Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wizerunek zła
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Nagi cel - Adam Wiśniewski-Snerg

Pod wulkanem



Idziemy ulicami Sorrento w kierunku stacji podmiejskich pociągów elektrycznych.
Lucia zatrzymuje się przed wystawami sklepów. Najczęściej ogląda je w milczeniu. Nie należy do gadatliwych kobiet, co – zwłaszcza teraz, gdy muszę przebrnąć przez cały ten koszmar – bardzo mi się u niej podoba. Wystarcza jej moja obecność i wymiana spojrzeń. Patrzy pogodnie i z pewnością jest szczęśliwa. Fakt ten przynosi mi znaczną ulgę: nie chciałbym, by ona również była świadkiem rozgrywającej się wokoło tragedii.
Wystawowe szyby lśnią w ciemnej czerwieni. Druga strona ulicy pogrążona jest w ciemności. Tu i ówdzie na północnych murach domów dostrzegam charakterystyczne „atomowe cienie” przechodniów, którzy w momencie błysku zasłonili je swymi ciałami. Wokół sylwetki człowieka utrwalonej na ścianie błyszczy się szkliwo tynku roztopionego w wysokiej temperaturze. Wnętrze zarysu pozostało matowe. Taka prosta i zarazem upiorna jest przyczyna powstawania „atomowych cieni”.
Niekiedy między budynkami przebiegają mgliste zjawy. Wyskakują na jezdnię i nikną w ciemności. Nie stawiają one żadnego oporu samochodom z czasu poprzedzającego katastrofę. Na chodnikach leżą postacie umierających ludzi. Ich przezroczyste, ledwie zarysowane w przestrzeni ciała przenikają nasze nogi. Domyślam się, że wielu przechodniów straciło przytomność lub życie kilkanaście sekund przed uderzeniem fali nadciśnienia, która jeszcze nie dotarła do brzegów Sorrento: poraziło ich twarde promieniowanie elektromagnetyczne i cieplne. Czasami mijamy większe grupy takich powalonych na ziemię postaci. W miejscach nieosłoniętych, gdzie światło błysku padło na ciała bezpośrednio, jest ich znacznie więcej niż w ogrodzie za domem Sofii.
Naraz przypominam sobie czterodniowy okres pobytu między drzewami owocowymi w okolicy białego domu, gdzie nieświadom czasu, miejsca ani sytuacji spałem na jawie i włóczyłem się bez celu, to pogrążony w duchowym zamroczeniu, to znów – jak mi się zdawało – z jasnymi myślami w głowie, lecz w stanie fizycznego odrętwienia graniczącego z letargiem. Co ja tam właściwie robiłem?
Po wielu godzinach obserwacji zaczynam się wreszcie orientować, na czym polega główna różnica między dwoma oglądanymi tutaj, przenikającymi się wzajemnie stereonami. Dotąd byłem przekonany, że przebieg katastrofy odtwarzany jest w niezwykle zwolnionym, lecz miarowym tempie. Wyobrażenie to nie odpowiada rzeczywistości. Stereon przedstawiający tragiczne losy mieszkańców wybrzeża wyświetlany jest w tempie niejednostajnym, podobnie jak obraz z taśmy magnetowidowej poruszającej się skokami. Sekundowe okresy, kiedy akcja posuwa się nieco naprzód (w takich momentach zjawy ożywają nagle), rozdzielane są długimi przerwami w przestrzennej projekcji, podczas których przezroczysty miraż całej katastrofy trwa w doskonałym bezruchu.
Wychodzimy na główną ulicę Sorrento. Lucia pyta przechodniów o drogę. Mijamy zatłoczony plac i długie schody, które prowadzą w dół z wysokiej skarpy do przystani statków. Na placu kręcą się turyści. Jedni siedzą w kawiarniach, inni kupują pamiątki.
Przy zejściu na schody waham się przez moment: myślę, czy nie zrezygnować z ryzykownej wycieczki do Neapolu i nie popłynąć na Capri. Wiem jednak, że w przypadku prawdziwej eksplozji również na wyspie nie znajdziemy bezpiecznego schronienia. Terroryści dysponują bombą o bardzo wielkiej mocy. Skutkami wybuchu zagrożona jest cała okolica Zatoki Neapolitańskiej. Po krótkim namyśle utwierdzam się w przekonaniu, że podróż do Neapolu jest konieczna: w drodze do tego miasta mógłbym przekonać się osobiście, czy de Stina wydał już odpowiednie polecenia, to znaczy czy kazał wprowadzić kontrolę pojazdów opuszczających Neapol, gdzie wieczorem poprzedniego dnia (po moim telefonie do Melfeiego) z pewnością zgromadzeni zostali wszyscy członkowie organizacji Penne Nere. Teraz chodzi przecież tylko o to, aby terroryści nie przewieźli groźnego ładunku do innego miasta.
Stacja circumversuviany znajduje się po prawej stronie ulicy. Pociąg do Neapolu stoi już przy peronie. Głośniki zapowiadają jego odjazd. Wbiegamy na górę po schodach, kupuję bilety i w ostatniej chwili wskakuję za Lucią do przedziału.
Ruszamy. Nasz pociąg toczy się po szynach, a widmo drugiego pociągu pozostaje przy peronie. Ten drugi stoi na tym samym torze. Zarysy jego ścian przenikają nasze ciała.
Obraz zatoki przesuwa się w oknach z lewej strony wagonu. Zajmuję miejsce naprzeciwko Lucii.
Rozmawiamy o dziwnym psychologu i o jego córce Sofii. Lucia uważa, że ich dom jest niesamowity. Bez przerwy odbywają się w nim jakieś osobliwe spotkania naukowe lub zabawy i bankiety. Oboje lubią otaczać się ludźmi, to pewne. Więc zapraszają ich do siebie. Lecz przy takim – towarzyskim – trybie życia o swych gości troszczą się w stopniu równie niewielkim, jak i o własny dom, który (Lucia była świadkiem kilku takich scen) demolowany jest przez nietrzeźwych biesiadników i szybko obraca się w ruinę.
Istotnie. Przypominam sobie, jak Sofia przyjęła nas wczoraj, po konferencji prasowej jej ojca, kiedy na górze zostaliśmy z Lucią sami. Weszła do pokoju, posłała łóżko, rozebrała się i położyła spać – słowem zachowała się tak, jakby nas tam wcale nie było. Ona lekceważy ludzi, ignoruje ich, a stąd niedaleko już do pogardy. Czyż może być inaczej, jeśli to właśnie ona jest poszukiwaną terrorystką? Tylko ktoś taki, kto innych traktuje jak przedmioty, mógłby spokojnie znieść śmierć mieszkańców wielkiego miasta. Lucia nie ma z tym wszystkim nic wspólnego.
Przyznaję jej rację: Lisitano jest dziwakiem. Trzeba mieć za dużo pieniędzy i fantazję lub nie wszystkie klepki w głowie, żeby popłynąć sobie spokojnie na Capri, zostawiając otwarty dom na pastwę takich prowokatorów i opojów, jak na przykład ten cały ulubieniec Sofii – Renato i jego gotowa zbiec się na skinienie banda.
– Dlaczego go uderzyłeś?
– Bo jestem o ciebie zazdrosny.
Lucia uśmiecha się do mnie. Czy pamięta, co zdarzyło się wczoraj w czasie dziwnego zebrania w domu Sofii, przed wymianą zdań na temat istoty materii, kiedy Lisitano, po to tylko, by sprowokować obecnych do dyskusji, wywołał nas na środek pokoju i położył na jej ręce urojoną cegłę? Pewnie lunatyczny nastrój wczorajszego seansu wciąż jeszcze zajmuje pogrążone we śnie myśli tej dziewczyny. Musi tak być, gdyż każde głęboko uśpione medium – po przebudzeniu – uznaje poddane mu przez hipnotyzera nastawienia za swoje własne. Więc Lucia nie wie, w jakich okolicznościach doszło do zbliżenia między nami.
Rozmawiamy o Sorrento. Dzielimy się wrażeniami ze spaceru po tym malowniczym mieście. Lucia patrzy i mówi przytomnie. Jeżeli nawet nie wierzy w nasz dom na leśnej polanie, o co wprost nie mam odwagi jej zapytać, spodziewa się pewnie, że wkrótce – zgodnie z zapowiedzią wewnętrznego głosu – przyjadą tam murarze i cieśle, aby go zbudować.
Lecz w jaki sposób fabryka snów kieruje swymi postaciami, jeśli w głębi stereonu, gdzie nie wszystkie miraże muszą być kontrolowane centralnie, jedna zjawa może poddać drugiej swe własne sugestie? Czy widmo człowieka ma świadomość? Przypominam sobie, co na ten temat powiedział mi Ibrahim. Lucia jest jak żywa. Widzę ją i słyszę, dotykam rękami jej ciała: wszystkie zmysły zapewniają mnie o tym, że ta dziewczyna rzeczywiście istnieje.
Ona jest. Ale czy wie, że na szczycie przeplatanej nazwanymi już urojeniami piramidy nie uświadomionych jeszcze złudzeń, która tworzy bardziej lub mniej sugestywną fikcję tego świata, wznosi się coś, co jest pierwotne względem ciała, bez czego nie byłoby tych martwych słów i co kiedyś je ożywi – nieśmiertelna między mirażami dusza?
Przejeżdżamy przez Castellammare. Tuż za tym miastem tor kolejowy zmienia kierunek z północno-wschodniego na północno-zachodni i mijając południowy stok wulkanu, prowadzi wprost do Neapolu, gdzie znajduje się epicentrum wybuchu. Cały czas jedziemy wzdłuż linii wybrzeża Zatoki Neapolitańskiej.
Przed nami otwierają się niebosiężne wrota piekła. Jedno ich skrzydło obraca się na trzonie atomowego grzyba, a drugie na słupie skamieniałej w bezruchu lawy tryskającej z krateru Wezuwiusza. W chaosie różnych odcieni purpury, w zastygłych kłębach magmy, które podpierają niebo przed wylotem tamtej gigantycznej bramy, nie ma już niczego, co przypominałoby krajobraz ziemski. Szklane wody zatoki przelewają się do przepaści krateru.
Po zmianie kierunku toru nie wyglądam przez okna wagonu, poza którymi roztacza się drugi plan tej upiornej, trójwymiarowej wizji. Nie chciałbym, aby Lucia zauważyła na mojej twarzy jakiś cień strachu lub zadumy nad losem ginącego tam, tak wiernie skopiowanego, ale przecież fikcyjnego miasta. Po kilkunastu minutach dalszej jazdy przerywanej krótkimi postojami w małych osiedlach podmiejskich pociąg zatrzymuje się na stacji w Torre Annunziata.
Od epicentrum dzieli nas odległość kilkunastu kilometrów. Przez kilka minut stoimy pod czerwonym sygnałem. Jest jakaś przerwa w kolejowym ruchu. Korzystając z niej, przechodzimy z Lucią na początek pociągu, aby zobaczyć, co tam się dzieje. W głębi sąsiedniej ulicy widzę sznur zatrzymanych samochodów i grupy policjantów. Na peronie stacji dostrzegam oddziały karabinierów. Jedni chodzą przed wyjściami, inni kręcą się we wnętrzu pociągu stojącego na sąsiednich szynach. Tamten pociąg do Torre Annunziata przyjechał z Neapolu.
Oddycham z ulgą. Wszystko jest w porządku – myślę. Przez taki kordon nikt nie zdoła wywieźć bomby z miasta, a tam znów – gdzie zgromadzono już wszystkich członków ekstremistycznej organizacji Penne Nere – terroryści nie mogą jej odpalić. Więc tędy – przez Torre Annunziata – przebiega pierścień ścisłej kontroli, którym władze otoczyły Neapol. Przezorność karabinierów pochwalam z dwu powodów: najpierw dlatego, że w obrębie opasanej strefy znalazło się nie tylko centrum miasta, ale też i jego osiedla satelitarne, po wtóre zaś z tego powodu, że rewidowane są również samochody osobowe i pociągi pasażerskie, chociaż bomba termojądrowa nie należy przecież do ładunków, które można by było zapakować do podręcznej walizki.
Naszego pociągu nie kontrolują. Stoję w przejściu, na początku pierwszego wagonu, tuż za szybą drzwi, które oddzielają mnie od przedziału motorniczego. Z tego miejsca najlepiej widać wszystko, co znajduje się przed pociągiem. Lucia siedzi na ławce w głębi wagonu – kilkanaście metrów poza mną. Sytuacja ta na zawsze utrwala się w mojej pamięci.
Ruszamy. Po kilku sekundach odczuwam uderzenie w czoło i silne parcie niewidzialnej płaszczyzny, która pcha mnie w kierunku przeciwnym do ruchu pociągu. Chociaż już dawno zapomniałem o jej istnieniu, natychmiast domyślam się, że jest to rama ekranu. Dlaczego pojawiła się akurat tutaj? Cofając się przed nią, szarpię za uchwyt wiszący nad otwartymi drzwiami. Ruch ten ratuje mi życie. Zrywam plombę, potykam się i upadam. Słyszę pisk hamulców. Przezroczysta ściana pcha mnie dalej, aż do miejsca, gdzie siedzi Lucia. Pociąg zatrzymuje się w tej właśnie chwili.
Jestem potłuczony i całkowicie zdezorientowany. Lucia całuje mnie i podnosi z podłogi. Ma bardzo wystraszoną minę. Z przedziału motorniczego wyskakuje kierownik pociągu. Pyta, co się stało. Z drugiej strony podbiega konduktor. Nie potrafię powiedzieć im nic sensownego.
Wokół nas gromadzą się zaciekawieni pasażerowie. Wyciągam pieniądze i chcę zapłacić karę za nieuzasadnione użycie hamulca. Wprawdzie konduktor znajduje się obok, ale stoi poza ścianą ekranu. Odsuwam się od niej i – aby wręczyć mu banknot – czekam, aż jego widmo przejdzie na moją stronę.
Podchodzą dwaj karabinierzy. Mam rozbity łuk brwiowy. Czuję krew na twarzy. Lucia płacze. W zamieszaniu nie wiem, co robić. Chcę jechać dalej. Na szczęście, kierownik pociągu nie pozwala mi zostać w wagonie. Twierdzi, że jestem pijany. Konduktor też nie ma zamiaru bawić się ze mną w chowanego. Wyrywa mi z ręki banknot i wyrzuca nas z przedziału.
Wychodzimy na peron. Pociąg odjeżdża. Zbliżam się do końca stacji. W poszukiwaniu nieprzenikalnej granicy bloku stereonów oddalam się coraz bardziej od Lucii, która idzie do kiosku po opatrunek, ale po drodze nie odczuwam żadnego oporu. Widocznie rama ekranu przesunęła się nieco w stronę Neapolu. Wracam. Jestem zakrwawiony. Lucia wyciera mi twarz serwetkami. Tłumaczę jej, że za hamulec chwyciłem dlatego, aby nie upaść, kiedy potknąłem się na pomoście. Karabinierzy radzą mi udać się do dworcowego ambulatorium.
Wszystko to jednak nie ma większego znaczenia, ponieważ istnieje tu sprawa ważniejsza: gdzieś poza mną – w odległości co najmniej stu metrów (taka jest szerokość naszej trójwymiarowej „klatki”), lecz nie dalej, niż wynosi długość przekątnej ekranu – znajduje się drugi żywy człowiek. Myślę o nim z pewnym zmieszaniem i wiem, że w tej chwili on również o mnie myśli. Czy to jest Ibrahim?
Nie. Dostrzegam go wreszcie. Idzie powoli z drugiego końca peronu. Patrzy w moim kierunku. Chociaż spotykamy się po raz pierwszy w życiu, obaj wiemy dobrze, co nas tutaj łączy. Mężczyzna widzi krew na mojej twarzy i stąd wie, kto zatrzymał pociąg. Ja też rozpoznaję go bez trudu. Jego twarz i jasny garnitur pokrywa gruba warstwa kurzu. Jest podrapany i brudny. Wygląda tak, jakby upadł na ziemię i był po niej wleczony przez przeciwległą ścianę ekranu, którą ciągnął za sobą pociąg.
Człowiek podchodzi do nas.
– Serdecznie pana przepraszam – mówi. – Bardzo został pan poturbowany?
– Mogło być gorzej.
– Nie przewidziałem takiej sytuacji. Zanzara dzwonił, że pan jest w Sorrento.
– Byłem tam przez kilka dni. Teraz wybieramy się do Neapolu. A pan…
Nieznajomy chwieje się na nogach. Podprowadzamy go do ławki. Siada. Podnosi do twarzy zakrwawione ręce.
– Niech pan sięgnie do tej kieszeni – mówi. – Zanzara podyktował mi przez telefon wszystkie ważne numery. Zanotowałem je na marginesie gazety. Jest tutaj.
Wskazuje brodą klapę swej podartej marynarki. Wsuwam rękę do kieszeni na jego piersiach. Jest pusta.
– Tu nic nie ma – mówię.
– Nie ma tej gazety?
– Nie. A co pan na niej zapisał?
Mężczyzna wkłada do kieszeni skaleczoną rękę. Jest zaskoczony. Zastanawia się przez chwilę.
– Ofiara ze mnie! – Zirytowanym gestem uderza się dłonią w czoło. – Została w Pompei! To wszystko przez to cholerne, nieskazitelnie białe ubranie! – Patrzy na swoje letnie wdzianko, które teraz jest w opłakanym stanie. – Usiadłem tam na tej gazecie, żeby nie pobrudzić spodni, a kiedy wstałem, zapomniałem o niej. Zna pan teren wykopalisk muzeum pompejańskiego? Odpoczywałem pod jednym z czterech miniaturowych młynów. Gazeta leży na kamiennej podstawie żarna, tuż obok ruin piekarni…
– Co pan na niej zapisał?
– Numery niezablokowanych kanałów. Zanzara polecił mi je wam przekazać. Tylko w tych kanałach…
Mężczyzna blednie. Domyślam się, że dopiero teraz zaczyna odczuwać skutki wypadku. Chwieje się na ławce. Usiłuję go podtrzymać, ale jego bezwładne ciało wysuwa mi się z rąk i upada na peron.
– Dzwoń po pogotowie! – wołam do Lucii. – Klękam nad tajemniczym człowiekiem. – Skąd pan tutaj przybył?
– Z osiemnastego kanału.
– Kto to jest Zanzara?
Patrzy na mnie nieprzytomnie. Po kilku minutach otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć. Pochylam się nad nim. Słyszę tylko jedno słowo:
– Blokada…
– Nie rozumiem, o jakiej blokadzie pan mówi. Czy na gazecie zanotowane są numery stereonów?
Ranny zamyka oczy. Przybywa ekipa pogotowia ratunkowego. W tym samym momencie na ścianach pojawiają się głębokie rysy. Kontury peronów drżą jak struny pod niemożliwym do wytrzymania napięciem.
I nagle otacza mnie zupełny chaos. Wszystkie mury, które należą do czasu katastrofy, w jednej chwili walą się w gruzy. Dach stacji upada na peron. Wirujące w przestrzeni samochody, poskręcane w pałąki szyny, cegły, betonowe bloki i stalowe konstrukcje jak pociski armatnie przenikają nasze ciała. Przez kilka sekund słyszę ryk huraganu zmiatającego domy z powierzchni ziemi. Jednak widmo zagłady raz jeszcze nieruchomieje w kolejnej fazie zniszczenia: obraz rozrywanych murów – przenikający zwyczajną rzeczywistość miasta – zastyga w doskonałym bezruchu. Ściany i kolumny, miażdżone ciosem fali nadciśnienia, kamienieją w drodze upadku na ziemię; zarysy rozdartych cyklonem konstrukcji wiszą w przestrzeni zajętej przez ich nieuszkodzone odpowiedniki z czasu poprzedzającego trzęsienie ziemi. Tej podwójnej wizji towarzyszy dzwoniąca cisza, w której lekarz pogotowia ratunkowego informuje mnie, że mężczyzna w białym ubraniu nie żyje.
Wychodzę z Lucią na ulicę. Wsiadamy do taksówki i jedziemy do Pompei. Samochód przeszywa asfaltowe garby spiętrzone na drodze w miejscach, gdzie nastąpiło przemieszczenie mas skalnych na skutek wzmożonej aktywności wulkanu.
Również obraz ruin starożytnego miasta oglądam w dwóch zupełnie innych wersjach. Na terenie pompejańskiego muzeum nie ma żadnej wycieczki. W samoobsługowym barze zbudowanym dla turystów siedzi kilka osób. Pytamy o młyny. Podobno ruiny piekarni są gdzieś niedaleko. Przechodzimy przez Foro. Otaczający mnie widok przypomina trójwymiarowe zdjęcie zbudowanego z piasku osiedla zrobione w chwili, gdy z morskiej plaży zmywa je wysoka fala.
Rzeczywista Pompeja była trzydziestotysięcznym miastem parterowych domów, których dachy załamały się pod ciężarem grubej warstwy żużlu i lawy w czasie słynnego wybuchu Wezuwiusza. Tamta katastrofa nastąpiła w 79 roku naszej ery. Warstwa gorącego popiołu o wysokości pięciu metrów pogrzebała wielu mieszkańców, utrwalając zarysy ich ciał w postaci pustych jam we wnętrzu zastygłej lawy oraz konserwując nie zburzone wybuchem zewnętrzne mury domów i działowe ściany. Mało jest na świecie takich nie tratowanych przez tłum miejsc jak Pompeja, gdzie człowiek – z dala od stada turystów pędzonych w muzeach między oszklonymi gablotami – może podnieść z porzuconego gdzieś stosu zwyczajną dachówkę i pod otwartym niebem w ciszy ruin jakiegoś pokoju zadumać się nad zagadką niezwykłego kontaktu, jaki łączy go ze starożytnym dekarzem, który ten sam kawałek wypalonej gliny miał tu w ręku kiedyś lub trzyma go tam teraz – słowem zastanowić się nad tajemnicą czasu.
Wchodzimy do mieszkań, zwiedzamy winiarnie i małe pałace. W pobliżu nas nikogo nie ma. Lucia patrzy na freski, zagląda do amfor, gładzi dłońmi ocalałe kolumny. Jest zamyślona i spokojna. Nie widzi wokół nas drugiego obrazu Pompei, zalanego morzem rozpalonej magmy, w której to miasto – zbudowane niegdyś pod wulkanem, pogrzebane i odkopane – po dwóch tysiącach lat znowu zastyga i ginie już na zawsze.
Wchodzimy na dziedziniec piekarni. Pod ścianą chlebowego pieca zbudowanego z płaskich czerwonych cegieł stoją w rzędzie cztery kamienne żarna, ze względu na swe znaczne rozmiary nazywane też młynami. Gazeta leży na postumencie ostatniego żarna. Na jednym z jej marginesów znajduję szereg dwucyfrowych liczb: 12–15–17–28 –51–78–86. Nic mi one nie mówią. Pamiętam tylko, że są to numery niezablokowanych kanałów. Taką wiadomość przekazał mi umierający człowiek, nie wiem jednak, jaki użytek zrobić z tej niejasnej informacji.
Przy młynach siedzimy przez dłuższy czas. Lucii podoba się to miejsce. Chciałaby też zwiedzić Neapol. Oboje jesteśmy bardzo głodni. Wracamy. W drodze do turystycznego baru raz jeszcze przechodzimy przez rynek Pompei nazywany Foro. Pośrodku placu odwracamy się, by po raz ostatni spojrzeć na ruiny miasta. Lucia widzi różowe mury i białe kolumny, a ja słup rozpalonej lawy podpierający czarne niebo ponad kraterem Wezuwiusza. Przytuleni do siebie i zapatrzeni w dal wycofujemy się powoli z rynku. Mam w oczach miraż obu splecionych w przestrzeni stereonów.
I nagle wszystko to przestaje istnieć. Znika atomowy grzyb, ziejąca ogniem góra, wysoka fala, czerwień i czerń, starożytny świat i widmo termojądrowej zagłady, które przenikało go przez kilkadziesiąt pełnych grozy sekund czasu teraźniejszego.


Fragment udostępniło Wydawnictwo słowo/obraz terytoria








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-06-26 (1723 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej