Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Odnaleziony
 
Katalog - dodano
 Nemezis
- James Swallow
 Pęknięta korona
- Grzegorz Wielgus
 Szablon
- Agnieszka Sudomir
 Czerwona opcja
- Siergiej Niedorub
 Okrutny książę
- Holly Black
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Krwawe szaleństwo'' - Karen Marie Moning



JEDEN



– Trudno panią znaleźć, panno Lane – powiedział inspektor O’Duffy, kiedy otworzyłam drzwi wejściowe do Księgarni i Bibelotów Barronsa z szybkami w kształcie rombów.
Okazała księgarnia była moim domem na obczyźnie, czy to mi się podobało, czy nie, a mimo bogatego wyposażenia, bezcennych dywanów i niekończących się zapasów doskonałych lektur, nie byłam zachwycona. Nawet najwygodniejsza klatka to wciąż klatka.
Spojrzał na mnie ostro, kiedy wyszłam zza drzwi i pojawiłam się w jego polu widzenia – od razu zauważył moje usztywnione ramię i palce, szwy na wardze i zanikające fioletowo-żółte sińce, które sięgały od mojego prawego oka po kości szczęki. Choć uniósł brew, nie skomentował.
Pogoda była paskudna, a jak długo trzymałam otwarte drzwi, znajdowałam się zbyt blisko niej. Lało od wielu dni, nieustająca, przygnębiająca ulewa, która waliła we mnie ostrymi kroplami, mimo że stałam w głębi otoczonego kolumnami wejścia do księgarni. O jedenastej rano w niedzielny ranek było tak pochmurno i ciemno, że uliczne latarnie wciąż się paliły. Mimo ich posępnego żółtego blasku, przez gęstą mgłę ledwie widziałam zarysy sklepów po drugiej stronie ulicy.
Cofnęłam się, żeby wpuścić inspektora. Deptały mu po piętach podmuchy lodowatego wiatru.
Zamknęłam drzwi i skierowałam się w stronę sofy w pobliżu kominka, gdzie siedziałam owinięta kocem i czytałam. Mój użyczony pokój znajduje się na najwyższym piętrze, ale kiedy w weekendy księgarnia jest zamknięta, traktuję parter, z jego wygodnymi zakątkami do czytania i ozdobnymi kominkami, jak swój osobisty salon. Ostatnio wybierałam dość ekscentryczne lektury. Boleśnie świadoma, że O’Duffy depcze mi po piętach, ukradkowo wepchnęłam kilka co dziwaczniejszych tytułów, które przeglądałam, pod elegancką szafkę z bibelotami. Magiczny ludek – baśń czy fakt? leżał tuż obok Wampirów nie tylko dla orłów i Boskiej mocy: historii świętych relikwii.
– Paskudna pogoda – zauważył, podchodząc do kominka i wyciągając ręce w stronę syczących gazowych płomieni.
Zgodziłam się być może ze zbyt wielkim entuzjazmem, biorąc pod uwagę, czego dotyczyła rozmowa, ale niekończąca się ulewa mnie dobijała. Jeszcze kilka dni takiej pogody i zacznę budować arkę. Słyszałam, że w Irlandii dużo padało, ale „bezustannie” to moim zdaniem odrobinę więcej niż dużo. Jako stęskniona za domem turystka, mimo woli popełniłam ten błąd i rankiem sprawdziłam pogodę w Ashford. W Georgii był upał, trzydzieści pięć stopni i bezchmurne niebo – kolejny doskonały, pełen kwiatów, słoneczny dzień na południu. Za kilka godzin moje koleżanki wyruszą nad jedno z naszych ulubionych jezior, gdzie będą wystawiać się na słońce, rozglądać za chłopakami, z którymi mogłyby się umówić, i przeglądać najnowsze magazyny o modzie.
Tutaj, w Dublinie, było aż dziesięć stopni i tak koszmarnie mokro, że wydawało się o połowę zimniej.
Brak słońca. Brak chłopaków, z którymi można by się umówić. A, co się tyczy mody, obecnie moje ubrania musiały być jedynie na tyle luźne, bym mogła ukryć pod nimi broń. Nawet we względnie bezpiecznej księgarni nosiłam dwie latarki, nożyczki i zabójczy, długi na trzydzieści centymetrów grot włóczni, osłonięty kulką z folii aluminiowej. Po wszystkich czterech kondygnacjach księgarni porozkładałam latarki i inne przedmioty, które mogły służyć jako broń. W różnych kątach pochowałam także krucyfiksy i buteleczki z wodą święconą. Barrons by mnie wyśmiał, gdyby się dowiedział.
Możecie się zastanawiać, czy spodziewam się armii z Piekła rodem.
Tak jest.
– To jak mnie pan odnalazł? – zapytałam inspektora.
Kiedy przed tygodniem po raz ostatni dzwoniłam do Gardy, naciskał mnie i koniecznie chciał wiedzieć, jak się ze mną skontaktować. Podałam mu stary adres w Clarin House, gdzie zatrzymałam się na krótko po przyjeździe do Dublina. Nie wiem dlaczego. Chyba nikomu nie ufałam. Nawet policji. Tutaj dobrzy i źli goście wyglądają tak samo. Zapytajcie tylko Alinę, ofiarę jednego z najpiękniejszych mężczyzn, jakich widziałam – Wielkiego Pana – który przypadkiem jest również jednym z najgorszych.
– Jestem detektywem, panno Lane – powiedział z krzywym uśmiechem O’Duffy i zrozumiałam, że nie ma zamiaru mi powiedzieć.
Uśmiech zniknął i jego oczy zmrużyły się z zawoalowanym ostrzeżeniem: „Niech mnie pani nie oszukuje, zauważę to”.
Wcale się tym nie przejmowałam. Barrons też mi raz powiedział coś takiego, a on miał naprawdę nadnaturalne zmysły. Skoro Barrons nie umiał mnie przejrzeć, O’Duffy’emu też się to nie uda. Czekałam, zastanawiając się, co go tu sprowadza. Wcześniej wyraźnie dał mi do zrozumienia, że uważał sprawę mojej siostry za nie do rozwiązania i zamkniętą. Na zawsze.
Odszedł od kominka i opuścił na stolik torbę, którą miał na ramieniu.
Na błyszczący drewniany blat posypały się mapy.
Choć niczego nie dałam po sobie poznać, poczułam zimny dreszcz. Nie umiałam już patrzeć na mapy tak jak kiedyś – jak na niewinne przewodniki dla zagubionego wędrowca lub speszonego turysty. Teraz kiedy otwieram jedną z nich, na wpół spodziewam się znaleźć wypalone otwory w miejscu Mrocznych Stref – tych fragmentów naszych miast, które wypadły z map, zostały pochłonięte przez zabójcze Cienie. Martwi mnie już nie to, co mapy pokazują, ale raczej to, czego na nich brak.
Tydzień temu zażądałam, żeby O’Duffy powiedział mi wszystko, co wiedział o wskazówce pozostawionej przez moją siostrę na miejscu zbrodni, słowach wydrapanych przez nią w chwili śmierci w bruku: „LaRuhe 1247”.
Powiedział, że nie udało im się odnaleźć takiego adresu.
Mnie się udało.
Wymagało to nieco niestereotypowego myślenia, ale w tym robię się z każdym dniem lepsza, choć tak naprawdę nie mogę tego uznać za swoje osiągnięcie. Łatwo jest myśleć niestereotypowo, kiedy życie zmiażdżyło wasze stereotypy. A zresztą, czyż stereotypy nie są przekonaniami na temat świata, których pragniemy się trzymać, bo dzięki temu czujemy się bezpiecznie? Cóż, moje przekonania były teraz równie użyteczne, jak parasol z chusteczki do nosa w tym deszczu.
O’Duffy usiadł na sofie obok mnie, ostrożnie, jak na człowieka z taką nadwagą.
– Wiem, co pani o mnie sądzi.
Kiedy próbowałam uprzejmie zaprotestować – dobre południowe maniery trudno wykorzenić – zrobił gest, który moja matka nazywa „uciszającym machnięciem ręką”.
– Wykonuję tę pracę od dwudziestu dwóch lat, panno Lane. Wiem, co czują rodziny ofiar morderstwa, kiedy sprawa zostaje zamknięta. Ból. Gniew. – Zaśmiał się bez odrobiny wesołości. – Przekonanie, że muszę być przeklętym idiotą, który spędza za dużo czasu w pubach, a za mało w robocie. Gdyby było odwrotnie, ich ukochani zmarli spoczywaliby w pokoju, a sprawcy gniliby w więzieniu.
Gnicie w więzieniu było zbyt łagodnym wyrokiem dla mordercy mojej siostry. Poza tym nie byłam pewna, czy jakakolwiek cela by go zatrzymała. Odziany w szkarłat przywódca Mrocznych mógłby narysować symbole na podłodze, uderzyć laską i przejść przez dogodny portal. Choć Barrons ostrzegał mnie przed zakładaniem różnych rzeczy, nie widziałam powodu, by podawać w wątpliwość, że to Wielki Pan był odpowiedzialny za śmierć mojej siostry.
O’Duffy przerwał, być może dając mi szansę, bym się sprzeciwiła. Nie zrobiłam tego. Miał rację. Czułam to wszystko i jeszcze więcej, lecz, oceniając po plamach z galaretki na jego krawacie i brzuszysku wiszącym nad paskiem, podejrzewałam go raczej o przesiadywanie w cukierniach i kawiarniach, a nie pubach.
Wziął ze stołu dwie mapy Dublina i podał mi je.
Spojrzałam na niego pytająco.
– Ta na górze jest z ubiegłego roku. Ta pod spodem została opublikowana siedem lat wcześniej.
Wzruszyłam ramionami.
– I co z tego?
Przed kilkoma tygodniami byłabym wdzięczna za wszelką pomoc Gardy. Teraz, kiedy wiedziałam tak wiele o Mrocznej Strefie sąsiadującej z Księgarnią i Bibelotami Barronsa – straszliwą ziemią jałową, gdzie odnalazłam LaRuhe 1247, przeżyłam brutalną konfrontację z Wielkim Panem i prawie zginęłam – chciałam, żeby policja trzymała się jak najdalej od mojego życia. Nie chciałam mieć więcej śmierci na sumieniu. Garda i tak nie mogła mi pomóc. Jedynie widząca sidle mogła zobaczyć potwory, które zapanowały nad opuszczoną dzielnicą i zmieniły ją w śmiertelną pułapkę. Przeciętny człowiek nie zauważał niebezpieczeństwa, aż był po kolana wśród trupów.
– Znalazłem pani LaRuhe 1247, panno Lane. Jest na mapie opublikowanej przed siedmiu laty. Co dziwne, na tej sprzed roku jej nie ma. Grand Walk, przecznicę od tej księgarni, również brakuje. Podobnie jak ulicy Conelly, kolejną przecznicę dalej. Wiem. Byłem tam, zanim przyszedłem do pani.
O Boże, wszedł tego ranka do Mrocznej Strefy. Dzień był ledwie na tyle jasny, by zmusić Cienie do ukrycia się tam, gdzie się kryły te paskudne stwory! Gdyby burza przywiała choć jeszcze jedną gęstą, odcinającą słońce chmurę, najbardziej odważne z tych wysysających życie stworów mogłyby się odważyć i wyjść na ludzki Happy Meal. O’Duffy tańczył twarzą w twarz ze śmiercią i nawet sobie tego nie uświadamiał!
Inspektor machnął ręką nad stertą map. Wydawały się starannie przejrzane. Jedna wyglądała tak, jakby została zmięta w kulę ze złości, a być może niedowierzania, po czym znów wygładzona. Te emocje nie były mi obce.
– Właściwie, panno Lane – mówił dalej O’Duffy – żadna ze wspominanych ulic nie znajduje się na żadnej z niedawno opublikowanych map.
Spojrzałam na niego tępo.
– Co chce pan powiedzieć, inspektorze? Czy władze miasta zmieniły nazwy ulic w tej części Dublina? Czy to dlatego nie ma ich na nowych mapach?
Skrzywił się i odwrócił wzrok.
– Nikt nie przemianował ulic – warknął. – Chyba że zrobili to, nie powiadamiając absolutnie nikogo. – Znów spojrzał na mnie, uważnie. – Sądziłem, że może chciałaby mi pani powiedzieć coś jeszcze, panno Lane. Coś, co może brzmiałoby... odrobinę... niezwykle?
Widziałam to w jego oczach. Inspektorowi coś się niedawno przytrafiło, co drastycznie wstrząsnęło jego paradygmatem. Nie miałam pojęcia, co tak poruszyło tego cynicznego, przepracowanego, rzeczowego detektywa, że zmieniło jego punkt widzenia, ale on również zaczął myśleć niestereotypowo.
Musiałam skłonić go do powrotu do świata bezpiecznych przekonań – natychmiast. Inaczej znajdował się w wielkim niebezpieczeństwie.
Myślałam szybko. Nie miałam właściwie punktu zaczepienia.
– Panie inspektorze – odezwałam się przesadnie słodko i łagodnie, z przesadnym akcentem, „udając południowca”, jak to określamy w naszych okolicach. To swego rodzaju werbalny miód, który ma na celu ukryć paskudny smak tego, co nim doprawiamy. Wiem, że musi mnie pan uważać za idiotkę, skoro przybyłam tutaj i zakwestionowałam pańskie metody śledcze, choć przecież każdy musi widzieć, że pan jest ekspertem w tej kwestii, a ja nie mam ani krzty doświadczenia w prowadzeniu dochodzenia, i doceniam pańską cierpliwość, ale już nie mam żadnych wątpliwości co do pańskiego śledztwa w sprawie mojej siostry. Wiem teraz, że zrobił pan wszystko, żeby rozwiązać tę zagadkę. Chciałam zajrzeć i porozmawiać z panem przed wyjazdem, ale... no, wie pan, tak naprawdę czułam się nieco zawstydzona z powodu naszych poprzednich spotkań. Później wróciłam do tamtej uliczki i rozejrzałam się uważnie, nie płacząc i nie pozwalając, aby zapanowały nade mną emocje, i zrozumiałam, że siostra nie pozostawiła mi żadnych wskazówek. To wszystko było moim żalem, gniewem i mnóstwem myślenia życzeniowego. Cokolwiek zostało wydrapane w tej uliczce, stało się to przed wielu laty.
– Cokolwiek zostało wydrapane? – powtórzył ostrożnie O’Duffy i wiedziałam, że przypomniał sobie, z jakim uporem twierdziłam w poprzednim tygodniu, że wiem, co tam było wydrapane.
– Naprawdę, z trudem to odczytałam. To mogło być cokolwiek.
– Tak pani uważa, panno Lane?
– Tak. I chciałam jeszcze powiedzieć, że to nie była jej kosmetyczka. Tu też się pomyliłam. Mama powiedziała mi, że Alina dostała od niej srebrną kosmetyczkę, bez przeszyć. Chciała, żeby każda z nas mogła bez trudu rozpoznać swoją. Zawsze się kłóciłyśmy o to, co należy do której z nas. Tak naprawdę chwytałam się brzytwy i bardzo mi przykro, że zmarnowałam pański czas. Miał pan rację, kiedy mi powiedział, że powinnam się spakować, wrócić do domu i pomóc rodzinie przetrwać ten trudny czas.
– Rozumiem – powiedział powoli i obawiałam się, że tak właśnie jest. Ze wszystkimi szczegółami.
Czy przepracowani, kiepsko opłacani pracownicy służby cywilnej nie powinni oliwić jedynie skrzypiących trybików w maszynie? Ja już nie skrzypiałam, więc dlaczego nie przyjął tego do wiadomości i nie schował olejarki? Sprawa Aliny została zamknięta przed moim przybyciem, on odmówił jej otwarcia, i niech mnie, jeśli otworzy ją ponownie teraz. Zostanie zabity!
Porzuciłam przesłodzony ton.
– Proszę posłuchać, panie inspektorze, chciałam w ten sposób powiedzieć, że się poddaję. Już nie proszę pana ani nikogo innego o kontynuowanie śledztwa. Wiem, że pański wydział i tak jest przepracowany. Wiem, że nie ma poszlak. Wiem, że sprawa śmierci mojej siostry nie została rozwiązana i jest zamknięta.
– Jakże... to dojrzale z pani strony, panno Lane.
– Śmierć siostry może przyśpieszyć dorastanie. – To akurat było prawdą.
– Jak sądzę, znaczy to, że wkrótce leci pani do domu?
– Jutro – skłamałam.
– Jaka linia?
– Continental.
– Który lot?
– Nie pamiętam. Mam to gdzieś zapisane. Na górze.
– O której?
– Jedenasta trzydzieści pięć.
– Kto panią pobił?
Zamrugałam, próbując wymyślić odpowiedź. Nie mogłam przecież powiedzieć, że dźgnęłam wampira, a on próbował mnie zabić.
– Spadłam. Ze schodów.
– Musi być pani ostrożna. Schody bywają niebezpieczne. – Rozejrzał się po sali. – Które schody?
– Są na tyłach.
– Jak sobie pani stłukła twarz? Uderzyła w poręcz?
– Aha.
– Kim jest Barrons?
– Co takiego?
– Ten sklep nazywa się Księgarnia i Bibeloty Barronsa. W aktach nie udało mi się znaleźć żadnych informacji na temat właściciela, daty sprzedania budynku ani nawet rejestracji firmy. Właściwie, choć ten adres znajduje się na moich mapach, poza tym wydaje się, że nie istnieje. W takim razie, kim jest Barrons?
– Ja jestem właścicielem tego sklepu. A dlaczego pan pyta?
Wzdrygnęłam się, tłumiąc westchnienie. Cóż za przebiegły człowiek. Stał tuż za nami, uosobienie bezruchu, z jedną ręką na oparciu sofy, ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu, a na jego twarzy malowały się opanowanie i arogancja. Co mnie wcale nie zdziwiło. Barrons jest opanowany i arogancki. Jest również bogaty, silny, błyskotliwy i tajemniczy. Większość kobiet uważa go do tego za oszałamiająco podniecającego. Całe szczęście, nie jestem taka jak większość kobiet. Nie ekscytuje mnie niebezpieczeństwo. Ekscytują mnie mężczyźni z kręgosłupem moralnym. Barrons zbliża się do kręgosłupa co najwyżej przy jedzeniu wędzonej ryby.
Zastanawiałam się, jak długo tam był. Z nim nigdy nie wiadomo.
Inspektor wstał, wydawał się przy tym nieco wstrząśnięty. Objął wzrokiem wzrost Barronsa, okute stalą buty, drewniane podłogi. Jericho Barrons jest wysokim, potężnie zbudowanym mężczyzną. Wiedziałam, że O’Duffy zastanawia się, jak mógł nie usłyszeć jego nadejścia. Ja już nie marnuję czasu na zastanawianie się nad takimi rzeczami. Właściwie, jak długo pilnuje moich tyłów, starannie ignoruję fakt, że Barrons zaprzecza prawom fizyki.
– Chciałbym zobaczyć jakiś dowód tożsamości – warknął inspektor.
Niemalże się spodziewałam, że Barrons weźmie O’Duf­fy’ego za ucho i wyrzuci go ze sklepu. Nie miał obowiązku spełnić tego żądania, a Barrons niezbyt dobrze tolerował głupców. Właściwie w ogóle ich nie tolerował, za wyjątkiem mnie, i to jedynie dlatego, że byłam mu potrzebna do odnalezienia Sinsar Dubh. Co prawda, nie byłam głupia. Tym, co mnie obciąża, jest beztroskie i radosne usposobienie kogoś, kto miał szczęśliwe dzieciństwo, kochających rodziców i spędzał długie lata pod leniwie obracającymi się wentylatorami, pośród małomiasteczkowych dramatów głębokiego południa, które, choć są wielkie, nie przygotowują człowieka do życia poza nimi.
Barrons uśmiechnął się drapieżnie.
– Oczywiście. – Z wewnętrznej kieszeni wyciągnął portfel. Wyjął go, ale nie puścił. – A ja pański, inspektorze.
O’Duffy zacisnął zęby, ale spełnił tę prośbę.
Kiedy mężczyźni wymienili się dowodami, przesunęłam się bliżej inspektora, żeby rzucić okiem na portfel Barronsa.
Życie jest zaiste pełne niespodzianek. Jak zupełnie zwyczajny człowiek, miał prawo jazdy. Włosy: czarne. Oczy: czarne. Wzrost: 190 cm. Waga: 110 kg. Data urodzin – żartował sobie? – wigilia Wszystkich Świętych. Miał trzydzieści jeden lat i środkowy inicjał Z. Wątpiłam, by wyraził zgodę na pobranie narządów.
– Jako adres podaje pan skrytkę pocztową w Galway. Czy to tam się pan urodził?
Kiedyś spytałam Barronsa o pochodzenie, powiedział mi o piktyjskich i baskijskich przodkach. Galway znajdowało się w Irlandii, kilka godzin jazdy na zachód od Dublina.
– Nie.
– To gdzie?
– W Szkocji.
– Nie ma pan szkockiego akcentu.
– A pan nie ma irlandzkiego. A jednak jest pan tu i pełni funkcję policjanta w Irlandii. Z drugiej strony, Anglicy przez wiele stuleci próbowali siłą narzucić swoje prawa sąsiadom, czyż nie?
O’Duffy miał tik nerwowy, drgającą powiekę. Wcześniej tego nie zauważyłam.
– Od jak dawna mieszka pan w Dublinie?
– Od kilku lat. A pan?
– To ja tu zadaję pytania.
– Jedynie dlatego, że panu na to pozwalam.
– Mogę zabrać pana na komisariat. Czy to by panu bardziej odpowiadało?
– Proszę spróbować.
Te dwa słowa były wyzwaniem dla policjanta, by spróbował, zgodnie z prawem lub wbrew niemu. Towarzyszący uśmiech gwarantował niepowodzenie. Zastanawiałam się, co Barrons by zrobił, gdyby inspektor jednak podjął próbę. Mój nieprzenikniony gospodarz zdaje się miał w zanadrzu nieograniczoną ilość sztuczek.
O’Duffy wytrzymał spojrzenie Barronsa dłużej niż się spodziewałam. Chciałam mu powiedzieć, że nie ma nic zawstydzającego w ucieczce spojrzeniem. Barrons ma w sobie coś, czego reszcie z nas brakuje. Nie wiem, co to jest, ale odczuwam to przez cały czas, szczególnie kiedy jestem blisko. Pod drogimi ubraniami, niezwykłym akcentem i pozorami kultury kryła się istota, która nie do końca wypełzła z bagien. Nie miała ochoty. Przebywanie tam bardzo jej odpowiadało.
Inspektor najwyraźniej uznał, że wymiana informacji jest najrozsądniejszym rozwiązaniem. A może tylko najprostszym?
– Mieszkam w Dublinie od dwunastego roku życia. Kiedy mój ojciec umarł, matka wyszła po raz drugi za mąż za Irlandczyka. W Chester jest człowiek, który twierdzi, że pana zna. Nazywa się Ryodan. Czy coś to panu mówi?
– Panno Lane, proszę pójść na górę – powiedział natychmiast Barrons, bardzo cicho.
– Tu mi dobrze. – Kim był Ryodan i czego zdaniem Barronsa nie powinnam wiedzieć?
– Na. Górę. Już.
Skrzywiłam się. Nie musiałam patrzeć na O’Duffy’ego, by wiedzieć, że przygląda mi się z wyraźnym zainteresowaniem – i litością. Sądził, że Barrons to nazwa schodów, z których spadłam. Nie cierpię litości. Współczucie nie jest aż tak złe. Współczucie mówi – wiem, jak to jest, paskudnie, prawda? Litość oznacza, że ludzie uważają was za pokonanych.
– On mnie nie bije – powiedziałam poirytowanym tonem. – Zabiłabym go, gdyby to zrobił.
– Tak by zrobiła. Ma niezły charakterek. I jest uparta. Ale nad tym pracujemy, co, panno Lane?
Barrons zwrócił swój drapieżny uśmiech w moją stronę i wskazał głową na sufit.
Pewnego dnia mam zamiar nacisnąć Jericho Barronsa najmocniej jak się da i zobaczyć, co się stanie. Ale muszę z tym zaczekać, nabrać sił. I mieć pewność, że mam odpowiednie argumenty w ręku.
Być może zostałam zmuszona do wzięcia udziału w tej wojnie, ale zaczynałam się uczyć, w których bitwach warto walczyć.


* * *



Przez resztę dnia nie widziałam Barronsa.
Jako posłuszny żołnierz, zgodnie z rozkazem wróciłam do okopów i się w nich skuliłam. I w tych właśnie okopach miałam objawienie. Ludzie traktują nas tak źle, jak im na to pozwalamy.
Słowo kluczowe: pozwalamy.
Od tej reguły są wyjątki, głównie rodzice, bliscy przyjaciele i małżonkowie, choć kiedy jeszcze pracowałam jako barmanka w Brickyard, widziałam, jak mężowie i żony robią sobie w miejscu publicznym rzeczy gorsze, niż ja zrobiłabym komuś, kogo szczerze nie znosiłam, i to sam na sam z tą osobą. W każdym razie konkluzja jest taka, że świat wywiera na nas taki nacisk, na jaki sami pozwalamy. Barrons wysłał mnie do pokoju, to fakt, ale to ja byłam tą idiotką, która sobie grzecznie poszła. Czego się bałam? Że mnie skrzywdzi, zabije? Raczej nie. Przed tygodniem uratował mi życie. Potrzebował mnie. Dlaczego pozwalałam, żeby mnie zastraszał?
Czułam odrazę do samej siebie. Wciąż zachowywałam się jak MacKayla Lane, na pół etatu barmanka, na drugie pół wyznawczyni słońca, a poza tym rozkoszne dziewczątko. Kiedy otarłam się o śmierć, stało się jasne, że ta dziewczyna tu nie przeżyje, co wyraźnie podkreślało dziesięć niepolakierowanych, połamanych paznokci u rąk. Niestety, zanim przeżyłam objawienie i znów zeszłam na dół, Barrons i inspektor zdążyli sobie pójść.
Mój paskudny nastrój pogorszył jeszcze fakt, że pojawiła się kobieta, która prowadzi księgarnię i wzdycha do Barronsa. Fiona jest oszałamiająca, zmysłowa, po pięćdziesiątce i mnie nie lubi. Podejrzewam, że gdyby wiedziała, że Barrons mnie tydzień temu pocałował, lubiłaby mnie jeszcze mniej. Byłam ledwie przytomna, kiedy to zrobił, ale pamiętałam. O tym nie dało się zapomnieć.
Kiedy podniosła wzrok znad wybieranego w komórce numeru, doszłam do wniosku, że być może wiedziała. Oczy miała pełne jadu, a jej wydęte w pogardliwym grymasie wargi otaczała siateczka zmarszczek. Każdy szybki, płytki oddech sprawiał, że jej koronkowa bluzka drżała na pełnej piersi, jakby właśnie pędziła gdzieś w pośpiechu albo była bardzo zdenerwowana.
– Co tu dziś robił Jericho? – spytała z napięciem w głosie. – Jest niedziela. W niedziele tu nie przychodzi. Nie mam pojęcia, po co mógłby chcieć tu przychodzić.
Obejrzała mnie od góry do dołu, jak sądzę, szukając śladów niedawnej schadzki – zmierzwione włosy, może niedopięty guzik bluzki albo majtki zwinięte w pośpiechu w kłębek w nogawce spodni. Raz mi się to zdarzyło. Alina mnie uratowała, zanim mama zauważyła.
Omal się nie roześmiałam. Schadzka z Barronsem? Jasne, już to widzę.
– A co ty tu robisz? – odpowiedziałam pytaniem. Nie byłam już porządnym żołnierzykiem. Księgarnia była zamknięta i żadne z nich nie powinno tu przychodzić i psuć mojego i tak paskudnego nastroju.
– Szłam właśnie do rzeźnika, kiedy zobaczyłam, jak Jericho wychodzi – stwierdziła. – Jak długo tu był? Gdzie ty byłaś? Co wy dwoje robiliście, zanim przyszłam?
Słowa Fiony były tak pełne zazdrości, że niemal spodziewałam się zielonych chmurek wychodzących z jej ust. Jakby przywołana przez niewypowiedziane oskarżenie, że robiliśmy coś niegrzecznego, w mojej głowie pojawiła się wizja nagiego Jericho Barronsa – ciemnowłosego, despotycznego i pewnie brutalnego w łóżku.
Uznałam ją za oszałamiająco podniecającą. Zaniepokojona, w duchu pośpiesznie policzyłam dni. Owulacja. To wszystko wyjaśniało. Robię się bezkrytycznie napalona przez trzy dni – dzień przed nią, w trakcie i dzień po. Jak przypuszczam, w tak podstępny sposób Matka Natura próbuje zapewnić przetrwanie ludzkiej rasie. Zwracałam uwagę na gości, na których normalnie nawet bym nie spojrzała, szczególnie tych w ciasnych dżinsach. Łapałam się na próbie domyślenia się, czy chowają go w lewej, czy w prawej nogawce. Alina zazwyczaj śmiała się i mówiła: „Jeśli tego nie widzisz, Junior, to nie chcesz wiedzieć”.
Alina. Boże, jak ja za nią tęskniłam.
– Nic, Fiona – odpowiedziałam. – Byłam na górze.
Wyciągnęła w moją stronę palec wskazujący, a jej oczy błyszczały niepokojąco i nagle zaczęłam się bać, że się rozpłacze. Gdyby zaczęła płakać, zmiękłabym. Nie mogę znieść, kiedy starsze kobiety płaczą. W każdej z nich widzę mamę.
Dlatego ulżyło mi, gdy na mnie warknęła.
– Czy myślisz, że wyleczył twoje rany, bo mu na tobie zależy? Myślisz, że go obchodzisz? Nic dla niego nie znaczysz! Nie potrafisz zrozumieć tego mężczyzny i jego humorów. Jego potrzeb. Jego pragnień. Jesteś głupim, samolubnym, naiwnym dzieckiem – wysyczała. – Wracaj do domu!
– Bardzo bym chciała wrócić do domu – odparowałam. – Niestety, nie mam wyboru!
Otworzyła usta, ale nie usłyszałam tego, co mówiła, bo już zatrzaskiwałam za sobą drzwi oddzielające mieszkanie od sklepu. Nie miałam ochoty dać się wciągnąć w kłótnię, której ona wyraźnie pragnęła. Kiedy odchodziłam, krzyczała coś o tym, że ona też nie ma wyboru.
Poszłam na górę. Poprzedniego dnia Barrons kazał mi pozbyć się usztywnień. Powiedziałam mu, że kości tak szybko się nie goją, ale ręka znów mnie cholernie swędziała, więc poszłam do łazienki sąsiadującej z sypialnią i zdjęłam łubki.
Ostrożnie poruszyłam nadgarstkiem i zgięłam rękę; prawdopodobnie wcale nie była złamana, jedynie zwichnięta. Teraz wydawała się zdrowa i silniejsza niż wcześniej. Zdjęłam usztywnienia z palców i odkryłam, że one też są w świetnym stanie. Z tyłu przedramienia zauważyłam niewyraźną czerwono-czarną plamę, jakby ślad atramentu. Zmywając ją, kręciłam głową przed lustrem, żałując, że sińce nie goją się tak szybko. Większość życia spędziłam jako atrakcyjna blondynka. Teraz patrzyła na mnie poturbowana dziewczyna o krótkich czarnych włosach.
Odwróciłam się.
Kiedy się kurowałam, Barrons przyniósł mi jedną z tych małych lodówek, jakie studenci trzymają w akademikach, i zaopatrzył mnie w przekąski. Otworzyłam puszkę z ­napojem i padłam na łóżko. Przez większość dnia czytałam i łaziłam po sieci, próbując dowiedzieć się czegoś więcej na temat tych nadnaturalnych zjawisk, które przez pierwsze dwadzieścia dwa lata życia umniejszałam i ignorowałam.
Od tygodnia czekałam na nadejście armii z piekła rodem. Nie byłam na tyle głupia, by uwierzyć, że ten czas spokoju to coś więcej niż tylko cisza przed burzą.
Czy Mallucé naprawdę nie żył? Choć podczas przerwanej walki ze sługami Wielkiego Pana dźgnęłam cytrynowookiego wampira włócznią, a ostatnim, co widziałam, nim straciłam przytomność od obrażeń, które zadał mi w odwecie, był Barrons rzucający nim o ścianę, nie byłam przekonana o jego zgonie. I uznałam, że uwierzę w niego dopiero wtedy, gdy się dowiem czegoś od otępiałych wyznawców, którymi była wypchana gotycka posiadłość wampira na południu Dublina. Mallucé, sługa Wielkiego Pana – choć oszukiwał przywódcę Mrocznych i ukrywał przed nim potężne artefakty – próbował mnie zabić, żeby mnie uciszyć, zanim wyjawię jego paskudną tajemnicę. Jeśli wciąż żył, byłam pewna, że znów spróbuje mnie dopaść, i to raczej prędzej niż później.
Mallucé nie był moim jedynym zmartwieniem. Czy Wielki Pan naprawdę nie był zdolny przeniknąć poza starożytne zaklęcia ochronne zapisane w krwi i kamieniu wokół księgarni, jak zapewniał mnie Barrons? Kto kierował samochodem, który w poprzednim tygodniu przewoził wypaczające umysł zło Sinsar Dubh obok księgarni? Gdzie została zabrana? Dlaczego? Co robili w tej chwili wszyscy Mroczni uwolnieni przez Wielkiego Pana? I w jakim stopniu byłam za nich odpowiedzialna? Czy bycie jednym z niewielu ludzi, którzy mogą coś poradzić na określony problem, sprawia, że automatycznie jest się za to odpowiedzialnym?
Zasnęłam około północy, z zamkniętymi drzwiami i oknami i zapalonymi wszystkimi światłami.
W chwili, gdy otworzyłam oczy, wiedziałam, że coś jest nie tak.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-10-05 (849 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej