Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Labirynt
 
Katalog - dodano
 Wędrowiec
- Suren Cormudian
 Bestie i ludzie
- Jacek Piekara
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''W odbiciu'' - Jakub Małecki



1



Nie potrafię mówić o Pielgrzymie.
Umiem o nim myśleć.
Prawdziwego Pielgrzyma widzę już tylko w głowie. Ten, o którym usiłuję mówić, natychmiast wymyka mi się i zmienia w inne osoby. W pijaka. W ojca. W męża. W czyjegoś syna, przyjaciela, kochanka. W dobrze zbudowanego, wytatuowanego trzydziestolatka z zakolami. I zaraz potem w chudego włóczęgę o spiczastym nosie.
Mnożąc kolejne jego wizerunki, niewyraźne i ułomne, jeszcze bardziej się od niego oddalam, jakbym podchodził z obiektywem aparatu zbyt blisko i nie widział już nic, prócz rozmytego fragmentu jego skóry lub ubrania.
Chcę ująć w słowa prawdziwego Pielgrzyma z mojej głowy, ale ten drwi ze mnie, staje przed lustrem utkanym z moich kolejnych nieudolnych zdań, a w odbiciu pojawia się nie jedna postać, lecz wiele. Żadna z nich nie jest Pielgrzymem.
Mówią, że każda historia ma wiele odbić, ale życiorys Pielgrzyma przypomina lej: wszystkie możliwe warianty zbiegają się ku jedynemu finałowi. Mógłby szamotać się i szarpać z własnym życiem, mógłby wyginać je ku rzeczom wzniosłym lub całkiem błahym, krzesać z siebie bezinteresowne dobro lub zupełną podłość, a i tak nic by tym nie zmienił.
Miał kiedyś żonę i córkę, pracę i pieniądze – na tyle mało, by nie podróżować i na tyle dużo, by uniknąć wstydu pożyczania przed pierwszym, miał dni wypełnione chrzęstem przelewanej w betoniarce masy i noce, kiedy zmęczonymi ramionami obejmował ciepłe ciało kobiety, miał zimy szare jak urabiany przez niego beton, te zimy, podczas których tygodniami nie widywał słońca, i miał lata, spędzane na dachach zalewanych żarem, miał poranki pachnące kawą, czarne, znienawidzone poranki i wieczory, odbijające się na twarzy lśniącą poświatą telewizora, miał wszystko i nic nie miał. Potrzebował więcej.
Potrzebował wieczornego piwa, jednego, a potem dwóch – po pracy i tuż przed snem, potrzebował sobotniej wódki, ze znajomymi, a później bez znajomych, potrzebował setki wypijanej w ukryciu na przystanku i kolejnej, szybkiej, uspokajającej setki zamiast codziennych kanapek z tyrolską, potrzebował zapomnienia, chwilowej czerni w głowie, by nie myśleć i nie czuć, wreszcie zapragnął czerni zupełnej.
Zaczęło się jak zawsze: przegrał pierwszą rundę z wódką, ta go znokautowała, a potem chwyciła i wyniosła z domu, najpierw na tydzień, później na miesiąc, aż w końcu i na dobre. Mieszkanie samo się nie spłaci, córka nie ubierze, a podręczniki nie przybiegną na papierowych nogach z księgarni – Kasia w końcu nie wytrzymała. Nikomu nie powiedziała, a mimo to wszyscy wiedzieli. Że pojechała na wieś do schorowanych rodziców. Że wsiadła w pociąg, wydając ostatnie drobne na bilet normalny plus ulgowy w drugiej klasie osobowego i przez całą drogę przeklinała los, który postawił na jej drodze Pielgrzyma.
A co on robił? Mógłbym pójść o zakład, że leżał w jakiejś piwnicy i trzymał butelkę wina czy pierś Gurlagi, jednej z tych osiedlowych szantrap, których trzeźwy człowiek nawet nie dostrzega. A jego żona tłumaczyła Darii, że „Tatuś musiał wyjechać” i tłukła się pociągiem do zmęczonego ojca i chorej matki, którzy łudzili się nadzieją na spokojną starość. Jechała tam z walizami wstydu i ciuchów z lumpeksu, licząc, że wyżywi ich pan Bóg, albo chociaż KRUS.
Nie wiem, jak jej się później ułożyło, słyszałem tylko, że ucieczka z miasta ostatecznie ją złamała, że Kasia nie podniosła się już po ciosie, który zadał jej mąż. Wiem natomiast, co robił Pielgrzym – urzynał się w trupa.
W każdej rodzinie znajdzie się podobny przypadek mężczyzny, który nie daje sobie rady z życiem i trzeźwością. Oni wszyscy kończą niedobrze, ale Pielgrzym skończył najgorzej. Tak to przynajmniej teraz wygląda.


2


Głównym bohaterem życiorysu Pielgrzyma nie jest sam Pielgrzym, lecz jego alkoholizm. W moim własnym życiorysie bohatera głównego zabrakło; motywem przewodnim jest tu brak motywu przewodniego.
Zdarza mi się czasem niemal fizycznie odczuwać tę nijakość, to rozdrobnienie, które przez całe życie popycha mnie ku rozmaitym zajęciom i pasjom, te zaś z początku porywają mnie i wstrząsają, dając jednocześnie siłę, aż w końcu dławię się nimi i porzucam dla innych, albo wręcz przeciwnie – uczepiam się ich na siłę i bez przekonania.
Dziesięcioletni, znosiłem do domu kapsle, puszki i naklejki z wafli Kukuruku, z pasją kolekcjonowałem szeleszczące skarby z gum Turbo i okruchy komiksów z balonowego Kaczora Donalda, później zwróciłem się ku nalepkom z chipsów i plastikowym kółeczkom promującym Gwiezdne wojny, te z kolei wyparte zostały zeszytowymi powieściami Maya i kupowanym za pierwsze kieszonkowe lśniącym numerom „Magic Basketball”; zaraz jednak odkryłem w sobie fascynację podkładkami pod piwo, a w szufladzie spiętrzyły się stosy magnetofonowych kaset i barwnych okładek „Popcornu”.
Rwałem się ku wszystkim możliwym kursom, po kilku spotkaniach porzucałem je, upojony perspektywą uczestnictwa w kolejnych, zbierałem góry przedmiotów i wyrzucałem je. Wiele namiętności zatarło mi się w pamięci, przytłoczone kolejnymi. Niektóre zostawiły po sobie ślad.
Tatuaż na łydce to jeden z nich, innym jest blizna nad kolanem, zdobyta podczas skoku na deskorolce, w szafie starzeje się zbyt ciasne już kimono i kruszeją gumowe paski okularów – pamiątki po miłości do basenu, przenośne dyski zawalone są obejrzanymi filmami, regały pełne czasopism nieotwieranych od lat, w portfelu prawo jazdy na motocykl, samochód i ciężarówkę z przyczepą, w głowie mgliste wspomnienie sportowych szaleństw i pijackiej brawury, w piersi – czarne worki płuc. Palę do dziś.
Pielgrzym zawsze był Pielgrzymem, choć nikt nie wie, dlaczego, za to mnie nigdy nie obdarzono przezwiskiem – gdyby tak się stało, nazywaliby mnie Zbieraczem lub Kolekcjonerem.
Obecną pasją Kolekcjonera są bunkry.
Wspólnie z Waflem przeczesaliśmy już jedenaście fortów położonych na obrzeżach miasta – te wielkie, zanurzone w pagórkach pomieszczenia, setki metrów korytarzy, połączone ze sobą podziemne budynki, wielopiętrowe schrony, tunele, schody, szczury i nietoperze. Bunkry, tak, to mnie teraz trzyma najmocniej. Za miesiąc, być może, nie będę już o nich pamiętał.
Odnalazłem niedawno kolejny: piękny, potężny fort przy Piaskowej, i z przyjemnością odbywałem odważne wędrówki palcem po monitorze laptopa, podniecony przeglądałem zdjęcia i zapoznawałem się z historią tego miejsca, oczyma wyobraźni dostrzegałem tunele i wodę skraplającą się po cegłach ścian, wąskie przejścia, którymi trzeba się czołgać, gwoździe, szmaty i butelki u stóp, pełne skorodowanych przedmiotów pomieszczenia i belę światła wypływającą z latarki, by to wszystko odsłaniać.
Moc wrażeń. Kolekcjonowałem je w głowie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-10-11 (783 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej