Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zdradzona
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Statki Ziemi - Orson Scott Card



Prawo pustyni



Shedemei była naukowcem, a nie pustynnym koczownikiem. Wygody miasta nie były jej niezbędne – spanie na podłodze czy na stole zadowalało ją na równi z noclegiem na łóżku – ale nie potrafiła pogodzić się z tym, że odcięto ją od laboratorium, jej pracy, wszystkiego, co nadawało sens jej życiu. Wcale nie zgodziła się na dołączenie do tej na wpół szalonej wyprawy. A jednak w tej chwili wdychała suche i gorące pustynne powietrze, kołysząc się na grzbiecie wielbłąda i przyglądając się, jak zad drugiego zwierzęcia przed nią kiwa się w innym rytmie. Skwar i monotonny ruch powodowały, że zrobiło jej się z lekka słabo, a skronie pulsowały.
Kilkakrotnie mało brakowało, by zawróciła. Drogę powrotną odnalazłaby bez większego trudu; musiała jedynie wystarczająco zbliżyć się do Basiliki, a jej komputer podłączyłby się do sieci miasta i wskazał resztę trasy. Sama poruszałaby się znacznie szybciej, może nawet udałoby się jej dotrzeć do miasta przed zmrokiem. A strażnicy z pewnością wpuściliby ją do środka – w końcu nie była spokrewniona ani spowinowacona z żadnym członkiem tej grupki. Wygnano ją tylko dlatego, że zorganizowała suche skrzynie pełne nasion i embrionów, które miały przywrócić część starej flory i fauny na Ziemi. Jedynie oddała przysługę swojej dawnej wychowawczyni, nic więcej – akurat za to nie należał jej się status banity.
Ale właśnie ten ładunek powstrzymywał ją przed powrotem. Albowiem któż inny umiałby ożywić nieprzebrane gatunki przewożone na tych wielbłądach? Któż inny będzie wiedział, którym należy się pierwszeństwo, by zdążyły zadomowić się w ekosystemie, zanim wprowadzi się gatunki z wyższych partii łańcucha pokarmowego?
To niesprawiedliwe, po raz tysięczny pomyślała Shedemei. Ja jedyna w tym gronie wiem, od czego należałoby zacząć… ale akurat dla mnie to żadne wyzwanie. Nauka nie ma tu nic do rzeczy, już prędzej rolnictwo. Znalazłam się tu nie dlatego, że zadanie, które powierzyła mi Naddusza, jest tak bardzo wymagające, ale dlatego, że pozostali są ignorantami i w ogóle by mu nie sprostali.
– Zdajesz się rozgniewana i nieszczęśliwa.
Odwróciwszy się, Shedemei spostrzegła, że u jej boku na szerokiej kamienistej ścieżce pojawił się wielbłąd Rasy. Jej nauczycielki, bez mała matki. Choć nie była naprawdę jej rodzicielką – ani z punktu widzenia genetyki, ani prawa.
– Owszem – odparła Shedemei.
– Z mojego powodu? – dopytywała się Rasa.
– Po części. Ty nas w to wszystko uwikłałaś. Nic mnie nie łączy z żadnym z tych ludzi, chyba że za pośrednictwem twojej osoby.
– Wszystkich nas łączy to samo – zauważyła Rasa. – Naddusza zesłała ci sen, nieprawdaż?
– Nieproszona.
– A kto z nas prosił o nie? – odcięła się Rasa. – Nie, naprawdę rozumiem, co masz na myśli, Shedya. Reszta dokonała wyborów, które wplątały ich w ten ambaras. Nafai, Luet, Hushidh i ja znaleźliśmy się tu z własnej woli… bardziej lub mniej nieprzymuszonej. Natomiast Elemak, Meb, a zwłaszcza moje córki, błogosławione niech będą ich jadowite serduszka, uczestniczą w tej wyprawie, bo zachowali się w sposób nierozsądny lub wręcz podły. Inni znaleźli się tutaj, bo zawarli kontrakty małżeńskie, choć dla niektórych ten fakt jedynie utwierdza ich w przekonaniu, że od samego początku był to błąd. Ale ciebie, Shedemei, przywiódł tu tylko i wyłącznie sen. I twoja lojalność wobec mnie.
Wcześniej Naddusza zesłał Shedemei sen, w którym unosiła się w powietrzu, rozsiewając nasiona i doglądając ich wzrostu, przekształcając jałową pustynię w pełne życia lasy i łąki. Shedemei omiotła wzrokiem martwy pustynny krajobraz, dostrzegając tu i ówdzie kilka karłowatych ciernistych krzewów, wiedząc, że garstka żyjących tu jaszczurek żywi się nielicznymi owadami, które znalazły dość wody, by przetrwać.
– Nie tak wyglądał mój sen.
– A mimo to dołączyłaś do nas – odparła Rasa. – Zarówno ze względu na sen, jak i umiłowanie, którym mnie darzysz.
– Raczej nie ma nadziei na sukces. Ci tu nie są pionierami. Tylko Elemak ma predyspozycje, by przetrwać.
– Z pewnością ma największą wprawę w wędrówkach po pustyni. Nyef i Meb radzą sobie niezgorzej. A pozostali nauczą się w trakcie.
Shedemei nic nie odpowiedziała, nie chcąc się spierać.
– Nie znoszę, gdy unikasz kłótni – upomniała Rasa.
– Nie jestem konfliktowa – odcięła się Shedemei.
– Ale zawsze wymigujesz się właśnie w momencie, gdy masz ochotę powiedzieć komuś dokładnie to, co ten ktoś powinien usłyszeć.
– Nie jestem wróżką i nie wiem, co ludzie powinni usłyszeć.
– Powiedz, co przed chwilą miałaś na końcu języka. Powiedz, dlaczego uważasz, że nasza wyprawa jest z góry skazana na niepowodzenie.
– Basilika – rzuciła Shedemei.
– Przecież opuściliśmy miasto. Nic nam nie grozi z jego strony.
– Basilika może nas skrzywdzić na niezliczone sposoby. Na zawsze pozostanie w naszej pamięci jako miejsce ułożonego, łatwiejszego życia. Nigdy nie przestaniemy za nią tęsknić.
– Zgaduję, że nie martwi cię akurat nasza nostalgia.
– Niesiemy z sobą połowę psychicznego bagażu miasta. Wszystkie jego skazy, ale żadnych jego walorów. Jesteśmy przyzwyczajeni do wygód, ale nie posiadamy zapewniających je bogactw. Przywykliśmy do dawania upustu zbyt wielu naszym pragnieniom, które nigdy nie znajdą ujścia w tak małej społeczności.
– Już nieraz ludzie opuszczali to miasto i wyruszali na poszukiwanie nowych ziem.
– Ci, którzy chcą się przystosować, zacisną zęby, wiem. Ale ilu z nich chce? Jak wielu znajdzie w sobie dość ochoty, by zapomnieć o swoich pragnieniach, by poświęcić się dla dobra ogółu? Nawet ja nie potrafię zdobyć się na takie zaangażowanie. Z każdym kilometrem, który dzieli mnie od mojej pracy, narasta we mnie gniew.
– W takim razie szczęście nam sprzyja – zauważyła Rasa. – Albowiem żaden inny uczestnik nie miał jakiejkolwiek wartej wzmianki pracy. A nawet gdyby, to stracił ją bezpowrotnie, więc i tak nie ma po co wracać.
– Na Meba czeka tam pewne zajęcie.
Przez chwilę Rasa była wyraźnie skonfundowana.
– Nie wiadomo mi nic o żadnej pracy, którą parał się Meb, chyba że chodzi ci o tę jego żałosną karierę aktorską.
– Raczej o jego życiowy zamysł spółkowania z każdą kobietą w Basilice, która nie byłaby z nim spokrewniona, brzydka jak noc albo sztywna.
– Ach! – Rasa uśmiechnęła się blado. – Na śmierć zapomniałam o tej pracy.
– Nie on jedyny zresztą – ironizowała Shedemei.
– Och, wiem. Przez grzeczność nie wspominasz o moich córkach, które bez wątpienia pragną kontynuować własną wersję tego konceptu.
– Nie chciałam cię urazić.
– I nie uraziłaś. Aż za dobrze znam swoje córki. Przejęły zbyt dużo cech ojca, bym choć przez chwilę się łudziła, że zawiodą moje oczekiwania. Ale powiedz mi, Shedemei, którzy z towarzyszących nam mężczyzn twoim skromnym zdaniem mogą je pociągać?
– Po upływie kilku tygodni, a może kilku dni wszyscy mężczyźni wydadzą im się dobrą partią.
Rasa zaśmiała się krótko.
– Przypuszczam, że masz rację, kochana. Lecz wszyscy mężczyźni w naszej niewielkiej grupce są żonaci… a bezsprzecznie ich małżonki będą skrupulatnie pilnować, by nikt nie wszedł im w paradę.
Shedemei pokręciła głową.
– Rasa, przyjmujesz błędne założenie. To, że ty zdecydowałaś się pozostać partnerką tego samego mężczyzny, rokrocznie odnawiając z nim kontrakt – przynajmniej od kiedy urodziłaś Nafaia – jeszcze nie oznacza, że każda inna kobieta będzie tak zaborcza i zazdrosna w stosunku do swojego męża.
– Tak myślisz? Przecież mało brakowało, a moja umiłowana Kokor zabiłaby swoją siostrę Sevet za to, że zdradziła ją z jej mężem Obringiem.
– Więc Obring nie będzie próbował ponownie przespać się z Sevet i tyle. Ale to nie powstrzyma go przez zalotami do Luet, dajmy na to.
– Luet?! To wspaniała dziewczyna, Shedya, ale nie piękna w sposób, który przemawiałby do mężczyzny pokroju Obringa, do tego bardzo młoda i wyraźnie zakochana w Nafaiu, a co najważniejsze, jest basilikańską wodną wieszczką, więc Obring będzie się śmiertelnie bał czynienia jej awansów.
Shedemei pokręciła głową. Czyżby Rasa nie rozumiała, że wszystkie przywołane argumenty z czasem przestaną mieć znaczenie? Czy nie wiedziała, że ludzie tacy jak Obring, Meb, Kokor czy Sevet żyją dla samych podchodów i nie obchodzi ich, kogo upatrzyli sobie na zdobycz?
– A jeśli powiesz, że Obring mógłby się zalecać do Eiadh, to uśmieję się setnie – ciągnęła Rasa. – Och, może i będzie o niej marzył, ale Eiadh jest typem dziewczyny, którą w mężczyźnie pociąga tylko siła, a tej Obringowi zawsze będzie brakować. Nie, moim zdaniem Obring będzie wierny Kokor.
– Rasa, moja ulubiona nauczycielko i przyjaciółko, zanim minie miesiąc, Obring spróbuje uwieść nawet mnie.
Rasa spojrzała na Shedemei wyraźnie zaskoczona.
– Och, przestań. Nie jesteś w jego…
– W jego typie jest każda kobieta, która ostatnimi czasy nie powiedziała mu wyraźnie, że nic z tego. Lojalnie ostrzegam – z czym jak z czym, ale z napięciem seksualnym nasza grupa sobie nie poradzi. Gdybyśmy byli pawianami, a nasze samice seksualnie pociągałyby samców tylko od święta pomiędzy kolejnymi ciążami, moglibyśmy wypracować pewien rodzaj krótkotrwałych związków ad hoc, właściwych tym małpom. Wtedy przejściowe konflikty pomiędzy samcami szybko by wygasały i byśmy cieszyli się spokojem przez resztę roku. Ale niestety jesteśmy ludźmi i inaczej wiążemy się w pary. Nasze dzieci potrzebują stabilizacji i ładu. A jest nas zbyt mało, by pozwolić sobie od czasu do czasu na rozwiązywanie ewentualnych sporów metodą zabójstw.
– Zabójstw?! – oburzyła się Rasa. – Shedemei, co w ciebie wstąpiło?
– Nafai już zabił człowieka. A to prawdopodobnie najbardziej niewinny mężczyzna w tej grupie, może poza Vasem.
– Wykonywał polecenie Nadduszy.
– Tak, ale to świadczy tylko o tym, że Nafai jest jedynym, który okazuje posłuszeństwo Nadduszy. Reszta mężczyzn jest co najmniej równie oddana swojemu bożkowi.
– Czyli?
– Temu, co zwisa im między nogami.
– Biologowie mają bardzo cyniczny pogląd na istoty ludzkie. Można by pomyśleć, że jesteśmy najbardziej prymitywnym gatunkiem zwierząt.
– Och, nie jesteśmy aż takimi prymitywami. W końcu nasze samce nie próbują zjadać swoich małych.
– A nasze samice nie pożerają swoich partnerów. Choć niektóre próbowały.
Obie się zaśmiały. Do tej pory rozmawiały dość cicho, a ich wielbłądy kroczyły z dala od reszty, lecz śmiech zwrócił na nie uwagę towarzyszy w oddali.
– Nie baczcie na nas! Nie z was się śmiejemy! – zakrzyknęła Rasa.
Lecz jadącemu dotychczas na przodzie Elemakowi najwyraźniej było to nie w smak, bo podjechał wielbłądem do roześmianych kobiet. Na jego obliczu rysował się ledwo powstrzymywany gniew.
– Opanuj się, lady Raso – rzucił.
– A co? Za głośno się śmiałam? – drażniła się Rasa.
– Śmiałaś się, a potem żartowałaś. W obu wypadkach zdecydowanie zbyt donośnie. Kobiecy głos może się rozejść z tym wiaterkiem na wiele mil. Pustynię zamieszkują tylko nieliczni ludzie, ale jeśli któryś z nich cię posłyszy, w mgnieniu oka możemy zostać zgwałceni, obrabowani i zabici.
Shedemei wiedziała, że Elemak ma rację – w końcu to jemu zdarzało się prowadzić karawany przez pustynie – ale nie mogła znieść jego protekcjonalnego i kostycznego tonu. Żaden mężczyzna nie miał prawa w ten sposób zwracać się do lady Rasy.
A sama zainteresowana wydawała się nie zważać na zniewagę sugerowaną przez postawę Elyi.
– Taka wielka grupa jak nasza? – zapytała. – Myślałam raczej, że rabusie będą się trzymali od nas z daleka.
– Oni modlą się o takie grupy jak nasza – wyjaśnił Elemak. – Z przewagą kobiet. Przemieszczające się powoli. Obładowane po uszy wielbłądów. Rozmawiające beztrosko i głośno. Z dwiema niewiastami ociągającymi się na tyłach, z dala od reszty.
Dopiero wtedy Shedemei zdała sobie sprawę, na jak wielkie niebezpieczeństwo naraziły się z Rasą. I to ją wystraszyło. Nie nawykła do myślenia w ten sposób – do zastanawiania się, jak uniknąć napaści. W Basilice zawsze czuła się bezpiecznie. Tam kobiety zawsze czuły się bezpiecznie.
– Przyjrzyjcie się zresztą towarzyszącym nam mężczyznom – ciągnął Elemak. – Jak wam się zdaje, ilu z nich potrafiłoby walczyć w waszej obronie ze zgrają trzech lub czterech rabusiów, a co dopiero dziesięciu?
– Ty byś potrafił – odparła Rasa.
Na kilka chwil Elemak wbił w nią stanowcze spojrzenie.
– Tu, na otwartej przestrzeni, gdy zauważylibyśmy ich z daleka, pewnie bym zdołał. Ale wolałbym nie próbować. Więc z łaski swojej popędźcie wielbłądy i powściągnijcie języki.
To „z łaski swojej” tylko w niewielkim stopniu złagodziło surowy wydźwięk jego słów, co jednak nie zaważyło na stanowczej decyzji Shedemei, by się podporządkować. Elemak nawrócił swojego wielbłąda i szarpnął go naprzód w stronę czoła ich niewielkiej karawany.
– Ciekawie będzie się przekonać, czy to twój mąż, czy raczej Elemak będzie nam przewodził, gdy w końcu dotrzemy do obozowiska Wetchika – skomentowała Shedemei.
– Nie zwracaj uwagi na fanfaronadę Elyi – upomniała ją Rasa. – Będzie nam przewodził mój mąż.
– Nie byłabym taka pewna. Elemaka całkiem spontanicznie ciągnie do władzy.
– On uwielbia jej poczucie, to pewne – zauważyła Rasa. – Ale umie ją utrzymać tylko za pomocą strachu. Czyżby jeszcze się nie pomiarkował, że tę wyprawę ochrania Naddusza? Gdyby jacyś grasanci choćby pomyśleli o skorzystaniu z tej drogi, za sprawą Nadduszy zapomnieliby o tym zamiarze. Jesteśmy bezpieczni jak we własnych łóżkach.
Shedemei nie przypomniała, że zaledwie kilka dni temu czuli się w swych łóżkach niezbyt bezpieczni. Nie napomknęła też, że Rasa właśnie potwierdziła jej obawy – gdy myślała o domu i bezpieczeństwie, miała na myśli Basilikę. Widmo starych dobrych czasów będzie ich prześladować jeszcze przez długi, długi czas.
Teraz z kolei Kokor przystopowała swojego wielbłąda i zaczekała, aż Rasa się z nią zrówna.
– Byłaś niegrzeczna, co, mamo? I ten wstrętny Elemak musiał przywołać cię do porządku?
Infantylizm Kokor napawał Shedemei obrzydzeniem – ale tak po prawdzie, zachowanie Kokor zwykle ją degustowało. Jej postawa niezmiennie zdawała się fałszywa i podstępna; dla Shedemei zadziwiające było to, że ludzie najwyraźniej rzadko poznawali się na tych absolutnie oczywistych fortelach, gdyż inaczej Kokor już dawno zmieniłaby strategię.
Cóż, może i niektórych udawało jej się omamić, ale z pewnoś­cią nie matkę. Rasa wbiła w nią zimne spojrzenie i rzekła:
– Shedya i ja prowadziłyśmy rozmowę w cztery oczy, moja kochana. Przykro mi, jeśli cię zwiodłyśmy, mimowolnie dając do zrozumienia, że cię zapraszamy do nas.
Kokor zrozumiała aluzję zaledwie po chwili i poczerwieniała na twarzy – z gniewu? Potem posłała Shedemei wymuszony uśmiech.
– Matka co rusz doznaje zawodu, że nie wyrosłam na podobną do ciebie, Shedya. Ale niestety ani mój rozum, ani ciało nie mieści dość wewnętrznego piękna.
Niezręcznie popędziła swojego wielbłąda i na powrót dołączyła do karawany.
Shedemei wiedziała, że Kokor próbowała jej uwłaczać, przypominając, że jedynym rodzajem piękna, jakiego Shedya kiedykolwiek dostąpi, będzie to wewnętrzne. Lecz już dawno wyrosła z właściwej nastolatkom zazdrości w stosunku do urodziwych dziewcząt.
Rasa najwyraźniej myślała to samo.
– Zaiste dziwne, że ludzie o pospolitej urodzie bez trudu dostrzegają piękno w innych, podczas gdy moralne kaleki są ślepe na dobroć i przyzwoitość. Ci szczerze wierzą, że te cechy nie istnieją.
– Och, wiedzą, że istnieją, to pewne – odparła Shedemei. – Po prostu nigdy nie są pewni, którzy ludzie je posiadają. Inna sprawa, że moje uczucia w tej chwili z pewnością dyskwalifikują mnie jako wzór moralnej piękności.
– Masz mordercze myśli, prawda? – zażartowała Rasa.
– Och, nie myślę o niczym aż tak bezpośrednim czy nieodwracalnym. Raczej życzyłam jej w duchu, żeby nabawiła się naprawdę uciążliwych obtarć od siodła.
– A co z Elemakiem? Jego też zaklinasz, by dorobił się jakiejś dolegliwości?
– Skądże znowu. Być może, tak jak mówisz, nie musi się specjalnie wysilać, by strachem wymusić nasze posłuszeństwo. Ale myślę, że miał rację. Dotychczas Nadduszy nie zawsze udawało się trzymać nas z dala od zagrożeń. Nie, akurat do Elyi nie żywię żadnej urazy.
– W takim razie zazdroszczę ci dojrzałości. Albowiem wielce obcesowy sposób, w jaki się do mnie zwracał, był mi bardzo nieprzyjemny. Rzecz jasna, znam powód: jego zdaniem moja pozycja w mieście zagraża jego władzy w tej grupie, więc stara się mnie zmitygować. Lecz powinien zmiarkować, że jestem wystarczająco rozumna, bym zastosowała się do jego poleceń, i nie ma potrzeby, żeby mnie upokarzać.
– Twoje potrzeby nie mają tu nic do rzeczy. Nigdy nie mają. To kwestia jego potrzeb. A on potrzebuje okazać swoją wyższość nad tobą. Skoro już o tym mowa, to ja również odczuwam tę potrzebę, ty durna starowinko.
Przez chwilę Rasa patrzyła na nią z bezgranicznym zdumieniem. Gdy Shedemei już miała wyjaśnić, że to był żart – czemu nikt nie rozumiał jej dowcipów? – szeroko się uśmiechnęła.
– Z dwojga złego wolę być już durną starowinką niż głupią młódką. Przynajmniej niemądre starowinki nie popełniają tak rażących błędów.
– Och, no nie wiem. Udział w tej wyprawie na przykład…
– To błąd?
– Z mojego punktu widzenia z pewnością. Genetyka jest całym moim życiem, ale przez jego resztę najpewniej zbliżę się do niej tylko na tyle, że może zdołam przekazać moje własne geny następnemu pokoleniu.
– Słyszę rozpacz w twoim głosie. Macierzyństwo nie jest takie straszne. Nie wszystkie dzieci są takie jak Kokor, zresztą kto wie, może nawet ona wyrośnie kiedyś na ludzi.
– Niby tak, ale ty darzyłaś swoich małżonków uczuciem. A któż jest mi pisany, ciociu Raso? Twój kaleki syn? A może bibliotekarz Gaballufixa?
– Myślę, że Hushidh ma zamiar poślubić Issiba – odparła Rasa oschle.
– Ach, znam ten wasz odgórny przydział. Ale powiedz mi, ciociu Raso, gdyby ten bibliotekarz akurat przypadkiem się nie przypałętał, gdy Nafai przywłaszczył sobie Indeks… to czy w ogóle zawracałabyś sobie głowę dokooptowaniem mnie do kompanii?
Rasa milczała. Jej oblicze przybrało posągowy wyraz.
– Daj spokój, ciociu Raso, głupia nie jestem i wolałabym, żebyś mnie nie traktowała jak idiotkę.
– Twe talenty są nam niezbędne, Shedya. Naddusza cię wybrał, a nie ja.
– I jesteś pewna, że to nie twoja sprawka, to całe rachowanie mężczyzn i kobiet, byle tylko wyszło po równo?
– Naddusza zesłał ci sen.
– Najgorsze jest to – ciągnęła Shedemei – że oprócz ciebie żadne z nas nie ma popartego potomkami doświadczenia w prokreacji. Nie wiesz, czy nie skojarzyłaś któregoś z tych mężczyzn z bezpłodną kobietą. Albo jedną z nas z mężem niezdolnym do rozpłodu.
Do tej pory Rasa powściągała swój gniew, ale teraz zdawało się, że za chwilę wybuchnie.
– Jeszcze raz powtarzam, nie ja podjęłam tę decyzję… Luet również doznała objawienia i…
– Czy zamierzasz dać nam przykład? Czy zamierzasz urodzić więcej dzieci, ciociu Raso?
Rasa wydawała się całkowicie skonsternowana.
– Ja? W moim wieku?
– Wciąż nosisz w sobie trochę dobrych jajeczek. Wiem, żeś jeszcze nie przekwitła, bo tryskasz energią.
Rasa spojrzała na nią z wyraźnym skrępowaniem.
– Może się rozbiorę i położę, byś mogła mnie obejrzeć pod mikroskopem, hm?
– I tak byś się nie zmieściła. Chyba że pocięłabym cię na drobne kawałeczki.
– Czasem mi się wydaje, że już to zrobiłaś.
– Rasa, przez ciebie zatrzymujemy się kilka razy dziennie. A wiem, że z twoim pęcherzem wszystko w porządku. To żadna tajemnica, że ronisz księżycowe łzy.
Rasa na krótko podniosła brew, dając wyraz, że nie ma co na siłę zachowywać pozorów.
– Zaiste najwyraźniej więcej dzieci mnie czeka.
– Sądzę, że to twój obowiązek dać nam dobry przykład – ciąg­nęła Shedemei. – Nie urządzamy sobie zwykłej wycieczki. Stanowimy kolonię. A najważniejszym priorytetem kolonistów jest prokreacja. Bezdzietni są w zasadzie warci tyle co nic. I pal licho, że Elemak zazdrości ci władzy. To ty przewodzisz tutejszym kobietom, musisz więc stanowić wzór dla każdej z nas. Jeśli ty staniesz się brzemienna podczas tej podróży, reszta pójdzie za twoim przykładem, głównie dlatego, że ich mężowie będą chcieli za wszelką cenę udowodnić, że potrafią zapłodnić kobietę nie gorzej od starego Wetchika.
– Nie jest już Wetchikiem. – Rasa zmieniła temat. – Teraz zwie się po prostu Volemakiem.
– Ale w łóżku nadal sobie radzi, prawda?
– Doprawdy, Shedemei, czy twoja ciekawość nie zna granic? A może chcesz, żebyśmy jeszcze dostarczyli ci próbek stolca?
– Zanim ta wyprawa się skończy, pewnie zdarzy mi się badać próbki niemal wszystkiego. W końcu pośród nas mnie najbliżej do miana lekarki.
Rasa niespodziewanie zachichotała.
– Już widzę, jak Elemak przynosi ci próbkę nasienia.
Na samą myśl o poproszeniu go o to Shedemei także wybuchła śmiechem. To byłby dopiero nie lada zamach na jego godność jako przywódcy tej karawany!
Przez kilka minut jechały w ciszy. Pierwsza odezwała się Rasa.
– Zrobisz to? – zapytała.
– Czyli co?
– Wyjdziesz za Zdoraba?
– Kogo?!
– Za tego bibliotekarza.
– Wyjść za niego? Nigdy nie myślałam o poślubieniu kogokolwiek.
– Bądź mu żoną i matką jego dzieci.
– Ach, zapewne twemu życzeniu stanie się zadość. Ale nie, jeśli będziemy podporządkowani prawu pawianów.
– Prawu pawianów?!
– Jak w Basilice, co roku konkurując o nowego partnera. Pojmę za męża tego niemłodego już mężczyznę, którego w życiu nie widziałam na oczy, pozwolę mu dzielić ze mną łoże, urodzę mu dzieci i wspólnie je wychowamy. Ale pod warunkiem że nie będę musiała walczyć o jego wierność. Pod warunkiem że nie będę musiała być świadkiem, jak zaleca się do Eiadh, Hushidh, Lalyi czy… czy Kokor za każdym razem, gdy nasz kontrakt będzie bliski wygaśnięcia, a potem z podkulonym ogonem wraca do mnie i prosi o odnowienie kontraktu tylko dlatego, że każda z tych naprawdę pociągających go kobiet mu odmówiła.
Rasa przytaknęła.
– Teraz rozumiem, co miałaś wcześniej na myśli. Nie chodziło ci o cudzołóstwo Kokor, lecz o nasze zwyczaje.
– Z ust mi to wyjęłaś. Jest nas zbyt mało, byśmy mogli sobie pozwolić na zachowanie zwyczajów małżeńskich Basiliki.
– To wszystko kwestia skali, jak sądzę. W naszym mieście gdy kobieta nie chciała odnowić kontraktu albo gdy partner o to nie zabiegał, wystarczyło unikać siebie nawzajem do czasu, aż zaleczą się rany. Zawsze można było znaleźć kogoś innego, ponieważ kandydatów nie brakowało. Lecz nas jest tylko szesnaścioro. Osiem kobiet, tyleż mężczyzn. Stare zwyczaje doprowadziłyby nas do szału.
– Niektórzy mieliby ochotę zabić, jak niedawno Kokor – dopowiedziała Shedemei. – A inni woleliby umrzeć.
– Racja, racja, racja – wymamrotała Rasa, najwidoczniej głośno myśląc. – Lecz nie możemy im teraz tego oznajmić. Niektórzy z miejsca by zawrócili, nie zważając na niebezpieczeństwa czyhające na pustyni. Dożywotnia monogamia… jakoś wątpię, że Sevet i Kokor kiedykolwiek przeżyły tydzień bez nowego kochanka. Meb unikał małżeństwa nie bez powodu, on nie ma zamiaru pozostać wierny jednej kobiecie, tyle że, w odróżnieniu od moich córek, jemu brakuje perfidii. A my tu chcemy powiedzieć im, iż będą musieli zachować wierność małżeńską. Że nie będzie kontraktów na rok, że żadna zmiana nie wchodzi w rachubę.
– Nie spodoba im się to, oj nie.
– Dlatego powiemy im to, dopiero jak dotrzemy do obozowiska Volemaka. Gdy będzie już o wiele za późno na powrót.
Shedemei nie wierzyła własnym uszom. Jednak nie dała tego po sobie poznać.
– Tak sobie myślę – zaczęła – że gdyby chcieli zawrócić, może powinniśmy im na to pozwolić. W końcu są wolnymi ludźmi.
Rasa gwałtownie odwróciła się w jej stronę.
– Ależ nie, nie są! – zaperzyła się. – Cieszyli się wolnością tylko do czasu, gdy podjęli decyzje, które ich tu przywiodły, a teraz ich swoboda jest ograniczona, gdyż bez nich nasza kolonia, nasza tułaczka się nie powiedzie.
– Z twoich słów bije pewność, że uda ci się zmusić ludzi do dotrzymania zobowiązań – wycedziła Shedemei. – Jakoś nikomu wcześniej nie udała się ta sztuka. A ty podołasz?
– To niezbędne nie tylko dla dobra naszej wyprawy, ale również dla ich własnego dobra. Naddusza dała nam wyraźnie do zrozumienia, że Basilika obróci się w niwecz. Oni podzieliliby los miasta, gdyby na czas nie uciekli. Ratujemy im życie. Jednak ci najbardziej skłonni do powrotu to zarazem ci, którzy najmniej posłuchu dają objawieniom zsyłanym przez Nadduszę. Toteż by zachować ich przy życiu, musimy…
– Omamić ich?
– Tymczasowo zataić pewne ustalenia.
– Ponieważ ty wiesz znacznie lepiej od nich, co leży w ich interesie?
– Owszem – odparła Rasa. – Właśnie dlatego.
Shedemei się wściekła. W argumentach Rasy kryło się sporo prawdy, ale nie zmieniały jej głębokiego przekonania, że ludzie mają prawo suwerennie wybrać nawet własną zgubę. Może przywilej doprowadzenia się do zatraty z powodu własnej głupoty lub lekkomyślności stanowił kolejny luksus związany z życiem w Basilice, lecz nie była jeszcze gotowa się go wyzbyć. Według niej należało dać ludziom wybór, czy zgadzają się, że wierność małżeńska to jeden z warunków uczestnictwa w tej wyprawie, i pragną zostać, czy wolą odejść i żyć według innego prawa. Ale okłamywać ich do czasu, gdy będzie za późno na zmianę decyzji… w tym wypadku stawką była wolność wyboru, a właśnie ona nadawała sens przetrwaniu.– Ciociu Raso, nie jesteś Nadduszą – rzuciła Shedemei na odchodne, po czym popędziła wielbłąda, zostawiając Rasę w tyle. Nie znaczyło to, że nie mogłaby już nic więcej powiedzieć, jedynie że nie chciała – palił ją zbyt wielki gniew, a nie miała ochoty wdawać się w kłótnię. Nie lubiła się z nikim wadzić, bo to wprowadzało ją w nastrój na wielodniowe refleksje, a i tak miała już dość tematów do rozmyślań.
Zdorab. Jaki mężczyzna najmuje się jako archiwista u takiego żądnego władzy zbrodniarza jak Gaballufix? Jaki facet daje się wrobić dziecku pokroju Nafaia w zdradę pokładanego w nim przez chlebodawcę zaufania, pozwala przywłaszczyć obcemu cenny Indeks, a potem podąża za złodziejem poza mury miasta? Jaki dorosły daje się siłą zmusić Nafaiowi do posłuszeństwa i pod przymusem przysięga, iż będzie towarzyszył dziecku w drodze na pustynię, wiedząc, że już nigdy nie ujrzy Basiliki?
Dobrze wiem, jaki to mężczyzna, myślała. Drętwy i głupi wymoczek. Zahukana i tępa jak but trzęsidupa, która będzie oficjalnie pytać o pozwolenie przed każdą wyuczoną z podręczników próbą zapłodnienia mnie. Mężczyzna, który ani nie będzie potrafił dać przyjemność, ani jej zaznać w naszym małżeństwie. Samczyk, który do końca życia będzie żałował, że nie dane mu było poślubić jakiejkolwiek innej kobiety z naszego grona, a zostanie ze mną tylko dlatego, że będzie wiedział, iż żadna by go nie chciała.
Zdorabie, mój przyszły mężu. Wprost nie mogę się doczekać naszego spotkania.


Rozdział 1

Część 2



Trzeciej nocy na pustyni rozbicie namiotów poszło sprawniej. Wszyscy uzmysłowili już sobie, które obowiązki muszą wykonać, a których mogą uniknąć. Rasa z pogardą zauważyła, że Mebowi i Obringowi udawało się trwonić ponad połowę czasu na „pomaganie” ich żonom w pracach, które i bez tego były dziecinnie łatwe – inaczej Lalya i Kokor wcale by się ich nie podjęły. Nie żeby Lal nie przejawiała czasem ochoty na zakasanie rękawów, ale dopóki Kokor i Sevet nie parały się niczym forsownym, dopóty nie miała zamiaru robić więcej niż one. W końcu Lal była niegdyś uznaną aktorką, w czasach gdy Kokor i Sevet wciąż niemrawo wyśpiewywały swoje dziecinne piosenki. Rasa wiedziała, jak pracuje móżdżek Lal: najpierw pozycja w hierarchii, potem ludzka przyzwoitość.
Ale przynajmniej była zdolna do przyzwoitości! Na kogo wyrośli ci ludzie, których uczyłam i wychowałam? Ci, którzy są zbyt samolubni, by w końcu nie zmącić naszego spokoju, jak i ci tak ulegli wobec Nadduszy, że o nich lękam się nawet bardziej.
Nie są już moimi podopiecznymi, upomniała się w duchu. Teraz odpowiadam tylko za to, by dostatecznie naprężyć linki namiotów i tym samym zapobiec ich zdmuchnięciu przez pierwszy lepszy powiew.
– I tak zawalą się na naprawdę silnym wietrze, choćbyś bardzo się starała – zauważył Elemak. – Więc nie musisz ich naciągać aż tak mocno, jakby miały wytrzymać uderzenie huraganu.
– Jedynie zwykłej pustynnej burzy?
Gdy Elemak odezwał się ponownie, Rasa poczuła, że pot spłynął jej do oka i szczypie. Próbowała otrzeć go rękawem, który jednak okazał się jeszcze bardziej wilgotny, choć uszyty ze zwiewnego muślinu.
– Ta praca wymaga precyzji i wylania litrów potu, niezależnie od temperatury powietrza – skomentował Elemak. – Pozwól, że ci pomogę.
Podczas gdy on naprężał linkę namiotową, Rasa zawiązała węzeł na wbitym w ziemię śledziu. Dobrze wiedziała, że Elemak z łatwością mógłby zrobić to sam, bez pomocy w przytrzymywaniu linki. Od razu zorientowała się w jego zamiarze – chciał się upewnić, że Rasa nauczy się właściwie wykonywać powierzone zadanie, okazując zaufanie i jednocześnie nie odbierając jej satysfakcji z dobrze spełnionego obowiązku.
– Dobrze sobie radzisz – pochwaliła Rasa.
– Węzły to żadna sztuka, jeśli już nauczysz się, jak je prawidłowo wiązać.
– Ach tak, węzły. A nie starasz się raczej zadzierzgać więzów?
Odpowiedział jej uśmiechem i Rasa domyśliła się, że naprawdę docenił jej pochwałę.
– To również, lady Raso.
– Jesteś przywódcą mężczyzn – ciągnęła Rasa. – I mówię to nie jako twoja macocha ani nawet bratowa, ale jako kobieta, której dane było zasmakować władzy. Przy tobie nawet ci leniwi krępują się otwarcie stronić od pracy.
Pominęła milczeniem fakt, że na razie udało mu się co najwyżej skupić pełnię władzy we własnych rękach, że dotychczas żaden z członków grupy nie przyswoił sobie jego lekcji, więc gdy nie było go w pobliżu, praca zamierała. Niewykluczone że tylko tyle nauczył się o rządzeniu przez te wszystkie lata, gdy przewodził karawanom. Lecz jeśli chciał sprawować władzę nad tą wyprawą (a Rasa nie była na tyle głupia, by sądzić, że Elemak ma zamiar pozwolić ojcu na coś więcej poza tytularnym zwierzchnictwem), będzie musiał opanować znacznie bardziej zaawansowane metody poza zwykłym uzależnianiem ludzi od swojej pomocy. Istotą przywództwa, mój drogi niedoświadczony władco, jest nauczenie podwładnych samodzielności, a mimo to przekonanie ich do dobrowolnego poddania się twojej woli. Dopiero wtedy przestrzegać będą zasad, które im wpoiłeś, nawet jeśli odwrócisz wzrok. Ale nie mogła głośno wygłosić tych poglądów; młodzian nie był jeszcze gotowy, by wysłuchać podobnych rad. Zamiast tego więc raczyła go kolejnymi komplementami z nadzieją podbudowania jego pewności siebie do poziomu, aż będzie skłonny nadstawić ucha konstruktywnym sugestiom.
– Co więcej, córy me wykłócają się i narzekają znacznie rzadziej, niż to bywało w czasach, gdy wiodły beztroskie życie.
Elemak zrobił marsową minę.
– Wiesz niezgorzej ode mnie, że wielu uczestników tej wyprawy najchętniej z miejsca wróciłoby do Basiliki. I głowy nie dam, czy nie podzielam ich zdania.
– Ale nie wracamy – rzuciła Rasa.
– Zaprzepaścilibyśmy puentę, gdybyśmy wrócili do miasta pod rządami Moozha po tym, jak z wielką pompą nas stamtąd odprawił.
– I niewykluczone że postradalibyśmy życie – dodała Rasa.
– Przecież Nafaia oczyszczono z zarzutu zabójstwa mego ukochanego przyrodniego braciszka Gaballufixa.
– Z niczego go nie oczyszczono – zaprotestowała Rasa. – A skoro już o tym mowa, to ciebie również nie, synu mego małżonka.
– Mnie?! – Jego twarz przybrała surowy wyraz i zapałała lekkim rumieńcem. Niedobrze, że tak wyraźnie okazywał emocje. To cecha nieprzystająca przywódcy.
– Chciałam tylko uzmysłowić ci, że powrót do Basiliki jest wykluczony.
– Zapewniam cię, lady Raso, że gdybym zapragnął wrócić tam przed ponownym spotkaniem z ojcem, dopiąłbym swego. Może i po dotarciu do obozowiska jeszcze powezmę taki zamiar, kto wie.
Pokiwała głową.
– Cieszę się, że nocami pustynne powietrze nieco się ochładza. Jesteśmy w stanie znieść piekielny skwar za dnia tylko dzięki temu, że mamy pewność, iż noc będzie dla nas łaskawsza.
Elemak się uśmiechnął.
– Zakląłem pogodę specjalnie z myślą o tobie, lady Raso.
– Rozmawiałam dzisiaj z Shedemei.
– Wiem.
– Względem bardzo poważnej kwestii – ciągnęła Rasa – która bez trudu mogłaby rozsadzić naszą kolonię. Mówię, rzecz jasna, o seksie.
To słowo wzbudziło czujność Elemaka.
– Tak? – zapytał jednak spokojnie.
– A szczególnie o kwestii małżeństw.
– Jak dotąd wszyscy niezgorzej dobrali się w pary – skomentował Elemak. – Żaden mężczyzna nie zapada w sen niezaspokojony, czego nie można powiedzieć o uczestnikach większości moich karawan. A jeśli chodzi o ciebie, Hushidh i Shedemei, niedługo dołączycie do swych mężów lub do tych, którzy wkrótce nimi będą.
– Niektórzy wolą podboje od samej kopulacji.
– Wiem. Ale nie mają wielkiego wyboru.
– A mimo to ten czy ów wciąż przebiera w żywym towarze, choć niby już dokonali wyboru.
Zauważyła, że Elemak usztywnił plecy i kark, pozorując spokój, choć faktycznie miał ochotę zadać pytanie, które nosił w sercu. Niepokoił się o swoją ukochaną Eiadh, którą dopiero co poślubił. Nie spodziewała się, że już zaczął się zamartwiać.
– Trzeba ich powstrzymać przed cudzołóstwem – dokończyła.
– Nie twierdzę, że mierzyłem się z tym problemem. Dotychczas mężczyźni z moich karawan pozostawali samotni do czasu dotarcia do miasta, a nawet wtedy większość zadawała się z nierządnicami.
– A ty nie?
– Teraz mam żonę – tłumaczył Elemak. – Młodą i poczciwą niewiastę.
– Dobrą żonę dla młodego i poczciwego męża.
Lekki uśmiech przemknął mu po twarzy.
– Prędzej czy później młodość przemija.
– Ale czy będzie dobrą żoną za pięć lat? Za dziesięć?
Dziwnie na nią spojrzał.
– A skąd ja mam to wiedzieć?
– Wypadałoby o tym pomyśleć, Elya. Jaką będzie żoną za pięćdziesiąt lat?
Wyraźnie osłupiał. Widocznie wcześniej nie przemyślał tej kwestii, a teraz nawet nie potrafił udawać, że było inaczej – tak bardzo zaskoczyło go to pytanie.
– Shedemei zwróciła moją uwagę na fakt, że tutaj, na pustyni, nie damy rady zachować zwyczajów małżeńskich z Basiliki. Tam żyło mnóstwo ludzi, a nas jest jedynie szesnaścioro. Osiem par. Gdybyś zostawił Eiadh na rzecz innej, to jak myślisz, kto byłby jej kolejnym mężem?
Rasa oczywiście wiedziała – i wiedziała, że Elemak też ma tego świadomość – że prawdopodobnie Eiadh zdecydowałaby się nie przedłużyć z nim kontraktu, a nie odwrotnie. Tak czy owak, pytanie pozostawało identyczne – z kim by się Eiadh związała?
– A co z dziećmi? – ciągnęła Rasa. – Wkrótce się urodzą. Gdzie będą się uczyć? Przecież nie będzie szkół. Wychowają je matki. I kolejni mężczyźni, niekoniecznie ojcowie.
Zauważyła, że Elemak zaczyna pojmować wydźwięk jej niewesołych przepowiedni. Wiedziała doskonale, co najbardziej go zaniepokoi, i nie wahała się wykorzystać tej wiedzy. Zresztą sprawy, przed którymi go przestrzegała, stanowiły realny problem.
– Sam widzisz, Elemaku, że dopóki jest nas tylko szesnaścioro, by w ogóle przetrwać na pustyni, musimy trzymać się razem, zachowując względny porządek. Tak więc małżeństwa muszą trwać dozgonnie.
Nie spojrzał jej w oczy, ale targały nim sprzeczne uczucia.
– Ciągłe waśnie doprowadziłyby nas do zguby – ciągnęła Rasa. – Podobnie jak wzajemne pretensje i animozje, nieustannie będziemy wszak żyli w bardzo zwartej społeczności. Ludzie muszą się dowiedzieć, że ich obecni partnerzy pozostaną u ich boku do końca życia.
Elemak położył się na dywanie, który stanowił swoistą „podłogę” namiotu.
– A czemuż mieliby dać mi posłuch w tej kwestii? Pomyślą, że robię to tylko dlatego, by zazdrośnie strzec Eiadh. Przypadkiem wiem, że reszta już teraz po cichu do niej wzdycha z nadzieją na czynienie jej awansów, spodziewając się, że za kilka lat nasze małżeństwo dobiegnie końca.
– Musisz więc przekonać ich do uznania argumentów przemawiających za dozgonnym, monogamicznym związkiem. By zrozumieli, że nie robisz tego wyłącznie dla własnych korzyści.
– Przekonać ich? – Zaniósł się śmiechem, krótkim, urwanym, pełnym goryczy. – Wątpię, czy zdołam ugadać choćby samą Eiadh.
Rasa widziała wyraźnie, że rychło pożałował swej ostatniej uwagi. Nierozsądnie ubrał w słowa swoje prawdziwe uczucia. Tego nie powinien wyznawać nikomu.
– W takim razie może perswazja to nieodpowiednie określenie. Trzeba im pomóc zrozumieć, że jest to prawo, którego musimy przestrzegać, by ustrzec naszą wielką rodzinę przed rozpadem, przed emocjonalną zawieruchą i fizycznym rozlewem krwi. I że jest to niezbędne w takim samym stopniu, jak zachowanie ciszy podczas każdego dnia podróży.
Elemak wstał i nachylił się w jej stronę. W jego oczach tliły się uczucia. Gniew? Strach? Boleść? A może coś innego, czego nie potrafię odgadnąć? – zastanawiała się Rasa.
– Lady Raso – zaczął – czy te pożądane przez ciebie prawo jest na tyle ważne, by dla niego zabić?
– Zabić? Właśnie zabijania najbardziej się obawiam. Właśnie tego trzeba nam unikać.
– Gdziekolwiek spojrzysz, wszędzie piasek. Nawet gdy dotrzemy do obozowiska ojca, wciąż będzie nas otaczała tylko pustynia. A ona rządzi się własnymi prawami, które przewidują tylko jedną karę za każdy występek. Śmierć!
– Mówisz od rzeczy – zaperzyła się Rasa.
– Czy skrócisz kogoś o głowę, czy zostawisz go samego jak palec na pustyni, na jedno wyjdzie. Tutaj wygnanie równa się wyrokowi śmierci.
– Ale w życiu nie miałam na myśli aż tak dotkliwej kary.
– Zastanów się, lady Raso. Gdzie będziemy więzić przestępców podczas naszych całodziennych podróży? Któż znajdzie czas, by podjąć się funkcji strażnika? Oczywiście zawsze pozostaje chłosta, ale wtedy musielibyśmy radzić sobie z rannymi…
– Może raczej za karę odebrać im jakiś przywilej? Czegoś ich pozbawić? To byłoby niczym grzywna, którą stosowali w Basilice.
– A czego chciałabyś ich pozbawić, lady Raso? Jakimi przywilejami cieszy się którykolwiek z nas? Gdybyśmy odebrali delik­wentowi rzecz mu potrzebną – bo ja wiem, buty albo wielbłąda – to i tak dozna uszczerbku, a do tego podróżowałby wolniej i naraziłby nas wszystkich na niebezpieczeństwo. A gdyby zdecydować się na coś zbędnego i pozbawić go na przykład majątku, to przepełniłaby go głęboka uraza i musielibyśmy użerać się z osobą, której ufać niepodobna. Nie, lady Raso, jeśli wstyd nie odstraszy ludzi od łamania prawa, to jedyną znaczącą karą może być tylko śmierć. Delikwent nigdy nie stanie się recydywistą, a reszta zrozumie, że traktujemy sprawę poważnie. Każda inna kara będzie miała skutek odwrotny: winowajca wróci na drogę przestępstwa, a pozostali nie będą przestrzegali prawa. Dlatego twierdzę, że zanim zdecydujesz się na ustanowienie takiej normy na czas naszej wyprawy, powinnaś rozważyć, czy warto za łamanie takiego prawa zabić.
– Ale przecież nikt nie da wiary, że naprawdę zabijesz każdego winnego, nieprawdaż?
– Tak myślisz? Z doświadczenia wiem, że najtrudniejsze w karaniu człowieka podczas podobnych wypraw jest poinformowanie wdowy i osieroconych dziatek, dlaczego delikwent nie wrócił do domu.
– Och, Elemaku, nawet przez myśl mi nie przeszło…
– Nie tobie jednej. Ale ludzie pustyni wiedzą o tym aż za dobrze. Zresztą gdy porzucasz winnego na pustyni, zamiast zabić go na miejscu, to nie pozostawiasz mu żadnej nadziei – wielbłąda, konia, nawet kropli wody. Pętasz skazańca, by szybko dopadły go zwierzęta. Gdyby przeżył dość długo, może znaleźliby go bandyci. Wtedy zginąłby w wielkich męczarniach, a umierając, powiedziałby im, gdzie się znajdujesz, ilu was jest, jak wielu wystawiacie wartowników i gdzie trzymacie wszystkie kosztowności. A to nie koniec. Wyśpiewałby im, jak pieszczotliwie nazywa swoją kobietę, jak przezywacie strażników, co ukryci w mroku bandyci wykorzystaliby w celu wprowadzenia zamętu w twoich szeregach, by uśpić czujność twoich towarzyszy. Zdradzi im nawet…
– Przestań! – wybuchła Rasa. – Mówisz mi o tym z premedytacją.
– Wydaje ci się, że życie na pustyni sprowadza się do upału i chłodu, namiotów i wielbłądów, do wypróżniania się na piasek i nocowania na dywanikach zamiast na łóżku. A ja ci mówię, że życie, które ty, ojciec i ten poczciwina Nafai wybraliście dla nas…
– To Naddusza je dla nas wybrała!
– …jest najtrudniejsze z możliwych, bo otaczać nas będzie niebezpieczny i okrutny świat, w którym zawsze czujesz nieświeży oddech śmierci na plecach, gdzie trzeba być gotowym zabić, by utrzymać ład i porządek.
– Wpadnę na inny pomysł – upierała się Rasa. – Sposób radzenia sobie z małżeństwami…
– Ależ nie! Będziesz się głowić, zastanawiać, ale koniec końców wysnujesz jedyny słuszny wniosek. Jeśli ta szaleńcza kolonia ma przetrwać na pustyni, musi być w zgodzie z tutejszym prawem. A to oznacza, że kobiety pozostaną wierne swoim małżonkom… albo zginą.
– To samo mężczyźni, jeśli będą cudzołożyć – dopowiedziała Rasa, pewna że Elemak nie mógł mieć wszak na myśli tego, iż tylko kobiety podlegać będą karze.
– Ach, rozumiem. Gdyby obie strony złamały to matrymonialne prawo, chcesz, żeby oboje ponieśli śmierć, tak? No i kto tu jest teraz żądnym krwi potworem, hm? O wiele łatwiej możemy sobie pozwolić na rezygnację z kobiety niż mężczyzny. Chyba że sugerujesz, bym przeszkolił Sevet lub Kokor w sztuce walki? Chyba że twoim zdaniem Lal lub Shedemei w istocie poradzą sobie z załadunkiem namiotów na grzbiety wielbłądów.
– Podsumowując, w twoim męskim szowinistycznym świecie kobiety będą ponosić ciężar odpowiedzialności za…
– Basilikę zostawiliśmy daleko w tyle, lady Raso. Kobiety kwitną w społeczności dojrzałej i silnej. A tu cóż, piasek i długo, długo nic. Nie, wystarczy chwila zastanowienia, by pojąć, że ograniczenie kar do kobiet stanowi pewniejszą zachętę do poszanowania prawa. Bo jakiż mężczyzna zdecyduje się na szeptane ukradkiem „Kocham cię”, jeśli obie strony będą świadome tego, że tak naprawdę znaczy to: „Ma ochota, by cię wygrzmocić, jest tak przemożna, że nie obchodzi mnie twa śmierć”? Jakie będą wtedy szanse, że jego zaloty się powiodą? Gdyby jednak zalotnik chciał siłą dopiąć swego, to ona krzyczałaby wniebogłosy – i nie z rozkoszy, tylko z przerażenia, bo w końcu chodziłoby o jej życie. I jeśli pojmiemy gwałciciela na gorącym uczynku, a ona wyraźnie sprzeciwiała się współżyciu, to oczywiście wtedy na śmierć skażemy mężczyznę. Rozumiesz już? To prawo pozbawi uroku nawet zgoła niewinny romans.

Wychodząc z namiotu, Elemak z trudem powstrzymał się od śmiechu na widok zbolałego oblicza Rasy. Och, tak, ona wciąż się łudzi, że ma władzę, nawet teraz, chociaż o przetrwaniu na pustyni wiedziała tyle co nic, nieustannie narażała innych na niebezpieczeństwo przez ciągłe gadanie, przez te wątpliwe mądrości, którymi jakże chętnie się dzieliła, w końcu przez roztaczaną wokół aurę autorytetu. Może i w Basilice, gdzie kobiety zniewalały mężczyzn zwyczajami i zasadami dobrego wychowania, gdzie mogła podejmować decyzje, na które ludzie przystawali, udawało jej się utrzymać pozory władzy. Ale tutaj przekona się niedługo – już zaczęła to dostrzegać – że brakuje jej niepohamowanej żądzy władzy. Chce rządzić, ale uchyla się od trudnych wyborów, które za tym idą.
A więc – jak to kiedyś mawiali – „i nie opuszczę cię aż do śmierci”. Lecz któraż kobieta mogłaby zaspokoić silnego mężczyznę przez więcej niż rok czy dwa lata? Od samego początku zakładał, że Eiadh będzie jego pierwszą żoną, po prostu pierwszą. I spełniłaby się w tej roli – stanowiłaby ozdobę jego pierwszego basilikańskiego domostwa, powiłaby mu pierworodnego, a potem by się rozeszli. Elemak przewidywał nawet, że jego dzieci będą się uczyć u Rasy, w końcu dobrze radziła sobie z wychowaniem młodzieży; w tej dziedzinie objawiała swe prawdziwe talenty. Lecz by spodziewać się po nim tego, że dobrowolnie wytrzyma z Eiadh, gdy ta ślicznotka zestarzeje się i obrośnie sadłem…
Tyle że się okłamywał, wiedział o tym w głębi serca. Mógłby udawać, że nie chce zachować Eiadh na całe życie, ale tak po prawdzie to jedynym uczuciem, którym ją darzył, było pragnienie. Niepohamowana żądza posiadania, której nie rokował nadziei na ostudzenie. To uczucia Eiadh, a nie jego, były podatne na zmianę. Ona tak bardzo podziwiała Nafaia, gdy sprzeciwił się temu watażce Moozhowi i odrzucił propozycję objęcia funkcji konsula. Wielce żałosne – bardziej imponował jej Nafai, bo zrezygnował z władzy, niż własny mąż, który wszak posiadał władzę i nie wahał się robić z niej użytku. Lecz cóż, była kobietą, zwyczajowo wychowaną w mistycznej wierze w Nadduszę, a skoro Nafai okazał się „wybrańcem”, tylko zyskiwał na atrakcyjności w jej oczach.
A co do Nafaia… Elemak wiedział nie od dziś, że Nafai miał Eiadh na oku. Po części ożenił się z nią dlatego, że tym sposobem dopiekł temu smarkaczowi. Niechaj nawet weźmie ją za żonę później, ale wpierw ta piękność urodzi Elemakowi dziecko albo i dwa. To Nafaiowi uzmysłowi jego miejsce w szeregu. Lecz od niedawna Eiadh rzucała ukradkowe spojrzenia na tego gołowąsa. Co za cholerny niefart, że to jemu dane było zabić Gaballufixa! I właśnie to ją nęciło! Zakochała się w złudnej sile Nafaia. Otóż, Eiadh, droga Edhya, ma oblubienico, wiedz, że ja zabiłem już wcześniej, i to nie bezbronnego pijaczynę leżącego na ulicy, o nie. Uśmierciłem żądnego krwi i kosztowności rabusia, który miał chrapkę na moją karawanę. I jestem gotów powtórzyć ten wyczyn.
Mogę zabić ponownie, a Rasa zdążyła już się zgodzić, że bywa to zasadne. Prawo pustyni, o tak, to ono położy kres ambicjom Nafaia. Rasa jest przekonana, że jej ukochany synalek pod żadnym pozorem nie złamie prawa, więc zgodzi się – jak i reszta – że niesubordynację karać należy śmiercią. A wtedy… Nafai okaże nieposłuszeństwo, bez dwóch zdań. To takie proste, takie przewidywalne. Wtedy będę mógł go uśmiercić i tak samo jak Nafai usprawiedliwiał zabójstwo Gabyi, powiem, że robię to dla dobra ogółu!
Tamtej nocy, gdy zimna kolacja ciążyła im na żołądkach, a chłodny nocny wiatr zagnał ich do namiotów, Elemak przydzielił Nafaiowi pierwszą wartę. Wiedział, że Nafai, biedactwo, doskonale zdaje sobie sprawę, kto czeka na Elemaka w jego namiocie. Że Nafai marznie w mroku rozświetlanym jedynie blaskiem gwiazd, wyobrażając sobie, jak Elya bierze w ramiona nagą Eiadh, jak rozpalone i wilgotne powietrze skrapla się na płótnie namiotu. Wiedział też, że Nafai słyszy przytłumione westchnienia rozkoszy dobywające się z ust Eiadh. A wyłoniwszy się z namiotu, wciąż mokry od potu i zapachu jej ciała, Elemak wiedział, że Nafai przełknie gorzką pigułkę, wracając do siebie – gdzie jedynym pocieszeniem będzie niezgrabne, bezkształtne ciało wodnej wieszczki Luet. Elemaka aż kusiło, by wprowadzić w życie prawo zaproponowane przez Rasę, albowiem wtedy to Nafai by się zestarzał, ciągle oglądając się na Eiadh, wiedząc jednak, że ta piękna kobieta po grób będzie żoną Elemaka i że nigdy, przenigdy nie będzie jego.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-10-04 (932 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej