Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zabójczy Księżyc
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Królestwo czarnego łabędzia'' - Lee Carroll



Zebrałam strzępy i wrzuciłam do szkatułki, żeby jutro pokazać jubilerowi, co zostało z zawartości. Zamknęłam wieko i zostawiłam szkatułkę na stole. Zastanawiałam się, czy nie schować jej do sejfu, w którym przechowywałam zapasy złota i srebra, ale w domu był system alarmowy. Nie istniał żaden racjonalny powód, by ją tam zanosić, chyba że w rzeczywistości pragnęłam uchronić przed nią siebie... a to było niemądre.
Zabrałam do sypialni największy kawałek papieru i srebrną pieczęć, bo chciałam obejrzeć, kiedy wzrok mi się oczyści. Położyłam je na nocnym stoliku i zaczęłam się rozbierać. Halucynacje mijały, i nie spaliłam się, pomyślałam. Okrywałam się kołdrą i przycisnęłam ręce do piersi, by powstrzymać drżenie. To dziwne odczucie, kiedy błysnęło światło... Pewnie był to rodzaj rozładowania elektrycznego, porażenie, nic więcej. A dreszcze, które teraz czułam, to skutek zmęczenia. Miałam za sobą długi dzień. Zanim wyłączyłam lampę na nocnym stoliku, zdjęłam medalion, który zrobiłam jako szesnastolatka (zwykle z nim spałam), i wzięłam pieczęć ze szkatułki, by je porównać. Tak, były niemal identyczne, ale przypuszczalnie wykonano wiele sygnetów z takim herbem. To nic nie znaczyło, chociaż miło było trafić na przedmiot, który przypominał mi matkę. Jakbym dostała wiadomość od niej. Zasnęłam z pieczęcią w dłoni, palcami gładząc łabędzia z rozpostartymi skrzydłami.
We śnie stałam na brzegu okrągłego jeziorka. Słońce wisiało nisko po drugiej stronie, zachodząc za starą kamienną wieżę i zmieniło wodę w połyskliwą taflę roztopionego złota, po której pływał czarny łabędź. Scena była przepojona spokojem, ale wiedziałam, że zaraz zdarzy się coś strasznego. Ptak także to wyczuwał. Wyciągnął długą szyję, rozpostarł skrzydła i zaczął się wzbijać do lotu. Zobaczyłam wtedy, że na piersi ma ciężki wisior na srebrnym łańcuchu. A potem, kiedy jego skrzydła oderwały się od wody, coś świsnęło mi koło ucha i straszliwy krzyk zburzył złotą taflę. Powietrze pociemniało od czarnych piór, w jednej chwili stałam na brzegu, w następnej byłam w wodzie... i z przerażeniem stwierdziłam, że nie jestem już sobą, tylko rannym łabędziem. To ja tak straszliwie krzyczałam, a mój głos przypominał trąby w dzień Sądu Ostatecznego.
Obudził mnie ryk trąby.
Wystarczyła sekunda, bym rozpoznała dźwięk alarmu dobiegający z parteru – i krew zastygła mi w żyłach. Zerwałam się na równe nogi, wciągnęłam dżinsy, bluzę i robocze buty, które rzuciłam koło łóżka. Po chwili byłam już na podeście. Usłyszałam, jak piętro niżej otwierają się drzwi, i nad balustradą zobaczyłam łysą głowę ojca.
– Tato! – krzyknęłam, próbując przebić się przez wycie syreny. – To pewnie fałszywy alarm. Poczekajmy na przyjazd policji.
Ale on mnie nie słyszał – albo wolał nie słyszeć. Zbiegł po schodach, poły jego czerwonego szlafroka w turecki wzór wydymały się w przeciągu.
A to znaczyło, że frontowe drzwi są otwarte.
Popędziłam za nim. Serce waliło mi ze strachu, gdy brałam po dwa stopnie naraz. Roman w nocnym stoliku trzymał broń, pamiątkę z drugiej wojny światowej. Czy był niemądry i ją wziął?
W połowie pierwszego piętra usłyszałam krzyk – to był głos ojca – a potem wystrzał. Ostatnie półpiętro pokonałam dwoma susami i wylądowałam na kolanach. Nie zważając na ból, biegłam w stronę otwartych na oścież kuchennych drzwi na końcu korytarza. Dopadłam progu w dwóch niezgrabnych skokach i zastygłam. Widok był niesamowity i dziwny, przez chwilę myślałam, że w końcu udało mi się zrealizować dziecięce marzenie o wkroczeniu w obraz, surrealistyczny obraz Dalego lub de Chirico.
Trzej mężczyźni ubrani na czarno w identyczne golfy, spodnie, rękawice i narciarskie maski mogliby być cieniami, nie ludźmi. Jeden klęczał przed otwartym sejfem i nożem wycinał obraz z ramy, obok niego na ziemi leżał kłąb czerwonej tkaniny. Kiedy skończył, podał płótno drugiemu, który zwinął je w ścisły rulon i wręczył trzeciemu, a ten włożył je do podłużnej okrągłej torby. Z mdlącym poczuciem absurdu dostrzegłam, że jest to worek na matę do jogi. Omal się nie roześmiałam. Dopiero kiedy przyjrzałam się dokładniej, stwierdziłam, że ten czerwony tobół koło sejfu to mój ojciec: szlafrok zsunął się na podłogę, krew wsiąkała w biały kołnierz piżamy.
Jęknęłam cicho i wszyscy trzej jednocześnie podnieśli głowy, w tym samym momencie na mnie spojrzeli. Wpatrywali się we mnie przez czas wydający się wiecznością, na tyle długo, by przez głowę przebiegły mi dziesiątki myśli: Powinnam uciec? Ale jak mogłabym zostawić ojca? Czy ojciec nie żyje? Czy mnie zabiją? A potem, co przyznaję z zażenowaniem, pomyślałam: Jak zdołamy spłacić dług, skoro zabierają wszystkie nasze obrazy?
Wszyscy równocześnie się odwrócili. Mężczyzna, który wycinał płótna z ram, schował nóż i wstał, drugi zamknął sejf, trzeci zapiął worek. Ruszyli w moją stronę.
Przycisnęłam się do ściany ogarnięta odrazą na myśl, że mnie dotkną, ale nie mogłam uciekać, musiałam dostać się do ojca. Ludzie cienie minęli mnie, jakbym nie istniała. Korytarz wypełnił się odrażającym odorem zgniłych jaj i spalenizny, smród wdarł się w moje nozdrza, usta i płuca. Kiedy szli, korytarz ciemniał, jakby cienie w kątach wyciągały się ku nim. Doszli do schodów i ruszyli na piętro.
W tej samej chwili podbiegłam do ojca i uklękłam. Sprawdziłam puls na szyi i odsłoniłam szlafrok, szukając rany po kuli.
Znajdowała się pod lewym obojczykiem, trzy centymetry nad sercem, w każdym razie miałam nadzieję, że pocisk ominął serce. Pod palcami poczułam słaby, trzepoczący puls. Podniosłam się tylko po to, by złapać telefon bezprzewodowy ze ściany i szarpnięciem wyciągnąć ścierkę spod czajnika, który zostawiłam na stole. Poczułam ukłucie żalu, kiedy lakierowany imbryk mamy stoczył się na podłogę i rozbił, ale odpędziłam tę myśl, przyciskając ścierkę do rany i zadzwoniłam na 911. Powiedzieli mi, że karetka i policja już jadą. Rozłączyłam się i nasłuchiwałam kroków włamywaczy na schodach, ale przy włączonym alarmie nie potrafiłam stwierdzić, czy się zbliżają. Wrócą tu i nas zastrzelą? Powinnam wywlec ojca z domu? Ale jak daleko zdołam z nim uciec? Zrobię mu krzywdę, jeśli go przeniosę? Wreszcie po ciągnącym się w nieskończoność oczekiwaniu drzwi wejściowe otworzyły się z trzaskiem i w holu rozległy się ciężkie kroki. Uniosłam głowę i zobaczyłam dwóch umundurowanych funkcjonariuszy, którzy celowali do mnie z broni.
Włamywacze są na piętrze! – krzyknęłam. – Jest ich trzech. Przynajmniej jeden musiał mieć broń, bo strzelili do mojego ojca.
Mówiąc to, usiłowałam sobie przypomnieć, czy u któregoś z mężczyzn widziałam broń, ale policjanci już opuścili kuchnię. Usłyszałam, jak biegną po schodach.
Odwróciłam się do ojca. Jego twarz miała chorobliwie szary odcień.
– Tato! – zawołałam. – Romanie? Słyszysz mnie?
Uniósł powieki, ale nie potrafił skupić na mnie wzroku. Powiedział coś, czego nie zrozumiałam. Nachyliłam się i przystawiłam ucho do jego ust.
– Śmierć... śmierć... – wychrypiał.
– Nie, tato, nie umrzesz. Obiecuję. Kula ominęła serce. – Usiłowałam go skłonić, by na mnie spojrzał, ale jego oczy błądziły po pokoju, jakby czegoś szukał. Podążyłam za jego wzrokiem i pod kuchennym stołem zobaczyłam stary wojskowy rewolwer. Pewnie go upuścił, kiedy włamywacze strzelili do niego.
– Och, tato. – Gładziłam go po głowie. – Powinieneś był zostawić broń na piętrze. Może nie zrobiliby ci krzywdy.
Pokręcił głową i poruszył ustami, próbując coś mi powiedzieć. Pochyliłam się nad nim, żeby nie musiał tak bardzo się męczyć.
– Dybuk – wykrztusił wreszcie. Zdawało się, że wypowiedzenie tego słowa pochłonęło całą jego energię. Oczy uciekły mu w głąb czaszki i stracił przytomność. Czułam nieregularny puls pod palcami. Gorączkowo przeniosłam dłonie z rany na serce i z całej siły nacisnęłam, raz, dwa, trzy, usiłując sobie przypomnieć, jak resuscytacja wygląda na filmach. Nie przestałam tego robić do chwili, gdy obok mnie ukląkł ratownik i oderwał mi ręce. Nie widziałam, jak wchodzi, a mimo to kuchnia nagle pełna była ludzi. Policjanci, ratownicy, mężczyzna w szarym prochowcu, z którego woda kapała na podłogę. Utworzyli krąg wokół ojca, odpychając mnie na bok. Czułam się jak w moim śnie, gdy stałam na brzegu jeziora i patrzyłam na łabędzia sunącego w stronę śmierci, jakbym unosiła się wysoko w powietrzu. Mężczyzna w prochowcu stał obok mnie i coś mówił, ale go nie słyszałam, wszystko zagłuszało bicie łabędzich skrzydeł.
– Co? – zapytałam, patrząc mu w oczy.
– Powiedziałem, że bardzo pani zbladła. Powinna pani usiąść.
Kiwnęłam głową, zgadzając się z jego rozsądną radą, ale tak jak w tamtym śnie czułam, że już wpadam do jeziora, połyskliwa woda otacza mnie wybuchem białego światła, które było – tylko na tę myśl starczyło mi czasu – dziwnie znajome.

Ocknęłam się w karetce.
– Straciła pani przytomność – powiedział ratownik, kiedy usiadłam. – Więc zabraliśmy panią z ojcem.
– Jak on się czuje? – Twarz ojca zakrywała maska tlenowa, oczy miał zamknięte.
– Stracił sporo krwi i ma niskie ciśnienie. Ojciec choruje na serce?
– Cierpi na chorobę niedokrwienną. Rok temu poddał się angioplastyce. Czy on... czy...?
– Ma spore szanse. Kula trafiła tuż nad sercem, rana wylotowa znajduje się kilka centymetrów wyżej w barku. Myślę, że ominęła serce, więc można powiedzieć, że miał szczęście. Strzelec musiał być pochylony, kucał albo coś w tym rodzaju. Ojciec zaskoczył włamywaczy?
– Tak przypuszczam. Weszłam tam, kiedy już leżał. Jeden z rabusiów klęczał na podłodze... niewykluczone, że to on strzelił do ojca. – W takim razie gdzie miał broń? Widziałam tylko rewolwer ojca. – Ojciec zbiegał po schodach. O mało na nich nie wpadł.
– Bieg i wstrząs bardzo osłabiły jego serce, przy upadku uderzył się w głowę, ale wygląda na twardego staruszka, gonił złodziei! – Ratownik spojrzał na mnie z uśmiechem, ale zaraz spoważniał. – Nie wygląda pani najlepiej. Proszę się położyć, nie chcę, żeby pani upadła i zrobiła sobie krzywdę. Rozbiłaby sobie pani głowę, gdyby detektyw pani nie złapał.
Posłuchałam się rady. Tak jak przed omdleniem miałam wrażenie, że nie do końca jestem złączona z własnym ciałem, jakbym z góry obserwowała karetkę pędzącą do szpitala Świętego Wincentego, a potem siebie – podążam za nieprzytomnym ojcem do izby przyjęć i trzymam jego bezwładną rękę, gdy szyją mu bark i podłączają kroplówkę. Pragnęłam głośno krzyknąć: Kim jest ta spokojna kobieta? To nie mogłam być ja, bo moje napięte nerwy strzelały jak sztuczne ognie, a serce gwałtownie waliło. Widocznie ten rzekomy spokój nie wszystkich zwiódł, bo pielęgniarz zobaczywszy kolor mojej twarzy, posłał salowego po krzesło dla mnie.
– Nie chcę, żeby mdlała pani na mojej zmianie – zganił mnie ze śpiewnym akcentem z Karaibów, który w antyseptycznej izbie przyjęć był niczym ciepły wietrzyk. Miał skórę barwy herbaty ulung i związane kolorową bandaną długie dredy. Na identyfikatorze widniało nazwisko O. Smith.
– Czy ojciec odzyska przytomność, panie Smith?
– Nie po tych wszystkich środkach przeciwbólowych, które mu zaaplikowałem, kochana. A jeśli odzyska, będzie mówił od rzeczy. Najlepiej pani zrobi, jeśli trochę odpocznie. – Mówił tak, jakby przywykł do tego, że ludzie wykonują jego polecenia, ale ja pokręciłam głową.
– Zostanę tutaj. Nie chcę, żeby był sam, kiedy odzyska przytomność.
Po mniej więcej godzinie ojca przeniesiono do sali szpitalnej. Było tam wolne łóżko i O. Smith powiedział, że mogę z niego skorzystać, ale ja się bałam zasnąć, bałam się, że kiedy przestanę pilnować ojca, on mi się wymknie. Usiadłam więc na twardym krześle pomiędzy jego łóżkiem a oknem z widokiem na Siódmą Aleję. Niebo nad dachami budynków pozostawało ciemne, ale w oknach na najwyższych piętrach odbijało się perłowoszare światło poranka. Deszcz, który padał od wczoraj, wreszcie ustał, powietrze było przezroczyste i zimne, z kratek na ulicach unosiły się kłęby pary. Jako dziecko myślałam, że każde miasto ozdabiają takie dryfujące obłoczki, dopiero ojciec mi wyjaśnił, że Nowy Jork ma niezwykły system podziemnych rur parowych z okresu poprzedzającego elektryczność.
– Myślałem, że miasto unosi się na chmurze, kiedy po raz pierwszy je zobaczyłem – wspominał Roman dzień, gdy pod koniec lat czterdziestych wpłynął do nowojorskiego portu. – Byłem przekonany, że śnię.
W dzieciństwie uważałam, że opary z kratek i tunele są dowodem na istnienie innego świata pod powierzchnią naszego. Może świata, o którym mama opowiadała mi na dobranoc, nazywała go Letnią Krainą albo Baśniowym Krajem. Tam zawsze panowało lato, kwiaty kwitły przez cały rok i krystaliczne źródła tryskały z głębi ziemi, znaczyły zielone łąki białą koronką strumyków spływających do jeziora, po którym pływały łabędzie. Niekiedy można dostrzec Letnią Krainę w zielonym blasku na końcu leśnej ścieżki, w odbiciu góry w tafli stawu, a czasami nawet przez otwarte drzwi na miejskiej ulicy, gdzie nigdy przedtem żadnych drzwi nie było, a kiedy wracasz tam później, widzisz tylko gładki kamień. Wrota do Letniej Krainy otwierają się na okamgnienie, w żadnym razie nie zdołasz drugi raz ich zobaczyć. Nie znajdziesz ich, specjalnie szukając, ale możesz znienacka wsunąć się do środka. Spędzisz tam dzień, a po powrocie do tego świata przekonasz się, że minęło wiele lat, twoi przyjaciele i rodzina postarzeli się, choć ty wcale się nie zmieniłaś.
– Dlatego ty nie starzejesz się nawet o dzień? – żartował ojciec, gdy słyszał, jak mama mi to opowiada. (…)









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-09-08 (928 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej