Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Serce teściowej
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''To ciało, Michaela Chandlera'' - Howard E. Gibson



Videofon w pokoju mieszkalnym na 47 piętrze Brooklyn Flat włączył się bez najmniejszego ostrzeżenia. Wąska twarz starszego mężczyzny stopniowo wypełniła cały ekran. Intruz milczał.
Jego głowa osadzona na stosunkowo grubej, acz wiotkiej szyi trzęsła się teatralnie. Na pierwszy rzut oka nie można było jednak ocenić, czy ze starości czy z podniecenia.
Oczy starca błądziły nerwowo po ekranie, jakby rozglądał się panicznie. Wydawało się, że wiele dałby za to, by móc wedrzeć się do pokoju. W końcu jego spojrzenie zatrzymało się na wymiętym posłaniu. Wybrzuszenie pod pierzyną było najwyraźniej znaleziskiem, jakiego oczekiwał, bo odchrząknął głośno i odezwał się.
− Panie Chandler!? Halo? – Tu nastąpiła krótka przerwa, starzec założył na nos okropnie duże okulary i pochylił się, żeby lepiej widzieć. – Panie Chandler! Obudź się pan, na litość boską!
Pod pierzyną się zakotłowało. Można było nawet usłyszeć przenikliwy dźwięk wypuszczanego z płuc powietrza. Najprawdopodobniej osoba, znajdująca się do tej pory w ukryciu, została wytrącona z bardzo głębokiego snu. Ruch jednak ustał równie gwałtownie, jak się zaczął.
− Nie śpi już pan, panie Chandler? – mężczyzna z wideofonu nie dawał za wygraną. Wyglądał na jeszcze bardziej zniecierpliwionego.
– Musimy porozmawiać. Natychmiast!
Tym razem pierzyna poruszyła się tylko minimalnie. Wystarczająco jednak, by odsłonić długie rozczochrane włosy i wielkie jak spodki oczy Michaela Chandlera. Mężczyzna obudził się właśnie z bardzo głębokiego snu. Nie zdawał sobie w tej chwili sprawy z tego, gdzie jest, ani tym bardziej, co robi w jego pokoju gadająca głowa. W sumie ten blisko trzydziestoletni osobnik nie był w stu procentach przekonany, czy sen, który przed chwilą go męczył, właśnie się zakończył. Prawdę mówiąc, gdyby miał obstawiać...
− Niech pan się mnie nie boi i zachowuje jak prawdziwy mężczyzna! Przecież pana nie ugryzę!
Starzec próbował się uśmiechnąć. Widać, dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jego nagłe wtargnięcie mogło wytrącić gospodarza z równowagi. Skarcił się w myślach za swoją głupotę. Jego głównym zadaniem było zachowanie pełnej kontroli nad wydarzeniami tego poranka. Zwłaszcza nad reakcjami i zachowaniem samego Michaela. W końcu informacja, którą miał mu przekazać, nie należała do najprzyjemniejszych, nie wspominając nawet o zadaniu, jakie czekało tego nieświadomego niczego człowieka.
− Nazywam się Aleksander Pawłow. Jestem profesorem, głównym koordynatorem Ośrodka Badań Pozaziemskich – mówił starzec tonem bardzo spokojnym i rzeczowym. Zmiana strategii rozmowy była bardzo czytelna. Na szczęście w tej chwili nie mogło to budzić podejrzeń. – Czy pan rozumie, co do niego mówię?
Michael Chandler zdążył już usiąść na łóżku i opuścić stopy na podłogę. Przesuwał nimi nerwowo po dywanie, próbując po omacku odnaleźć kapcie.
− My się nie znamy! – Odrzucił pierzynę, która krępowała jego ruchy i przyjrzał się uważniej głowie z ekranu. Wytarł wierzchem dłoni strużkę śliny z policzka. – Pan się wyłączy, zanim zadzwonię do Biura Skarg i Zażaleń. Odłączą panu numer za takie wtargnięcie. Łamane są tu podstawowe przepisy prawa.
Zakaz nachalnej reklamy i działań videokrążców zostały wpisane do konstytucji!
− Proszę pana, nie jestem videokrążcą! – Profesor Pawłow z wrażenia aż zdjął okulary. – Kontaktuję się z panem w ważnej sprawie. Tu chodzi o pana życie, Chandler!
− No tak! − Michael wstał z łóżka i spojrzał na zegarek. – Pewnie ma pan rację! Te reklamowe numery znam na pamięć.
Już mama mówiła, że bez nowego odświeżacza do ust żyć się nie da! To właśnie chcecie mi sprzedać? A może nowy turboodkurzacz? Szybki, sprawny i jak ciągnie?
Chandler pamiętał doskonale najnowszy spot reklamowy krążący w sieci. Nie zastanawiał się dłużej. Chwycił w dłoń pilota, małe, płaskie urządzenie kontroli videofonu, i z pełnym satysfakcji uśmieszkiem nacisnął czerwony guzik.
− I? – Profesor z zainteresowaniem obserwował jego wysiłki.
− I nic! – odpowiedział zgodnie z prawdą Michael. Pilot nie zadziałał. – Pewnie baterie?
− Obawiam się, że nie. – Pawłow pokręcił głową, marszcząc w zamyśleniu brwi. Wyglądał, jakby przejął się niepowodzeniem Michaela. Siwe kosmyki opadły mu na wysokie czoło.
Odgarnął je nerwowym ruchem dłoni. – Moi technicy zadbali o stabilność przekazu.
− Taaak?! – zdziwił się głośno Chandler.
Uderzył dwukrotnie pilotem w udo. Jednak ten zabieg nie przyniósł pożądanych efektów. Spojrzał ponownie w ekran i z namysłem podrapał się w świeży zarost. W końcu uśmiechnął się, najwyraźniej zadowolony, że rozwiązanie wreszcie przyszło mu do głowy i podszedł do videofonu.
− Ale na to ci twoi technicy sposobu nie znaleźli!
– powiedział. Wyszarpnął wtyczkę z centralnego gniazdka i uniósł ją wysoko w radosnym geście triumfu.
− Znaleźli. – Profesor uśmiechnął się przepraszająco. Najwyraźniej nie miał najmniejszego zamiaru zniknąć z ekranu. – Przykro mi, Chandler. Musi pan wysłuchać tego, co mam do powiedzenia. Nie opierałbym się zresztą za bardzo. To dla pańskiego dobra.
Michael ponownie usiadł na łóżku. Odruchowo sprawdził, czy odłączył odpowiednią wtyczkę. Odłączył. Videofon działał nadal, bez wątpliwości. Teraz sposobem znanym już tylko sobie.
Podobnie profesor Pawłow, patrzył z ekranu tym samym natrętnym spojrzeniem. Można było podejrzewać, że przeszywa cały pokój promieniami rentgena.
Krępującą ciszę przerwał dopiero dzwoniący budzik. Michael zareagował na ten dźwięk co najmniej nerwowo. Podskoczył ze strachu i z mocno bijącym sercem spojrzał na cyferblat.
Jedno musiał przyznać natrętowi. Miał niezłe wyczucie, wtargnął tuż przed planowaną pobudką.
− Proszę opuścić mój pokój! – Chandler wreszcie zadziałał bardziej zdecydowanie. Zdobył się nawet na podniesienie głosu. Chciał dodać sobie animuszu wszelkimi sposobami, a ten wydawał się najlepszy. – Jeśli pan tego nie zrobi w ciągu najbliższej minuty, zadzwonię na policję!
Michael założył ręce na piersi. Przeszło mu przez myśl, że wygląda w tej chwili zupełnie tak, jak pradziadek z rodzinnej fotografii i przechowywanej w kredensie przez babcię. Pradziadek był żołnierzem i w wojsku dosłużył się stopnia porucznika. Podobno był bardzo silnym i zdecydowanym mężczyzną. Niestety, Chandler nie zdążył go poznać. Zanim przyszedł na świat, pradziadek zginął podczas tłumienia rozruchów na jednym z księżyców Jowisza. A geny, tak cenione u przodka, dziwnym trafem musiały prawnuka ominąć.
− Obawiam się, że z tego videofonu nie będzie mógł pan skorzystać. – Profesor uśmiechnął się najspokojniej, jak potrafił. Za żadne skarby, nie chciał doprowadzać swojego rozmówcy do ostateczności. Trudno było przewidzieć, co przyjdzie obiektowi do głowy, ludzie w laboratorium wciąż pracowali nad jego rysem psychologicznym. – Po pierwsze całkowicie zawładnąłem tym sprzętem, a po drugie... to już bardziej przyziemna sprawa, nie zapłacił pan rachunku za użytkowanie.
Chandler poczuł, jak uchodzi z niego powietrze, a wraz z nim znika wystudiowana, władcza poza. Rzeczywiście, ostatnimi czasy rachunki płacił nieregularnie. Pensja wystarczała mu zaledwie na przeżycie. W sumie niemal wszystko szło na opłacenie apartamentu z wyśnionym aneksem kuchennym.
Mimo to nie miał zamiaru dać za wygraną.
– Wyniesie się pan, do jasnej cholery? Czy nie?! – Zatrząsł się z nerwów. Chciał nawet wyładować swoją frustrację na videofonie.
Oparł się jednak nagłej pokusie chwycenia wazonu i ciśnięcia nim w wielką twarz intruza. Sprzęt był zbyt drogi. Służył mu jako telewizor i kwadrofoniczny odtwarzacz kompaktowy.
Do dzisiaj nad Michaelem wisiały niespłacone raty.
− Może da mi pan wreszcie szansę? – Pawłow zupełnie nie rozumiał rozterki swojego rozmówcy. Był człowiekiem stworzonym do wyższych celów i przyziemne emocje, takie jak zaskoczenie czy frustracja, w jego profesorskim życiu nie grały najmniejszej roli. Swoje własne postrzeganie świata przekładał na innych ludzi i uważał je za jedyne dopuszczalne. – Otóż sprawa dotyczy pana, a właściwie, jakby to ująć... pańskiego ciała, panie Chandler.
Tu profesor zrobił pełną napięcia przerwę. Michael uniósł wysoko brwi. Nie poruszył się jeszcze przez dłuższą chwilę.
Potem dał za wgraną. Postanowił zupełnie nie zwracać uwagi na natręta. Wstał z łóżka, zdjął pidżamę i ruszył w kierunku łazienki.
− Dobra decyzja, Chandler! Niech pan ochłonie pod prysznicem! Jak pan skończy, będziemy kontynuować naszą rozmowę! – krzyknął za nim profesor. Nie zależało mu na pośpiechu. Wręcz przeciwnie. Musiał przytrzymać Michaela jak najdłużej w domu, zanim dotrą do niego zaufani ludzie z Instytutu. − Pan się odświeży, uspokoi, a potem wszystko wyjaśnię i zaczniemy działać! Pan się nie martwi o swoje ciało! Wspólnymi siłami ze wszystkim sobie poradzimy!


* * *



Sanders Macloud czekał na moment, w którym negocjatorzy zaczną wychodzić z budynku. Doświadczenie podpowiadało mu, że w tej chwili wśród terrorystów zapanuje mimowolne rozluźnienie. W tym upatrywał szansy, którą bezwzględnie należało wykorzystać.
Sprawdził broń. Blaster był gotowy do użycia. Przełączył go kciukiem prawej dłoni na bliski zasięg. Czekała go konfrontacja w małych pomieszczeniach, nie mógł dopuścić, by doszło do przypadkowych ofiar wśród zakładników.
Pokonał kilka kolejnych metrów szybu wentylacyjnego. Czołgał się ostrożnie. Nie chciał wywołać najmniejszego szmeru. Musiał dotrzeć niezauważony do pomieszczenia na zapleczu Ambasady. Przytłumione światło kontrolne naprowadziło go na kratę zabezpieczającą. Spojrzał w dół, ocenił sytuację. Nie wyczuwał zagrożenia. Wyglądało na to, że teren jest czysty.
Podważył aluminiową ramę i odsłonił wejście. Odczekał kilka sekund, a potem opuścił się na podłogę. Pudła z aktami były porozrzucane po pomieszczeniu. Dębowe regały opierały się o ściany pod nienaturalnym kątem. Przypominały poprzewracane kostki domina. W każdej chwili mogły runąć na ziemię. Na szczęście żaden z nich nie zatarasował drzwi prowadzących do największego pomieszczenia Ambasady.
Trzech terrorystów przetrzymywało tam blisko dwudziestu zakładników. Sanders spojrzał na zegarek. Właśnie w tej chwili Artur Vinci, policyjny negocjator, wycofywał się z budynku. Zgodnie z ustaleniami, chwilę wcześniej miał zablefować. Terroryści powinni uwierzyć, że większość ich żądań zostanie spełniona. Macloud był pewien, że wszystko odbywa się według ustaleń. W kłamstwie Vinci nie miał sobie równych. Teraz przyszła kolej na jego ruch. Jeśli nie zdecyduje się na interwencję, szanse radykalnie stopnieją. Z kieszeni skórzanej kurtki wyjął urządzenie, w które zaopatrzono go dziś rano. Ciekłokrystaliczny ekran z cienkim jak nitka światłowodem. Sanders zbliżył się do drzwi po czym przepchnął kabelek przez dziurkę od klucza. Aktywował urządzenie i spojrzał na obraz przekazany przez szerokokątny obiektyw. Macloud, przed samym wejściem do Ambasady, przestudiował plan obiektu i uznał rozplanowanie pomieszczeń za szczęśliwe dla siebie. Jego uwadze nie uszedł fakt, że drzwi zaplecza, w którym teraz się znalazł, nie były widoczne od strony sali, gdzie przetrzymywano zakładników. Policyjne maszyny kontrolne we wstępnych analizach oceniły szanse powodzenie interwencji jako wysokie. Dlatego został wysłany.
Macloud jednak nigdy nie polegał na tego typu analizach. Poznał życie wystarczająco dobrze, żeby widzieć, że istnieje coś takiego jak czynnik niepoddający się żadnym liczbom i statystykom.
Przez ułamek sekundy na ekranie mignęła postać jednego z terrorystów. Był odwrócony tyłem do zaplecza. Całą uwagę poświęcał temu, co działo się w głównym holu i szybko znikł z zasięgu kamery. Palce Sandersa wprawnie przesunęły się po plastykowych guziczkach. Powiększył kilka sektorów, przyglądając się uważniej miejscu, w którym za chwilę miał się znaleźć.
Musiał się upewnić, że otwarcie drzwi nie zostanie zauważone, a on sam będzie miał wystarczająco dużo miejsca, by się swobodnie przemieścić.
Po chwili potwierdził swoje obliczenia i odłożył urządzenie.
Nadszedł czas na przekazanie umówionego sygnału do centrali. Podciągnął lewy rękaw i wcisnął umieszczony w zegarku nadajnik, przekazując pojedynczy sygnał. Reakcja była natychmiastowa. Powietrze przeszył ostry dźwięk megafonu, dobiegający z ulicy nawet do uszu Maclouda. Kapitan Gunters przekazywał terrorystom kolejne informacje. Był to znak dla Sandersa, by przystąpił do działania.
Przysunął się do ściany przy drzwiach i wyciągnął z kieszeni elektroniczny wytrych. Przyłożył go do zamka i odczekał, aż urządzenie dopasuje do niego swój kształt. Już po chwili nacisnął klamkę i uchylił minimalnie drzwi. W dłoni znów znalazł się blaster. Sanders błyskawicznie ocenił sytuację i wśliznął się do pomieszczenia, zamykając za sobą przejście na zaplecze. Przesunął się wzdłuż ściany i zatrzymał dopiero przy jej końcu. Tu przykucnął i na ułamek sekundy wychylił zza węgła. Zobaczył wnętrze holu. Dostrzegł większość zakładników, leżeli na podłodze, twarzą do ziemi. Dłonie mieli założone na głowę. Trzech masywnych Cyntaksów nerwowo poruszało się po pomieszczeniu. Przypominali lwy zamknięte w klatce. Byli uzbrojeni po zęby. Tak jak można było się spodziewać, całą uwagę poświęcali zrozumieniu słów Guntersa.
Sanders wychylił się ponownie. Upewnił się, że jeden z terrorystów ma przypięty do klatki piersiowej ładunek wybuchowy. Tego musiał zdjąć w pierwszej kolejności. Wyprostował się. Uniósł broń, ściskając kolbę w obu dłoniach i wkroczył do holu. Nikt go nie zauważył. Wymierzył dokładnie, w głowę obwieszonego plastikiem Cyntaksa. Nacisnął delikatnie spust. Głowa terrorysty odskoczyła i rozerwała się w fontannie krwi. Sześć par gumiastych odnóży przeszył śmiertelny dreszcz. Zaskoczenie było totalne. Dwaj pozostali przy życiu obcy nie zdążyli odpowiedzieć ogniem. Sanders zlikwidował ich w ułamku sekundy. Nie mieli żadnych szans, tak jak wielu ich poprzedników.
Wyszedł z budynku Ambasady na ulicę. Kilkanaście policyjnych samochodów otaczało gmach półkolem. Błękitnokrwiste pulsujące światła odbijały się od szyb okolicznych budynków. Policjanci nerwowo biegali z miejsca na miejsce. Jak zwykle zupełnie bez celu. Sanders nie zwracał na nich uwagi. Spojrzał w niebo. Właśnie zaczął siąpić drobny, kłujący policzki deszcz. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio nad miastem zebrały się burzowe chmury. Wiedział, że mżawka zaraz minie, równie szybko jak się pojawiła. A szkoda. Równie dobrze mogłoby padać do końca świata, do chwili aż woda zmyje cały ten bród i zatopi to cholerne miasto, i planetę. Macloud przekroczył parującą ciepłem ulicę, minął kilku gapiów i skierował się w stronę najbliższego pubu.
O tej porze nie było tu wielu klientów. Mimo to mężczyzna za barem zmierzył go nieprzychylnym wzrokiem. Być może nie lubił, gdy ktoś zakłócał mu spokój. Macloud podszedł do lady i rzucił na blat banknot o wysokim nominale. Wskazał palcem trunek, na który miał ochotę. Kiedy go dostał, ruszył w głąb pomieszczenia. Usiadł za przepierzeniem, tak by poczuć, że jest w stanie odciąć się od świata. Odsunął stojący na stoliku wazon ze sztucznym kwiatkiem, a na jego miejscu postawił szklankę z podwójną whisky. Dłonie oparł na brudnym obrusie.
Zamyślił się. Odczuwał zmęczenie, którego nie powinien czuć. Targały nim uczucia, których nie powinien mieć. Gdzieś w środku zalągł mu się robak, trawiący wszystko, co napotkał na swej drodze. Sanders wiedział, że jedna whisky go nie zabije. Czyżby skrupuły? Pytanie wracało po raz kolejny. Przecież to było niemożliwe! Zabijał w imię ludzkości. W obronie życia każdego pojedynczego człowieka. To było jego zadanie. Do tego był stworzony. Więc dlaczego czuł się bliższy tym, których prześladował? Może dlatego, że także czuł się ”inny”?
Tak, zawsze był inny. Takim go stworzyli. Macloud odnalazł w sobie myśli, których zawsze się bał. Odpychał je daleko od siebie, odrzucał jak niepotrzebne dane, zaśmiecające prosty i czytelny przekaz, którym winien się kierować. Teraz zdał sobie sprawę, że robił to bezskutecznie. Przyniosło to efekt zupełnie inny od oczekiwanego. Zmienił się, nie był tym, kim miał być. Zaśmiał się głośno do samego siebie i do pełnej, stojącej przed nim szklanki. Czym stawała się dla niego ludzkość? Kolejnym słowem opisującym półidiotów? Ludzkość? Znał to słowo? Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że tak naprawdę brzydził się strachem tamtych zakładników, nie terrorystów. Zakładników! To ich miał ochotę rozwalić, jednego po drugim. Macloud po raz pierwszy dostrzegł rzeczy takimi, jakimi były. Wcześniej działał jak automat, nie myśląc o konsekwencjach. Wykonywał po prostu polecenia. Jednak teraz zaczynał rozumieć. Guntersowi za bardzo zależało na jego przybyciu do Ambasady, choć mógł załatwić sprawę innymi środkami. Wezwanie Sandersa zawsze oznaczało wyrok śmierci. Od początku było jasne, że nie zamierzali spełnić żądań Cyntaksów. Nie mieli nawet zamiaru z nimi rozmawiać. Dokładnie zaplanowali eksterminację.
Posłużyli się nim jak narzędziem i to tak, by zgniótł obcych niczym dokuczliwe robactwo.
− Tu jesteś? – Kapitan Gunters przerwał potok myśli rozsadzających czaszkę Sandersa. Zatrzymał się przy stoliku, uważnie przypatrywał się podwładnemu.
− Czego pan chce? – zapytał szorstko Macloud. Sam zdziwił się tonem swojego głosu.
− Przysiąść się. Mogę? – Gunters uniósł pytająco brwi. Nie zwrócił uwagi na oschłą intonację.
− Proszę – odpowiedział podwładny. Przez cały ten czas nie poruszył się nawet o milimetr.
Kapitan zdjął czapkę i wcisnął się na siedzenie naprzeciw.
Poprawił płaszcz i zapatrzył się w jego whisky.
− Mam dla ciebie zlecenie – odezwał się po chwili.
Nie widząc reakcji, mówił dalej:
− Zgłosił się do nas OBP z prośbą o pomoc. Powiedzieli, że chcą ciebie. Uznali, że najlepiej nadajesz się do tej misji.
− Dlaczego ja? – zapytał Macloud.
− Wiedzą, że znasz obcych najlepiej. Nikt tak sobie z nimi nie radzi. Ja też tak uważam.
Sanders zacisnął szczęki. Cóż za komplement. Wiedział, o jakim radzeniu sobie mówi kapitan. Chciał mu powiedzieć, gdzie może sobie wsadzić swoje uznanie, ale się powstrzymał.
− Musisz stawić się u nich za godzinę. Zdążysz się przygotować...?
– Gunters zawiesił głos i strzepnął okruszki z obrusu na ziemię.
− Tak! – odpowiedział Macloud po chwili, metalicznie, oschle.
− No! – Kapitan uśmiechnął się i wstał od stolika. Odchrząknął, jakby mu ulżyło. – Odetchnij teraz chłopie... zasłużyłeś...
− Androidy nie oddychają, panie Gunters – zauważył Sanders.
Wylał zawartość szklanki do wazonu ze sztucznym kwiatkiem.
Nie było to marnotrawstwo, przecież androidy także nie piły alkoholu. Nie działał tak, jak na ludzi. A szkoda.



* * *



− Światło! – Usłyszał. Nie miał pewności, czy polecenie wydał Sanders, czy Porter. Najważniejsze było to, że przyniosło skutek. Nad ich głowami rozbłysły silne reflektory.
Michael omiótł wzrokiem pomieszczenie. Znaleźli się w małym przeszklonym terminalu. Przy okienku z napisem ”odprawa celna” siedział robot. Jeden z tych typów, których nie produkowano już od kilkudziesięciu lat. Metalowa głowa z wyciosanymi bruzdami imitującymi rysy człowieka zwróciła się w ich stronę.
− Zapraszam panów. Czy mają panowie coś do oclenia? – zaskrzeczał urywany głos maszyny w ciężkim powietrzu.
Można było odnieść wrażenie, że celnik odezwał się po raz pierwszy od wielu lat. Chandler wyobraził sobie, że robot siedzący dzielnie na swoim posterunku cały oblepiony jest pajęczyną.
Było to bardzo możliwe. Terminal wyglądał na nieużywany od dziesięcioleci.
− Nie mamy nic do oclenia. – Porter podszedł do okienka i oparł się o wystający blat.
− A te bagaże? Co zawierają? – Robot wyciągnął metalowe ramię w bliżej nieokreślonym kierunku.
Michael rozejrzał się. Rzeczywiście, pod ścianą dojrzał ustawione w nienagannym porządku walizki i skrzynie. Mógł przysiąc, że jedna z nich wydaje z siebie dziwne dźwięki, przechodzące momentami w irytujące, donośne buczenie. Coś mu to przypominało. Nie wiedział co, ale na pewno to wspomnienie nie należało do przyjemnych.
− Nic nie musimy dawać do oclenia. Proszę skontaktować się z głównym koordynatorem i powiadomić go o naszym przybyciu.
− Wiem – powiedział robot z nutką rezygnacji w głosie.
− Co wiesz? – zapytał zaskoczony Dave.
− Wiem, że nic nie musicie dawać do oclenia. Ale musiałem zapytać. Uprzedzili mnie o waszym przylocie. Tu nikt nigdy nie daje nic do oclenia. Od wielu lat nic nie ocliłem. Jaki sens ma moja praca? Skoro nikt nie przylatuje, nie można mieć pretensji o to, że nic się nie cli. Ale skoro ktoś pojawia się w terminalu, istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że ma coś do oclenia.
Oczywiście to prawdopodobieństwo zależy od tego, kto przylatuje, jaka rasa i z jakiej planety. Na przykład wy tu, zgodnie z artykułem trzynastym kodeksu celnika i rachunkiem prawdopodobieństwa...
− Powiadom kogo trzeba o naszym przybyciu – przerwał Dave.
Robot zamilkł. Popatrzył na Portera z wyrzutem, a potem wystukał coś na klawiaturze osobistego komputera.
− Już wiedzą − powiedział.
− Przyślij też bagażowych – rozkazał Dave.
− Się robi. Będą czekać w mieście, teraz musicie sami zapakować swoje rzeczy na podnośniki – zazgrzytał celnik, jakby to była jego mała, niewinna zemsta. − Coś jeszcze? – dodał bardziej uprzejmie.
− Nie, dziękuję – odpowiedział Porter.
− A pan nie ma nic do oclenia? – Robot przeniósł swoje zainteresowanie na Michaela.
− Ja?
− Halo, przecież patrzę na pana! – Celnik pokręcił niecierpliwie głową.
Chandler poczuł się dziwnie. Zaskoczony, z ociąganiem zaczął przeszukiwać ubranie. W końcu przyszło mu coś do głowy.
Uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni piersiówkę z whisky, którą zabrał ze statku.
− Och! − Dreszcz rozkoszy przeszył metalowy kadłub robota, gdy przejmował od Michaela buteleczkę. − Dziesięć winilskich centów – powiedział.
− Nie mam. – Chandler wzruszył ramionami.
− To nic, dla pana gratis! – Maszyna zaskrzypiała, odchylając głowę do tyłu. − Wystarczy mi sama przyjemność.
Za ich plecami coś metalicznie zgrzytnęło. Michael odwrócił się do źródła dźwięku. Oślepiło go ostre czerwone światło.
Wdarło się do pomieszczenia przez brudne szyby. Do tej pory zasłonięte były grubymi tytanowymi płytami. Ktoś najwyraźniej postanowił unieść je, wpuszczając dzienne światło. Promienie zachodzącego słońca rozdarły na pół niebo, rozjaśniając powierzchnię planety. Chandler oniemiały zbliżył się do szyby, patrząc na feerię barw i cienie przesuwające się po brunatnych szczytach. Jak okiem sięgnąć, hen po linię krwistoczerwonego horyzontu piętrzyły się nagie skały, rozpadliny o ostrych klifach wyżłobionych przez wiatr lub wodę. Ostre iglice wbijały się wprost w rdzawe niebo. Straszyły surowością i martwotą. Wyglądały jak przetopione żelastwo, złom powykręcany w śmiertelnym uścisku pod wpływem niewyobrażalnej temperatury.
− Masz szczęście. Czerwony Karzeł jeszcze nie zaszedł. – Porter stanął obok.
− Ty to nazywasz szczęściem? – Michael wypuścił z płuc powietrze. Przez cały ten czas nieświadomie wstrzymywał oddech.
– Lepiej byłoby, gdybym tego nie widział.
− Miner nazywany jest często Planetą Krwi. – Dave uśmiechnął się. Zdawał się nie słyszeć sarkazmu w głosie Michaela. – Ten kolor planeta zawdzięcza nisko wędrującemu słońcu. Jest stare, bardzo stare. Jego koniec jest bliski, zgaśnie, zapadnie się, a potem bezpowrotnie zniszczy tę część galaktyki.
Chandler przełknął ślinę. Planeta Krwi. Bardzo romantyczna nazwa, pomyślał, zwłaszcza w obliczu faktu, że najprawdopodobniej zakończę tu swój żywot. Uważniej przyjrzał się wyłaniającym się z cienia obrazom. Wydawało się, że cała planeta składa się z mniejszych lub większych łańcuchów gór. Szczyty mieszały się ze sobą, przechodziły na północ, zachód lub południe zupełnie nieskładnie, tak jakby natura nie miała wobec nich żadnego planu. Góry i rozpadliny tworzyły na tej planecie wielki chaos, potęgujący ponure wrażenie pustki i całkowitego bezludzia.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-11-14 (933 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej