Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kacper Ryx i król przeklęty
 
Katalog - dodano
 Wyczarowanie światła
- V.E. Schwab
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Juniper Berry i tajemnicze drzewo'' - M.P. Kozlowsky



Juniper miała pomysł, pomysł przekształcił się w plan, a plan został skierowany do realizacji, która właśnie się odbywała. Było już dawno po dobranocce. Juniper spała z kołdrą podciągniętą pod brodę i głową wciśniętą w puchatą poduszkę. A przynajmniej wydawało się, że śpi – tak jak zakładał jej plan. Zerkała przez wąską szparkę między przymkniętymi powiekami, czekając na cienie, które miały pojawić się na korytarzu.
Nie musiała czekać zbyt długo.
Deszcz bębnił o szyby, nasilając się z minuty na minutę, a ona patrzyła, jak plama ciemności rozlewa się pod drzwiami jej pokoju. Przyszli.
Juniper obmyśliła wszystko wcześniej, tuż po tym, jak wieczorem rozstała się z Gilesem. Plan powstał dzięki Kici. Pies dygotał, stojąc przed Juniper, i wydawał z siebie niekontrolowane skomlenie. Wzrok Kici był smutny i szklisty. Nerwowo podrapała Juniper po nogach, a następnie czmychnęła w głąb korytarza.
Zaciekawiona Juniper podążyła za nią.
Chwilę później znalazła się pod drzwiami pracowni ojca. Były otwarte, a ze środka dobiegał przeciągły jęk:
– Oooch, ooooch.
Brzmiało to boleściwie i zmusiło Kicię do odwrotu, najprawdopodobniej pomiędzy koce i poduchy, gdzie tak wielu w swej naiwności czuje się bezpiecznie. W porządku, Kicia zrobiła już swoje.
Ojciec leżał na podłodze na wznak, z ramionami i nogami rozpostartymi szeroko jak upadła gwiazda, gapiąc się w sufit. Jęki nagle ustały. Teraz zaczął śpiewać cichą, niesamowitą piosenkę, kalecząc i deformując dźwięki, wypełzające z jego gardła na fali skrzypiącego zgrzytu, który wzniósł się niemal do wrzasku:

Nie wiem co jest dobre.
Mam pustkę w głowie.
Nic w zasięgu wzroku.
W mojej głowie nic nie ma.
Zupełna pustka.
Jestem mną, ale nie jestem sobą
Nie jestem sobą, chociaż jestem mną
Jestem mną, ale nie jestem sobą
Nie jestem sobą, chociaż jestem mną.

Następnie, chwytając się za brzuch, znowu zaczął jęczeć głosem, który wydawał się do niego nie należeć.
– Oooochhh. Oooochhh.
– Tato?
Pan Berry gwałtownie odwrócił głowę, ale wydawało się, że jego wzrok przenika przez Juniper na wylot. Wyraz oczu ojca przeraził ją i z łomoczącym sercem cofnęła się o krok, gotowa do ucieczki.
– Tak, Juniper? – powiedział. Słowa były zdeformowane, a jej imię zgniecione w bezsensowną zbitkę gardłowych dźwięków. Przełknął ślinę i zakaszlał, prawie się dławiąc.
– Czy… czy wszystko w porządku?
– Nie – wyszeptał. Jego własny głos wracał powoli.
– O co chodzi?
– Jestem zgubiony. Ten bohater… nie mogę w niego wniknąć. Albo jeśli mi się uda, nie chce mnie opuścić. Sam już nie wiem. Nic do siebie nie pasuje.
Juniper nie mogła tego zrozumieć. Jej ojciec zagrał w setkach filmów, podziwiano go powszechnie – zresztą, ona sama podziwiała go najbardziej. Spojrzała na półki, gdzie stały dwa Oscary, cztery Złote Globy i dziesiątki różnych innych nagród. Nigdy nie miewał takich problemów. Nigdy.
– Czy mogę jakoś pomóc?
– Nie, obawiam się, że nie.
– Czemu nie? – zapytała.
Odwrócił się z powrotem do sufitu i uniósł ręce, by przeciągnąć palcami po swoich kasztanowych włosach.
– Mniejsza z tym. Zapomnij, że cokolwiek mówiłem. Idź i powiedz mamie, że muszę z nią porozmawiać. Pospiesz się. To nie może dłużej czekać.
Gdy wciąż trzymał ręce w górze, targając kępki swoich włosów, rękawy opadły mu do łokci i Juniper zobaczyła ślady, czerwone ślady, które spowodowały, że zaczęło się jej przewracać w żołądku.
– Tato? Co to jest na twoich rękach?
Pan Berry szybko obciągnął rękawy i usiadł wyprostowany, piorunując ją wściekłym spojrzeniem przekrwionych oczu.
– Powiedziałem: idź już! – wrzasnął.
Pędząc przez korytarz, Juniper nie mogła się uwolnić od myśli o tym, co Giles mówił o swoich rodzicach. Coś tu było nie tak i musiała się dowiedzieć, co. Zacisnęła ręce w pięści. Potrzebny będzie plan.
Juniper poczekała, aż za jej mamą zamkną się drzwi do pracowni, i zaczęła szukać miejsca, z którego mogłaby słyszeć, o czym rozmawiają. Kiedy je znalazła, przyłożyła szklankę brzegiem do drzwi, przycisnęła ucho do jej dna i zamknęła oczy, jakby miało to dodatkowo wyostrzyć jej słuch. Od razu usłyszała słowa rodziców, docierające do niej zza ściany za pośrednictwem szklanki.
– Jak długo to już trwa? – spytała matka. Jej słowa były tylko trochę przytłumione. – Mam wrażenie, że tracę poczucie czasu.
– Po prostu wytrzymaj do nocy.
– Dobrze robimy, prawda? – Pani Berry kaszlała gwałtownie. Najwyraźniej była bardzo chora, ale nie wyglądało na to, żeby pan Berry się tym jakoś specjalnie przejął.
– Po co w ogóle pytasz? Przecież nie mamy wyjścia.
– Wiesz, że nie cierpię tam chodzić.
– Próbujesz mi powiedzieć, że nie warto? Chcesz zaprzepaścić wszystko, co mamy? I wrócić do… do… – pan Berry nie mógł zebrać myśli.
– Do dawnego życia?
– Ledwo je pamiętam. A ty?
– Niewiele jest do pamiętania, prawda?
– Nie, nie sądzę. Tym bardziej...
Coś trzasnęło. Jęki, łomot. Serce Juniper tłukło się jak oszalałe, kiedy próbowała rozszyfrować te dźwięki.
– Tam, w środku… – To był głos jej matki. – To tak boli.
– Weź się w garść. Zwalcz to. Ciemno się robi. Będziemy musieli wkrótce wyjść.
Juniper słyszała już wszystko, co chciała usłyszeć. Uciekła do pokoju.
Teraz, parę godzin później, plan wszedł w życie. Cienie w korytarzu zatrzepotały. Juniper podciągnęła mocno koc i zmusiła się, aby trzymać oczy zamknięte. Drzwi otwarły się powoli z cichym skrzypnięciem. Chwilę później ojciec wsunął głowę do jej pokoju. Rozejrzał się szybko i wyszeptał:
– Śpi. Musimy iść teraz.
Pani Berry odciągnęła męża od drzwi.
– Potrzebujemy tego. To jest najważniejsze. Myślę, że umarłabym bez...
– Mów ciszej, bo usłyszy. Nie możemy jej w to mieszać. Za nic w świecie. Chodź już.
Cienie podążyły za oddalającymi się rodzicami.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-10-08 (895 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej