Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dzieci Hurina
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Kuszące zło'' - Keri Arthur



Rozdział pierwszy



Trening był do bani.
Zwłaszcza że miał ze mnie zrobić kogoś, kim nigdy nie zamierzałam się stać – strażnikiem pracującym dla Departamentu Innych Ras.
Choć właściwie było to nie do uniknięcia i pewnie w końcu, do pewnego stopnia, mogłabym się z tym pogodzić, nie znaczyło to jednak, że będzie mnie to jakoś szalenie cieszyć.
Strażnicy byli więcej niż tylko wyszkolonymi o.cerami policji, za których mieli ich zwykli ludzie – byli sędziami, ławą przysięgłych i katami w jednym. Nie zajmowali się żadnym prawniczym szajsem, z jakim borykali się zwykli stróże prawa. Oni polowali na niebezpiecznych szaleńców – tych, którzy w pełni zasługiwali na śmierć. Jednak włóczenie się po nocy, nawet po to, by oczyścić miasto z tych nędznych kreatur, nadal jakoś szczególnie mnie nie pociągało.
Mimo że czasami moja wilcza dusza tęskniła za polowaniem bardziej, niż bym sobie tego życzyła.
Poza tym, jeśli istniało coś gorszego od przetrwania całego szkolenia, jakiego wymagało zostanie strażnikiem, to z pewnością było to trenowanie z moim bratem. Jego nie mogłam oszukać. Z nim nie mogłam firtować ani używać swoich wdzięków, żeby się rozkojarzył. Nie mogłam jęczeć i narzekać, że mam już dość i że dłużej nie dam rady. Bo on był nie tylko moim bratem. Był moim bliźniakiem.
Doskonale wiedział, co mogłam zrobić, a czego nie, bo to wyczuwał. Nie łączyła nas telepatyczna więź, ale oboje wiedzieliśmy, kiedy drugie cierpiało albo wpadło w tarapaty.
A w tej chwili Rhoan dobrze wiedział, że nie przykładam się do ćwiczeń. I wiedział też dlaczego.
Byłam umówiona na gorącą randkę z jeszcze gorętszym wilkołakiem.
I to dokładnie za godzinę.
Gdybym teraz wyszła, zdążyłabym dojechać do domu i doprowadzić się do porządku, zanim Kellen – moja gorąca randka – po mnie przyjedzie. Jeśli wyjdę później, nieuchronnie zobaczy posiniaczonego niechluja, w którego zmieniłam się w ostatnim czasie.
– Czy Liander przypadkiem nie przyrządza dla ciebie wieczorem pieczeni? – zagaiłam, wymachując od czasu do czasu drewnianą pałką, której prędzej czy później musiałam użyć, choć wcale nie miałam ochoty tłuc nią własnego brata.
On natomiast nie miał ze mną tego problemu, czego dowodem były pokrywające moje ciało siniaki.
Z drugiej strony wcale nie chciał, żebym w tym wszystkim uczestniczyła. Nie chciał, bym brała udział w nieubłaganie zbliżającej się misji.
– Przyrządza – odparł Rhoan, krążąc wokół mnie. Wyraz jego twarzy był równie swobodny co chód, ale nie dałam się na to nabrać. Nie mogłam. Napięcie w jego ciele wyczuwałam równie dobrze co w swoim.
– Ale nie włoży jej do piekarnika, dopóki nie zadzwonię i nie powiem, że już do niego jadę.
– Przecież to jego urodziny. Powinieneś być teraz razem z nim, zamiast siedzieć tu i spuszczać mi łomot.
Rhoan bez ostrzeżenia zrobił wypad do przodu, wymachując pałką w moją stronę. Stałam w bez ruchu, ignorując ten ruch i cios, a powiew powietrza przeciętego pałką musnął palce mojej lewej ręki. Wygłupiał się i oboje o tym wiedzieliśmy.
Gdyby na serio mnie zaatakował, nie miałabym szans zauważyć tego przed ciosem.
Rhoan wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Pojadę, jak skończymy. Ciebie również zaprosił, pamiętasz?
– Żebym zepsuła waszą prywatną imprezę? – rzuciłam oschle. – Nie licz na to. Poza tym wolę poimprezować z Kellenem.
– To znaczy, że nie chcesz mieć już do czynienia z Quinnem?
– Niezupełnie. – Zmieniłam pozycję, mając go cały czas na oku. Zielone maty, którymi wyłożono znajdującą się pod ziemią salę treningową departamentu, pisnęły pod moimi bosymi, mokrymi od potu stopami.
– Czyżby oblewał cię już pot? – spytał Rhoan z przekąsem. – A jeszcze nawet nie zacząłem go z ciebie wyciskać...
– Jezu, Rhoan, miej serce. Nie widziałam się z Kellenem od prawie tygodnia. To z nim chcę się pobawić, nie z tobą.
Uniósł kpiąco brew. W jego srebrzystych oczach pojawił się diabelski błysk.
– Pozwolę ci wyjść, jeśli powalisz mnie na matę.
– Wolałabym rzucić na nią kogoś innego...
– Jeśli nie będziesz ze mną trenować, każą ci walczyć z Gautierem. Nie sądzę, by któreś z nas tego chciało.
– I tak będę musiała. Nawet jeśli będę walczyć z tobą i jakimś cudem uda mi się ciebie pokonać.
I to właśnie było beznadziejne. Nie byłam zbyt przychylnie nastawiona do wampirów, ale niektóre z nich – na przykład Quinn, który przebywał w Sydney, doglądając interesów swoich linii lotniczych, oraz Jack, mój szef i zwierzchnik wszystkich strażników w departamencie – byli naprawdę przyzwoici. A Gautier był jedynie świrem o morderczych skłonnościach. Fakt, że był strażnikiem i nie zrobił jeszcze niczego złego, nie znaczył, że nie należał do przeciwnej strony. Bo był również klonem stworzonym wyłącznie do jednego konkretnego celu – przejęcia departamentu. Nie uczynił w tym kierunku jeszcze żadnego widocznego ruchu, ale miałam dziwne przeczucie, że to się wkrótce zmieni.
Rhoan zamarkował kolejny cios. Tym razem pałka musnęła moje kłykcie, sprawiając ból, ale nie przecinając skóry. Zmieniłam odrobinę pozycję, przygotowując się na prawdziwy atak.
– W takim razie co się dzieje między tobą a Quinnem?
Nic się nie działo i to był właśnie największy problem. Po całym cyrku, jaki wiązał się z tym, że ja dotrzymałam swojej części naszej umowy, Quinn przez kilka ostatnich miesięcy był właściwie jak kochanek na odległość. Sfrustrowana głośno wypuściłam powietrze przez zęby, odgarniając pasmo włosów ze spoconego czoła.
– Nie możemy porozmawiać o tym po mojej randce z Kellenem?
– Nie – odparł i natarł na mnie tak szybko, że praktycznie rozmazał mi się przed oczami. Mimo że mogłam zlokalizować go jako plamę ciepła dzięki swojej wampirzej podczerwieni, to tak naprawdę nie było mi to potrzebne ze względu na wyostrzony wilczy zmysł słuchu i węchu. Nie tylko słyszałam jego lekkie kroki na winylowych matach, gdy mnie okrążał, ale mogłam również namierzyć jego delikatnie pikantny zapach.
A i dźwięk kroków, i zapach dobiegały mnie z tyłu.
Umknęłam mu, obracając się i uderzając o matę.
Zamachnęłam się stopą i tra%łam go z tyłu, tuż pod kolanem. Rhoan chrząknął, ukazując mi się pod swoją normalną postacią. Zatoczył się, próbując zachować równowagę.
Zerwałam się z ziemi i rzuciłam w jego stronę. Nie byłam jednak nawet w połowie tak szybka jak on. Natychmiast znalazł się poza moim zasięgiem i pokręcił głową.
– Nie traktujesz tego poważnie, Riley.
– Oczywiście, że tak. – Jednak nie na tyle, na ile by chciał. A przynajmniej nie tego wieczoru.
– Aż tak bardzo marzysz o walce z Gautierem?
– Nie, ale naprawdę marzę już o tym, by zobaczyć się z Kellenem.
Seksualna frustracja nie służy nikomu, a już na pewno nie wilkołakom. Seks był podstawową częścią naszej natury – potrzebowaliśmy go równie mocno, co wampiry krwi. A ten przeklęty trening zabierał mi tak dużo wolnego czasu, że nie mogłam nawet zdążyć w porę do Blue Moon i trochę sobie ulżyć. Odetchnęłam kolejny raz i spróbowałam uciszyć myśli. Mimo że nie chciałam zrobić krzywdy swojemu bratu, to wszystko wskazywało na to, że był to jedyny sposób, by w końcu wyjść z tej sali. Więc nie miałam wyboru.
Gdyby jednak udało mi się go pokonać, Jack mógłby uznać to za znak, że jestem gotowa na więcej. Część mnie właśnie tego się obawiała – że bez względu na to, co mówił Jack, Rhoan miał rację, gdy powiedział, że nie powinnam się za to zabierać. Że nigdy nie będę gotowa, niezależnie ile godzin treningu miałabym za sobą.
Że na pewno coś schrzanię i narażę ich wszystkich na niebezpieczeństwo.
Nie żeby Rhoan dokładnie tak to ujął. Ale wraz ze zbliżaniem się misji inˆltracji kartelu przestępczego Deshona Starra ta myśl coraz częściej pojawiała się w mojej głowie.
– To głupia zasada, dobrze o tym wiesz – powiedziałam w końcu. – Walka z Gautierem niczego nie udowadnia.
– Jest najlepszy w swojej kategorii. Pojedynek z nim przygotowuje strażników na to, z czym mogą zetknąć się w przyszłości.
– Tyle że różnica polega na tym, że ja nie mam zamiaru zostać strażnikiem na pełen etat.
– Teraz już nie masz wyboru, Riley.
Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, co jednak wcale nie oznaczało, że nie mogłam przeciwko temu protestować, nawet jeśli moje odgrażanie się było tylko czczym gadaniem. Gdyby Jack powiedział mi dzisiaj, że mogę odejść, oczywiście nie zrobiłabym tego za żadne skarby świata, bo nie chciałabym stracić szansy na ukaranie Deshona Starra. I to nie tylko z powodu tego, co zrobił mnie, ale również Mishy, partnerowi Kade’a i innym niezliczonym kobietom i mężczyznom, którzy nadal byli uwięzieni w porozrzucanych po kraju ośrodkach rozrodczych.
Nie wspominając już o stworzeniach powołanych do życia w jego laboratoriach – odrażających stworach, których sama natura nigdy by nie stworzyła, bo powstały tylko po to, by zabijać i umierać na rozkaz swego pana.
Oblizałam usta i spróbowałam skoncentrować się na Rhoanie. Jeśli jedynym sposobem na wydostanie się stąd było powalenie go na matę, to musiałam to zrobić. Pragnęłam – musiałam – pożyć jeszcze przez chwilę normalnym życiem, zanim znów zaczną się kłopoty. A one właśnie się zbliżały. Czułam to.
W jednym z okien, po prawej stronie Rhoana, mignął jakiś cień. Biorąc pod uwagę, że dochodziła szósta, najprawdopodobniej był to któryś ze strażników przygotowujących się na nocne polowanie. Sala treningowa znajdowała się na piątym piętrze pod ziemią, zaraz obok pokojów sypialnych strażników. Co zabawne, w części z nich stały trumny. Niektóre wampiry po prostu uwielbiały żyć zgodnie z ludzkimi oczekiwaniami, nawet jeśli te miały się nijak do rzeczywistości.
Choć i tak żaden człowiek nigdy tutaj nie schodził. To by było jak wejście jagnięcia do jaskini pełnej wygłodniałych lwów. Powiedzieć, że sprawy szybko przyjęłyby nieprzyjemny obrót, to zdecydowanie delikatne określenie tego, co by go tam czekało. Bo co prawda strażnikom płacono za ochronę ludzi, ale nie mieliby problemu, by się także nimi pożywić.
Cień mignął w kolejnym oknie. Tym razem Rhoan spojrzał w tamtą stronę. To trwało tylko sekundę, ale wystarczyło, by w mojej głowie pojawił się pewien pomysł.
Zakręciłam się w miejscu, wyprowadzając kopniaka bosą stopą. Moja pięta prześlizgnęła się po jego brzuchu, zmuszając go do cofnięcia się. Zatoczył łuk swoją pałką, która przecięła powietrze o milimetry od mojej łydki. Rhoan wykorzystał siłę rozpędu, obracając się i kopiąc jednym płynnym ruchem. Jego stopa znalazła się tuż obok mojego nosa. Gdybym nie odchyliła się w porę, to pewnie by mnie trafił.
Rhoan kiwnął głową z aprobatą.
– Wreszcie pokazałaś, na co cię stać.
Odchrząknęłam, zmieniając pozycję i przerzucając pałkę z ręki do ręki. Dźwięk drewna uderzającego o ciało rozbrzmiewał echem w otaczającej nas ciszy. Mięśnie ramion Rhoana napięły się. Podtrzymałam jego spojrzenie, a potem chwyciłam pałkę lewą ręką i zamachnęłam się. Tylko po to, żeby zatrzymać się w pół ruchu i spojrzeć ponad jego ramieniem.
– Witaj, Jack.
Rhoan odwrócił się, a ja wykorzystałam chwilę jego nieuwagi, by przypaść do podłogi i podciąć mu nogi. Uderzył w matę z głośnym plaśnięciem. Zaskoczenie malujące się na jego twarzy szybko ustąpiło miejsca śmiechowi.
– To najstarszy z możliwych trików, a ja właśnie dałem się na niego nabrać.
Rzuciłam mu krzywy uśmiech.
– Czasami stare sztuczki się przydają.
– A to oznacza, że masz wolne. – Wyciągnął dłoń. – Pomóż mi wstać.
– Nie jestem taka głupia, braciszku.
Rozbawienie zamigotało w jego srebrzystych oczach, gdy podniósł się z maty.
– Warto było spróbować.
– Mogę już iść?
– Taka była umowa – powiedział, przechodząc przez salę do barierki, na której powiesił ręcznik. – Ale masz tu być jutro rano, punkt szósta.
Jęknęłam.
– To czysta złośliwość.
Rhoan wytarł ręcznikiem swoje mokre od potu, sterczące rude włosy. Mimo że nie widziałam wyrazu jego twarzy, wiedziałam, że się uśmiecha. Czasami mój brat potrafił być naprawdę nieznośny.
– Następnym razem przemyśl opcję z oszukiwaniem.
– To nie oszustwo, skoro działa.
Uśmiech nadal błąkał się po jego twarzy, ale niestety nie dosięgał oczu. Rhoan się martwił, i to bardzo, moim udziałem w misji, na którą niedługo mieliśmy wyruszyć. Nie chciał, żebym się w to pakowała. Równie mocno jak ja, nie chciałam zostać strażnikiem. Jednak pamiętał o tym, co powiedział mi już wiele lat temu – niektóre ścieżki w życiu po prostu trzeba przejść. Nie ma wyboru.
– Jesteś tutaj, by nauczyć się obrony i ataku – powiedział. – Bezmyślne sztuczki nie uratują ci życia.
– Ale skoro czasem działają, to z nich też trzeba korzystać.
Pokręcił głową.
– Wygląda na to, że nie będę w stanie przemówić ci do rozsądku, dopóki nie pójdziesz na tę swoją orgietkę.
– Cieszę się niezmiernie, że wreszcie dotarł do ciebie sens rozmowy, jaką prowadzimy od godziny – odgryzłam się, szczerząc zęby w uśmiechu. – Poza tym ta sytuacja ma też swoje plusy. Liander bardzo się ucieszy, widząc cię w domu o normalnej godzinie. Rhoan mruknął coś pod nosem.
– Cóż, gdyby nie był tak cholernie nadopiekuńczy i tak bardzo się mnie nie trzymał, mógłby widywać mnie o wiele częściej.
Uniosłam brwi, zdumiona irytacją w jego głosie.
– Daje ci wolną rękę, żebyś mógł spotykać się z kim tylko chcesz. Z trudem można to nazwać nadopiekuńczością.
– Wiem, ale... – urwał i wzruszył ramionami. – Nie jestem pewien, czy mogę dać mu to, czego tak pragnie. I nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie to zrobić.
Dwa miesiące temu prawie to samo powiedziałam Quinnowi. Zaskakujące, jak podobnym torem toczyło się nasze życie miłosne – jednak powody, dla których powiedziałam to wszystko Quinnowi, sporo różniły się od stwierdzenia mojego brata. Rhoan naprawdę kochał Liandra. Nie mogłam powiedzieć tego samego o moich uczuciach do Quinna. Cholera, nie licząc sfery seksualnej, tak naprawdę ledwie się znaliśmy.
Liander był z Rhoanem na dobre i na złe. A Quinn ulotnił się po raz kolejny, pomimo swoich deklaracji, że nie zostawi mnie samej, dopóki nie odkryjemy wszystkiego, co mógł nam dać nasz związek.
Nie miałam tylko pojęcia, jakim cudem chciał to robić aż z Sydney. Może uznał, że byłam dla niego zbyt wielkim utrapieniem i że prościej będzie mnie zostawić. Chociaż biorąc pod uwagę to, że dzieliliśmy ze sobą niesamowicie erotyczne sny, wątpiłam, by odejście od siebie było dla nas możliwe.
Położyłam dłoń na ramieniu Rhoana i uścisnęłam je lekko.
– Liander cię kocha. I będzie na ciebie czekał.
Rhoan spojrzał na mnie.
– Nie wiem, czy jestem wart takiego poświęcenia.
Uniosłam brwi.
– Gdybyś nie zauważył, ja też jestem ci bardzo oddana.
Połaskotał mnie w policzek.
– Tak, ale jesteś moją siostrą bliźniaczką i członkiem mojej sfory. Musisz być oddana.
– To prawda – odparłam przyciszonym głosem. – Jednak fakt, że nasza sfora nas nie kochała, nie znaczy, że nie jesteśmy warci miłości.
Ileż to razy Rhoan mówił mi to samo w ciągu ostatnich lat? A teraz, kiedy i on miał kryzys, sam nie umiał uwierzyć we własne słowa.
Na jego ustach pojawił się słodki, ale nieco smutny uśmiech.
– Różnica między nami polega na tym, że ja nie chcę się ustatkować. Nigdy. Chcę być wolny, by móc spotykać się z kim tylko zapragnę i gdzie tylko chcę.
– Z kim tylko chcesz? – przerwałam mu. W moim głosie słychać było rozdrażnienie. – Tylko mi nie mów, że nadal spotykasz się z Davernem.
Rhoan miał w sobie choć tyle przyzwoitości, żeby wyglądać na skruszonego.
– Tylko wtedy gdy jest w mieście, a teraz nie zdarza się to zbyt często.
– A czy ty przypadkiem nie powiedziałeś Liandrowi, że wy dwaj nie jesteście już razem?
– Bo nie jesteśmy. Teraz to coś na kształt przelotnej znajomości.
– To tylko drobna różnica, z której Liander na pewno nie będzie zadowolony.
Rhoan wzruszył ramionami.
– Możliwe, że moja niezdolność do zaangażowania się w związek jest po prostu częścią tego, jaki jestem.
Wiedziałam, że odwołuje się teraz do swojej seksualności bardziej niż do faktu bycia strażnikiem czy mieszańcem. A to mnie rozzłościło.
– Liander jest taki sam jak ty. Chce się ustatkować. Nie wymyślaj żadnych wymówek tylko dlatego, że się boisz.
Jego brwi uniosły się ze zdumienia, ale błysk w jego srebrzystych oczach utwierdził mnie w przekonaniu, że trafiłam w czuły punkt.
– Boję?
– Oczywiście. Ustatkowanie się oznacza zaangażowanie. A ty nie chcesz poświęcać się żadnemu związkowi nie z powodu tego, czym jesteś, tylko z powodu tego, co robisz. Przyznaj to przed samym sobą – i przed nim.
– Liander zasługuje na kogoś lepszego niż partner na pół etatu.
– Możliwe – zgodziłam się, wyciągając z Rhoana tę zaskakującą odpowiedź. – Ale ani ty, ani ja nie mamy prawa decydować za niego. To jego wybór i jego życie.
Rhoan roześmiał się cicho, a potem pochylił w moją stronę i pocałował mnie w czoło.
– Jak na dziewczynę jesteś całkiem bystra. Mam nadzieję, że skorzystasz z tej rady w swoim własnym życiu.
– Ja? Skorzystać z rady? Prędzej śnieg spadnie na gwiazdkę, niż do tego dojdzie.
Zwłaszcza że grudzień był w Melbourne pierwszym z letnich miesięcy. Musiałoby dojść do jakiejś katastrofy klimatycznej, żeby tak się stało. Skoro jednak w moim życiu pojawiło się ostatnio mnóstwo dziwacznych zwrotów akcji, nie zdziwiłabym się, gdyby i śnieg naprawdę zaczął padać w święta.
I gdybym ja sama skorzystała z którejś z dawanych przeze mnie rad.
Wręczyłam Rhoanowi pałkę i popchnęłam go lekko w stronę wyjścia.
– Jedź już i porozmawiaj z nim o tym.
– Nie chcesz, żebym odprowadził cię do przebieralni?
– Nie, dam sobie radę. – Sala była monitorowana przez ochronę za każdym razem, gdy ktoś tutaj ćwiczył. Nie miałam wątpliwości, że Jack kręci się w pobliżu. W końcu miał powód, by dbać o to, bym nadal była w jednym kawałku. Nie tylko dlatego, że chciał, bym wzięła udział w misji. Dokładał wszelkich starań, żebym została w pełni wykwalifikowanym strażnikiem.
– Widzimy się jutro rano.
Kiwnął głową, przerzucił sobie ręcznik przez ramię i wyszedł, pogwizdując. Najwidoczniej nie tylko ja spodziewałam się dobrej zabawy.
Uśmiechając się pod nosem, ruszyłam na drugi koniec sali, gdzie czekał na mnie ręcznik i butelka wody.
Owinęłam go wokół kucyka i wyżęłam pot z włosów, a potem otarłam kark i twarz. Może i nie walczyłam dzisiaj na miarę wszystkich swoich możliwości, ale trenowaliśmy od kilku godzin, więc moja granatowa koszulka była prawie czarna od potu. Równie dobrze mogłam wziąć prysznic tutaj – znając moje szczęście, Kellen będzie czekał na mnie, zanim dojadę do domu. I mimo że większość wilków wolała naturalny zapach od syntetycznego, to w tej chwili pachniałam aż nazbyt naturalnie.
Sięgnęłam po butelkę z wodą i zamarłam, czując dreszcz niepokoju przebiegający po mojej skórze. Rhoan wyszedł, ale nie byłam już sama.
Moje wcześniejsze przeczucie okazało się prawdziwe – kłopoty były o krok ode mnie.
Na dodatek pojawiły się pod postacią Gautiera.
Trzymając ręcznik w dłoni, odwróciłam się z pozorną swobodą w jego stronę. Stał przy oknie w końcu sali – wysoki, umięśniony, wredny facet, który pachniał równie paskudnie, co wyglądał.
– Widzę, że nadal nie udało ci się wziąć kąpieli. – To nie był najmądrzejszy komentarz, jaki kiedykolwiek rzuciłam pod jego adresem, ale jeśli chodziło o Gautiera, jakoś nie potra.łam utrzymać języka za zębami.
To była wada, która niechybnie wpędzi mniekiedyś w tarapaty – jeśli nie dziś wieczorem, to w przyszłości.
Skrzyżował ramiona i uśmiechnął się. W jego uśmiechu nie było nic miłego, a w obojętnych, brązowych oczach nie dostrzegłam ani szczypty normalności, która świadczyłaby o jego dobrej kondycji psychicznej.
– Widzę, że w sytuacjach, w których nawet szaleniec zastanowiłby się dwa razy, ty nadal gadasz zamiast dwa razy pomyśleć.
– Taka już moja słabość. – Zaczęłam wymachiwać ręcznikiem i zastanawiać się, jak długo ochronie zajmie dotarcie tutaj. O ile Jack w ogóle im na to pozwoli.
– Zauważyłem.
Trudno żeby nie zauważył, skoro większość moich obelg dotyczyła w jakiś sposób właśnie jego.
– Co tutaj robisz, Gautier? Nie masz przypadkiem jakichś drani do zabicia?
– Owszem, mam.
– W takim razie czemu nie polujesz na nich w terenie, tak jak zrobiłby każdy posłuszny świr na twoim miejscu?
Jego przebiegły uśmiech sprawił, że poczułam zimny dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Gautier był na polowaniu.
Polował na mnie.
Kurwa mać.
Te słowa niezupełnie oddawały ogrom kłopotów, w jakie się właśnie wpakowałam, ale w tej chwili tylko takie przychodziły mi do głowy.
Tak samo jak myśl, że zostałam w to wrobiona, że to właśnie było to, co zamierzał zrobić Jack, kiedy zaaranżował tę sesję treningową.
Rhoan na pewno nie miał o tym pojęcia. Nigdy by się na coś takiego nie zgodził. Nigdy.
– Przyszedłeś tu po to, żeby sprawdzić moje możliwości?
Bijące od niego rozbawienie otoczyło mnie jak oślizgłe wodorosty z dna stawu.
– Bystra z ciebie dziewczynka.
Najwidoczniej niezbyt bystra. Powinnam była wiedzieć, że Jack knuł coś za moimi plecami. Przez cały dzień zachowywał się jak jowialny wujek – pewny znak tego, że wkrótce miałam wpaść po uszy w bagno.
Tylko dlaczego kazał mi się pojedynkować z Gautierem tak szybko? Przecież trenowałam dopiero od dwóch miesięcy. Większość przyszłych strażników ma przynajmniej rok, zanim dostąpią zaszczytu bycia rozgniecionym na papkę przez Gautiera.
Możliwe że coś się zmieniło. Coś, co zmusiło go do zmiany planów.
Pomimo trudnego położenia poczułam przypływ ekscytacji. Chciałam to zakończyć. Wrócić do normalnego życia – chociaż biorąc pod uwagę to, że upłynęło już sześć miesięcy od momentu wstrzyknięcia mi eksperymentalnego leku na bezpłodność, normalność mogła równie dobrze należeć do przeszłości. Skoro ten lek zmieniał nieodwracalnie podstawową cząstkę tego, czym byłam – tak jak w przypadku innych mieszańców – to te zmiany wkrótce zaczną być widoczne.
Gautier ruszył leniwym krokiem w moją stronę. W dalszym ciągu machałam ręcznikiem, przyglądając mu się spod przymrużonych powiek. Nigdy nie uda mi się go pokonać i oboje doskonale o tym wiedzieliśmy. Jednak jeśli miałam teraz polec, to na pewno nie bez walki.
Zatrzymał się w połowie sali.
– Gotowa?
Uniosłam brew, udając pewność siebie, której wcale nie czułam. Zupełnie bezcelowe, zważywszy, że był wampirem i wiedział, jak bardzo przyśpieszyło mi tętno. Na pewno domyślał się, że to strach, a nie podniecenie, pulsował teraz w moich żyłach.
Strach i ja byliśmy starymi znajomymi. Nie zatrzymał mnie przedtem i teraz też mu się nie uda.
– Wszystkim swoim ofiarom dawałeś najpierw ostrzeżenie?
– Tak.
Stojący w całkowitym i absolutnym bezruchu Gautier przypominał mi węża szykującego się do ataku. Sprawił, że zaczęłam się go naprawdę bać.
– Po co to robisz?
– Bo rozkoszowanie się strachem mojej ofiary jest niemal tak samo upajające jak smak krwi. – Urwał, by wziąć głęboki oddech. W jego pozbawionych wyrazu oczach pojawiła się ekstaza. Dreszcze przebiegające mi po plecach przypominały teraz lawinę.
– Czuję twój strach, Riley. Jest wyjątkowy.
– Jesteś chory. Wiesz o tym, prawda?
– Ale jestem też bardzo dobry w tym, co robię.
W jego oczach czaiła się zapowiedź śmierci. Domyśliłam się, że on i ja będziemy ze sobą walczyć, i to naprawdę, aż do samego końca. Nie tutaj, nie w departamencie, ale gdzieś na jego terenie i na jego zasadach.
Dostałam gęsiej skórki. Zwalczyłam chęć rozmasowania ramion. Jasnowidztwo może i było moim ukrytym talentem, ale czasami wolałabym go nie mieć. Zwłaszcza gdy podpowiadało mi o kłopotach, które zaraz staną się moim udziałem.
Gautier wyprostował palce i po chwili zniknął mi sprzed oczu. Jego kroki słyszalne na matach zdawały się lekkie jak piórko, praktycznie bezgłośne. Żałowałam, że nie mogłam powiedzieć tego samego o jego zapachu, który aż zatykał nos. Był pełen odoru śmierci i tak obrzydliwy, że oddech uwiązł mi w gardle. Niesamowicie utrudniał koncentrację.
A jeśli jej w porę nie odzyskam, to wszystko skończy się dla mnie bardzo, bardzo źle.
Chociaż i tak nie miałam nadziei, że będzie inaczej. Zamrugałam, przechodząc na podczerwień, i obserwowałam zbliżającą się do mnie plamę ciepła. Była coraz bliżej. I bliżej. Dosłownie w ostatnim momencie zamachnęłam się ręcznikiem, zahaczając nim o kamienne rysy jego twarzy, i czym prędzej umknęłam mu z drogi.
Zaprzestał pościgu. Zatrzymał się w miejscu i uniósł dłoń do twarzy. Mimo że celowałam w jego oczy, ręcznik uderzył go w policzek. Wystarczająco mocno, by rozciąć go do krwi. To nie była najmądrzejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłam, ale niech mnie szlag, jeśli widok jego krwi nie ucieszył mnie choć odrobinę. Bez wątpienia zostanę za to stłuczona na kwaśne jabłko, ale przynajmniej udało mi się dokonać czegoś, czego nie był w stanie zrobić żaden strażnik – upuścić trochę krwi wielkiemu Gautierowi.
Z drugiej strony żaden strażnik nie był na tyle szalony, żeby stawić mu czoła i być uzbrojonym wyłącznie w ręcznik.
Gautier przesunął palcem po płytkiej rance. Nawet z takiej odległości widziałam kroplę krwi na jego czubku. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja kolejny raz dostrzegłam w nich zapowiedź śmierci.
Przez dwie sekundy rozważałam możliwość ucieczki. Chciałam znaleźć się jak najdalej od tej sali i stojącego w niej psychopaty. Ale jeśli to zrobię, zostanę odsunięta od misji. W tej chwili pragnienie zemsty górowało nad moim strachem przed Gautierem.
Zlizał kroplę krwi z palca, a potem odezwał się poważnym i jednocześnie śmiertelnie niebezpiecznym głosem:
– Zapłacisz mi za to.
– Och, już się boję. – Co właściwie było prawdą. Każdy z choć odrobiną zdrowego rozsądku za nic w świecie nie chciałby się teraz zamienić ze mną miejscami. Może poza moim bratem.
Zmarszczyłam brwi. Rhoan będzie wiedział, co się dzieje – w końcu poczuje mój strach. Dlaczego więc nie było go tutaj? Dlaczego nie interweniował?
Gautier rzucił mi uśmiech podobny do tego, jakim kot mógł obdarzyć mysz przed pożarciem, a potem znów zniknął mi sprzed oczu. Śledziłam go za pomocą podczerwieni, czekając, aż się zbliży, a następnie cisnęłam mu ręcznik w twarz i przypadłam do ziemi, obracając się i próbując podciąć mu nogi. Uchylił się przed ręcznikiem i przed moim kopniakiem. Jego pięść wystrzeliła w moim kierunku. Zrobiłam unik, czując, jak poruszone siłą ciosu powietrze muska skórę mojego policzka. Chwilę później rzuciłam się do przodu, łapiąc go za kolano i powalając na ziemię. Oboje uderzyliśmy w maty. Zdążyłam jeszcze zdzielić go po nerkach, zanim udało mi się wstać i odsunąć na bezpieczny odległość. W walce na krótki dystans nie miałam z nim żadnych szans. Musiałam zadawać ciosy i robić uniki, i tak w kółko, dopóki starczy mi sił.
Ten drań nie miał w sobie za grosz uprzejmości, żeby jęknąć z bólu pod wpływem siły mojego ciosu. Wstał nieśpiesznie z podłogi, zachowując pozorny spokój, ale w jego oczach czaiła się chęć mordu.
Otarłam pot z czoła, a potem rozprostowałam palce, próbując się rozluźnić. Gautier nie zabije mnie tutaj. Musiałam w to wierzyć.
– Bardzo dobrze – odezwał się tym swoim wrednym, zbyt pewnym siebie tonem, który przyprawił mnie o zimny dreszcz. – Niewielu ludziom udało się dokonać tego, co przed chwilą zrobiłaś.
Ciekawe, czy nadal żyli, by móc podzielić się z innymi tym doświadczeniem. Znając Gautiera, to pewnie nie.
– Wygląda na to, że będę się musiał bardziej postarać – dodał.
O kurwa.
Myśl ledwo pojawiła się w mojej głowie, gdy Gautier rzucił się na mnie jak jastrząb, przewyższając mnie pod względem szybkości, mocy i niewiarygodnej siły. Robiłam tyle uników i bloków, ile się dało, częstując go kopniakami i ciosami, ale miałam świadomość, że i tak go nie pokonam. Zresztą oboje doskonale o tym wiedzieliśmy. Gautier nie musiał być szybki. Wystarczyło, że był ode mnie silniejszy i miał większe doświadczenie.
Po jakimś czasie nie zdołałam zasłonić się przed kilkoma uderzeniami. Brakowało mi tchu, byłam poobijana i posiniaczona, ale jakimś cudem trzymałam się jeszcze na nogach. Mimo ciągłego blokowania i walki, pięść Gautiera trzasnęła mnie w podbródek tak, że aż odskoczyła mi głowa. Zachwiałam się i poleciałam w tył. Gwiazdy zatańczyły mi przed oczami. Mój umysł spowiła ciemność. Wydawało mi się, że zaraz stracę przytomność, ale potrząsnęłam głową, odpędzając od siebie to wrażenie, i wylądowałam jak kot na czterech łapach. W ulotnym przebłysku świadomości dostrzegłam swojego brata i jego palce zaciśnięte do białości na barierce. Zobaczyłam czterech przytrzymujących go ochroniarzy. I obserwującego to wszystko Jacka.
Wtem w powietrzu rozszedł się zapach Gautiera przymierzającego się do kolejnego skoku. Gdyby teraz przyszpilił mnie do ziemi, to byłby koniec. Odtoczyłam się na bok i zrobiłam wykop. Trafiłam go w kostkę. Poczułam, jak ciało i kość ustępują pod naporem mojej siły. Z ust Gautiera wydobył się zduszony warkot. Furia wykrzywiła martwe rysy jego twarzy. Obrócił się i chwycił mnie za nogę, chociaż próbowałam mu umknąć.
Omal nie wrzasnęłam, gdy przyciągnął mnie do siebie, ale udało mi się zdusić ten krzyk na tyle, że z moich ust uciekło jedynie przerażone sapnięcie. Odwróciłam się, ignorując igły bólu wbijające się w nogę, i próbowałam trącić go stopą.
A on tylko się roześmiał. Roześmiał.
Niezbyt mądre posunięcie w starciu z wilkołakiem – nawet jeśli szanse nie są po jego stronie. Równie dobrze można by było machać czerwoną płachtą na wściekłego byka.
Fala dzikiego gniewu momentalnie dodała mi sił. Przywołałam czającego się w moim wnętrzu wilka, czując moc przemiany przepływającą wokół mnie i przeszywającą mnie na wskroś, iskrzącą w żyłach, mięśniach i kościach. Wszystko rozmazało mi się przed oczami. Poczułam, jak ból i furia powoli ustępują. Moje kończyny uległy skróceniu, zmieniły kształt i ułożenie. Po kilku chwilach zamiast człowieka na macie stał wilk. Tego ruchu Gautier na pewno się nie spodziewał i przez sekundę stał jak skamieniały, nie reagując na nic. Wyrwałam nogę z jego uścisku, a potem zerwałam się do skoku i wylądowałam na nim. Moje ostre zęby wgryzły się w jego rękę i przecięły skórę, równie łatwo jak nożyczki papier.
Krew Gautiera zalała mi pysk. Była jeszcze gorsza niż jego zapach. Zakrztusiłam się, plując dookoła nią i kawałkami ciała. Nagle jego pięść wbiła się z całej siły w mój bok. Doleciał mnie trzask pękającej kości, a wszystko spowiła czerwona mgła. Siła ciosu sprawiła, że poleciałam w tył. Zdążyłam jeszcze w porę zmienić kształt i grzmotnęłam w matę tak mocno, że całe powietrze uciekło mi z płuc. A może po prostu nie było go wystarczająco dużo, bo w płucach paliło mnie jak diabli i nie mogłam zaczerpnąć tchu, choć bardzo się starałam. Czułam jedynie ból i strach.
I szum powietrza zwiastujący kolejny atak Gautiera.
– Przestań – rozległ się donośny głos Jacka.
Wyglądało na to, że Gautier wcale go nie usłyszał. A może po prostu nie chciał usłyszeć, bo nagle znalazł się tuż obok mnie, a zbliżająca się w stronę mojej twarzy pięść, była jedyną rzeczą w zasięgu mojego wzroku. Zwinęłam się w kłębek, osłaniając się najlepiej, jak tylko mogłam, ale wiedziałam, że to nigdy nie wystarczy.
– Powiedziałem, przestań!
Cios nie sięgnął celu. Po kilku sekundach otworzyłam oczy i zobaczyłam górującego nade mną Gautiera. Jego pięść nadal znajdowała się o kilka centymetrów od mojej twarzy. Ręka mu drżała, zupełnie jakby walczył z jakąś niewidzialną, krępującą go siłą. Na jego czole dostrzegłam kropelki potu, a w oczach czający się strach.
To Jack zatrzymał cios. To on go teraz kontrolował. Nie fizycznie, ale za pomocą psychiki. I to w dodatku tutaj, na tej sali, w budynku wypełnionym po brzegi paralizatorami mentalnych talentów.
A to oznaczało, że Jack był o wiele potężniejszy i bardziej niebezpieczny, niż mi się wydawało.
– Gautier, wycofaj się. Idź do centrum medycznego, żeby opatrzyć rany.
– To jeszcze nie koniec – syknął Gautier, odsuwając się. – Zadbam, żeby do niego doszło, możesz mi wierzyć.
Milczałam, nie mogąc wyksztusić z siebie nawet słowa. Patrzyłam tylko, jak odchodzi, kulejąc lekko, i próbowałam zaczerpnąć odrobinę powietrza w płuca.
Rhoan natychmiast znalazł się przy mnie, badając dłońmi moją twarz i szyję. Był przerażony.
– Nic mi nie jest, naprawdę – wykrztusiłam zachrypniętym głosem. Mój brat nie wyglądał jednak na przekonanego.
– Zabiję tego...
Położyłam mu palec na ustach.
– Nie.
Ten drań był mój. To ja go zabiję, nawet jeśli będę musiała to zrobić z ukrycia i za pomocą karabinu.
Rhoan chwycił mnie za rękę i przycisnął ją sobie do serca. Biło jak szalone, zapewne ze strachu. Zupełnie jak moje.
– Nie miał żadnego prawa...
– Mogę się założyć, że miał każde prawo. Nasz drogi szef planował to od samego początku. Pomóż mi wstać.
Zrobił to, a ból przeszył moją klatkę piersiową. Wrażenie było podobne do tysięcy rozgrzanych do czerwoności igieł, które wbiły się w mięśnie o wiele za głęboko. Syknęłam, wspierając się na bracie, gdy pomieszczenie zawirowało mi przed oczami.
– Nie byłaś gotowa...
– A czy ktokolwiek jest gotów do walki z Gautierem? – Szczęka bolała mnie od mówienia. Skrzywiłam się z bólu. Obmacałam ją, żeby sprawdzić obrażenia. Lewa strona mojej twarzy była spuchnięta i tak obolała, że nawet najlżejszy dotyk sprawiał ból. Wilkołacze zdolności sprawiały, że leczyłam się nadzwyczaj szybko, ale na siniaki niewiele mogłam poradzić. Zanim wrócę do domu, siniaki udekorują mnie od stóp do głów. I to by było na tyle, jeśli chodzi o moją gorącą randkę z Kellenem.
W ciszy rozległy się czyjeś kroki. Nie musiałam nawet wdychać piżmowego zapachu, który rozszedł się w powietrzu, żeby wiedzieć, że to Jack. Rhoan również nie musiał tego robić. Jego ciało napięło się gwałtownie, a ja poczułam bijącą od niego wściekłość. Zanim udało mi się otworzyć usta, by ostrzec Jacka, Rhoan zdążył się odwrócić i zadać cios.
Jack złapał jego zwiniętą pięść w swoją dłoń. Trzymał ją z taką łatwością, jakby cała siła i tężyzna fizyczna Rhoana była niewiele większa niż u sprawiającego kłopoty dziecka.
– Mam swoje powody – powiedział. Spojrzenie zielonych oczu miał równie głębokie co głos. – Zaufajcie mi, wiem, co robię.
Rhoan wyrwał dłoń z jego uścisku.
– Gautier prawie ją zabił!
– Jestem przekonany, że zrobiłby to z rozkoszą, ale nie to miałem na myśli.
– A co? Fakt, że udało ci się go powstrzymać, i to w budynku pełnym paralizatorów mentalnych talentów? – Pomasowałam delikatnie stłuczenie w boku, zastanawiając się, czy nie złamałam sobie przypadkiem żebra. Promieniujący w nim ból idealnie by do tego pasował. Zmiana kształtu wyleczyłaby każde złamanie, ale nie niwelowała ani bólu, ani sińców. Na dodatek całkowicie zrujnowała mi ubranie. Związałam końce porwanej koszulki, żeby biust nie wyskoczył mi na wierzch, i dodałam: – Właśnie mu pokazałeś, że w rzeczywistości jesteś silniejszy, niż by się mogło wydawać.
W oczach Jacka pojawiło się przelotne rozbawienie.
– Zgadza się, ale to wyłącznie efekt uboczny.
– W takim razie jaki był cel tego wszystkiego? – zapytał Rhoan ostrym tonem. – Stłuc ją na miazgę, gdy jeszcze nie jest gotowa?
Jack uniósł pytająco brwi.
– Ilu w pełni wykwali.kowanych strażników wytrzymało co najmniej dziesięć minut walki z Gautierem?
– Niewielu, ale...
– Tylko jeden – przerwał mu Jack. – Ty. A Rile dokonała czegoś, czego nawet ty nie byłeś w stanie.
Raniła go. Upuściła mu trochę krwi.
– Czym udało mi się go wkurzyć – mruknęłam.
– Od teraz będę musiała na siebie naprawdę uważać.
– Nawet Gautier nie odważy się napaść na ciebie przez kilka najbliższych dni. Ale to bez znaczenia, bo ciebie tu nie będzie. – Zawahał się, ściszając odrobinę głos. – Moment rozpoczęcia misji został przyśpieszony.
A więc miałam rację. Poczułam, jak coś wewnątrz mnie drży. Nie byłam jednak w stanie określić, czy działo się tak z powodu podniecenia, czy strachu. Najprawdopodobniej była to ulga. Bez względu na to, jak potoczy się moje życie, dobrze będzie móc się z tym wszystkim uporać i przestać wreszcie oglądać się z obawą przez ramię. Uniosłam pytająco brew.
– Doszło do przełomu?
– Do kilku.
– Riley nie jest na to gotowa – odezwał się Rhoan z furią mimo cichego głosu.
– Czy w twojej opinii będę na to kiedykolwiek gotowa? – Dotknęłam dłonią jego policzka i uśmiechnęłam się. – Oboje wiemy, że odpowiedź brzmi „nie”.
– Nie powinnaś brać w tym udziału.
– Ale muszę. Może i zostałam w to wmieszana bez swojej zgody, ale teraz nie mam zamiaru odpuszczać i doprowadzę to wszystko do końca.
– Ale...
– Nie – przerwałam mu. – Nie zmienię decyzji. Nie wycofam się z tego, bez względu na to co i kogo będę musiała zabić. Ci dranie zapłacą za to, co mi zrobili.
Rhoan wpatrywał się we mnie z uwagą, a potem westchnął i zdjął moją rękę ze swojego policzka, ściskając ją lekko.
– Uparta z ciebie suka.
– Podobna do brata – rzuciłam oschle.
Na twarzy Rhoana pojawił się uśmiech. Ten uśmiech zniknął jednak w chwili, w której odwrócił się w stronę Jacka i obrzucił go morderczym spojrzeniem.
– Dopadnę cię, jeśli coś jej się stanie.
– Riley bez wątpienia zrobi to samo, gdyby to tobie coś się stało. – Jack zawahał się, rozglądając dookoła. Jedynymi osobami w pomieszczeniu oprócz nas było czterech ochroniarzy stojących przy wyjściu, a Jack ostatnio nikomu nie ufał. Zwłaszcza że żadne z nas nie miało pojęcia, kto jeszcze w departamencie mógł współpracować z Gautierem. – Zgłoście się do Genoveve jutro o dziewiątej.
Genoveve było jednym z głównych źródeł klonów produkowanych od co najmniej kilku lat – ale to nie z tego laboratorium pochodził Gautier. Zostało zakupione przez Talona, jednego ze sklonowanych braci Gautiera i mojego byłego partnera, który kontynuował badania z dala od wścibskich oczu rządu. Udaremniliśmy zarówno tą operację, jak i cały proceder z klonowaniem i pozostało nam już tylko zlokalizować główne laboratorium. Na razie dysponowaliśmy jedynie jego nazwą – Libraska.
I wszystko wskazywało na to, że jedyną osobą, która wiedziała, gdzie się ono znajduje, był Deshon Starr. A właściwie zmiennokształtny, który przejął zarówno ciało Starra, jak i jego życie.
– Wydawało mi się, że rząd pozbył się Genoveve.
– To prawda, ale my nadal z niego korzystamy.
– W takim razie od jutra wracamy do pracy.
– Tak. – Jack zerknął na Rhoana. – Dzwoniłem już do Liandra. Przyjedzie tu razem z całym swoim warsztatem.
Biorąc pod uwagę to, że Liander był jednym z najlepszych charakteryzatorów w kraju, od jutra zaczną się przymiarki potrzebne do stworzenia kamuflażu i opracowywanie naszych przykrywek.
– Innymi słowy, muszę wykorzystać dzisiejszy wieczór na maksa.
I to bez względu na siniaki.
– Powinnaś – ostrzegł Jack. – Bo od jutra nie będziesz mogła kontaktować się z nikim, z kim jesteś obecnie związana.
Uniosłam brwi ze zdumienia. Świadomość tego faktu zabolała. Moja orgietka nie zapowiadała się już tak dobrze jak przed chwilą.
– Chcesz powiedzieć, że Quinn nie będzie brał w tym udziału?
– Zgadza się.
Cudownie. To oznaczało, że pewnie będę jeszcze bardziej prześladowana wieczorami, gdy zda sobie sprawę z tego, że dzieje się coś, w co nie jest bezpośrednio zaangażowany.
Rhoan ścisnął lekko moją rękę.
– Chcesz, żebym tym razem odprowadził cię do przebieralni?
Kiwnęłam twierdząco głową. Nie chciałam znów kusić losu.
Pojechaliśmy na górę, do przebieralni, w której miałam okazję podziwiać różnokolorowe sińce pokrywające moje ciało. Potem wzięłam gorący prysznic, żeby zmyć pot i krew ze skóry i włosów i pozbyć się paskudnego posmaku Gautiera z ust.
Na szczęście wzięłam ze sobą dodatkowe ubranie na zmianę, bo koszulka i spodenki nie nadawały się już do noszenia.
Rhoan podrzucił mnie do domu. Z niemałą ulgą odkryłam, że białego BMW Kellena nie było nigdzie w zasięgu wzroku.
Możliwe że miałam jeszcze trochę czasu, by doprowadzić się do stanu używalności. Weszłam po schodach, ale po kilkugodzinnym treningu i walce z Gautierem, te sześć schodów prawie mnie dobiło. Drżącą ręką otworzyłam drzwi i odkryłam, że los ma dla mnie kolejne niespodzianki.
W drzwiach mojego domu stał Kellen.
A za nim Quinn.
I żaden z nich nie był zadowolony z tego spotkania.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-09-29 (933 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej