposób do tego doszło. Węzeł implantowy w moim kręgosłupie połączył się z nerwami optycznymi i wyświetlił je, gdy podałam komendę Blokady. Tylko że nie tak powinien zareagować. Ustawiłam swój system tak, by pomijał menu. Przechodzenie przez tę procedurę za każdym razem, gdy przekazywałam komendę do mojego węzła systemowego, nic mi nie dawało, a ponadto rozpraszało moją uwagę. Powinnam ujrzeć błyszczącą psikonę z przedzieloną synapsą, która przekazywała informację, że węzeł jest gotowy do pracy.
Uformowałam kolejną myśl:
„Przełącz na Tryb Błyskawiczny.”
Nie zwracałam się do mojego własnego węzła po imieniu. Wszystkie inne, z którymi przyszło mi pracować, zwykłam jakoś nazywać, ale personalizowanie systemu w moim wnętrzu przypominałoby odzywanie się do siebie samej innym imieniem, zupełnie jakbym mnożyła lub rozdzielała swoją osobę.
Mój węzeł odpowiedział w typowy dla niego sposób, posługując się suchym do bólu słownictwem.
„Zalecam Tryb Weryfikacji. Upłynęło zbyt dużo czasu od ostatniego potwierdzenia operacji blokowania.”
Wszystko jasne, system chciał, żebym przeprowadziła kontrolę. Znałam tę procedurę i wiedziałam, że węzeł przedstawi każde działanie prowadzące do wykonania Blokady. Zazwyczaj proces przebiegał z szybkością bliską prędkości światła, nieprzekraczalnej dla sygnałów wędrujących po włóknach światłowodowych w moim ciele. Teraz chciał, abym przeszłą przez całą procedurę, by się upewnić, że nie ma żadnych błędów.
„W porządku” – pomyślałam. – „Przeprowadź Kontrolę.”
Menu zniknęło i pojawiła się nowa projekcja – błękitne sylwetki obu wpatrujących się w nas studentów. Węzeł nałożył projekcję na gapiów, przez co wydawali się emanować błękitnym światłem.
„Dane z tych dwóch źródeł przekraczają bezpieczne granice.”
Wiem, jestem empatką i dla mnie owe „dane” to ich strach. Wyczuwałam go tak wyraźnie, że na moich skroniach pojawił się pot. To właśnie dlatego chcę ich zablokować.

„Uwalniam substancję” - przekazał mój węzeł - „która powstrzyma oddziaływanie psiaminy na neurony w paracentrach twojego mózgu oraz połączeniach z receptorami P1. Operacja powstrzymywania psiaminy będzie trwać do chwili, gdy napływ danych z zewnątrz znów znajdzie się poniżej granicy bezpieczeństwa.”
„Nie możesz po prostu powiedzieć, że ich blokujesz?” – przemknęło mi przez głowę.
„Blokuję ich” – przyznał węzeł.
Napór strachu osłabł i napięcie opuściło moje ramiona.
„Procedura sprawdzona” - pomyślałam. - „Przełączyć na Tryb Błyskawiczny.”
„Tryb Błyskawiczny aktywowany.”
Rozejrzałam się. Obok mnie stał Taas i wpatrywał się w studentów. Ich strach promieniował z niego, niczym ukrop bijący od rozgrzanego do czerwoności pręta.
- Odłącz ich – powiedziałam cicho.
Ani drgnął, stojąc wciąż jak zahipnotyzowany.
- To rozkaz, quartan – ponowiłam. – Natychmiast uruchom blokadę.
Taas wzdrygnął się, a potem zamknął oczy. Po chwili spojrzał na mnie.
- Wszystko w porządku? - spytałam.
- Tak – skrzywił się. – Zaskoczyli mnie.
- Nie tylko ciebie.
Rex spojrzał na Taasa, a potem zerknął na studentów, ja zaś wyczułam, jak blokuje ich napór. Heldy nie potrafiłam wyczuć tak łatwo, ale jej szkliste oczy zdradzały, że i ona uruchomiła blokadę. U każdego z nich trwało to zaledwie sekundę - najwyraźniej ich własne węzły nie zadręczały ich procedurami weryfikacji. Zresztą może „zadręczanie” to niewłaściwe słowo. Może po prostu jako jedyna kazałam węzłowi przekazać ostrzeżenie, gdy działa zbyt długo bez sprawdzenia.
- Nie mam pojęcia, dlaczego tak zareagowałem – rzekł Taas.
- To przez ten cholerny nervoplex – wskazałam chodnik. – Wzmacnia nastroje i emocje.
Taas i ja byliśmy bardziej wyczuleni na to działanie z różnych względów - on był najmniej doświadczonym członkiem zespołu, a ja najsilniejszą empatką.
Helda zmarszczyła brwi, wpatrując się w studentów.
- Dlaczego oni są tak rozchwiani? Boją się, że zrobimy im krzywdę?
- Mam już dosyć budzenia strachu w ludziach – rzekł Rex. Przeczesał dłonią włosy, odgarniając na bok czarne loki - a właściwie już nie czarne, bo z każdym dniem na jego skroniach pojawiało się coraz więcej białych pasemek.
Zaraz, czy Taas właśnie się uśmiechnął?
- Co w tym zabawnego? – zapytałam.
- Słucham? – mężczyzna zarumienił się.
- Co cię tak bawi?
- Nic, proszę pani – odparł, a jego twarz natychmiast na powrót przyjęła obojętny wyraz.
- Taas, skończ wreszcie z tym „proszę pani”! – uśmiechnęłam. – Co cię tak rozweseliło?
- Ten chłopak, eee… inaczej zareagował na ciebie, niż na resztę z nas.
- Inaczej? – zamrugałam. – W jaki sposób?
- Myśli, że jesteś... eee...
- Tak?
- Że jesteś seksowna - Taas poczerwieniał.
Niech spłonę.
- Mogłabym być jego matką!
- Ale dalej wyglądasz jak podlotek, Soz – roześmiała się Helda.
- Wcale nie
– zaprotestowałam, choć w rzeczy samej, nie ona pierwsza mi to mówiła.
Rex wyszczerzył zęby, a ja wyczułam, jak Taas się odpręża. Napięcie w grupie uleciało, ale nie na długo. Spojrzenie Rexa powędrowało gdzieś nad moje ramię i jego uśmiech nagle zniknął z twarzy. Zaskoczona, odwróciłam się.
Handlarze.
Mój dobry nastrój prysnął w jednej chwili.


Start!



Gdy wybiegliśmy z bramki portu gwiezdnego, do wschodu słońca nadal brakowało paru godzin. Od razu skierowaliśmy się w tę stronę lotniska, gdzie stały nasze statki, jednoosobowe pojazdy kosmiczne zwane Jag. To właśnie od nich pochodziło nasze miano - Jagernauta. Ich pełna nazwa techniczna brzmiała “myśliwiec JG-17”, a nazwę potoczną wymyślili piloci doświadczalni, oblatujący prototyp JG-01.
Statki te w istocie były niczym alabastrowe dzieła sztuki. Po wylądowaniu każdy z nich wyglądały niczym wydłużone cygaro z niewielkimi skrzydłami, ale w trakcie lotu zmieniał swój kształt w zależności od potrzeb – rozkładał skrzydła, by uzyskać prędkość poddźwiękową, skracał je po rozwinięciu naddźwiękowej, przybierał zaokrąglone kształty podczas przelotów międzygwiezdnych, by zminimalizować swoją powierzchnię i jeszcze bardziej zaokrąglone podczas zwiadu bądź starcia. W tej chwili ich uzbrojenie było ukryte w dobrze osłoniętych wnękach.
Przeszłam obok mojego Jaga, muskając go dłonią. Jego kadłub wykonany był z teleranu przetkanego mikroskopijnymi przewodami z fulerenu. Ultralekki i odporny na zmęczenie materiał był odporny nawet na wysokie temperatury towarzyszące wyjściu z prędkości naddźwiękowej. Wyposażono go również w funkcje samonaprawcze – zerwane wiązania fulerenów łączyły się na powrót i samoistnie naprawiały przewód, dlatego na kadłubie pozostawało bardzo niewiele dziur, rys i innych uszkodzeń powstających podczas lotów kosmicznych. Podobnie jak sami piloci, Jagi były najdoskonalszym typem broni – najszybszym i najbardziej zabójczym, jaki kiedykolwiek wymyślono.
Zatrzymałam się w połowie kadłuba. Gdybym nie wiedziała o znajdującym się tam niewielkim, srebrnym stożku, nigdy bym go nie znalazła na idealnie gładkiej powierzchni. Przybliżyłam doń swój nadgarstek, a stożek błyskawicznie wsunął się do gniazdka.
“Połączenie” – przekazał mój węzeł.
“Potwierdzam” – odpowiedź nadeszła od Czarnej Gwiazdy, sztucznej inteligencji myśliwca.
Śluza powietrzna otworzyła się z cichym sykiem. Niewielki otwór powiększył się do rozmiarów człowieka w takim tempie, że jego krawędzie aż zamigotały. Zewnętrzne i wewnętrzne drzwi przegrody zostały rozwarte jednocześnie – Czarna Gwiazda zawczasu zbadała atmosferę i uznała ją za odpowiednią.
Gdy weszłam do środka, wewnętrzny kadłub ożył, rozświetlając się natychmiast bladym światłem. Kabina była niewielkim pomieszczeniem, długim na trzy i szerokim na dwa metry. Wolną przestrzeń oraz przedziały ładunkowe w całości zapełniał sprzęt niezbędny do przeżycia w przestrzeni kosmicznej – dystrybutor jedzenia, generator wody, przetwornik odpadów, ekwipunek osobisty, broń ręczna, krzesło ze stolikiem oraz koja.
Dotknęłam błony oddzielającej kokpit od kabiny, a ta rozsunęła się niczym migawka holoaparatu. Wślizgnęłam się na fotel pilota, który natychmiast otoczył mnie ze wszystkich stron i uwolnił kokon – ściśle przylegającą tkaninę, która chroniła przed przyspieszeniami, ale nie tamowała ruchów. Egzoszkielet załączył się z trzaskiem i moje ciało zastygło, otoczone ze wszystkich stron elementami wyposażenia myśliwca. Do gniazdka przy pniu mózgu podłączył się psifon. Nad głową znieruchomiał wizjer, a na jego ekranie przewinęły się dane. Gdy tylko fotel zarejestrował moją wagę, przednie holoekrany ukazały trójwymiarowy obraz świata dookoła myśliwca. Pojazd Rexa miałam z prawej, zaś Taasa i Heldy - po lewej. Płyta lotniska, na której się znajdowaliśmy, wyglądała niczym płaski naleśnik.
Sztuczna inteligencja Jaga odezwała się w moim umyśle:
„Czarna Gwiazda zgłasza gotowość.”
“Meldunek przyjęty” – pomyślałam.
Nie potrzebowałam żadnych procedur wejściowych, kodów ani niczego w tym stylu. Statek był dostrojony wyłącznie do mojego mózgu i gdyby ktokolwiek inny próbował go przejąć bez odpowiedniej autoryzacji, wszystkie systemy zostałyby natychmiast zamknięte.
„Przejście na psiberprzestrzeń” – przekazała Czarna Gwiazda.
Pojawiłam się w Sieci Kyle’a jako czarna fala sunąca po ciemnej siatce. Obok mnie rozbłysło światło i przeistoczyło się w drugą falę, czerwoną, z ognistymi rozbłyskami. Potem pojawiła się także fala złota, a na końcu zielona.
“Czerwona Gwiazda, zgłaszam się” – pomyślał Rex.
“Złota Gwiazda, zgłaszam się” – dodała Helda.
“Zielona Gwiazda, zgłaszam się” – zakończył Taas.
„Czarna Gwiazda, potwierdzam” – odpowiedziałam. Wymiana myśli trwała ułamek sekundy, o wiele krócej, niż w przypadku zwykłego ludzkiego umysłu, nie dysponującego żadną technologią.
Na moim mentalnym ekranie rozbłysła psikona ukształtowana jako zamek.
„Pełna osłona” – przekazał mi mój statek. – „Obecność dywizjonu niewykrywalna dla innych użytkowników”.
„Dobrze. Połącz nas” – pomyślałam.
“Czerwona połączona. Złota połączona. Zielona połączona.”
Teraz, gdy nasza mentalna więź została wzmocniona aparaturą Jaga, mogłam bez problemu wychwytywać myśli Rexa, Heldy i Taasa na tle moich własnych. Gdy skupiłam się na Taasie, szum przeistoczył się w ciąg poleceń, przekazywanych przez młodego pilota Zielonej Gwieździe. Rozluźniłam nieco uwagę i jego umysł na powrót stopił się z otoczeniem. Gdzieś na drugim planie cały czas przelatywały szeregi danych, które w razie potrzeby mogłam przywołać i przeanalizować dokładniej.
Po wielu latach ćwiczeń, bez trudu potrafiłam ignorować migoczące w tle ekrany – zwane przez Jagernautów jaźniościanką - i skupić się na otoczeniu. Musiałam też wykształcić umiejętność myślenia pośród nieustannego „hałasu”, wywoływanego przez inne świadomości. Wielu psionów nigdy nie opanowało tej sztuki, co również tłumaczyło, dlaczego istniało tak niewielu pilotów Jagów.
Potarłam skronie. Płaciliśmy słoną cenę za tę więź. Do jej podtrzymania potrzeba było tak wiele energii - zarówno tej płynącej z naszych umysłów, jak i pochodzącej z zasobów statku - że nie szło połączyć ze sobą więcej, niż cztery umysły. Co gorsza, ludzie nie mogli wytrzymać takiej intensywności zbyt długo, choć trzeba przyznać, że w okresach połączenia, komunikacja działała wprost perfekcyjnie. Mogliśmy się kontaktować zawsze i wszędzie, w dowolnych okolicznościach, błyskawicznie.
„Gotowi?” – zapytałam.
„Czerwona Gwiazda zgłasza gotowość” – stwierdził Rex.
„Złota Gwiazda zgłasza gotowość” – oznajmiła Helda.
„Taas?” – rzuciłam po chwili.
„Zielona Gwiazda zgłasza gotowość” – odezwał się z ociąganiem chłopak.
“Jakieś problemy?”
“Nie. Po prostu musiałem się dopasować.”
W sumie takie opóźnienie nie powinno nikogo dziwić; w końcu Taas był nowym członkiem naszego dywizjonu. Niemniej w sytuacji, w której się znaleźliśmy, mogło się ono okazać zgubne w swoich skutkach. W normalnych okolicznościach nigdy bym nie dopuściła, żeby pilot bez doświadczenia wziął udział w tak trudnej misji - nie mieliśmy jednak wyboru. Pozostawało tylko liczyć na to, że jego dziewiczy lot nie okaże się ostatnim.
“Test koordynacji” – zarządziłam.
Każdy z myśliwców kolejno uruchamiał testy weryfikujące ustawienia wprowadzone przed lotem w pozostałych maszynach. Wzajemnie sprawdziliśmy w ten sposób nawigację, cyberłącza, broń, komunikację i zespoły hydrauliczne - co dawało nam poczwórną pewność, że wszyscy jesteśmy gotowi do działania.
“Sprawdzam silniki inwersyjne” – przekazała Czarna Gwiazda.
Inwersja. Nawet po tylu latach, zjawisko to nadal budziło moją fascynację. Nie pokonaliśmy magicznej bariery szybkości w podróżach kosmicznych – prześlizgnęliśmy się obok niej.
Osiągnięcie nadświetlnej oznaczało przekroczenie prędkości światła, kiedy to masa pojazdu stawała się nieskończona w porównaniu do mniejszych obiektów, długość skracała się do zera, a czas się zatrzymywał. To było po prostu niewykonalne. Przed długie wieki ludzkość wiedziała, że żaden statek międzygwiezdny nie może podróżować szybciej niż światło. I przez długie wieki ludzkość była w błędzie.
Rozwiązanie okazało się banalnie proste. Po osiągnięciu nadświetlnej masa i energia stają się pojęciami abstrakcyjnymi, pierwiastkami kwadratowymi liczb ujemnych, by zatem uzyskać taką szybkość, wystarczy tylko dodać abstrakcyjny element do naszej prędkości - i to wszystko, cała tajemnica. Statek kosmiczny porusza się, jak grawilot opuszczający drogę, by wyminąć drzewo – z tą różnicą, że dla niego ową „drogą” jest realnie istniejący wszechświat.
Oczywiście wyliczenia matematyczne były o wiele łatwiejsze od zaprojektowania działającego silnika, nasi przodkowie w końcu jednak sprostali temu zadaniu i kosmos stanął przed nami otworem. Nawiasem mówiąc, określenie „inwersja” przejęliśmy od Sojuszu, gdyż całkiem wiernie opisywało działanie tego zjawiska. Pochodziło ono zresztą z bardziej ezoterycznego źródła, a nawiązywało do matematycznych odniesień między przestrzenią podświetlną i nadświetlną, wyliczonych przez ziemskich naukowców Mignaniego i Recamiego pod koniec dwudziestego wieku.
W praktyce wyglądało to tak, że silnik wprawiał mój myśliwiec w obroty, które wyrywały go z realnego wszechświata i wprowadzały do abstrakcyjnego, a następnie wiodły przez dziwaczną formę egzystencji, w której człowiek stawał się na pół rzeczywisty. Owo przejście nieźle mieszało w głowie, łagodnie rzecz ujmując, i nie miałam najmniejszego zamiaru dowiadywać się, co by się stało, gdybyśmy spędzili tam choćby sekundę dłużej, niż trzeba. Podczas podróży zawsze tylko zbliżaliśmy się do „drzewa” najbardziej jak to było możliwe, unikając zbytniego zjechania z drogi, co realnie oznaczało rozwinięcie prędkości bliskiej prędkości światła, uruchomienie obrotów wprowadzających w przestrzeń nadświetlną i powrót do normalnego czasu kosmicznego. Kiedy już wychodziliśmy z inwersji z prędkością relatywistyczną, zawsze bombardowaliśmy okolicę potężnym promieniowaniem i strumieniami cząsteczek. Gdyby nastąpiło to zbyt blisko obiektów materialnych, zakończyłoby się tragicznie dla wszystkich wokół, dlatego statek mógł zakończyć taką podróż tylko w próżni. W przeciwnym razie jego nagłe pojawienie się wstrząsnęłoby molekułami i doprowadziło do eksplozji zarówno pojazdu, jak i obiektu, przy którym się znalazł. To właśnie z tego powodu dokonywaliśmy inwersji z daleka od jakichkolwiek planet.
Oczywiście, wynalazek ten brutalnie zmienił formę prowadzenia działań wojennych. Po pojawieniu się statków i pocisków, które mogły wypadać z inwersji z prędkością bliską prędkości światła, koncepcja wytyczania jakiejś wyraźnej linii frontu stała się momentalnie przestarzała. Systemy obronne zaczęły się rozwijać w tym samym tempie, co formy ataku, przez co ochrona zasiedlonych światów stała się w ogóle możliwa, ale nie mogliśmy pilnować całego kosmosu jednocześnie. Ogromne połacie nadal pozostawały przedmiotem sporu, obszarami, gdzie nie istniały wyraźne podziały na to, co eubiańskie, skoliańskie i ziemskie.
“Przegląd silników zakończony” – przekazała Czarna Gwiazda.
“Kontrola dopalaczy.”
W małej odległości od planety Jag korzystał z napędu termojądrowego, ale w głębokiej przestrzeni kosmicznej używał przede wszystkim silników fotonowych.
“Dopalacze w normie.”
“A jak wyglądamy z paliwem?”
“Zawartość pozytronów w normie.”
„Dobrze. ”
Magnetyczny pojemnik utrzymujący pozytrony był światem samym w sobie, który pojawiał się tylko podczas działania silników inwersyjnych. Podczas lotu urządzenie to pobierało potężne strumienie promieniowania kosmicznego, rozprowadzając paliwo zarówno po realnej, jak i abstrakcyjnej przestrzeni, dzięki czemu jego ładunek był o wiele wyższy, niż w zwykłym kontinuum. Nie był to skomplikowany proces, jeśli przeprowadzało się go na materii nieożywionej, nie zaś na ludziach. Cząsteczki nie przejmowały się psychologiczną traumą związaną z tym, że jest się zarówno bytem realnym, jak i abstrakcyjnym.
Gdy pojemnik wypychał pozytrony w rejon interakcji, odpowiedni selektor usuwał elektrony relatywistyczne z przestrzeni. Materia/antymateria. Skutkiem tych działań były potężne, przepięknie wprost eksplozje, dzięki którym uzyskiwaliśmy odrzut. Pola osłonowe z promieni gamma oraz siatki nadprzewodników chroniły statek przed zniszczeniem przez fale gorąca, zaś nas przez rozpłaszczeniem na fotelach podczas przyspieszeń broniły obwody statyczne. Dzięki nim żadne przeciążenie nie mogło nam zaszkodzić, gdyż ich stan kwantowy pozostawał niezmienny. Nie zamieraliśmy - nasze atomy nadal poruszały się, obracały i zachowywały dokładnie tak samo, jak przed aktywacją obwodów statycznych. Atomowy zegar w każdym z nas, który mierzył upływ czasu, nadal pracował. Przy tym wszystkim atomy nie były w stanie zmienić stanu kwantowego, co oznaczało, że myśliwiec stawał się odporny nawet na działanie ogromnych sił.
“Proces przerwany” – przekazała Czarna Gwiazda.
“Co się stało?”
Na jaźniościance pojawiło się wyobrażenie satelity Sojuszu - tak dokładne i rzeczywiste, że mogłam dostrzec nawet nity na jego kadłubie. Ujrzałam również zakodowaną wiadomość, którą miał dostarczyć. Dawno już złamaliśmy ten szyfr, dzięki czemu teraz, tuż obok ciągu pozbawionych znaczenia znaków, na jaźniościance ukazało się tłumaczenie komunikatu. Na ognie piekielne! Wiadomość dotyczyła mnie! Władze Delos wysyłały raport na mój temat do Imperialnego Dowództwa Sił Kosmicznych!
“Dlaczego pokazałaś mi ten komunikat?” – zapytałam Czarną Gwiazdę.
“Gdy wykryłam transmisję, twój węzeł wyświetlił skojarzenie "Tiller Smith”, a to miano osoby, która przetłumaczyła raport z greckiego na skoliański.”
Skupiłam myśli na węźle.
„Dlaczego zwróciłeś uwagę na to nazwisko?”
“Uzyskało ono aż osiemdziesiąt dwa procent w skali twojego zainteresowania.”
To nie miało sensu. Dlaczego węzeł zakładał, że Tiller jest dla mnie aż tak ważny? Skąd w ogóle taki pomysł? Ostatnią rzeczą, której potrzebowałam podczas przygotowań to startu, były nieistotne przekazy satelitarne na jaźniościance.
“Uruchom badania diagnostyczne swoich funkcji” – przykazałam. - „Tiller nie powinien być tak interesujący.”
„Uruchamiam” – zameldował węzeł, a po chwili przekazał
„To nie skojarzenie z Tillerem Smithem wywołało komunikat. Przyczyną była twoja reakcja na książkę, którą ci podarował.”
Nie miałam pojęcia, dlaczego tomik niezrozumiałej poezji miałby do tego stopnia zaintrygować mój węzeł.
„Usuń wszelkie pochodne z zakresu: Wiersze na szybie okiennej.”
„Wykonano.”Przekaz z satelity zniknął.
„Primanie Valdoria” – usłyszałam w głowie Taasa. – „Zalewają mnie odebrane przez ciebie informacje z satelity. Nie mogę tego przerwać.”
“Z jakich komend skorzystałeś?”
“Zatrzymaj, przerwij, wyjdź, usuń, zmaż, zjeżdżaj, spadaj, won, spierdalaj.”
“Spierdalaj? A co to takiego?”
“Trochę sobie pobluzgałem.”
„Spróbuj polecenia: skasuj” – uśmiechnęłam się.
“Aha. O, zadziałało.”
Jego psikona “skasuj” pojawiła się w moim umyśle – biuściasta kobieta odziana w kuse szmatki, dzierżąca wiadro z farbą. Pomalowała rąbek swej sukienki, a ten znikł, ukazując jeszcze więcej uda. Potem kobieta cofnęła się do systemu Taasa.
Roześmiałam się.
„Wszyscy gotowi?”
“Gotowy” – przekazał Rex.
“Gotowa” – dodała Helda.
“Gotowy” – rzucił Taas.
“No, to do dzieła” – pomyślałam. – „Startujemy.”









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-09-02 (889 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej