Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ciemny Eden
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Agent JFK 6: Ze śmiercią za plecami'' - Miroslav Žamboch



Może to nie jest prawdziwa blondynka?



– A teraz do pracy – zwróciła się do JFK Bytewska. – W świecie Z-232-125 zaginął doświadczony pracownik Wydziału Naukowego. Nie zgłosił się do dwóch następujących po sobie okien komunikacyjnych. Przypuszczamy wobec tego, że albo znalazł się w sytuacji ekstremalnej, albo nie żyje.
Ostatnie słowa Bytewska wypowiedziała tak samo rzeczowo jak resztę zdania, jednak w jakiś sposób zabrzmiało w nich współczucie i żal.
– Pańskim zadaniem będzie stwierdzić, co się z nim stało i z jakiego powodu, a także kto jest za to odpowiedzialny.
– I zabezpieczyć dokończenie badań, które Albert Muros prowadził – doktor Lavassi odezwała się po raz pierwszy.
– Nie jestem naukowcem. Prawdopodobnie nie będę w stanie dokończyć jego pracy – odparł Kovař, patrząc na nią.
Uśmiech, jaki pojawił się na twarzy blondynki, był doskonale niewinny i bezpretensjonalny.
– To ja wykonam tę pracę – wyjaśniła.
– Zapewnienie bezpieczeństwa doktor Lavassi jest kolejnym i właściwie najważniejszym pana zadaniem – dokończyła Bytewska.
Kovař, nie wiadomo czemu, miał uczucie, że pomiędzy tymi dwoma kobietami, stojącymi po przeciwnych stronach gamy typów żeńskich, istnieje jakieś tajne porozumienie.
– Kapitanie! – Bytewska zwróciła się do Grivena. – W momencie, gdy stwierdzimy, że zadanie przekracza możliwości naszego Oddziału i Wydziału Naukowego, nie zawahamy się z panem skontaktować. Dziękujemy panu za ofertę pomocy.
Kovař był pewny, że Griven i Oddział Militarny nie będą go zbytnio kochać. Jednak nie powinno mu to spędzać snu z powiek.
Komórka JFK zadzwoniła. Na wyświetlaczu migało logo Agencji, ale odkształcone, jakby przeleciało przez centryfugę, a potem wpadło jeszcze w pole grawitacyjne co najmniej Jowisza.
– Wonder. – Zabrzmiało w słuchawce. – Za dwanaście godzin chcę pana widzieć na rampie. Okno startowe otwiera się w czasie T zero plus dwanaście godzin, pięćdziesiąt pięć minut i trzynaście sekund. Dokładnie.
Kovař w odruchu włączył stoper w zegarku.
– Nie otrzymałem jeszcze zadania dla tej misji ani oficjalnego polecenia, panie profesorze – odpowiedział, przełączając na tryb głośnomówiący.
– Więc niech pan powie szefowej, żeby się pośpieszyła. Czas ucieka, a okno transferowe nie będzie czekać. Idę ustawiać fantoma. Tym razem transfer będzie półdynamiczny, ze znacznym stopniem niepewności lokalizacji, parametry sterujące będą się opierać na fluktuacjach typu T. I do tego z przesunięciem czasowym o cztery dni w stosunku do naszej daty.
Telefon zamilkł.
Kovař spojrzał na Bytewską pytająco.
– Zapewnić bezpieczny powrót doktor Lavassi, stwierdzić, gdzie znajduje się agent Albert Muros i ewentualnie co mu się przytrafiło. – powtórzyła.
– Oraz współpracować ze mną celem dokończenia pomiarów T – dodała pani doktor ze słodkim uśmiechem.
Kovař przytaknął.
– Czy komtesa de Villefort jest może przypadkiem w budynku? – zapytał.
Bytewska pokręciła głową.
– Przypadkiem jej nie ma, ale zostawiła dla pana list.
Podała Kovařowi kopertę ze staroświecką pieczęcią woskową, na której odciśnięto herb rodu Villefortów.
JFK, nie bacząc na pozostałych, otworzył list niezwłocznie.
Papier sprawiał wrażenie ręcznie wykonanego, stylizowana korona na górze strony przywodziła na myśl stare dokumenty. Tekst napisany był już mniej staroświecko, energicznym charakterem pisma.
Serwus JFK,
Chciałam tylko zwrócić twoją uwagę na fakt, że Lenka, to znaczy doktor Lavassi wytrzyma wprawdzie sporo, ale nawet nie połowę tego co ja, więc wystrzegaj się tych szalonych eskapad, które wraz z Vegą tak lubicie. Jest naukowcem, nie adrenalinowym narkomanem. Jeśli wróci poturbowana, zapłacisz mi za to podwójnie, rozumiesz? Uważaj na nią jak na samego siebie. – Tu następowała seria znaków, których Kovař nie rozumiał, lecz domyślał się, że przedstawiają wulgarne odwzorowanie pewnej części ludzkiego ciała, prawdopodobnie w starochińskim lub japońskim. – Oprócz tego dużo szczęścia i nie daj się zabić (jesteś mi winien zaproszenie na Marka Antonio w Benatkach. Nie chciałabym tego stracić).
Zamiast podpisu widniał monogram, który wyglądał jakby był zrobiony jednym pociągnięciem pióra.


* * *



Kovař bez słowa schował papier do kieszeni i stwierdził, że wszyscy mu się przyglądają. Miał nadzieję, że z wyrazu jego twarzy nic nie zdołali wyczytać.
– Pójdziemy? – zwrócił się do doktor Lavassi. – Powinniśmy się przygotować.
Wstała od stołu, sto sześćdziesiąt pięć centymetrów apetycznych kształtów, tu i ówdzie może troszeczkę w nadmiarze, ale nigdzie niczego nie brakowało. Mini ciasno opinała jej ciało, przy każdym kroku zdradzając, że pod spodem znajduje się koronkowa bielizna.
– I jeszcze jedno – powiedziała Bytewska, przerywając Kovařowi obserwacje, oparte jedynie na profesjonalnym zainteresowaniu. Po prostu starał się ocenić umiejętności nowej partnerki.
– Tak, madame? – Odwrócił się do niej.
– Nie spotkał się pan w ostatnim czasie z Vegą?
– Nie, nawet nie pamiętam, kiedy go ostatnio widziałem – odparł spokojnie.
– To dobrze, mogłabym pomyśleć, że za tym uszczerbkiem na zdrowiu, jakie przytrafiło się naszym wojskowym współpracownikom, stoi właśnie Vega. Teraz jestem spokojniejsza.

Blondynka doskonała

Na korytarzu Kovař podążał za panią doktor. Obcasy jej pantofelków ostro stukały, a poruszała się na nich szybciej niż JFK uważał za możliwe. Jeszcze przez kilka sekund z profesjonalnym zainteresowaniem przyglądał się Lavassi od tyłu i wreszcie ją dogonił.
– Mamy jedenaście godzin i czterdzieści pięć minut na przygotowania. A powinniśmy odwiedzić medyków, zbrojmistrza, techników, ja muszę załatwić kilka drobnych spraw, a później szybko na Morawy, do von Wondera. Co pani na to?
– Brzmi rozsądnie, pańskie drobne sprawy pozwolą mi na pobranie i skalibrowanie przyrządów.
Rzeczowy ton ewidentnie nie współgrał z wyglądem pani doktor.
Zza zakrętu wyłonił się Chuch popychający sporych rozmiarów wózek z jakimś urządzeniem diagnostycznym. Spojrzał na Kovařa bez sympatii. Nadal oskarżał agenta o śmierć swego brata i nie zostawiał na nim suchej nitki. Jednak na widok pani doktor zapomniał o Kovařu, gapiąc się z miną starego kocura patrzącego na miskę śmietany stojącą za zakratowanym oknem.
Kovař jak zwykle po wizycie u medyków czuł się lekko oszołomiony i odczuwał niemiły chłód. Reagował tak na mnóstwo preparatów zaaplikowanych pneumatyczną strzykawką oraz na kilka badań, przy których musiał rozebrać się prawie do naga. Odniósł wrażenie, że tym razem wszystko trwało dłużej i było bardziej uciążliwe niż zazwyczaj. Doktor Lavassi zbadano bardzo pobieżnie, debatując z nią o sprawach, które nic Kovařowi nie mówiły.
– To niesprawiedliwe – oświadczył JFK, ubierając się. – Szowinizm seksualny, ja do rosołu, a pani cały czas ubrana.
Uśmiechnęła się.
– Pewnie wolałby pan, żeby było na odwrót – odrzekła. – Ale niestety dla pana, ja już mam wszystkie badania za sobą i to znacznie dokładniejsze. Nie pracuję w terenie tak często jak pan.
– No, z tym już nic się nie da zrobić. Chodźmy do zbrojmistrzów po wyposażenie.


* * *



Arsenał Agencji, a dokładniej Wydziału do Zwalczania Międzyświatowego Przemytu, znajdował się na jednym z najniższych pięter praskiej filii. Cięższą i większą rozmiarowo broń przechowywano w jaskini Macocha bazie na Morawach. Nie nadawała się bowiem do transportu „rurką”, jak agenci nazywali tajną linię superszybkiej kolei podziemnej, łączącej Pragę z Morawskim Krasem.
Zjechali na odpowiednie piętro wprost w łapy strażników, mężczyzn i kobiet z zasłoniętymi twarzami, w kamizelkach kuloodpornych.
– Była pani już tutaj? – zapytał Kovař
Pokręciła głową.
– Ci tutaj robią rewizję osobistą. Pod sufitem są automatyczne miotacze, które nas rozwalą na kawałki, jeśli im się nie spodobamy. Więc bez żadnych szaleństw.
– Z zasady jestem poważna – odparła Lavassi półgłosem. – I nie lubię broni.
Kovař z trudem opanował odruch przewrócenia oczami. To miała być jego nowa partnerka!
Po wyjściu z windy stanęli na miejscach oznaczonych czerwonym kolorem i pozwolili się skontrolować.
Kovař miał wrażenie, że zarówno mężczyzna jak i kobieta poświęcali uwagę głównie pani doktor. Nie dziwił się temu, trudno wyobrazić sobie osobę mniej pasującą do ściśle tajnego arsenału.
– Możemy iść – powiedział, kiedy nad drzwiami zabłysło zielone światło.
– Czy za wszystkimi tymi drzwiami jest broń? – zapytała Lavassi, przechodząc sterylnie wyglądającym korytarzem oświetlonym niebieskawym światłem paneli stropowych.
– Tak – potwierdził Kovař.
Miał prawo wstępu do większości magazynów i laboratoriów.
– Broń wszystkich możliwych epok różnych światów, wyprodukowana przy użyciu osobliwych, współczesnych lub dawno zapomnianych technologii.
– Żeby wyeliminować degradujący wpływ efektu Maurby’go – stwierdziła doktor Lavassi.
Zaskoczony Kovař spojrzał na nią szybko i pomyślał, że dał się nabrać na jej wygląd. Miała dwa doktoraty, była specjalistką w dziedzinie biologii. O teorii Maurby’ego, głoszącej, że broń i wyposażenie przestawało działać w innych światach tym szybciej, im bardziej różniły się technologie tych światów, wiedziała zapewne więcej od niego.
Zza drzwi opatrzonych piktogramem miecza i młota wyszedł postawny mężczyzna w fartuchu, z wnętrza dobiegł łomot młotów, syk hartowanej stali i odgłos pracujących wentylatorów.
– JFK! Długo się nie widzieliśmy. – Rozjaśnił się na widok Kovařa. – I w tak powabnym towarzystwie – dodał, wycierając o fartuch pobrudzoną pyłem węglowym rękę i wyciągając ją na powitanie.
– Patrik Bezdech, specjalista od produkcji broni od pradziejów aż do średniowiecza – przedstawił go Kovař. – Doktor Lavassi, naukowiec Wydziału.
– JFK ma u nas zawsze wszystkie drzwi otwarte – zaśmiał się Bezdech.
Wyglądał jak demoniczny mistrz kowalski: z olśniewająco białymi zębami w poczerniałej twarzy, poznaczonej śladami po drobnych poparzeniach.
– Może nie jest najlepszym szermierzem, ale gdy miecz mu odpowiada, da sobie radę z każdym przeciwnikiem. Przepchnie się przez piekło w tę i z powrotem.
– W to w najmniejszym stopniu nie wątpię – oznajmiła Lavassi, a Kovař zastanowił się, czy nie usłyszał w jej wypowiedzi szczypty ironii.
– Ale teraz robimy coś zupełnie innego. – Bezdech zmienił temat.
Kovař znał Bezdecha, tamtego zajmowały broń i metal, a później metal i broń.
– Właśnie we współpracy z Anderlechtem skończyliśmy pracę nad bębenkowym rewolwerem wielkiego kalibru, który powinien być stabilny, poczynając od tysiąc trzechsetnego roku kalendarza ziemskiego! Nie chciałbyś sobie z niego postrzelać?
– Musimy się uzbroić, a że w trakcie misji będziemy polegać na broni palnej, mamy w planie również strzelnicę. Nie zajmie nam to dużo czasu. – Kovař spojrzał pytająco na partnerkę, która z rezygnacją kiwnęła głową.
Zanim poszli na strzelnicę, zatrzymali się w dziale wiek XX+, gdzie Kovař pozornie bez namysłu nałożył na wózek mnóstwo broni krótkiej i długiej, różnych rodzajów i typów.
– A co dla pani? – zapytał kierownik strzelnicy, patrząc na Lavassi z powątpiewaniem. Zachowywał się przy tym nieco nerwowo i pozornie nie zwracał na panią doktor uwagi.
Lavassi popatrzyła na swoje wypielęgnowane ręce z pomalowanymi paznokciami. Wśród otaczających ją mężczyzn wyglądała na bardzo drobną.
– No cóż, może tamten pistolet? – Wskazała Glocka 30 kalibru O.45 ACP. – Wydaje mi się jednak zbyt duży.
– Chyba tak – zgodził się kierownik strzelnicy.
– Wolałabym coś mniejszego, co pasowałoby do mojego ubrania i płci. – Lavassi uśmiechnęła się kokieteryjnie.
Bezdech rozejrzał się bezradnie po tysiącach sztuk broni zapełniającej stojaki. Wyraźnie nie radził sobie z pojęciem broni pasującej do ubrania i płci. Kovař pomyślał o zasadach, które musieli spełniać agenci pracujący w terenie. Była między nimi zdolność do szybkiego otwarcia ognia bez przygotowania i z nieprzeciętnymi wynikami. Może dla pani doktor zrobiono mały wyjątek, choć w to wątpił.
– A może ta zabawka? – Wybrał rewolwer S&W z lufą o długości jeden i trzy czwarte cala, kalibru .38, pięcioma nabojami w bębenku. – Lekka konstrukcja, wygodna do noszenia, rozmiar stosowny dla pani. Żadna armata, ale dwoma strzałami z pięciu metrów może pani każdego chłopa położyć na ziemię.
– O ile go pani trafi – dodał kierownik strzelnicy z powątpiewaniem.
Doktor Lavassi sięgnęła po rewolwer, otworzyła bębenek, bez problemu załadowała pięcioma nabojami z zasobnika, zatrzasnęła, skierowała lufę w narożnik sali, sprawdzając, jak kolba leży jej w ręce.
– Fajny, podoba mi się – pochwaliła wybór Kovařa. – Ale może lepszy byłby taki z czernioną powierzchnią, żeby zbytnio nie zwracał uwagi.
Mężczyźni popatrzyli po sobie w milczeniu.
– Może to nie jest prawdziwa blondynka? – mruknął cichutko Bezdech za plecami pani doktor.
Na strzelnicy wszystko poszło bardzo sprawnie, Kovař poprosił o wymianę kolby w pistolecie, który sobie wybrał, a pani doktor wykazała zaskakujące przygotowanie i dokładność w obchodzeniu się z rewolwerem.
Kovař w odróżnieniu od pozostałych nie komentował jej sukcesów. Dać sobie radę na strzelnicy to jedno, a wymierzyć w nieprzyjaciela i nacisnąć spust z zamiarem zabicia, to drugie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-09-23 (757 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej