Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Druga Fundacja
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Nevermore. Kruk'' - Kelly Creagh



Rozdział pierwszy

ZADANIE



Pod koniec czwartej lekcji szum w głowie Isobel, wywołany porannym espresso, już dawno ustąpił. Ziewnęła, czując, że zbliża się klęska, i poruszyła się na krześle, podczas gdy pan Swanson nawijał monotonnie o zielonookim potworze Desdemonie, wżdy, zaiste i zaprawdę. Raz za razem poprawiała spiralny wzór, który dosłownie wyryła już na niebieskiej okładce zeszytu.
- To tyle – powiedział pan Swanson, zamykając wreszcie swój bardzo gruby podręcznik dla nauczycieli. Cała klasa poszła za jego przykładem i rozległ się jednobrzmiący trzask. – W poniedziałek tematem naszej dalszej dyskusji będzie Jago i jego rzekoma uczciwość.
Isobel wyprostowała się krześle, odgarnęła jasne włosy na ramię i z rozkoszą zamknęła swoją książkę.
- Ale czekajcie, czekajcie – powiedział nauczyciel ponad szmerem i szuraniem krzeseł. Uniósł obie ręce, po czym je opuścił, jakby ten ruch miał moc zatrzymania klasy w bezruchu i przywrócenia wywołanego elżbietańską literaturą otępienia, które udało mu się rzucić na wszystkich.
Uczniowie, którzy marzyli już o obiedzie i zaczęli wstawać z miejsc, opadli na nie z powrotem, a ich zadki połączyły się z krzesłami niczym magnesy. Wszędzie wokół plecaki zsuwały się z ramion, a podbródki z powrotem opierały się na dłoniach.
Można się było spodziewać, pomyślała kwaśno Isobel. Swanson nigdy nie puszczał ich przed czasem. Nigdy. A już zwłaszcza nie kwadrans przed czasem.
- Jeszcze nie idźcie i się na mnie nie denerwujcie, moi drodzy – ostrzegł, biorąc teraz stos kartek, które dla Isobel miały podejrzany wygląd świeżo wyjętych z kopiarki.
- Uwaga na materiał, który teraz rozdam – dodał, po czym polizał palec i zaczął kartkować kilka pierwszych egzemplarzy. Następnie cofnął dłoń i podał kolejny plik, a potem jeszcze jeden.
Isobel pobladła, widząc, jak kartki zbliżają się do niej. Miała nadzieję, że trafi jej się egzemplarz, na którym znalazło się stosunkowo niewiele śliny nauczyciela.
- Unikaliśmy tego już wystarczająco długo. – Westchnął z udawanym żalem. – Jestem pewien, że starsi was przed tym ostrzegali. No i proszę. To jest to. Moim zdaniem lepiej mieć to za sobą już na początku roku. Tak, zgadliście. Projekt Swansona. – Ostatnie słowa wygłosił tonem radosnym (jeśli nie szalonym), a pod jego sztywnymi, szarosiwymi wąsami pojawił się uśmiech.
Z różnych miejsc w klasie podniosły się jęki, własny zaś jęk Isobel uwiązł jej w gardle.
Projekty zajmowały czas. Dużo czasu.
- To będzie wspólna praca – ciągnął Swanson. – Termin na ostatni piątek miesiąca. To Halloween, informuję tych z was, którzy nie mają pod ręką swoich iPhone’ów, BlackBerry, Jojo czy innych kalendarzy... a mam nadzieję, że nikt nie ma, dla waszego własnego dobra.
Nuda, od której jeszcze przed chwilą kończyny Isobel stały się ociężałe, a umysł się rozleniwił, umknęła teraz ze świstem niczym płaszcz magika.
Zaraz. Powiedział „Halloween”? A tak, gdzie on miał swój kalendarz? Czyżby nie wiedział, że to data meczu futbolowego z Millings? Opanuj się, Swanson. Oddychaj.
Nazywamy to powietrzem.
Jej palce mocniej zacisnęły się na długopisie. Nie odrywała wzroku od nauczyciela angielskiego, zresztą wszystkie odbiorniki ustawione były teraz na kanał Swansona.
- Ten projekt – powiedział – będzie się składał zarówno z prezentacji, jak i szczegółowego wypracowania na dziesięć stron. Chcę, żeby każda para pracujących razem uczniów, wybrała sobie znanego amerykańskiego pisarza. Dowolnego. Ale, żeby iść z duchem Halloween, niech będą to autorzy nieżyjący, dobrze? Innymi słowy, Stephen King, Heather Grahams czy James Patterson nie wchodzą w grę. Poza tym zadanie należy w całości wykonać poza klasą, bo w tej chwili jesteśmy w połowie „Otella”.
Dziesięć stron? Dziesięć stron. Ogrom pracy. Zupełnie jak... cholerny adres gettysburski. Czy Swanson naprawdę miał zamiar siedzieć i czytać te wszystkie kartki?
Pewnie tak, pomyślała. I będzie zachwycony każdą chwilą lektury.
Nie rozumiała tego. Czemu Swanson musiał zadawać im ogromną pracę z terminem w dniu ważnego meczu? W tym tygodniu nigdy nic się nie robiło. Mógł przynajmniej dać im jeszcze ten weekend.
Zawsze ją to zdumiewało: nauczycielom najwyraźniej wydawało się, że uczniowie nie mają żadnego życia poza szkołą. Nie docierało do nich, że po powrocie do domu z treningu cheerleaderek, po zjedzeniu kolacji i nabazgraniu czegoś na stercie prac domowych, które już wcześniej jej zadano, w zasadzie nadchodziła pora na spanie.
Isobel szybko rozejrzała się po klasie. Musiała zlokalizować jakiegoś mózgowca, i to szybko.
Zwróciła wzrok na Julie Tamers, wybitną kujonkę pierwszego stopnia, i zaczęła układać w myślach strategiczną trasę na puste krzesło obok niej, gdy pan Swanson znowu się odezwał.
- Dla waszej wiadomości – zaczął, z dziennikiem w dłoni, opuszczonym podbródkiem i drucianymi okularami wspartymi na czubku nosa – w tym roku spróbuję czegoś nowego z nadzieją, że zarówno poszerzy to wasze horyzonty, jak i poprawi ogólne wyniki pracy. Chcę przy tym zastrzec, że wszystkie pary zostały dobrane losowo. Kiedy odczytam wasze nazwiska z listy, możecie usiąść razem, urządzić burzę mózgów, a potem iść na obiad. Na początek Josh Anderson i Amber Ricks.
Isobel poczuła, że opada jej szczęka.
Zaraz, pomyślała. Zaraz. Losowe pary to był klimat trzeciej klasy. On nie mógł mówić poważnie.
- Katltyn Binkly i Alanna Sato – ciągnął. – Dalej mamy Todda Marksa i Romelle Jenkins.
Wokół niej ci, których nazwiska już wyczytano, wstawali z miejsc i szli do przydzielonych partnerów. Isobel siedziała oszołomiona ich zapałem. Naprawdę? Tylko ona odczuwała palącą niesprawiedliwość? Czy nikt inny nie zamierzał się odezwać?
- Isobel Lanley i Varen Nethers.
Ścisnęło ją w piersi.
Och.
O nie. Nie ma mowy.
Powoli odwróciła głowę i przeciągle, z ociąganiem popatrzyła w przeciwległy kąt klasy. Siedział w ostatnim rzędzie, skulony na swoim krześle, i patrzył prosto przed siebie przez potargane atramentowe kosmyki. Na szczupłych nadgarstkach miał paski czarnej skóry, nabijane groźnymi z wyglądu srebrnymi ćwiekami.
Niemożliwe, że to działo się naprawdę.
Zapomniała o głodzie i zamiast niego czuła teraz we wnętrznościach gryzący niepokój, zastanawiając się, które z dziwacznych plotek na jego temat są prawdziwe. Przez chwilę poważnie się zastanawiała, czy nie poprosić o kogoś innego do pary, ale znała Swansona i zdała sobie sprawę, że nie przejmie się tym bardziej niż mielonym ze stołówki.
Zmarszczyła brwi i przygryzła wargę. Może, tylko może, wcale nie będzie tak źle.
Gdy jednak jeszcze raz rzuciła na niego okiem, od razu zmieniła zdanie. Zasłonięty kotarą farbowanych na czarno włosów, nawet nie zauważył jej obecności, nie mówiąc już o fakcie, że – halo! – mieli korzystać z danego im czasu, by rozmawiać o tym koszmarnym zadaniu.
Zastanawiała się, czy powinna wstać i do niego podejść, skoro wyglądało na to, że on nie ma najmniejszego zamiaru ruszyć w jej kierunku.
Zrezygnowana Isobel podniosła się i wzięła zeszyt. Zaczęła szukać dłonią paska swojego plecaka, podczas gdy jej umysł powtarzał wszystkie pogłoski, powiązane z jego nazwiskiem. Mówiono, że czasami rozmawia sam ze sobą, że uprawia czary i że ma złe oko wytatuowane na lewej łopatce. Że mieszka w podziemiach opuszczonego kościoła. Że sypia w trumnie.
Że pije krew.
Podeszła do niego spokojnym krokiem, tak jak ktoś mógłby się zbliżać do śpiącego węża.
Zgarbiony na krześle, z jedną ręką wspartą na ławce, wyglądał jak długa linia czerni.
Znoszone, ciasno zasznurowane buciory skrzyżował na wysokości kostek. Pod prawą rękę wsuniętą miał wyświechtaną czarny brulion w twardej oprawie – kilka razy widziała, jak pogrążał się w lekturze podczas lekcji.
Właściwie zawsze wydawało się, że coś notuje albo szkicuje na jego stronach, choć mogła się jedynie domyślać, co takiego. A może to wszystko zdawało się takie dziwne również dlatego, że Swanson nigdy go za to nie zbeształ, tak jak nigdy nie kazał mu czytać na głos ani nie wywoływał go odpowiedzi. Co samo w sobie też było dziwne, bo nikt nigdy nie zwrócił na to Swansonowi uwagi.
Isobel zatrzymała się w bezpiecznej, niemal półtorametrowej odległości. Czekała, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Co miała powiedzieć? „Czołem, partnerze”?
Zerknęła na zegar na ścianie. Do przerwy obiadowej zostało siedem minut.
Ooobciach, pomyślała, gdy dalej sobie siedział i gapił się w przestrzeń, jakby wcale nie istniała. Jego entuzjazm był niemal zaraźliwy.
- Słuchaj, nie odwalę całej roboty sama – powiedziała w końcu, postanawiając przełamać dość grube lody za pomocą młotka pod hasłem „żebyś wiedział”.
Nawet nie drgnął, ale się odezwał.
- Powiedziałem coś takiego?
Dźwięk jego głosu ją zaskoczył. Zupełnie jakby na poły się spodziewała, że chłopak jest odlany z wosku. Głos miał spokojny, niski i rozsądny, wcale nie opryskliwy, czego się spodziewała. Nigdy wcześniej jednak nie odezwał się w klasie. Nigdy, na pewno dobrze pamiętała.
- Nie – przyznała, tężejąc i pragnąc jedynie wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Pomyślała, że Nikki nigdy w to nie uwierzy. Żeby ona była w parze z królem gotów? To ci dopiero wiadomość. – Pomyślałam tylko, że ci powiem... no bo wiesz, ty nic nie mówisz.
Czując się głupio jako ostatnia osoba w pomieszczeniu, która jeszcze stała, w końcu zajęła miejsce obok niego, spojrzeniem omiatając klasę.
W pojedynczych grupkach rozległ się cichy szmer, który następnie przybrał na sile, gdy wszyscy zaczęli przerzucać się pomysłami. Po wymianie zapisanych kartek z zeszytu, dwie pary już nawet wstały i wyszły. A ona wciąż tkwiła w tym samym miejscu, próbując się porozumieć z żywym trupem.
Jej szczęki się zacisnęły. Nabrała podejrzeń, że oświadczenie nauczyciela, jakoby wszystkie pary dobrano „losowo”, było jedną wielką ściemą. To pewnie był jego pomysł na dowcip, zemsta za to, że nie oddała tego głupiego wypracowania o „Don Kiszocie”.
- Skoro już wykładamy kawę na ławę, że tak powiem – przemówił, przyciągając jej uwagę z powrotem do ich wycinka przestrzeni w kącie klasy. Dziwnie było słuchać jego głosu. – Też nie zrobię tego sam.
Odwrócił głowę i pochwycił ją wzrokiem.
Zamarła, zdumiona intensywnością tego spojrzenia. Oczy miał surowe i zimne, zielone niczym blady nefryt. Podkreślone rozmazanym czarnym cieniem, nie mrugały, lecz wpatrywały się w nią przez pierzaste kosmyki czarnych jak smoła włosów, i miała wrażenie, że przez klatkę przygląda jej się zadowolony z siebie i wyrachowany kot.
Wezbrało w niej zakłopotanie, gęste i czarne niczym złoże ropy naftowej.
Kim był ten facet i na czym polegał jego problem? Jej spojrzenie podążyło na krótką chwilę do metalowego kółka, które oplatało kącik jego dolnej wargi.
Mrugnął powiekami, po czym powoli uniósł dłoń i wygiął palec w przyzywającym geście.
Zawahała się, lecz potem, posłuszna niczym pod wpływem zaklęcia, nachyliła się bliżej.
- Na co się gapisz? – szepnął.
Cofnęła się, czując żar na twarzy. Odwróciła się od niego i podniosła rękę. „SOS, Swanson. Słyszysz mnie?”
Za nią rozległ się leniwy, złowrogi szczęk łańcuchów. Zesztywniała. Opuściła rękę, a potem, podniósłszy wzrok, zobaczyła go nad sobą, wysokiego, wyprostowanego i bladego. Stłumiła w sobie słowa protestu, gdy ujął jej rękę. Patrzyła, jak długie palce oplatają jej dłoń, a potem, nie mrugając powiekami, obserwowała czarny długopis, który pojawił się nie wiadomo skąd i zaczął przesuwać po jej skórze czubkiem równie zimnym i ostrym, jak te oczy.
O mój Boże. Pisał na niej.
Próbowała wydać jakiś dźwięk, ale nie mogła.
Jego twarz nie wyrażała emocji, gdy wykonywał długopisem krótkie, staranne pociągnięcia. Nacisk kulki długopisu łaskotał, plotąc węzły w jej żołądku. Mogła tylko patrzeć na pierścień o kształcie srebrnego smoka, szczerzącego się do niej z jego środkowego palca.
Gdy wreszcie skończył, puścił jej dłoń i po ostatnim, niemal strofującym ukłuciu tego ostrego spojrzenia, odwrócił się. Wziął swój czarny brulion, po czym przewiesił sobie przez ramię sfatygowaną skórzaną torbę.
- Nie dzwoń po dziewiątej – powiedział, a następnie włożył sobie długopis za ucho i wymaszerował z klasy.
Twarz Isobel płonęła. Skóra mrowiła ją tam, gdzie jej dotknął, ledwie wyczuwalnym elektrycznym dreszczem – nie miała pewności, czy tylko sobie tego nie wyobraża. Jakby koniuszki jej palców w jakiś sposób zapadły w sen. Spróbowała wszystko ogarnąć, najpierw swoje zmysły, a potem osoby, które pozostały w klasie. Bała się zobaczyć, kto zauważył, i ze zdziwieniem stwierdziła, że chyba nikt. Nawet Swanson Sokole Oko wrócił do swojego biurka, gdzie siedział, żując kanapkę i przeglądając szkolną gazetkę, „Głos Jastrzębia”.
Isobel znowu opuściła wzrok na swoją dłoń.
Ciemnofioletowym tuszem napisał: „V – 555-0710”.


Rozdział drugi

SINIAK



- Powiedz Bradowi? – spytała Nikki z nazbyt gorliwym błyskiem w ładnych, szafirowych oczach. Isobel wprowadziła szyfr i kopnęła dolny, wyszczerbiony róg swojej szafki. Drzwiczki otworzyły się i ze środka wypadła kosmetyczka, która ze stłumionym trzaskiem uderzyła o podłogę, rozsypując zawartość.
- Nie – mruknęła i przykucnęła, by podnieść cień do powiek, w którym kostka brązowego barwnika rozkruszyła się na kawałki. Ciężko westchnęła, wpychając wszystko z powrotem do kosmetyczki, i znowu dostrzegła pochyłe, fioletowe cyfry, widniejące na jej skórze niczym insygnia.
- Dlaczego nie?
- Bo – odrzekła Isobel – zdaje się, że pan Swanson lubi chłopaka, a poza tym muszę dostać dobry stopień z powodu tego wypracowania, którego nie napisałam.
Podniosła się, by włożyć kosmetyczkę z powrotem do szafki, lecz Nikki ją powstrzymała, chwytając ją za nadgarstek i potrząsając jej dłonią.
- Izzy – powiedziała – popatrz na to! Napisał na tobie. Jakby oznaczał swoją następną ofiarę czy coś.
Isobel cofnęła rękę.
- Dobra! – odparła, odgarniając niesforne pasmo włosów za ucho. – Ustaliłyśmy już, że to dziwak. I na tym poprzestańmy. Brad nie musi wiedzieć.
Zerwała się, ucinając przygotowaną ripostę Nikki, zaskoczona tajemniczą ręką, która z brzękiem bransolet wyłoniła się zza otwartych drzwiczek szafki. Ręka przytrzymała jej uciekający błyszczyk w kolorze „lodowej maliny” między długimi palcami.
Isobel wzięła błyszczyk i cisnęła go do szafki, już mając bąknąć krótkie słowo podziękowania, gdy Nikki wtrąciła się, znowu łapiąc ją za nadgarstek. - Znaczy, popatrz na to! – zawołała, podsuwając go sobie pod nos i uważnie oglądając cyfry, jakby zawierały jakąś ukrytą wiadomość. – To pewnie znaczy, że trafiłaś na jego listę śmierci albo coś. Ten gość to totalny świr w stylu mafii długich płaszczy.
Isobel znowu wyrwała nadgarstek z uścisku przyjaciółki i posłała jej zjadliwe spojrzenie.
- Nikki, jaja sobie robisz? To numer telefonu.
- Tak, wiem. Dostawia się do ciebie Lurch z rodziny Adamsów. Teraz będzie ci zostawiał martwe zwierzęta na ganku i potajemnie śledził twój profil na Facebooku.
- To nie tak. – Isobel znowu westchnęła. – Po prostu wpakowali nas w to razem.
Spoglądała w głąb swojej otwartej szafki, wymieniając książki.
Dla niej Varen Nethers, czyli „ten facet”, zawsze był jak przemykający cień, wyobcowana istota, która sunęła przez korytarze, nigdy nie chcąc, by jej przeszkadzano. Tak naprawdę, zapewne w ogóle myślała o nim ledwie parę razy, a i to tylko wtedy, gdy ktoś postanowił przywołać najnowszą zwariowaną plotkę o gotach. Do tego roku nie chodzili razem na żadne lekcje, a Trenton było na tyle dużą szkołą, że ich kontakty ograniczały się do minięcia się od czasu do czasu na korytarzu. Isobel znowu podskoczyła, wyrwana z zamyślenia, i aż się zachłysnęła, gdy tajemnicza ręka znowu się pojawiła. Tym razem wyłoniła się nad drzwiczkami szafki, ściskając w placach znajomą tubkę w pistacjowym kolorze.
Isobel ostrożnie wzięła szminkę „Różowa Bogini”, po czym patrzyła, jak dłoń właścicielki sąsiedniej szafki znowu znika. Zerknęła na Nikki, która dała popis mrugania powiekami, zanim chwyciła drzwiczki szafki Isobel i je przymknęła. Dziewczyna jednak – miała chyba na imię Grace albo Gabbie – zatrzasnęła swoją szafkę, odwróciła się bez słowa i odeszła.
- Kurczę – mruknęła Nikki. Wyjęła szminkę z dłoni przyjaciółki, odchyliła drzwiczki z powrotem, a następnie podeszła, by skorzystać z lustra w środku. – Niech wraca do średniowiecza.
Isobel patrzyła za oddalającymi się plecami dziewczyny, której kasztanowe włosy, zbyt długie i zbyt proste, kołysały się w jednym rytmie z sięgającą ziemi spódnicą. Z ostatnim, cichym brzękiem bransoletek dziewczyna zniknęła za następnym rogiem.
- Tak czy siak – odezwała się Nikki, skończywszy się malować i wsunąwszy szminkę z powrotem do kosmetyczki Isobel. Wydęła wargi i cmoknęła. – Nadal uważam, że powinnaś powiedzieć Bradowi.
- Odpuść, Nikki. Nie powiem Bradowi – warknęła Isobel. – I ty też mu nie mów – dodała, zatrzaskując szafkę. W tym momencie wyraz twarzy Nikki zmienił się, przechodząc od pełnej oburzenia rezerwy do obrazy i irytacji. Isobel miała tylko ułamek chwili, by pożałować swoich słów, zanim przyjaciółka obróciła się na pięcie.
- Nikki – jęknęła, ruszając za nią.
- Wszystko jedno – wypaliła Nikki przez ramię. Lekceważąco machnęła ręką i przyspieszyła kroku. – Wiesz – dorzuciła – nie da ci spokoju, jeśli będzie wiedział, że ujdzie mu to na sucho.
Patrząc na podskakujący koński ogon przyjaciółki, związany wąską, niebiesko-złotą gumką z pomponikiem, Isobel miała poczucie winy. Może za bardzo się uparła, by sprawę numeru telefonu utrzymać w tajemnicy. Z drugiej strony, jeśli teraz ją dogoni i przeprosi, Nikki gotowa pomyśleć, że nic takiego się nie stanie, jeśli wszystko wypapla Bradowi.
Isobel stwierdziła, że jest zła na siebie. Za to, że powiedziała prawdę, podczas gdy powinna była coś zmyślić. Nie chciała się też oczywiście bawić w sekrety. Nikki była jej najlepszą przyjaciółką. Należała do ekipy.
Zwolniła kroku i pozwoliła, by Nikki poszła na obiad przed nią. Gdy straciła ją z oczu, wskoczyła do najbliższej toalety dla dziewcząt. Stanęła przy umywalce, odkręciła ciepłą wodę i wycisnęła sobie na rękę mydło z dozownika. Posmarowała cyfry grubą warstwą płynu. Niczym kłęby dymu, ciemnofioletowy tusz rozpłynął się w liliowe smugi i zniknął w odpływie.


* * *



Tego dnia na treningu pomyliła skok.
Nigdy jej się to nie zdarzało.
Koniec obrotu, przewrót na rękach w tył, śruba. Przesadziła i musiała łapać równowagę na piętach. Uderzyła o podłogę sali gimnastycznej, lądując na tyłku z bólem kości i szczękiem zębów.
Trenerka Anne wydarła się na nią za to, ma się rozumieć i wstawiła jej stałą śpiewkę, że „jak się wywalisz, zawsze ktoś zobaczy”. Nic nie wkurzało trenerki bardziej, niż byle jakie, spartaczone figury, zwłaszcza kiedy zbliżały się grudniowe rozgrywki ogólnokrajowe.
Miały precyzyjną, trudną choreografię. Zbyt precyzyjną i trudną, by posadzić kontuzjowaną dziewczynę na trybunach.
Nie zdziwiła się, że Nikki nie zaczekała na nią, by pogadać. Trenerka ostatni raz dmuchnęła w gwizdek. Isobel uznała, że szczególnie jej to nie przeskadza, zwłaszcza że zapewne chodziło nie tyle o wkurzenie wcześniejszą sytuacją, ile o chęć spotkania Marka po treningu futbolowym. Tak czy owak, cieszyła się, że nie musi wracać do kłótni przy szafce, a jeszcze bardziej cieszyła się, że już piątek. Potrzebowała odpoczynku. Dobrze się złożyło, że przez kolejny tydzień nie było meczu. Dzięki temu fioletowiejący już siniak wielkości piłki tenisowej z tyłu uda zdąży zniknąć, zanim będzie musiała znowu włożyć kostium.
Wyszła z szatni i jak zwykle poszła korytarzem na tylny parking, zwolniła jednak, usłyszawszy głos Brada. Czyżby przyszedł jej szukać? Pewnie spędziła zbyt wiele czasu, przyglądając się siniakowi na udzie w lustrze w szatni.
- ...znowu z nią rozmawiać. Rozumiesz?
Skręciwszy za róg, stanęła.
Odziana w czerń postać kuliła się z plecami przyciśniętymi do rzędu niebieskich szafek. Pod pachą trzymała powycierany, czarny pamiętnik w twardej okładce. Brad górował nad nim, ubrany w niebiesko-złotą skórzaną kurtkę, która jeszcze poszerzała jego i tak potężne ramiona.
Varen, stosunkowo chudy i delikatny, nie mógł się przeciwstawić, a jedynie się trzymać. Opuścił głowę i czarne włosy zwieszały się w strąkach, okalając jego twarz.
Wezbrał w niej gniew, którego nie umiała wyjaśnić.
- Hej! – zawołała, podchodząc bliżej.
Varen podniósł wzrok, posyłając jej ostre, niemal oskarżycielskie spojrzenie, które osadziło ją w miejscu.
Miała ochotę dusić Nikki, aż odpadną jej te głupie, niebiesko-złote pomponiki.
- Co się, dzieje?
- Nic, mała. Nic – odparł Brad. Odsunął się od szafek, przeciągnął dłonią po gęstych, bursztynowych włosach, lśniących we fluorescencyjnym blasku i wciąż mokrych po prysznicu. Włożył rękę do kieszeni kurtki i podszedł do niej, drugą ręką obejmując jej ramiona i składając na boku jej głowy pocałunek ze słyszalnym „mmm”.
Twarz Varena pozostała nijaka, choć wbił w nią wzrok, czym sprawił, że świat wokół rozmył się i nie mogła się otrząsnąć.
Czy myślał, że pobiegła powiedzieć Bradowi? Ale z drugiej strony – co innego miał myśleć?
Otworzyła usta, by znowu coś powiedzieć, by wszystko wyjaśnić, lecz Brad zacisnął uścisk na jej ramionach, przyciągając ją do siebie. Ten gest, w połączeniu z zapachem dezodorantu i mydła Zest, przypomniał jej o jego obecności. Nadal działał w trybie macho i nadal miał w zasięgu dziwnego chłopaka, który spytał ją, na co się gapi, a teraz sam intensywnie gapił się na nią.
Zamknęła usta.
Pozwoliła Bradowi się odciągnąć. Opuścił rękę, by poklepać jej wrażliwy tyłek.
- Przestań – powiedziała, krzywiąc się, ale szła dalej.
Byle tylko oddalić się od tych oczu.


Chcesz się spotkać z brygadą w Zot’s? – spytał Brad, gdy wyjechał ze szkolnego parkingu i włączył się w sznur samochodów.
– Dziś wieczorem mam jeść kolację z rodzicami – skłamała, przesuwając swój fotel, by wyjrzeć przez okno od strony pasażera. Wiedziała, że wykonuje typowy numer dziewczyn, stosując taktykę: „Powinieneś wiedzieć, czemu jestem zła” prosto z podręcznika dla ślicznotek, ale nic jej to nie obchodziło.
– Zaprosisz mnie? – spytał, nie kłopocząc się włączaniem kierunkowskazu, gdy dojechali do świateł.
– Nie.
– Nie? – odrzekł. – Dobra.
Tego było za wiele. Gwałtownie obróciła się na siedzeniu, by usiąść twarzą do niego.
– Co ci powiedziała Nikki? – spytała, postanowiwszy bez ogródek przejść do rzeczy.
– Nikki nic nie mówiła – odparł, skręcając. Wyciągnął rękę, by opuścić osłonę przeciwsłoneczną, i na kolana spadła mu paczka cameli.
Isobel uśmiechnęła się szyderczo i odwróciła, by znowu popatrzeć przez okno. Nie cierpiała u niego palenia, które ostatnio stało się czymś więcej niż nawykiem po lekcjach.
– Mark mi powiedział – wyjaśnił.
No oczywiście, pomyślała. Teraz wszystko miało sens. Po obiedzie Nikki musiała powiedzieć Markowi, boby pękła, a ten, jako najlepszy przyjaciel Brada, powtórzył mu to przed treningiem. Zupełnie jak w przedszkolu. Połącz kropki.
– Słuchaj – odezwała się – Mam razem z nim zrobić głupi projekt, nic więcej. On też nie chce ze mną pracować, więc zostaw go w spokoju.
– Ale zapisał ci swój telefon na ręce? – spytał, pochmurniejąc.
Znowu skręcił, tym razem nieco zbyt ostro, aż Isobel chwyciła się siedzenia. Jedna jego ręka zsunęła się z kierownicy, by wyjąć camela z paczki.
– Nieważne. Zawieź mnie do domu.
– Możesz wyluzować? – warknął. Między fotelami znalazł swoją zapalniczkę Zippo. Otworzył ją i przytknął płomień do papierosa.
– Powiedziałem mu tylko, żeby z tobą nie rozmawiał – mruknął, poruszając papierosem między zaciśniętymi wargami. Zamknął Zippo, po czym rzucił na tylne siedzenie, głęboko zaciągając się dymem, po czym znowu położył obie ręce na kierownicy.
Wcisnęła guzik, by uchylić okno.
– O co chodzi? – spytał, a na jego ustach pojawił się uśmieszek rozbawienia. –Wybacz, że nie pozwalam wymalowanym pedziom pisać po swojej dziewczynie.
Isobel zgromiła go wzrokiem. On jedynie wzruszył ramionami, jakby to go usprawiedliwiało. Skrzyżowała ręce i patrzyła przed siebie, uznając, że najlepiej zbyć go milczeniem, choć wolałaby, żeby powiedział coś więcej. Uśmiechnął się tylko, jakby pomyślał, że jest urocza.
Wprowadziwszy samochod na podjazd przed jej domem, Brad wysiadł jak zawsze, by otworzyć jej drzwi. Tym razem jednak Isobel otworzyła sobie sama. Zatrzasnęła je za sobą, aż łoskot poniósł się echem po okolicy.
– Ej! – zawołał, rozkładając ręce. – Co jest?
Zignorowała go i bez słowa ruszyła chodnikiem.
– Izo! – krzyknął. – Kiciu!
To rozbawienie, ten śmiech, który brzmiał w jego głosie, sprawił, że gniew jeszcze w niej nabrzmiał. Podeszła do drzwi wejściowych, nie zamierzając przyznać, że przesadziła z reakcją.
– Dobra. W porządku! – zawołał za nią. – W takim razie mam zostawić twoje rzeczy na ganku?
Przystanęła na schodku przed domem, po czym odwróciła się, by zobaczyć, jak Brad stoi za otwartym bagażnikiem swojego mustanga i trzyma w wyciągniętej ręce pas, na który m wisi jej sportowa torba.
Była zła na siebie, bo o tym nie pomyślała, i zła na niego o ten szeroki, prostacki uśmiech gwiazdora filmowego. Przemaszerowała przez trawnik i wyrwała mu torbę.
– Oooch – powiedział i puścił do niej oko.
– Brad! – warknęła. – Nie musiałeś tego robić.
– Oj, daj spokój, Iz, tylko z nim pogadałem. Słyszałaś, co mówiłem.
– Słyszałam, jak mu groziłeś!
– Nie groziłem mu. – Znowu się roześmiał, kręcąc głową, jakby uważał, że przydałyby się jej okulary, aparat słuchowy albo badanie psychiatryczne.
– Do widzenia – powiedziała i ruszyła do drzwi.
– Dobra, mała – westchnął. – Też cię kocham.
Zmusiła się do zaciśnięcia ust. Choć bardzo chciała, postanowiła nie odpowiadać na miłe słowa. Wiedziała, że po prostu sprawdza jej reakcję, usiłując wykręcić się sianem.
– W porządku! – zawołał. – Pozdrów tatę.
Isobel otworzyła drzwi na oścież i weszła do domu.
Krzyknął jeszcze za nią:
– Gdybyś zmieniła zdanie, wiesz, gdzie mnie szukać!
Zamknęła drzwi za sobą i rzuciła torbę na podłogę w przedpokoju. Stała bez ruchu, gdy dobiegł ją trzask bagażnika, a potem odgłos zamykania drzwi od strony kierowcy. Odwróciła się, gotowa wybiec z powrotem na zewnątrz, by złapać go, zanim odjedzie, ale zawarczał silnik i samochód ruszył z głośną muzyką i piskiem opon.
– Nie rozumiem, co widzisz w tej grze – mruknęła, żując ostatni kęs pizzy. Rodzice tego wieczora wyszli, zostawiając ją samą z Dannym, dwunastolatkiem, którego cała egzystencja obracała się wokół gier wideo, konsol i sieciowych imperiow RPG. – Ciągle to samo, tylko tło się zmienia.
– Wcale nie – odparł chłopiec i machnął kontrolerem w prawo, jakby dzięki temu odziana w zbroję postać na ekranie miała skoczyć dalej.
Isobel skupiła wzrok na tyle jego szkolnych spodni, na szczelinie między pośladkami, wystającej nad pas. Nie mogła uwierzyć, że po powrocie do domu nie chciało mu się nawet przebrać. Zamiast tego jak zwykle zasiadł przed telewizorem.
– A jaka jest różnica? – spytała bez prawdziwego zainteresowania.
– Każdy poziom jest trudniejszy od poprzedniego – wyjaśnił, pochylając się w lewo w nadziei, że ekranowa postać w zbroi zrobi to samo. – Ech! A w końcu musisz walczyć z Zorthibusem Klaksem.
Zerknęła na swoją dłoń, na bladofioletowe kreski, które, choć niewyraźne, wciąż były widoczne.
– Brzmi jak jakaś ohydna choroba.
– Sama jesteś ohydna choroba. A teraz się zamknij, bo muszę się skupić.
Przewrociła oczami. Podparła głowę dłonią, kładąc łokieć na oparciu kanapy, i popatrzyła na swój metaliczny różowy telefon komórkowy, który położyła na stoliku obok pilota do telewizora. Leżał tam, cichy i nieruchomy, w blasku beżowej, bulwiastej lampy. Przyniosła go ze swojego pokoju, a wcześniej naładowała, na wypadek gdyby ta zdrajczyni Nikki przysłała jej esemes.
Albo gdyby zadzwonił Brad.
Nie mogła jednak zapomnieć o tym, jak Varen patrzył na nią w korytarzu. Pewnie myślał, że powiedziała Bradowi o wszystkim, by mu dopiec. Uważał, że pobiegła prosto do niego i wypaplała, co się stało, a potem pokazała rękę ze słowami: „Dorwij go”.
Z roztargnieniem gładziła palcami wierzch dłoni, w miejscu gdzie po niej pisał. Jeśli się skupiła, wciąż czuła dotyk długopisu, wagę jego dłoni, kłucie końcówki wkładu.
Opadła na poduszki kanapy, chwyciła kołnierzyk koszulki i ugryzła, znowu zdenerwowana tym wspomnieniem.
Czy w ogóle zdołają przygotować ten projekt?
Jej wzrok padł na telefon i tam pozostał.
Wreszcie wstała.

– Nie podpal domu – warknęła do Danny’ego, biorąc komórkę.
Otworzyła telefon i weszła do kuchni, patrząc na cyfry na ręce, a raczej to, co z nich zostało. Czy ta ostatnia była zerem, czy dziewiątką?
Postanowiła zgadywać i zaczęła naciskać odpowiednie klawisze.
Na drugim końcu linii telefon dzwonił. I dzwonił… i dzwonił.
– Halo? – odezwał się łagodny, słodki kobiecy głos. Pewnie jego mama, pomyślała Isobel, przyznając w duchu, że chyba spodziewała się chrypliwego tonu i kaszlu nałogowego palacza.
– Eee, tak… Czy mogłabym rozmawiać… – Podniosła wzrok i zobaczyła elektroniczny zegar na kominku. Dziewiąta trzydzieści. Jęknęła.
– Halo? – powtorzył głos.
– O… przepraszam – wymamrotała Isobel, przypominając sobie, co mówił o dzwonieniu po dziewiątej.
Jej palec odruchowo nacisnął guzik końca połączenia. Telefon zamilkł.
Przez chwilę bezmyślnie trzymała aparat w dłoni, wpatrując się w niego. Zastanawiała się nad tym i stwierdziła, że to dość dziwne słowa: „Nie dzwoń po dziewiątej”. Jak to: „Nie dzwoń po dziewiątej”?
Co się działo o dziewiątej? Czy wtedy kładł się do grobu?
Czy to jakaś głupia zasada jego rodziców, czy jego własny wymysł?
Czemu był taki dziwny?
Isobel wróciła do salonu, gdzie zobaczyła Danny’ego dokładnie tam, gdzie go zostawiła. Telewizor migotał jaskrawym odcieniem oranżu, rodem z tablic ostrzegawczych, a wysoki głos obwieszczał w tle złowrogie zwycięstwo.
– Kurde! – jęknął i rzucił kontrolerem w stronę konsoli.
– Ej! – krzyknęła. – Uważaj!
Nie zwrócił na nią uwagi i podniósł kontroler, jakby chciał się z nim pogodzić. Znowu usiadła na kanapie i patrzyła, jak restartuje grę.
– Nie możemy pooglądać telewizji czy coś? – spytała z westchnieniem.
– Nieeeee! – jęknął.
– Danny, grasz cały wieczór bez przerwy. – Sięgnęła po pilota.
– Nie! – obrócił się i rzucił na nią, wyciągając rękę po pilota. Sobel rzuciła telefon, by chwycić sterownik obiema rękami.
– Naprawdę, Danny, nie masz pracy domowej, kolegów albo czegoś takiego? – wystękała, ciągnąc ze wszystkich sił.
– A ty nie masz? – warknął, szarpiąc w swoją stronę.
Zadzwonił jej telefon. Danny puścił pilota i złapał komórkę.
– Halo?
Isobel wyciągnęła rękę, ale Danny miał szybszy refleks, niż przypuszczała, i zabrał aparat, żeby nie dosięgła.
– Tak, jasne – powiedział. – Chwileczkę. – Z uśmiechem pomachał telefonem. – To twój chłopak!
Zeskoczyła z kanapy i ruszyła w stronę brata, gotowa do walki. Jej rozmowy telefoniczne stanowiły sferę nietykalną.
– Wymiana – rzucił, cofając się i trzymając komórkę za plecami.
– Ech! Ale z ciebie menda! – Cisnęła pilota na dywan. Rzucił telefon w jej stronę i schylił się po sterownik. Komorka podskoczyła między jej dłońmi, zanim ją złapała, a tymczasem znowu rozległa się muzyka z gry.
Przycisnęła telefon do ucha, zatykając drugie ucho palcem.
– Brad?
– Niezupełnie – odparł zimny głos.
Serce jej załomotało.
– Skąd masz mój numer?
– Wyluzuj. – Jego ton z zimnego stał się lodowaty. – Moi starzy mają identyfikację numerów. Sama do mnie zadzwoniłaś.
– A… – wymamrotała, kuląc się. Rzuciła szybkie spojrzenie na brata, po czym wymknęła się z pokoju, by jej nie słyszał. – Słuchaj – zaczęła, przypominając sobie, co pierwotnie zamierzała powiedzieć.
– Chciałam tylko, żebyś wiedział, że nie mówiłam Bradowi o tej akcji z numerem.
– Nie przystawiałem się do ciebie – oznajmił, jakby ustawiał ją do pionu. – Poza tym nie jesteś w moim typie.
Usta same jej się otworzyły.
– No tak – powiedziała, starając się nie zwracać uwagi na gorąco, które pełzło w gorę jej szyi. Miała jednocześnie ochotę rzucić telefonem o ścianę i zwinąć się w kłębek. Za kogo ten koleś się uważał?
– Wcale nie powiedziałam, że…
– No wiesz, niektórzy poczuli, że im coś grozi.
– Słuchaj, rozmawiałam z nim na ten temat – odparła szybko, bez namysłu dobierając słowa. Nie cierpiała siebie za to, że mówi w tak urywany sposób, zwłaszcza że jego ton brzmiał obojętnie. – On po prostu tak ma.
– No to chyba bez znaczenia, skoro może liczyć, że ty go usprawiedliwisz.
Teraz ją wkurzył.
– Wiesz… – Ale nie dał jej skończyć.
– Jeśli nie olewasz tego projektu, będę jutro w głównej bibliotece – oznajmił przyciszonym głosem. Słyszała trzeszczenie po drugiej stronie, jakby chodził w kółko. – Po pierwszej.
– Ale jutro sobota.
– Chryste – syknął. – Chyba żartujesz.
Już zaczęła mowić, że fajnie, wszystko jedno, przyjdzie. Urwała jednak, słysząc, że w tle ktoś go woła. Mężczyzna.
– Nieważne – warknął. – Zrobię to sam. – Połączenie zostało przerwane.
Isobel mocno przygryzła wewnętrzną stronę warg. Odsunęła telefon od ucha, po czym go ścisnęła. Chciała krzyczeć. Chciała rozwalić telefon na kawałki albo cisnąć go do śmieci.
– Przycisz! – zawołała do Danny’ego, przechodząc jak burza przez salon. – Idę spać!
– Nie słyszę! – odkrzyknął przez ramię.
Zaczęła wspinać się po schodach, tupiąc tak mocno, że ramy obrazów zaczęły się przekrzywiać.
Co to w ogole za typek? Narzeczona cholernego Frankensteina?


Hej, tato, która godzina?
Isobel zastanawiała się, czy ekipa może jeszcze być w Double Trouble.
– Trochę po trzeciej – odparł ojciec, gdy ich sedan zatrzymał się na skrzyżowaniu. – A co?
– Tak się zastanawiałam. – Wzruszyła ramionami.
– Nic nie powiedziałaś o mojej fryzurze – zauważył, odrywając rękę od kierownicy, by przygładzić wyobrażone loki z tyłu głowy.
Próbowała powstrzymać uśmiech, przyglądając się jego włosom. Właściwie zostały tylko trochę przystrzyżone, fryzjer uporządkował je w tym stylu co zwykle, który Isobel często nazywała „kudły a la kloszard”.
Nie odziedziczyła po ojcu ciemnokasztanowej, niemal czarnej czupryny, tak jak Danny, choć jej włosy były tak samo delikatne i proste.
– A tak. Cudna – powiedziała.
Patrzył na nią z głupawym uśmiechem, aż znów się odezwała.
– Zielone światło.
Znowu skierował wzrok przed siebie, trzymając obie dłonie na kierownicy.
– Jesteś dziś okropnie ponura – stwierdził, skręcając na zachód, w kierunku ich dzielnicy. – Jakieś kłopoty z Bradem? – spytał.
– Nie – zaprzeczyła, a potem uznała, że nie może na tym poprzestać.
– Brad i ja chcieliśmy po prostu spędzić ten weekend osobno. Nic więcej.
Tata lubił Brada, bo mogli pogadać o sporcie, który m Danny nie bardzo się interesował. Rodzice nie byli natomiast zachwyceni tym, że ich zdaniem związek córki z Bradem stał się „poważny” od początku przedostatniej klasy. „Powinnaś myśleć o studiach” – mawiała mama. Kłopot polegał na tym, że Isobel jeszcze nie wiedziała, gdzie i co chce studiować. Nie miała ochoty wracać do tego tematu.
– Rozumiem. – Po krótkiej chwili zatrzymali się przed znakiem stop i spytał: – A co jest tematem tego opracowania?
– Poe – westchnęła.
– Poe? Czyli Edgar Allan od „Nevermore, zakracze kruk”?
– Tak, ten – potwierdziła. Wzięła jedną z książek, które miała na kolanach, i zaczęła kartkować w poszukiwaniu zdjęcia. Znalazła jedno z większych (wszystkie wyglądały dla niej tak samo) i wyciągnęła otwartą książkę w jego stronę.
Na chwilkę oderwał wzrok od drogi, tuż przed wprowadzeniem samochodu na podjazd, a potem, gdy już zaparkował, odwrócił się na siedzeniu, by popatrzeć prosto na nią. Uniósł brwi.
– Może następnym razem też powinienem pozwolić, żeby włosy tak mi urosły. – Przechylił głowę w bok, patrząc na nią w oczekiwaniu reakcji. – A co z wąsami? – Przytknął palec wskazujący nad górną wargą. – Co myślisz?
Uśmiechnęła się na ten widok i niemal parsknęła, bo nie spodziewała się, że może się roześmiać. Wyobraziła sobie ojca z czarnymi, niesfornymi lokami i schludnym czarnym wąsikiem. W jej wyobraźni wyglądał raczej jak Charlie Chaplin, a nie Poe.
Kąciki jego ust uniosły się w triumfalnym uśmiechu.


Isobel zatrzasnęła szafkę.
– Aj! – pisnęła, a jej zeszyt wylądował na podłodze.
Varen. Tuż za otwartymi drzwiczkami jej szafki. Jego oczy, tak opanowane, że aż puste, zdawały się patrzeć przez nią na wskroś.
– Nie rob tego! – krzyknęła.
Nic nie powiedział, tylko stał i patrzył, jakby nagle stała się przezroczysta albo coś w tym rodzaju.
– Co? – spytała.
Ruszył, by przejść obok, a ona zapragnęła nawrzeszczeć na niego, tu i teraz, przy wszystkich, za to, że robi jej numery rodem ze Świtu żywych trupów.
Wtedy poczuła na swojej dłoni jego palce, wciąż zimne od porannego chłodu.
Oddech uwiązł jej w gardle, a oczy szerzej się otworzyły.
Co on wyprawia? A jeśli ktoś zobaczy?
Wcisnął jej coś w dłoń. Jej palce zacisnęły się, by to złapać, i na krotką chwilę chwyciły jego palce.
W następnej chwili ruszył dalej, a ona stwierdziła, że odwraca się, by za nim popatrzeć, gładząc kciukiem złożony kawałek papieru. Czuła, jak kartka szeleści jej w ręce, gdy wpatrywała się w jego plecy, okryte ciemnozieloną kurtką. Na kawałku białego materiału, przypiętego do kurtki agrafkami, widniała sylwetka martwego ptaka, leżącego na grzbiecie z nóżkami zadartymi w gorę.
Podszedł do grupki gotów, stojących pod oknem przy kaloryferze, podniósł rękę i dotknął ramienia dziewczyny o ciemnych włosach i miedzianej cerze. Odwróciła się z gorącym uśmiechem, rozjaśniającym jej pełne, umalowane ciemną szminką usta. Trzymała czerwoną kopertę, którą podała Varenowi.
Gdy pochłonął ich zatłoczony korytarz, Isobel odniosła wrażenie, że ktoś oderwał palec od przycisku spowalniającego akcję. Ostrożnie się rozejrzała, by sprawdzić, czy ktoś zauważył, potem z niedbałą miną udała, że zapomniała czegoś z szafki i znowu ją otworzyła. Tym razem drzwiczki uchyliły się bez problemu i sięgnęła do środka, rozwijając karteczkę w ciemnym wnętrzu.
Wiedzą, że skłamałaś.
Z początku nie miała pewności, co to znaczy. Kiedy skłamała i komu? I skąd on o tym wiedział? Szczególnie ta ostatnia myśl wywołała zimny dreszcz, który przebiegł jej po plecach i dotarł aż do ramion. Może Nikki miała rację. Może naprawdę próbował ją wystraszyć.
Niczym na dany znak Nikki przeszła obok.
– Hej, Nikki! Zaczekaj! – zawołała Isobel, po czym złożyła tajemniczą karteczkę z powrotem i wsunęła ją do kieszeni niebiesko -fioletowego rozpinanego swetra, który wisiał w szafce. Postanowiła, że będzie się tym martwić później, i zamknęła drzwiczki, a następnie przekręciła gałkę zamka szyfrowego.
Gdy znowu się odwróciła, Nikki już nie było.
Czyżby jej nie słyszała?
Mało prawdopodobne, przeszła niecałe dwa metry od niej.
Coś musiało się za tym kryć.
Nieprzyjemnie ścisnęło ją w żołądku, gdy zaczęła układać sobie w głowie wydarzenia tego poranka. Nagle dokładnie zrozumiała, co oznaczała karteczka.


Serce Isobel waliło jak młotem, gdy z tacą z obiadem zbliżała się do stałego miejsca swojej ekipy, czyli stolika przy długiej ścianie z oknami, wychodzącymi na dziedziniec.
– Idzie – dobiegł ją szept Alyssy. Gwar przy stole umilkł. Nikki oglądała swoje paznokcie. Mark kręcił w keczupie końcem parowki w cieście. Alyssa, trzymając komórkę na kolanach, przeglądała wiadomości, a Stevie, nagle zainteresowany stadkiem gołębi na dziedzińcu, wyglądał przez okno. Brad po prostu siedział, na nic nie patrząc. Wydął wargi.
Isobel ściskała brzegi tacy, by wszystko przestało się trząść. To byli jej przyjaciele. Czym się tak przejmowała?
Jedynym, który podniósł wzrok, gdy znalazła się przy stoliku, był Brad. Popatrzył prosto na nią tymi wspaniałymi, niemal neonowo niebieskimi oczami, a ona podeszła do ławki naprzeciwko niego. Nikki fuknęła i przesunęła się, by zrobić miejsce, pobrzękując swoją tacą.
Nikt się nie odezwał.
Zachowuj się normalnie, pomyślała. Po prostu zachowuj się normalnie.
Brad pociągnął łyk swojej coli. Nie odrywając od niej wzroku, odezwał się:
– No…
Isobel zgasiła uśmiech i napotkała jego spojrzenie. Nie podobał jej się ten niedbały ton.
– Zastanawialiśmy się z Markiem, Izo – ciągnął. – Ponieważ ty i ja chodzimy do tego samego dentysty… powiedz, od kiedy doktor Morton przyjmuje w soboty?
– Właśnie – włączył się Mark z drugiego końca stołu, wykonując w jej stronę gest parówką w cieście. – Tak z ciekawości.
Isobel odetchnęła głęboko i skupiła uwagę na Bradzie, błagając go spojrzeniem, żeby to przerwał, zanim zacznie się na dobre, i pozwolił, by dalszy ciąg obiadu miał normalny przebieg. Mógł to zrobić. Mógł sprawić, że wszyscy zaczną się śmiać, a potem porozmawiają o zbliżającym się piątkowym meczu z Ackerman.
Odwrócił od niej wzrok, żując kotlet, jakby był to przykry obowiązek.
– Miałam coś do zrobienia – oznajmiła, rozrywając torebkę z keczupem.
Może jeśli sprawi wrażenie, że to nic poważnego, osiągnie cel.
– Więc nas okłamałaś? – Tym razem przemówiła Nikki, rzucając widelec na tacę. Brzęknął głośno, lecz dźwięk ten utonął w ogólnym stołówkowym gwarze.
Isobel opuściła wzrok na swoje danie, lecz zamiast apetytu czuła teraz podsycane poczuciem winy mdłości. Nie wiedząc, co powiedzieć, wycisnęła keczup na kotlet, wciąż trzymając się więdnącej nadziei, że po prostu jej odpuszczą. Czy wczoraj przez telefon Nikki nie sprawiała wrażenia, jakby i tak wiedziała, że Isobel zmyśla? Więc czemu teraz miało to takie znaczenie?
Nie wiedziała, jakich użyć słów, by się nie pogrążyć, więc spróbowała po prostu wzruszyć ramionami. Syknięcie Nikki szybko jej jednak uświadomiło, że nie była to właściwa reakcja.
Nikki wstała i wzięła swoją tacę.
– Coś tu śmierdzi, przesiadam się. – Z tymi słowami wydobyła spod blatu swoje długie nogi i pomaszerowała do odległego, pustego stolika w kącie. Nikt nie ośmielił się jej zatrzymać, a już zwłaszcza Isobel. Nie podnosząc wzroku, poczuła, że blat znowu się trzęsie, gdy wstał ktoś inny. Kątem oka dostrzegła barwy szkolnej reprezentacji i wiedziała, że to na pewno Mark, który poszedł dołączyć do Nikki. Alyssa była następna i w końcu podniósł się nawet Stevie, wydając z siebie dźwięk, który Isobel uznała za przepraszające chrząknięcie.
Zostali tylko we dwoje, ona i Brad.
– Gdzie naprawdę byłaś? – spytał po dłuższej chwili, przerywając niezręczną ciszę, która między nimi zapanowała. Zadał to pytanie łagodnym, rozsądnym tonem, który mówił, że wszystko można wybaczyć.
– Nie mogę ci powiedzieć, bo się wkurzysz.
– No, to chyba dobry powód, żeby mi powiedzieć – odparł, siląc się na cierpliwość. Od piątku w ogóle nie punktowała, a teraz zaczęła po prostu zawalać sprawę. Jeszcze jak.
Poczuła ostre pieczenie w okolicy oczu. Nie mogła przecież usprawiedliwiać się przed swoim chłopakiem tym, że odrabiała zadanie domowe. Podniosła palec, by otrzeć łzę, zanim ta zdąży nabrać kształtu. Wydawało jej się, że patrzy na nią cała stołówka. Na tę myśl zapłonęły jej policzki i spróbowała zasłonić oczy dłonią.
Zanim zebrała siły, by odpowiedzieć, Brad wstał od stolika, zabrał tacę i oddalił się w kierunku pozostałych, zostawiając ją zupełnie samą. Poczuła, że trzęsą jej się ramiona, gdy próbowała złapać oddech. Nie jadła obiadu sama od piątej klasy, kiedy to wydało się, że poprzedniego wieczoru mama kazała jej umyć włosy majonezem.
Łzy płynęły już ciurkiem i była pewna, że rozmazał się jej makijaż. Siedziała i jedną ręką zasłaniała twarz, a drugą wbijała widelec w sałatkę, usiłując przekonać świat, że wszystko jest w porządku.
Zobaczyła parę czarnych butow, które zatrzymały się przy jej stoliku.
O Boże, pomyślała. Wszystko, tylko nie to.
– Proszę – bąknęła do swojego kotleta – nie rob tego.
– Nie żyje – stwierdził. – Raczej nie słyszy.
– Tylko pogarszasz sprawę! – syknęła i wciąż zakrywając mokre oczy przed resztą stołówki, odchyliła głowę, by na niego spojrzeć.
– Do twarzy ci z tym – powiedział.
Nie musiała zerkać w stronę swojej paczki, by wiedzieć, że ją obserwują.
Czuła na sobie wzrok Brada. I jeśli dotąd nie zdołał odgadnąć, z kim spotkała się w sobotę, teraz już wiedział. Czy ten chłopak był zupełnie tępy? Brad mógł nim wybrukować szkolny dziedziniec.
– On cię zabije.
– Nie może – odparł. – Już nie żyję. Pamiętasz?
– Wybrałeś dziwny moment na popisywanie się poczuciem humoru – warknęła i znowu spuściła wzrok.
– Kiedy znowu spotkamy się w sprawie projektu?
Do czego zmierzał? Naprawdę nie rozumiał?
– Odejdź. Nie spotkamy się.
– Może po szkole?
– Mam trening. – Zabawne, że jemu mogła powiedzieć prawdę, a przyjaciół musiała okłamać.
– Czyli jednak będę to robił sam? – spytał chłodno.
– Pan Swanson przydzieli ci innego partnera. Odejdź.
Ku jej zaskoczeniu odszedł. Tak po prostu.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-10-27 (851 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej