Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Misja błazna (wyd.M)
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Megapolis
- Adam Faber
 Syrena
- John Everson
 Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
- Stuart Turton
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 
- skomentowano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Bar dla potępionych'' - Kealan Patrick Burke



Rozdział 1

Bar „U Eddiego”.



Odwiedzam tę knajpę, żeby przynajmniej spróbować zapomnieć o swym bólu. Można tu znaleźć tak wiele cudzego cierpienia, iż teoretycznie od razu powinienem poczuć się lepiej, lecz z jakiegoś powodu nic takiego się nie dzieje.
A jednak przyjechałem. Ja, ten sam co zwykle. Sobotnia noc „U Eddiego”.
Na zewnątrz nie ma neonu ani szyldu. Nie ma niczego, co reklamowałoby lokal jako bezpieczny azyl, w którym można utopić smutek w alkoholu. To w zasadzie sensowne, ponieważ smutki tutaj nie toną, nie idą na dno, lecz jedynie zanurzają się na chwilę pod powierzchnię.
Księżyc mierzy prosto we mnie niczym splamiony nikotyną palec. Wysiadam z półciężarówki, zatrzaskuję za sobą drzwiczki i czuję napierający na pasek ciężar brzucha. Tyję i podejrzewam, że – dokładnie jak w wypadku śmierci i podatków – byłbym skończonym kretynem, gdybym się temu dziwił. Jeśli ktoś wrzuca w siebie tyle chili, ile pochłaniam ja, i nie wytrząsa go potem kilkoma rundkami wokół stodoły, to cóż… sama z siebie waga nie spadnie.
Ruszam wiodącą ku wejściu ścieżką i widzę, jak blade, okrągłe kształty za przydymionym szkłem zwracają się w moim kierunku. Tym ludziom nie umyka nic. Drzwi nie skrzypią, choć są na tyle stare, że ten przywilej należy się im już od dawna. Zamiast tego cicho wzdychają. Ja także wzdycham, ale nie podzielam żalu zawiasów. Po prostu się cieszę, iż znalazłem się w ciepłym wnętrzu, wśród przyjaciół, nawet jeśli oni tych uczuć nie odwzajemniają. Nawet jeśli leżąc ciemną nocą w łóżku, gdy sen staje się tylko odległym wspomnieniem, sam o nich w ten sposób nie myślę.
Wszyscy bywalcy trwają już na posterunku.
Ta blada, szczupła kobieta o ponętnych kształtach to Gracie. Lokal należy do niej. Dostała go w spadku po ojcu, choć nigdy nie uważała tego za prezent, lecz raczej za kolejne z długiego szeregu przekleństw, jakimi obłożył ją facet zdecydowany przemienić jej życie w piekło na ziemi. Zostawiając dziewczynie tę knajpę, zyskał pewność, że ta nie ruszy się z jedynego miejsca, w którym widział jej przyszłość – z tej zapyziałej dziury bez perspektyw, gdzie otaczają ją wyłącznie cudzy przyjaciele. Gracie nie kocha nikogo, a już najmniej samą siebie. Dotąd trzyma się nieźle, choć z każdym dniem więdnie nieco bardziej i gdyby tylko wiedziała, iż przyjmie ją któreś z wielkich miast, uciekłaby stąd natychmiast. Aczkolwiek jestem przekonany, że przyjęłoby ją bez gadania. Przyjęłoby, przemieliło i wypluło, by zdechła tysiąc mil od domu, na upstrzonym psimi gównami chodniku. Istnieje spora szansa, iż taka ładna dziewczyna z niewielkim doświadczeniem skończyłaby w charakterze pozycji na liście osób zaginionych albo sprzedając się za działkę heroiny na zapleczu jakiejś mordowni ze striptizem. Nie, komuś takiemu jak Gracie znacznie lepiej jest tutaj, gdzie czyści szklaneczki tak zmatowiałe, że kiedy bierze je do ręki, człowiek nieomal widzi unoszący się z ich wnętrza dym. Pewnie czuje się nieszczęśliwa, ale podejrzewam, że sama jest sobie winna. Wpływ apodyktycznego ojca to marna wymówka. W końcu gość już kojfnął i leży pogrzebany na zapleczu. Nic jej nie powstrzymuje przed sprzedaniem tej nory, może poza palącą potrzebą udowodnienia czegoś jego duchowi.
Przy barze siedzi nagi facet. To Cobb. Cobb twierdzi, że jest nudystą i czeka tutaj na resztę członków swej kolonii, by przyszli i przeprosili go za niegodne traktowanie. Nie bardzo wiadomo, jakiego zła się wobec niego dopuścili, ale czeka już od prawie trzech lat, więc większość z nas zdążyła uznać, że umrze rozczarowany. Cobb ma wielkie uszy, szerokie usta i pasmo szorstkich siwych włosów biegnące od karku po kościsty tyłek. Wygląda jak skacowany wilkołak, który opadł z sił w trakcie przemiany. Zna jedynie cztery dowcipy. Za każdym razem opowiada je z równym entuzjazmem.
– Szeryfie… – zaczyna, szczerząc się w uśmiechu.
Oto pierwszy z nich.
– …żeglarz i pingwin wchodzą do baru…
– Będziesz musiał wejść od tyłu – odpowiadam natychmiast, psując mu puentę.
– Kurna, opowiadałem ci to?
– Raz czy dwa.
Dwa stołki dalej siedzi Wintry McCabe, liczący sobie bez mała dwa metry olbrzym, który pewnie potrafiłby jednym kichnięciem posłać całą tę knajpę do sąsiedniego stanu. Niestety, jest niemy, więc nie ma co spodziewać się ostrzeżenia. Gracie spytała go kiedyś, w jaki sposób stracił głos, i dowiedzieliśmy się wówczas, że nawet gdyby mógł, nie mówiłby zbyt wiele. Na górze pierwszej strony „Milestone­Messenger” – to nasz cotygodniowy szmatławiec – tuż pod tytułem, napisał niebieskim długopisem, dziecięcym charakterem: POPŁYNĄŁEM W GÓRĘ RZEKI. KOSZTOWAŁO MNIE TO SŁOWA. Potem się uśmiechnął, dokończył drinka i wyszedł. Oczywiście, zaczęliśmy się zastanawiać, co też ten nowy, intrygujący nagłówek może znaczyć. Cobb utrzymuje, że Wintry stracił mowę wskutek jakiegoś wypadku podczas wędkowania lub na łodzi. Florence z kolei uważa, że dopuścił się czegoś, co wpłynęło na niego duchowo, czegoś, co zmusiło go do złożenia ślubów milczenia w ramach pokuty. Kadawer przekonuje, iż wielkolud siedział w więzieniu, że „w górę rzeki” to taka metafora i że ktoś tam pozbawił go języka. To moja ulubiona teoria. Wintry wygląda na faceta z wieloma tajemnicami, z których żadna nie może być przyjemna. Niemniej nigdy już nie dodał niczego, co mogłoby rozjaśnić kwestię jego niemoty. Od tamtej pory nie napisał nam ani słowa i rzadko otwiera usta na wystarczająco długą chwilę lub dość szeroko, byśmy mogli się na własne oczy przekonać. Jeśli nie udaje mu się czegoś przekazać za pomocą gestów, obywa się bez nich. Taki to już gość. Z drugiej strony, mimo że nie wiemy, z jakiego powodu oniemiał, wiadomo, skąd się wzięło „Wintry”. Otrzymał tę ksywę, ponieważ mieszka w obitym papą szałasie na szczycie Grable Mountain, jedynej góry w promieniu stu mil, o wierzchołku na stałe ukrytym pod śniegiem. Właśnie dlatego, nawet kiedy tutaj w dolinie panuje duchota i upał, Wintry zawsze ma na sobie ciężkie buciory, rękawice i parkę z futrzanym kołnierzem, znad którego wysuwa swą czarną, łysą głowę niczym węszący żółw. Dziś wieczorem Wintry wącha szkocką, bez wody. Poza tym, chociaż nie mówi, uwielbia słuchać.
Teraz, na przykład, słucha Florence Bright. Dziewczyna siedzi na swoim stołku bokiem do baru. Długa do kostek spódnica zasłania nogi, o jakich marzy każdy facet w tym miasteczku. Do niej włożyła cienką bawełnianą bluzeczkę bez pleców, skrywającą dodatkowe atrybuty – zarówno jej, jak i snów nawiedzających wszystkich okolicznych mężczyzn. W życiu nie widziałem panny ładniejszej niż Flo. Przypomina mi nieco Veronicę Lake z najlepszych czasów, przede wszystkim swymi falującymi jasnymi włosami i ciemnymi, doskonale wyregulowanymi brwiami. To jej przypadł wątpliwy zaszczyt bycia jednocześnie najbardziej pożądaną i wzbudzającą największy lęk kobietą w Milestone, ale faceci upijają się tu w takim stopniu, że zwykle zapominają o strachu. Wszyscy są zgodni co do tego, że zamordowała męża, i choć sam nie wiem, czy mają rację, to wystarcza, bym się powstrzymał od uderzania do niej. Dawniej wymiar sprawiedliwości nieco tutaj kulał i mimo iż przeprowadziłem staranne dochodzenie, mimo iż przepytałem każdego glinę w mieście i okolicy, nie dowiedziałem się niczego, co mogłoby wskazywać na jej winę. Nic w tej sprawie nie składało się w sensowną całość i wielu policjantów – cholera, nawet policjantek – uznało, że nic złego się nie wydarzyło. Niektórych zapewne przekabaciła słodkimi słówkami. Koniec końców, wszem wobec było wiadomo, jak mąż ją traktuje, a potem ów mąż pojawił się nie tylko martwy, ale zabity w taki sposób, że nawet koroner wyrzygał śniadanie na widok jego ciała. Cała ta zagadka od początku potężnie śmierdziała. Ale może po prostu ktoś czegoś nie dopilnował, nie skojarzył. Kilka razy miałem wrażenie, że zbliżam się do rozwiązania, zawsze jednak zatrzymywałem się w pół kroku, zanim zobaczyłem coś, czego wolałbym nie widzieć.
To więc jest Flo i kiedy się na nią patrzy, ostatnim słowem, jakie przychodzi do głowy, jest „morderczyni”. Oczywiście, dziewczyna może być zarazem piękna i okrutna, ale bez względu na to, czy rzeczywiście zasztyletowała Henry’ego Brighta – po czym oblała jego zwłoki naftą i podpaliła – muszę przyznać, że za każdym razem, gdy wybucha śmiechem i muska łokieć Wintry’ego, czuję ukłucie zazdrości. Już bardzo dawno nie rozbawiłem żadnej kobiety. Od bardzo dawna nie doprowadziłem żadnej kobiety do niczego poza płaczem.
Siadam przy jednym z trzech okrągłych stołów, ustawionych pomiędzy wejściem a barem. Nadmiar wolnej przestrzeni i niedostatek mebli sprawiają, że knajpa wydawałaby się pusta i wyludniona, choćby nawet bawił w niej akurat tłum klientów. Nigdy jednak nie ma tu więcej osób niż teraz – razem ze mną siedem sztuk. Oczywiście, nie liczę sobotnich nocy, kiedy spodziewamy się jeszcze jednego gościa. Słabe światło, rzucane przez dwie osłonięte porysowanymi, zielonymi kloszami żarówki, nie uwidacznia niczego poza drobinami kurzu i cieniami na ludzkich twarzach.
Przy stoliku naprzeciwko mojego siedzi młody mężczyzna we flanelowej koszuli. Poci się i wbija we mnie wrogie spojrzenie spod ciemnych włosów. W jednej dłoni ściska butelkę piwa – tak mocno, że bieleją mu knykcie; druga ręka kryje się pod stołem. Zapewne trzyma w niej pistolet. To Kyle Turner, facet, który chce mojej śmierci od dnia, gdy zamordowałem jego rodziców. Wydarzyło się to zeszłego lata. Od tamtej pory w każdy sobotni wieczór ten dzieciak przychodzi tu i próbuje się zmusić, by przewietrzyć mi czerep za pomocą swojego magnum, ale dotąd nie udało mu się nawet wyjąć broni spod blatu. Siedzi więc po prostu, gapi się na mnie i każe Gracie przynosić sobie piwo do stołu, by nie wstać i nie pokazać mi tego, o czym myśli, że nie mam pojęcia.
Pewnego dnia jednak może się wreszcie zdobyć na odwagę i, jak sądzę, zaraz potem wyniosą go stąd na kopach. Oczywiście, tylko za zakłócanie spokoju, a nie dlatego, że zatrzyma pracę mego mózgu za pomocą metody niestandardowej nawet jak na ten bar. Muszę też przyznać, że jego widok nieco mnie bawi i gdyby przestał się tu pojawiać, pewnie bym zatęsknił. Przez tę jego nienawiść czuję się trochę jak Dziki Bill Hickock.
Zdaję sobie sprawę, że kiwając mu głową na powitanie, dodatkowo go rozzłoszczę, więc odwracam wzrok ku drzwiom i stolikowi tuż po prawej od nich, pod ścianą. Siedzi przy nim Kadawer. Prawie całkiem ginie w mroku, choć jego zapach doleciał mnie od razu, gdy tylko wszedłem. Nie przywitałem się z nim, ponieważ nie powinienem, póki on tego nie zrobi. Owa tradycja narodziła się, zanim jeszcze po raz pierwszy przekroczyłem próg tej knajpy, więc szanuję ją, nie mając pojęcia o genezie.
– Dobry wieczór, Tom – odzywa się tym swoim głosem, przypominającym dźwięk basowej struny, po której ktoś przeciągnął kostką. W krtani ma metalowe pudełko – podejrzewam, że to cena sześćdziesięciu lat palenia – a skóra na policzkach jest tak zapadnięta, iż niemal widać kontury szczerbatej szczęki. Jedno oko przesłania mu katarakta, powieka drugiego unosi się tylko do połowy, a całą twarz – od czoła po brodę – przecina niezwykle szeroka blizna. Kadawer stanowi niezapomniany widok i dobrze o tym wie. Właśnie dlatego zwykle siedzi w cieniu, gdzie przelicza drobne, które układa przed sobą w schludne słupki. Robi to bez końca, raz po raz, a brzęk zderzających się monet wydaje się odmierzać upływający czas.
Wygląda paskudnie, to prawda, ale pachnie cholernik tak ładnie, że aż wstydzę się woni swojej taniej wody. Przy nim zaczynam żałować, że nigdy nie kupiłem sobie buteleczki Calvina Kleina czy czegoś podobnego. Czegoś drogiego. Z zapachu człowieka można bardzo wiele wyczytać. Swoim Kadawer maskuje woń śmierci.
– Dobry – odpowiadam i bardziej wyczuwam, niż widzę jego zniekształcony uśmiech.
– Ciekawe, kto dziś pojedzie – mówi. Słowa rozdziela obrzydliwy odgłos przełykania śliny. Nie powinienem tak myśleć, ale wolałbym, żeby oniemiał. Człowiek pozbawiony ludzkiego głosu powinien siedzieć cicho. Zresztą wszystkich innych też przechodzą ciarki, gdy słyszą jego elektroniczne rzężenie.
– Sam chciałbym wiedzieć – odpowiadam i patrzę w stronę baru. – Gracie?
– Już, już. – Dziewczyna ciska brudną szmatę, którą właśnie wycierała kontuar. – Słabe czy mocne? – zwykle pyta w ten sposób, czy chcę piwa, czy whiskey. Kosmyk kasztanowych włosów opada jej na oczy, odgarnia go tak poirytowanym ruchem, iż nagle ogarnia mnie zadowolenie, że nie ma dziecka, którego mogłaby użyć w charakterze piniaty do odpędzenia nieszczęść.
– Jedno i drugie – odpowiadam, bo to taka właśnie noc.
Wzdycha równie ciężko, jakbym co najmniej kazał jej umyć sobie samochód, i zabiera się do nalewania.
Spoglądam w wiszące za barem lustro i widzę w nim, że Wintry unosi rękę, po czym opuszcza ją, machając palcami tak, jak zsuwający się po nici pająk przebiera odnóżami, aż wreszcie dłoń znika. Olbrzym kiwa dwa razy głową i wraca do swojej szklaneczki.
– Też słyszałem – mówię do jego rozłożystych pleców. – Przyda się. – Rzucam okiem na dzieciaka przed sobą. Spod warstwy gniewu wyłania się na jego twarzy wyraz zaskoczenia. Zaraz potem zauważa, że patrzę, i szybko przybiera swą zwykłą, groźną minę. Napina mięśnie ramienia i przez moment zastanawiam się, czy poczuję uderzenie kuli w krocze, czy może w kolano. Sposób, w jaki trzyma ten swój cholerny pistolet, sprawia, iż wolałbym, aby wyjął go nad blat i wycelował mi w głowę. Pewnie jednak chce, żebym cierpiał możliwie najdłużej. – Wintry mówi, że zanosi się na deszcz – wyjaśniam, starając się, by zabrzmiało to jak obwieszczenie wobec wszystkich. Nie chcę, by młody pomyślał, iż nabijam się z jego niezrozumienia.
– Już pada – burczy z cienia Kadawer.
– W telewizji zapowiadali burzę – wtrąca Cobb i dreszcz przebiega jego pośladki. – Mam nadzieję, że w razie czego pozwolą mi się kimnąć. – Ostatnia uwaga skierowana jest do Gracie, która wychodzi zza baru z butelką budweisera w jednym ręku i flaszką whiskey w drugim.
– To nie pensjonat, Cobb – rzuca dziewczyna przez ramię i próbuje dmuchnięciem odsuwać z czoła niesforny kosmyk. To dziwne, ale ogarnia mnie nagła ochota, by jej pomóc i samemu odgarnąć te włosy, lecz zapewne wzdrygnęłaby się tylko i kazała trzymać łapy przy sobie. Oczywiście, miałaby rację. Już dawno temu odkryłem, iż kobiece pojęcie uprzejmości potrafi mocno się różnić od męskiego i że to się nigdy nie zmieni, o ile my – faceci – nie porzucimy zwyczaju prowadzenia konsultacji z własnymi fiutami za każdym razem, kiedy w pobliżu pojawia się nowa laska. – Za to na Winter Street jest wiele pustych domów. Jestem przekonana, że Horace i Maggie pomogą ci znaleźć dach nad głową. Kurczę, nawet jeśli pochodzisz za Kirkiem Vessem, to też na pewno trafisz do jakiegoś suchego miejsca.
Vess to nasz miasteczkowy wariat. Gracie grała już tą kartą w przeszłości, po to tylko, by zagrać Cobbowi na nerwach.
– Tak, jasne… – Niechęć Cobba do realizacji tego pomysłu jest oczywista, ale on nie rezygnuje, choć wszyscy wiedzą, że jeśli spodziewa się, iż Gracie go przygarnie, to toczy przegraną bitwę. – Ale w zasadzie mógłbym ci zapłacić.
Gracie stawia przede mną alkohol, ściera kurz ze stołu i przez najkrótszą z krótkich chwil patrzy mi w oczy. Wystarczająco długą, bym zrozumiał, że nadludzki, wróżbiarski, kobiecy instynkt podpowiedział jej, o czym myślałem jeszcze przed momentem. Wiadomość, jaką mi przekazała, brzmi: „Masz fart, że mnie nie dotknąłeś”.
Wraca za bar, gibka kobieta w burych ciuchach, które mają sprawić, że straci na atrakcyjności. Nigdy tego nie zrozumiem, aczkolwiek w dniu, w którym faceci pojmą laski, będzie można spokojnie udać się na cmentarz i zaczekać na pochówek.
Albo po prostu to ja nie jestem zbyt lotny.
– Wystarczy mi, jeśli coś wreszcie na siebie narzucisz – zwraca się Gracie do Cobba. – Może w ubraniu nie przejmowałbyś się deszczem.
– Ja cię przytulę – proponuje swym głosem robota Kadawer. Cobb odwraca się powoli, jego goły tyłek skrzypi na siedzeniu. Zaczynam się zastanawiać, jak wiele wybielacza zużywa Gracie, czyszcząc ten konkretny stołek. Na innych nie pozwala mu siadać. Albo tu, albo jego skrzypiąca dupa musiałaby zadowolić się podłogą.
Na gęsto zarośniętej twarzy Cobba pojawia się wyraz konsternacji. Małe niebieskie ślepia wpatrują się w cień, jakby sam widok Kadawra mógł sprawić, iż przestanie się brzydzić ideą spędzenia nocy w jego towarzystwie. Klatkę piersiową nudysty pokrywa zbita masa srebrzystych loków, najbardziej gęstych na mostku, skąd schodzą przez napuchnięty brzuch ku szalonej eksplozji włosów łonowych, spomiędzy których wystawia główkę krótki penis. Cobba i jego sprzęt widujemy już od trzech lat. Powinniśmy w końcu do tego przywyknąć i właściwie chyba się przyzwyczailiśmy, niemniej za każdym razem, gdy jego fiut rzuca mi znaczące spojrzenie, mam ochotę spytać, czy Naczelna Rada Naturystów uznałaby figowy listek za odzienie. Nie odzywam się jednak słowem i spoglądam przelotnie na dzieciaka, który wciąż świetnie udaje minę człowieka gotowego lada chwila coś lub kogoś rozwalić, po czym skupiam się na szklaneczce.
Widnieje na niej odcisk palca. Większego niż mój.
– Bardzo miło z twojej strony – rzuca wreszcie Cobb.
– Żaden problem.
Mam wrażenie, że ponad brzęk monet Kadawra przebija się grzechot kołowrotka, w którym przebiera łapkami chomik umysłu nudysty.
– Ale wiesz co? Zadzwonię lepiej do żony – dodaje po chwili Cobb. – Nic jej się nie stanie, jeśli po mnie przyjedzie. Nie o tej godzinie. Nie w nocy. – Klaszcze w dłonie tak radośnie, jakby właśnie wynalazł lekarstwo na raka. – Tak, na pewno też słyszała o burzy, więc musi mnie zgarnąć, nie? Żadna baba nie pozwoli swojemu facetowi łazić w taką pogodę po ulicy. – Rozgląda się w poszukiwaniu wsparcia i nie po raz pierwszy zazdroszczę Wintry’emu niemoty, ponieważ każdy wie, iż ściągnięcie żony nie będzie tak prostym zadaniem, jak się nagusowi wydaje. Dzień, w którym postanowił rozstać się z ubraniami, był jednocześnie ostatnim dniem, gdy ktokolwiek widział Eleanor Cobb w miasteczku. Oczywiście, zaczęliśmy się niepokoić, ale odwiedziłem ją w kilka tygodni po „odsłonięciu” jej męża i okazało się, że nie dolega jej nic poza śmiertelnym wstydem, który minie chyba dopiero wtedy, gdy Cobb włoży na siebie szorty lub wspomniany już figowy listek. Dlaczego jeszcze nie zostawiła małżonka, to kolejna z wielkich tajemnic tego świata.
– Możesz też wyjść teraz, zanim rozpada się na dobre – wtrąca dźwięcznie Flo. Ma przytłumiony głos, idealnie pasujący do otaczającej ją aury femme fatale z czarnego kryminału. Na jego dźwięk przeszywa mnie dreszcz – w pozytywnym sensie. – Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś się utopił na deszczu.
Cobb nie zwraca na nią uwagi. Ma alkohol i zamierza go dopić. Przy wtórze skrzypnięcia odwraca się z powrotem do baru.
– Mógłbym skorzystać z telefonu? – Spogląda na Gracie, która idzie na to ustępstwo, choć to automat na drobne i w zasadzie nikt nie musi pytać o pozwolenie. Koniec końców jednak, knajpa należy do niej i wszystko odbywa się tu inaczej. Dziewczyna z kamienną twarzą zgarnia z kontuaru jeden z jego dolarów i wrzuca mu w wyciągniętą dłoń cztery dwudziestopięciocentówki. Cobb uśmiecha się z wdzięcznością, zeskakuje ze stołka, po czym znika w krótkim korytarzyku prowadzącym do telefonu i ubikacji.
Nikt się nie odzywa.
Ciszę mąci jedynie miarowy brzęk monet Ka­dawra.
Kilka chwil później Cobb zaczyna rzucać do słuchawki soczyste przekleństwa.
Nikogo to nie zaskakuje.
Unoszę szklaneczkę i mamroczę „Za Niebieskiego Księżyca”, oddając cześć temu, który nie może tu być i pociągam pierwszy dziś łyk whiskey. Płyn pali mi gardło. Zasysam powietrze przez zęby. Flo podejmuje rozmowę z Wintrym, zakłada nogę na nogę i pochyla się ku niemu. Jeden z jej butów muska kostkę wielkiego czarnego mężczyzny i znów pojawia się we mnie zazdrość. Powtarzam sobie jednak, że pewnie przymila się do niego wyłącznie dlatego, że gość jest niemy i wydaje się raczej mało prawdopodobne, by kiedykolwiek zapytał ją o przeszłość. Po raz drugi w ciągu kilku minut żałuję, iż to nie mnie spotkała przypadłość Wintry’ego.
Cobb odwiesza hałaśliwie słuchawkę, klnie i wraca do baru, machając przy tym swoim sflaczałym fajfusem. Zamykam oczy, modlę się, by znieść jeszcze jedną noc ekshibicjonizmu starca, i skupiam się na ponownym napełnieniu szklaneczki.
– Nie było jej – mruczy, zanim ktokolwiek zdążył zapytać. Uderza otwartą dłonią w kontuar. – Polej, Gracie – domaga się. – To samo, co dostał Tom. Nie chcę marznąć, wracając.
Przez moment wydaje mi się, że Kadawer przypomni mu swoją ofertę, ale starzec jest po prostu chory, a nie głupi. Siedzi cicho i liczy swoje drobne.
– Mówisz, jakbyś mógł sobie stąd, ot tak, wyjść – zauważa Gracie ze wzgardą. – Uderzyłeś się w łeb czy może to już alkohol?
– On nie będzie mną rządził. – Cobb rzuca jej niezadowolone spojrzenie, niczym nadąsana nastolatka. W jego głosie nie słychać jednak przekonania, słowom brakuje prawdy. Ale ten wybuch nikomu nie przeszkadza, wszyscy bywalcy wiedzą, że kilka bojowych okrzyków nie zaszkodzi, zwłaszcza jeśli słyszą je tylko przyjaciele.
– Tom, myślisz, że on się dziś pojawi? – pyta Flo, okręcając kosmyk włosów wokół szkarłatnego jak krew paznokcia.
– Myślę.
Wzdycha i odwraca się do mnie plecami. Dziewczyna oczekuje pociechy, chce, bym jej powiedział, że może dzisiejsza noc będzie szczególna, że może okaże się pierwszą od lat sobotnią nocą, kiedy o jedenastej nie otworzą się drzwi i nie wejdzie przez nie wielebny Hill. Ja jednak nie mogę jej tego dać. Już dawno temu uświadomiłem sobie, że jestem marnym łgarzem i choć noszę na koszuli złotą odznakę, nikt nie powinien szukać u mnie nadziei. Ani niczego innego.
Z kąta sali dobiega mnie dźwięk przypominający chrzęst pękającej gałęzi. To Kadawer cmoknął. Najwyraźniej z którejś z miniaturowych wieżyczek spadła mu moneta.
Gracie znów udaje, że wyciera bar.
Cobb wpatruje się w swoje piwo i mamrocze coś pod nosem.
Co jakiś czas zauważam, iż Wintry obserwuje w lustrze moje odbicie. To, co widzę w jego oczach, może być troską lub nawet współczuciem. Na jego miejscu na pewno nie zajmowałbym się lustrem ani mną. Nie kiedy Flo dyszałaby mi do ucha. Poza tym ja nie potrzebuję współczucia, tylko pomysłów i rozwiązań, a nie sądzę, by ktokolwiek z obecnych wpadł na nie dziś czy kiedykolwiek.
Żar bijący z oczu dzieciaka siedzącego przy stole naprzeciwko parzy równie mocno jak ognisko w zimową noc.
To są właśnie moi przyjaciele.


Rozdział 2



Zegarek mozolnie przeciąga mijające sekundy. Krążąca powoli wąska i czarna wskazówka minutowa bezskutecznie próbuje zmieść z tarczy zbierający się od dekady kurz. Gdy wreszcie muska jedenastkę, a po nas – klientach – wciąż nie widać najmniejszej reakcji na upływ czasu, rozlega się grzechot deptanego podeszwami żwiru.
Wszyscy usiłują nie spoglądać na drzwi, ale atmosfera natychmiast gęstnieje tak, że pewnie dałoby się zawiesić w powietrzu siekierę.
Do baru wchodzi wielebny Hill, a wraz z nim pojawia się deszcz, i to nie mżawka, którą zapowiadał Kadawer, lecz rozbuchana, grzmocąca ze wszystkich sił w metalowy dach ulewa. Drań nie mógł wybrać sobie lepszego momentu, choć jeśli ta gwałtowna zmiana aury sprowokuje go do wygłoszenia improwizowanego kazania, będzie mieć problem z przekonaniem obecnych, iż to Bóg jest za nią odpowiedzialny. Nie uwierzylibyśmy, tak samo jak nie dalibyśmy wiary w to, że srebrne nici deszczu za jego plecami są sznureczkami, za które pociąga niebiański lalkarz.
Duchowny zamyka burzę na zewnątrz, drzwi jęczą specjalnie dla niego.
Nie przystaje, by przyjrzeć się kolejno nam wszystkim, jak zrobiłby to każdy inny, nie ocenia towarzystwa, nie przelicza grzeszników. Nie, pewny krok niesie jego smukłą, odzianą w czerń postać prosto do baru, za którym Gracie przerwała wycieranie i teraz obdarza przybysza mniej więcej takim spojrzeniem, jakie chłopak ze stolika obok ciska we mnie. Tyle że oczywiście Kyle nie patrzy w tej chwili na mnie. Wszyscy wbijają wzrok w duchownego.
Miasteczko Milestone ma poważnego pecha, podobnie jak ci, którzy nazywają je domem. Z drugiej strony, trzeba uczciwie przyznać, że z czasem mogliśmy zbytnio przywyknąć do obarczania winą za wszystko, co nas spotyka, losu lub przypadku. Bardziej prawdopodobne jest, iż ludzie źli, tudzież osobistości z większym ładunkiem tajemnic, niż mogli tolerować ich dawni sąsiedzi, sami tutaj ściągają, tu, gdzie nikt nie zadaje zbędnych pytań, a opinie o bliźnich wyraża się spojrzeniami, nigdy za pomocą słów.
Gdy do miasta przybył wielebny Hill i zajął oczekujący od około trzech lat wakat, przywiózł ze sobą nadzieję, że duchowe przewodnictwo odpędzi czarne chmury, jakie zawisły nad mieszkańcami Milestone, w chwili gdy wielebny Lewis skorzystał ze swego paska, starego rozklekotanego krzesła oraz belki pod sufitem sypialni, by przyśpieszyć randkę ze Stwórcą.
Zgodnie jednak z miejską tradycją szczególnego pecha – czy jakkolwiek to nazywać – Hill przepełnił Milestone nie nadzieją, lecz strachem.
– Rum, moje dziecko – rzuca do Gracie i opiera się o kontuar tuż obok Cobba. Nie próbuje nawet ukryć obrzydzenia dla nagości sąsiada. Wielebny ma paciorkowate, zbyt skupione, zadufane i przenikliwe oczy o zupełnie nieokreślonym kolorze. Jestem pewien, że te ślepia widzą przez ściany, co mogłoby wyjaśniać, dlaczego nikt w Milestone nie chadza już do spowiedzi. Obdarzony został brwiami, za jakie mogłaby zabić kobieta – są równe i łukowato wygięte niczym sklepienie nawy w kościele. Ma długi i cienki, rozszerzający się na czubku nos, który zapewnia jego płucom wystarczającą ilość powietrza, by mógł się na nas wydzierać, i usta o cienkich wargach, wyglądające jak blizna nad spiczastą brodą. Na oko można by rzec, że dociąga do sześćdziesiątki, ale jego wiek wydaje się zmieniać wraz z nastrojem. Przyćmione światło opływa gładko zaczesane do tyłu, ufarbowane na czarno włosy. W tym facecie wszystko jest sztuczne, co odkryliśmy niebawem po jego przyjeździe do miasta.
Niektórzy utrzymują, że jest diabłem.
Ja nie, choć głowę dam sobie uciąć, że obaj dobrze się znają.
– Dobry wieczór, ojcze – mówi Cobb, nie patrząc na duchownego. Cobb boi się Hilla. Podobnie jak my wszyscy, ale to nudysta jest jedynym, który go wita.
– Jak sądzisz, co myślą dzieci z Milestone, gdy widzą cię spacerującego po ulicy z narzędziem grzechu na wysokości ich twarzy? – pyta go wielebny głośniej, niż to konieczne. – Nieskromność to stopień na drodze do piekła. Czyżbyś fałszywie uznał, że nagość zbliża do boskości? Uważasz może, że twój „dar” zwalnia cię od przestrzegania ogólnie przyjętych zasad przyzwoitości?
Całe ciało Cobba zalewa różowy rumieniec. Nie odpowiada.
Wielebny szczerzy się w uśmiechu. Wielkie jak klawisze pianina zęby połyskują wilgocią. Gracie stawia przed nim zamówiony napój. Nie czeka na pieniądze.
Z niepokojem zauważam, że ze ściśniętym gardłem i niemal konwulsjami w brzuchu próbuję zdusić wybuch śmiechu. „Narzędzie grzechu” to tandeta, nawet jak na standardy kazań Hilla. Jasne, za każdym razem, gdy go widzę, dostaję gęsiej skórki, ale mimo iż wiem, że w tej sytuacji nie ma nic zabawnego – że to, co się dzieje co sobota o tej samej porze w jedynym działającym w Milestone barze, wcale nie jest śmieszne – nie mogę się powstrzymać. Ta mimowolna wesołość musiała odbić się na mojej twarzy, gdyż czarne jak węgiel oczy Hilla odrywają się od zaróżowionego cielska Cobba i spoczywają na mnie. Zadowolony wyraz twarzy duchownego znika tak nagle, jakby ktoś go zdzielił w pysk.
– Coś cię bawi, Tom?
– Nie.
– Na pewno?
– Tak.
– Twój uśmiech mówi co innego.
– Czy w dzisiejszych czasach można jeszcze ufać uśmiechom, ojcze? Ja twojemu nie wierzę.
To wystarczyło, by znów się wyszczerzył. Zgarnia z baru rum i podchodzi do mojego stolika pewnym krokiem człowieka, który uwielbia swoją robotę, kogoś, kto z przyjemnością przywoła do porządku miejskiego szeryfa. Odsuwa krzesło naprzeciwko, siada i przygląda mi się przez chwilę. Czuję się jak padlina oceniana przez głodnego sępa.
Jego twarz jest tylko o jeden ton ciemniejsza niż biały prostokącik koloratki.
– Chcę cię o coś zapytać, Tom.
– Strzelaj.
Na to Hill spogląda przez ramię, tam gdzie nadal poci się dzieciak. Idę o zakład, że teraz ten pot jest lodowaty. Wielebny zwraca się na powrót ku mnie i mruga porozumiewawczo.
– Pewnych życzeń lepiej nie wypowiadać na głos. Ktoś mógłby je spełnić.
– On sam nie wie, co robi – odpowiadam, upijając łyk whiskey. Piwo to łagodny napój, wymaga jednak pewnej cierpliwości; whiskey wali prosto w mózg, a tego właśnie potrzebuję, skoro mam grać twardziela przed jedynym gościem w mieście, który budzi mój strach. – Powinien raczej polować na ciebie.
Grzmot wstrząsa dachem, błyskawica rozjaśnia przydymione szyby, oświetlając spływające po nich kropelki deszczu.
– Możliwe – mówi wielebny. – Ale ma dość oleju w głowie, żeby nie strzelać do duchownego. Nosi w sobie słuszny lęk przed Bogiem. Szuka zemsty, a nie potępienia.
– Na to już trochę za późno, nieprawdaż?
Rozbawiony Hill wykrzywia usta.
– Nie jestem pewien, czy rozumiem. Wyjaśnisz?
Postanawiam nie zaspokajać jego ciekawości.
– Więc kto dzisiaj?
Kadawer przestaje przeliczać swoje monety.
– Konkretny facet, co? To mi się podoba.
– Przestań pieprzyć i odpowiedz.
Cmoka.
– Bluźnierstwa. Znamię ignorantów.
Żałuję, że nie ma racji. Chciałbym być ignorantem, chciałbym nie mieć pojęcia, że siedzimy przy drinku i wciskamy sobie wzajemnie szpile z pastorem, który może być nawet samym diabłem. Wtedy przynajmniej nie wiedziałbym, co nastąpi za moment.
– Więc kto dziś pojedzie? – pytam i odwracają się ku nam wszyscy poza Wintrym. Wielkolud wciąż patrzy w lustro.
Wielebny sięga do kieszeni i rzuca mi na blat kluczyki samochodowe.
– Ty – mówi i cała moja, z trudem zebrana odwaga sypie się w drobny mak. Równie dobrze mógłby wcisnąć mi granat do gardła i zamknąć mnie w żelaznej skrzyni. Wypuszczam powietrze spomiędzy drżących lekko warg. Nikt w knajpie nie oddycha z ulgą, ale widzę, jak rozluźniają się – nieco – napięte ramiona i znów słyszę brzęk monet Kadawra, który wraca do układania swoich stosików.
Na stole leży pęk sześciu kluczy. Trzy z nich otwierają drzwi budynku z prefabrykatów, który udaje moje biuro. Dwa pasują do frontowych i tylnych drzwi budynku z prefabrykatów, który udaje mój dom. Ostatni to kluczyk do mojej półciężarówki. Upadły tak, że jeden sterczy ku górze, mierząc prosto w wielebnego. To nie przypadek.
– Znasz zasady – mówi, opierając się wygodniej na krześle. – Na twoim miejscu nie byłbym aż tak zaskoczony. Przecież dość długo udawało ci się migać, prawda?
Twarz wielebnego puchnie ze złośliwej satysfakcji. Podejrzewam, że gdybym zdzielił go w tej chwili w pysk – do czego namawiają mnie wszystkie komórki ciała – głowa pękłaby mu niczym balonik. Bez względu jednak na to, ile zadowolenia mogłoby mi to przynieść, nic nie zmieni faktu, iż tej nocy pojadę ja. Hill jest, co prawda, skurwysynem, ale jest też jedynie kurierem, chłopcem na posyłki. Wyrządzając mu krzywdę, niczego nie zyskam.
– Tom, do diabła z tym, ja za ciebie pojadę – odzywa się Cobb. – Przynajmniej ukryję się przed deszczem. Poza tym obiecałem staremu Niebieskiemu Księżycowi, że zawiozę mu butelkę czegoś mocniejszego. Dwie pieczenie przy jednym ogniu. – Uśmiecha się nerwowo i rozgląda, szukając powszechnej aprobaty, lecz jej nie otrzymuje. Nikt poza mną nawet na niego nie patrzy. Nie mówię tego, ale jestem mu wdzięczny. Wiem, że robi to tylko z jednego powodu – chce zostać zauważony, zapamiętany nie tylko ze względu na swój dar. Może nawet próbuje właśnie odwrócić od niego uwagę. Może mówi: „Hej, patrzcie wszyscy! Koniec końców, jestem taki sam jak wy!”. To jednak nie działa. Sądzę, że – podobnie jak pozostali – jest zmęczony próbowaniem, zmęczony wyczekiwaniem tu w każdą sobotnią noc na to, by dowiedzieć się, że musi kogoś zamordować.
Biorąc pod uwagę jego szczególną umiejętność i to, co musiał robić w przeszłości, dla niego ta sytuacja jest o wiele trudniejsza niż dla większości z nas. Zupełnie jakby był piłeczką, którą Bóg i diabeł grają ze sobą w ping-ponga. Wiem także, iż nawet gdyby wielebny się zgodził, Cobb nie postąpiłby dziś zgodnie z regułami. Możliwe, że zjechałby moją ¬starą, rozklekotaną półciężarówką z mostu nad Willow Creek i utonąłby z uśmiechem na ustach, a biedny Niebieski Księżyc Biegnący Niedźwiedź musiałby jeszcze przez jakiś czas obejść się bez swojej whiskey.
– To z twojej strony bardzo szlachetne – podejmuje znudzonym tonem Hill – tyle że tu nie chodzi o dodatkową zmianę w tartaku. Nie ma zastępstw. – Mierzy Cobba spojrzeniem od stóp do głów. – Ale się nie martw. Przyjdzie i twoja kolej. Masz już ten samochód?
– Żona nie pozwala mi nim jeździć. Nie tutaj. Nie kiedy wie, że będę pić.
– Więc albo skłam, albo rzuć chlanie. Zdobądź ten wóz.
– W porządku.
Cobb rzuca mi pełne współczucia spojrzenie. Macham zdawkowo ręką i zwracam się do pastora:
– Kto to ma być?
Wielebny wyjmuje z kurtki paczkę papierosów Sonoma Light.
– Ma ktoś ogień?
Nikt się nie przyznaje, więc Gracie rzuca mu zapałki. Hill, nawet nie patrząc, chwyta je w powietrzu – sztuczka robi wrażenie i zostaje mi po niej tylko niespełnione życzenie, by pudełko wypadło mu z dłoni. Zapala i mrużąc oczy, wpatruje się we mnie na wskroś błękitnego pióropusza dymu.
– Chcesz znać nazwisko?
– Nie. Wolę móc choć czasami spać po nocach. Chyba że i to zamierzasz mi odebrać.
– No proszę, słuchajcie tylko! Mówisz, jakbyś to ty był tutaj ofiarą! – Śmieje się i obraca na krześle w kierunku baru. – Tak właśnie wszyscy myślicie? Że to ja jestem tym złym, który przybył, by zniszczyć wasze życie? – Znów się wierci, tym razem spogląda na Kadawra i dzieciaka. – Uważacie, że jesteście niewiniątkami, niesprawiedliwie zmuszonymi do wypełniania poleceń jakiejś nikczemnej siły wyższej? – Kręci głową zdumiony. – Nie oszukujcie się, koledzy. Zanim tu przyjechałem, trwaliście zawieszeni w czyśćcu, czekając na decyzję co do swego dalszego losu. I powinniście być mi wdzięczni, że jeszcze nie smażycie się wszyscy w ogniu piekielnym.
– Czyli to wciąż nie jest piekło?
Pochyla się bliżej, widzę jego ciemne oczy i dwie nitki dymu, wijące się z szerokich nozdrzy.
– Nawet nie przedsionek, glino.
Patrzymy na siebie ponad blatem. Próbuję sprowokować dzieciaka, by wystrzelił. Nie obchodzi mnie, kogo trafi. Ale młody ani drgnie. Siedzi tylko i gapi się, podobnie jak pozostali. Deszcz wciąż pada, a burza huczy. W barze „U Eddiego” jednak nie rozlega się żaden dźwięk, póki nie odzywam się ja.
– Wiesz, to się kiedyś skończy. – Groźba jest zupełnie bez pokrycia. Chcę, by się to skończyło, chcę, by wszystko wróciło do czasów, zanim zginęła moja żona; zanim ten chłopak wbił sobie do głowy, że moja czaszka wyglądałaby lepiej, gdyby rozsmarował ją na ścianie; zanim wszyscy skończyliśmy tu jako niewolnicy własnych grzechów. Na to już jednak za późno. Nie ma odwrotu. Sprawy zaszły za daleko. Hill dobrze o tym wie, jest cholernik pewny, że każdy z nas pojawi się tu w następną sobotnią noc i w jeszcze kolejną, i potem także, póki nie spłacimy długu, którego wysokość ustalił on czy – ściślej – którego wysokość ustalił ten, komu on służy.
Dziś jednak to jeszcze nie jest ta noc i gdy błękitne światło błyskawicy wypełnia szczeliny w ścianach obskurnego baru, wysuwam rękę i przyciągam kluczyki ku sobie.
– Wiem, że się skończy – odpowiada wielebny i milknie, by się zaciągnąć. – Dzisiaj skończy się dla ciebie.
Zaciskam pięść na kluczach i pozwalam im wbić się w moją dłoń.
– Dostaniesz złodzieja i jego dziewczynę – ciągnie. – Ten facet strzelił prosto w twarz chłopakowi ze stacji benzynowej, zabił też kobietę i ranił małą dziewczynkę. Dziewczyna jest kurwą i narkomanką. Nikt za nimi nie zatęskni.
– Zatęskni. Zawsze ktoś tęskni.
Duchowny znów opiera się wygodnie i uśmiecha.
– Nie będziemy się tym martwić.
– Może ty nie będziesz.
– Wynurzenia z głębi twego dobrotliwego serca zaczynają mnie już nieco nużyć, Tom.
– Ciekawe słowa jak na pastora.
Jego uśmiech gaśnie.
– Lepiej już ruszaj, szeryfie. Miasto cię potrzebuje.
Dopijam to, co zostało z whiskey, i dla towarzystwa zgarniam butelkę. Hill nie będzie mieć nic przeciwko – lubi, kiedy jesteśmy pijani i posłuszni – a choć Gracie pewnie się wkurza, że straci parę dolców, ona też nie powie mi słowa. Rozumie, na czym polega mokra robota.
Wstaję i pobrzękuję kluczykami.
– Kiedy to się wreszcie skończy, to ty trafisz do piekła.
Hill nie odpowiada. Zamiast tego przysuwa sobie moją szklaneczkę i przykłada kciuk do wciąż niestartego odcisku. Pasuje idealnie. Chichocze i obraca się wraz z krzesłem przodem do baru. Flo unika jego spojrzenia i kładzie dłoń na łapie Wintry’ego. Pozostali wracają do – straszliwie marnie odegranego – udawania, że wszystko jest w porządku.
Za moimi plecami Cobb nadal mamrocze pod nosem.
Te kilka kroków do drzwi wydaje się mi spacerem skazańca na krzesło elektryczne. Migoczące za oknem błyskawice dodatkowo wzmacniają wrażenie.
Docieram do wyjścia i chwytam mosiężną klamkę. Kolejny piorun oświetla szkieletowy profil twarzy, smukłe cienie wieżyczek z monet wydają się nożami dźgającymi Kadawra w pierś. Starzec wygląda przez okno. W jego oczach wzbiera ciemność.
– Ktoś idzie – odzywa się głosem, który ma uchodzić za szept.
I wtedy to słyszę. Śpiesznie stawiane kroki, niepewne szuranie – cofam się w samą porę, by kawał podniszczonej dębowej deski nie zmiażdżył mi twarzy. Drzwi otwierają się z siłą, która niemal wyrywa je z zawiasów. Do środka wpadają deszcz, wiatr i cienie. Nie wiedząc i nie przejmując się tym, kto stoi w progu, skaczę naprzód, opieram dłoń na piersi przybysza i wypycham go z powrotem na burzę.
– Wypad stąd! – wołam głosem tak twardym, na jaki tylko pozwalają mi okoliczności. Hill byłby zachwycony – nowi uczestnicy jego przeklętej gry. Kimkolwiek jednak jest osoba, którą próbowałem zniechęcić, wydaje z siebie głuchy pomruk, obraca się na pięcie, odzyskując równowagę, opiera o drzwi i wyciąga rękę w moją stronę. Stoję gotów na wszystko.
Na wszystko poza pistoletem, który nagle wy¬mierzono mi w twarz. Ze stalowej lufy kapie deszczówka.
– Wracaj, kurwa, do środka – rozlega się męski głos, po czym z ciemności wyłania się chwiejnie kobieta i pada na podłogę. Ściekająca z niej woda ma różowy odcień. Przemoczona dziewczyna paskudnie krwawi, ale całą uwagę skupiam teraz wyłącznie na czarnym oku pistoletu, zawieszonym ledwie trzy cale od mojego nosa.
– Flo, Gracie… Niech któraś pomoże pani! – wołam przez ramię.
– Nie ważcie się jej tknąć – uprzedza mężczyzna. Wciąż nie widzę jego twarzy. Jest tylko głosem i jasnym rękawem, zakończonym koltem kaliber .45.
Zaczynam mieć dość celujących we mnie luf.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-10-31 (934 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej