Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Merrick (wyd.II)
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wiedźma naczelna'' - Olga Gromyko



Zlecenie



Okazało się, że żądni piwa chłopi nie marnowali czasu. Póki ja siedziałam w karczmie oni zebrali się i wysłali gońca. Nawet gorzej – zdążył on wrócić ze wsparciem.
W moim kierunku zmierzało przynajmniej pięć pudów żelaza – pod dwoma z nich skrywał się rycerz, pod kolejnymi trzema – jego wierny koń, powoli i majestatycznie przestawiający nogi. Spod długiego srebrzystoszarego czapraka widniały tylko kudłate pęciny z masywnymi kopytami. Górna część bojowego wierzchowca została zapakowana w hełm z wycięciami dla oczu, uszu i nozdrzy, od którego do samego łęku siodła leciał kołnierz z wypolerowanych do blasku plastyn. Grzbiet przykryty był karkasem ze stalowych pasów o dużych oczkach, więc jedynym niebronionym miejscem był z irytacją poruszający się ogon.
Jeździec był opancerzony jeszcze solidniej – łatwiej było go spłaszczyć niż zranić. Luki w płycie wypełnione były pasmami kolczugi, przy siodle wisiał dwuręczny miecz, który prawie drapał o ziemię. Cały tej majątek wesoło podzwaniał i szczękał przy najlżejszym ruchu, odstraszał kury i doprowadzał do wściekłości psy.
Za rycerzem w pełnej szacunku odległości połowy korpusu truchtał giermek na niskorosłym myszatym koniku. Był to ciemnowłosy chłopaczek około piętnastki o radosnej i jeszcze pozbawionej wąsów twarzy. Warto zauważyć, że nie niósł ani nie wiózł żadnej broni, a w charakterze zbroi miał na sobie tylko lekką kolczugę do połowy biodra, złapaną w pasie zwykłym skórzanym pasem. Kawalkadę zamykały ze dwie dziesiątki wiejskich psów, które bez skutku próbowały przebić się przez wydawane przez rycerza szczękanie.
Na widok złotego znaku na srebrnym łańcuchu, wygodnie ulokowanego w wycięciu napierśnika prychnęłam z szacunkiem. W pewnej analogii do magów najwyższe stopnie zakonu rycerskiego nazywano mistrzami. Ale nie było się co łudzić – rycerze byli do ostatniej kropli krwi oddani świątyni i nie znali innego określenia na magię niż „paskudne czary” czy „wstrętne sztuczki”. Do wiedźm mieli stosunek dokładnie identyczny.
Spróbowałam cofnąć się na pobocze, ale jeden i drugi koń skręciły mi na spotkanie i zatrzymały, dosyć niedwuznacznie przegradzając drogę. Mistrz, wyraźnie popisując się zmusił swojego „gorącego” woziwodę do stanięcia dęba i leniwego pomachania przednimi kopytami. Na ziemię spadły one z takim łomotem, że nabrałam poważnych obaw odnośnie tego, czy jeździec i koń przypadkiem nie rozsypią się na osobne segmenty. Chyba nie warto dodawać, że ani ja ani Smołka nawet się nie poruszyłyśmy, patrząc na rycerza z tak szczerym zdumieniem, że zawstydzony giermek uciekł spojrzeniem.
- Ua em oaiać z oaną wieą! – dźwięcznie i z przeciąganiem samogłosek doleciało spod hełmu.
Zdumienie przekształciło się w nie mniej szczere niezrozumienie, a kobyłka nawet lekko odwróciła głowę, nasłuchując odbijającego się we wnętrzu zbroi echa.
- Prawdopodobnie szanowny mistrz miał na myśli, że chce rozmawiać z wiedźmą – giermek przyszedł swojemu panu w sukurs.
- Oaną? – sprecyzowałam podejrzliwie.
- Zaiste tak! – rycerz w końcu wpadł na to by odchylić przyłbicę – Bo wiedźma jest z natury nasieniem mroku, źródłem zła i skupiskiem siły przeklętej na grzesznej ziemi naszej, więc niedopuszczalne jest nazywanie jej inaczej niż poganą!
- Schlebia mi pan – mruknęłam – Ale co dalej? Macie zamiar urozmaicić smutne życie tej porządnej wsi jedynie słuszną i właściwą akcją spalenia mojej skromnej osoby?
- Niestety nie – ze szczerym smutkiem przyznał mistrz – Ja, czyli zakon Białego Kruka w mojej osobie chcemy cię wynająć.
Uważniej spojrzałam na złotą blaszkę. Uczciwie mówiąc ptaszek przypominał raczej kurczaka i to nie będącego u szczytu formy. Powstawało wrażenie, że biedactwo zakończyło żywot na własne życzenie metodą powieszenia się na srebrnym łańcuchu, na którym po dziś dzień dyndało z rozłożonymi skrzydłami, wyciągniętymi łapami i nienaturalnie wygiętą szyją.
Zasadniczy sens powyższego zdania dotarł do mnie dopiero po chwili.
- Wynająć? Mnie?! Raczy pan żartować?
Z chmurnej fizjonomii mistrza dawało się wyczytać, że również chciałby tak uważać, ale niestety nie może.
- Bardzo nie chcę pana zasmucać – zaczęłam delikatnie – Ale na wyjeździe z lasu wisi bardzo obiecująca tabliczka...
- Wiem – rycerz machnął ręką – Osobiście ją tam przybiłem.
- To ma pan oryginalną metodę informowania przejeżdżających magów o pojawieniu się wolnego etatu – prychnęłam. Kobyła chętnie poparła mnie analogicznym, ale znacznie bardziej złośliwym i głośniejszym dźwiękiem.
- Niech nas bogowie uchowają przed waszym biesowskim plemieniem! – mistrz z irytacją uniósł głos – Potrzebujemy JEDNEJ wiedźmy do wykonania JEDNEGO zadania. A potem, mimo tego, że jest to sprzeczne z naszymi zasadami, puścimy ją wolno...
Rycerz i giermek z zagubionymi wyrazami twarzy spojrzeli po sobie, nie rozumiejąc co mnie tak śmieszy. Zgięta w pół nad łękiem siodła z trudem zdołałam wykrztusić:
- Czy chce mi pan powiedzieć... że pan mnie... złapał?! No ja nie mogę...
- No prawie złapaliśmy – poprawił się giermek, zapadając się w sobie pod ciężkim spojrzeniem starszego towarzysza – Można powiedzieć, że jesteśmy w trakcie...
- Aha – lekko klepnęłam się w pierś, przeganiając resztki tańczącego tam śmiechu – Ale jeżeli się nie przesłyszałam, początkowo padło słowo wynająć, a ono chyba zakłada opłatę mojej radosnej działalności, czyż nie?
- Dokładnie tak – z wyższością potwierdził mistrz – Ty wyświadczasz nam pewną usługę, a my darujemy ci życie i wolność. Moim zdaniem jest to godna zapłata za twoją wstrętną bogu działalność.
- Czyli chce pan zapłacić mi, używając w tym celu odebranej mi sakiewki? Nic z tego. Niech pan najpierw spróbuje ją odebrać.
Na policzku rycerza nerwowo drgnął jakiś mięsień. Chyba do tej pory spotykał się wyłącznie z wiejskimi znachorkami, niezdolnymi nawet do utworzenia prościutkiego pulsaru. I nie bardzo miał ochotę sprawdzać, do czego zdolny był mag bojowy z dyplomem wyższej uczelni. Tyle że było za późno by się wycofywać.
Mistrz opuścił przyłbicę i z patosem wbił ostrogi w stalowe końskie boki. Wierny rumak chyba zareagował na znany dźwięk i ze zwiększającą się prędkością ruszył do przodu.
- Drżyj, siło nieczysta, jako że w głowni mojego miecza zatopiono paznokieć z lewej nogi świętego Fenduła i samo dotknięcie go obróci cię w proch!
- Drżę – przyznałam uczciwie – Rzadkie paskudztwo i nie mam najmniejszej ochoty go dotykać!
Rycerz ryknął z oburzeniem i rzucił się do ataku.
Mój miecz nie zawierał żadnych Fendułów, a poza tym nie miałam zamiaru go obnażać. Po pierwsze uczciwa walka (przynajmniej w moim rozumieniu) winna być toczona z użyciem broni, do której każda ze stron przyzwyczajona jest najbardziej. W moim przypadku stanowczo nie był to miecz. A po drugie, z pochwy wystawała wyłącznie rękojeść z odłamkiem brzeszczota, której nadal nie udało mi się zastąpić. Przez półtora roku pracy na drogach wymieniłam przynajmniej tuzin wszelakich mieczy – od krasnoludzkich po elfie. Złośliwe klingi uparcie odmawiały współpracy: gubiły się, łamały, gięły albo topiły w trującej krwi potworów. Poza tym pozwalały się ukraść, przypadkiem pomylić w gospodzie, pożyczyć (i zapomnieć o oddaniu) albo zabrać ze sobą do grobu, pozwalając mi „z rozpaczą” zgrzytać zębami i ponownie sięgać do sakiewki.
Tak więc po prostu pstryknęłam palcami i rycerz ze swoim Fendułem przeleciał obok, bez sensu machnąwszy mieczem nad czubkiem mojej głowy. Oszukanie ludzkich oczu to najprostsza sztuczka, którą opanowaliśmy na piątym roku, kradnąc jabłka skąpym handlarkom. Mistrz dogalopował do końca ulicy, ściągnął wodze, z namysłem potrząsnął głową, wycelował miecz jak kopię i ruszył na drugi krąg... trzeci... czwarty...
Nad ulicą unosił się tuman kurzu. Chłopi, podzieleni na dwie kibicujące drużyny, witali każdą próbę okrzykami zachwytu lub rozczarowania. Ja i Smołka wyłącznie z zaciekawieniem poruszałyśmy głową tam i z powrotem, nie ruszając się z miejsca.
Ostatecznie mistrz uznał, że zmieni taktykę i ruszył w naszym kierunku z głośną powolnością ciężkiej balisty, wyładowanej mieczem o długości dwóch arszynów. Wyglądało to dosyć efektownie i nawet się lekko zmartwiłam, ale w tym momencie Smołka kokieteryjnie wygięła szyję i cienko pytająco zarżała.
Polowanie na wiedźmę zostało tymczasowo przerwane – rumak faktycznie okazał się ogierem, który wykazał spore zainteresowanie moją towarzyszką i zatańczył tak, że rycerzowi zadzwoniły wszystkie stawy. Mistrz z wściekłością ściągnął wodze, ale jego wierzchowiec uznał, że zademonstruje charakter i zaczął kręcić się w miejscu, próbując ponownie stanąć dęba, tym razem z własnej inicjatywy.
Osobiście byłam bardzo ciekawa sposobu, którego rycerze planowali użyć do łapania mnie, więc nie śpieszyłam się z tym by wymówić się pilnymi sprawami, wymagającymi natychmiastowej ucieczki z pola polowania. Giermek podjechał bliżej i równoczesnymi westchnieniami i jękami witaliśmy każdy kolejny podskok rumaka. Mistrz ostatecznie zrezygnował z prób uspokojenia wierzchowca, rzucił wodze i miecz, przytulił się do końskiej szyi i desperacko trzymał jej obiema rękoma.
- Ehem... panno wiedźmo – niepewnie zaczął chłopak, nie odrywając spojrzenia od zachwycającego widowiska – A może się pani podda dobrowolnie?
- Za nic – odparłam z roztargnieniem, z zadowoleniem przyjmując fakt, że rycerz zaczął powoli spełzać na lewo – Będę walczyć do ostatniej kropli krwi...
- A jeżeli wyznaczymy jakąś kwotę za pani złapanie i pani zgłosi się po nią jako pierwsza?
Spojrzałam na giermka ze znacznie większym zainteresowaniem i uwagą, niżeli początkowo. Prosta, dobroduszna i otwarta twarz, ale z podbródkiem zwiastującym siłę woli. Brązowe oczy, zbyt poważne dla tak młodego wieku. Z takich dzieciaków po jakimś czasie wyrastają albo wierni sojusznicy albo groźni wrogowie. Ale tak czy siak chwilowo nie miał nawet prawa do własnego miecza, a myszaty konik przyzwyczajony był raczej do wożenia wody, niżeli siodła.
- Zależy od wielkości sumy – stwierdziłam ostrożnie.
Chłopak z gotowością odczepił od pasa sakiewkę i rzucił ją w moim kierunku. Woreczek nieoczekiwanie przyjemnie ciążył w ręku. Rozwiązałam, zajrzałam. Oho! Wyglądało na to, że w środku było nie mniej niż pięćdziesiąt kładni złotem. Oczywiście należało sprawdzić, jaką robotę próbowali mi sprzedać, ale w razie czego zawsze można zażądać dodatku za ryzyko. Bo właśnie okazało się, że łapanie wiedźmy to praca dosyć niebezpieczna, skomplikowana i niewdzięczna... Łup! Mistrz wyłożył się na ziemi, zagłębiając się w niej prawie na pół piędzi. Koń natychmiast przestał się popisywać i zastygł nieruchomo, podziwiając wynik.
- No dobra – stwierdziłam krótko, chowając sakiewkę do torby podróżnej koło ziół – Niczego nie obiecuję, ale spróbuję wam tę paskudę złapać.
Giermek rzucił mi wdzięczne i przepraszające spojrzenie, po czym zeskoczył z konia, podbiegł do leżącego na wznak rycerza, kucnął przy nim i z szacunkiem uniósł przyłbicę:
- Panie, zwycięstwo, ona się poddaje!
-Bardzo dobrze – burknął mistrz, poruszając kończynami jak leżący na grzbiecie żuk – Tywali, pomóż mi się podnieść!



Schabowy



Podjechałam bliżej i przekonałam się o słuszności moich podejrzeń. Rozdroże było jedną z tych wsi, które zaczęły się od karczmy, stojącej na skrzyżowaniu dróg. Z jednej z nich, tej właśnie którą przyjechałam, w tej chwili już prawie nikt nie korzystał, więc zmieniła się w zwykłą wiejską uliczkę. Druga natomiast w międzyczasie rozszerzyła się prawie do rozmiarów traktu i prowadziła wzwyż, w kierunku zamku.
Mieszkańcy gapili się na mnie nieprzyjaźnie, nie wychodząc za bramy, ale też nie oddalając się od nich. Wielu demonstracyjnie czyniło znak krzyża i pluło przez ramię, któryś nawet pokazał figę, która jakoby chroniła przed złym okiem (nie pozostałam dłużna i zademonstrowałam delikwentowi inny, nie mniej symboliczny palec). Nawet nie przyszło mi do głowy by skrywać swój zawód, wręcz przeciwnie, odrzuciłam na plecy kaptur kurtki i dumnie wyprostowałam się w siodle, by wszyscy mieli okazję obejrzeć trzepoczące na wietrze rude włosy i rękojeść wiszącego za plecami miecza. W końcu nikt nie bronił mi tędy jechać, ani reklamować „konszachtów z diabłem”. Zauważyłam parę zaciekawionych spojrzeń i uśmiechnęłam się z zadowoleniem. Może powinnam wyjechać za granice wsi, zatrzymać w najbliższym lasku i poczekać na klientów?
Ale w następnej chwili zauważyłam gospodę i natychmiast zmieniłam plany. Miałam już powyżej wątroby trzęsącego się siodła i czerstwych kanapek – wypadałoby dla odmiany trochę porozpieszczać żołądek, a przy okazji rozprostować nogi oraz część ciała, znajdującą się nad nimi.
Lokal nie mógł poszczycić się ani czystością, ani nadmiarem gości. Po moim wejściu opustoszał ostatecznie a karczmarz nawet nie spytawszy czego gość sobie życzy postawił przede mną wypełniony jedzeniem talerz.
Ziemniaki były przesolone, ogórki miękkie, a schabowy podejrzanie przypominał moją zaginioną podeszwę. Jakimś cudem udało mi się nabić to dzieło sztuki kulinarnej na widelec, ale zdjęcie go z powrotem okazało się niewykonalne. Gryzienia również nie zaryzykowałam, we wszystkich barwach wyobraziwszy sobie dwa szeregi zębów tkwiące tuż obok widelca. A poza tym ktoś chyba próbował dobrać się do niego od drugiej strony ale również bez powodzenia… Ostatni raz potrząsnęłam widelcem i nieoczekiwanie schabowy ustąpił. Ze złowieszczym gwizdem rozciął powietrze, po czym lotem koszącym pokonał całą długość karczmy i ostatecznie wylądował w wiadrze z pomyjami, w którym zatonął. Na twarzy karczmarza pojawił się tęskny grymas – najwidoczniej owo unikalne danie koczowało ze stołu na stół od samego rana i wchodziło nie tylko do menu obiadowego, ale też do kolacyjnego.
Widelec zwolnił się i mogłam zacząć ze smutkiem rozmazywać po talerzu ziemniaki. Byłam coraz bardziej głodna, ale nadal nie do tego stopnia by zmusić się do przełknięcia nawet kawałka tej brei, szkalującej dobre imię jedzenia.
Odłożyłam widelec i spojrzałam przez okno. W okolicy karczmy niemrawo kręcili się jacyś chłopi, którzy co i rusz spoglądali na drzwi i wymieniali między sobą kilka słów. Chyba nie mieliby nic przeciwko możliwości wypicia kufelka piwa, ale już przywiązana koło drzwi kobyła swoimi żółtymi oczyma odstraszała większość spragnionych, a w środku siedziała wiedźma…
Karczmarz już kilka razy przespacerował się koło mojego stołu, a za ostatnim podejściem po prostu stanął obok, wyraziście sapiąc nad uchem. Ja odchyliłam się na oparcie krzesła i udawałam, że nic nie zauważam. I w ogóle wyglądało na to, że mam w planach krótką drzemkę…
- Hej, szanowna! – Karczmarz nie wytrzymał i wysunął się na przedni plan. Jakoś nie zauważyłam w jego głosie specjalnego szacunku, a wyłącznie pretensję, nieco hamowaną strachem przed wiedźmą – Zamierza pani płacić, czy jak?
- Zamierzam – potwierdziłam chętnie i dla dodania wagi swoim słowom pokręciłam w palcach srebrną monetę. Gospodarz wyciągnął rękę, ale pieniążek zniknął tak samo niespodziewanie jak się pojawił – Ale czy nie robi się tego przed samym wyjściem?
Chłop niechętnie acz twierdząco skinął głową.
- To w takim razie niech szanowny gospodarz idzie i zajmie się swoimi sprawami, bo mnie się nigdzie nie spieszy – zapewniłam uprzejmie, wygodniej lokując się w fotelu – Ma pan tu tak wspaniałe miejsce i doskonałe jedzenie, że człowiek ma ochotę rozciągnąć przyjemność na dłużej. Powiedzmy do wieczora. A może nawet spędzić noc. Przecież nie będzie pan miał nic przeciwko, czyż nie?
Karczmarz sapnął jak smok, który porwał księżniczkę i dopiero w jaskini odkrył, że pomylił ją z dziewięćdziesięcioletnią służącą. Przy czym pozbycie się mile połechtanej babki wcale nie było łatwiejsze niż bezczelnej wiedźmy, która przeszkadzała mu truć bardziej zgodnych klientów. Nie wiem jak w tej sytuacji poradził sobie smok, ale przede mną już za kwadrans stał talerz z ekskluzywną kurzą piersią w gęstym sosie, świeżutką i jeszcze parującą.
- Mam nadzieję, że tym panna wiedźma naje się szybciej – chmurnie burknął karczmarz.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-09-25 (899 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej