Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Żywe trupy. Narodziny Gubernatora
 
Katalog - dodano
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Dar. Księga pierwsza Pellinoru'' - Alison Croggon






I

UCIECZKA



Odkąd Maerad sięgała pamięcią, tkwiła uwięziona za murami. Była niewolnicą w Gilmanowym Siole, co oznaczało nędzne, żałosne życie, niekończący się błędny krąg morderczej harówki, zmęczenia i tępego strachu.
Gilmanowe Sioło było niewielką górską wioską, leżącą poza granicami rozległych krain Wewnętrznego Królestwa Annaru. Przycupnęło u wylotu ponurej doliny po wschodniej stronie gór Annova, w miejscu gdzie górskie pasmo rozszczepiało się na dwoje i niczym skalne szpony okalało północny kraniec doliny. W opinii tana Gilmana główną zaletę sioła stanowiło jego odosobnienie: tu mógł rządzić niczym tyran, nie obawiając się niczyjej władzy. Choć nikt nigdy nie atakował jego dworu, był on doskonale bronioną fortecą. Na tyłach sioła znajdowało się kamienne urwisko Muru Zewnętrznego, opadającego tysiąc stóp od zbocza Landrostu, najwyższego szczytu tej części łańcucha. Samo sioło otaczały mury z grubo ciosanego kamienia, wznoszące się na wysokość trzydziestu stóp z podstawy szerokiej na dwadzieścia. U szczytu zwężały się do zaledwie czterech stóp szerokości, nadal jednak dwaj zbrojni mogli maszerować tam obok siebie. Dostępu do środka broniła solidna drewniana brama, dość szeroka, by przepuścić ośmiu mężów bądź wóz z koniem. Nocą i przez większość dnia pozostawała zamknięta; wyjątek stanowiły okresy polowań oraz dni, gdy mieszkańcy wzgórz przybywali na swych wielkich wozach, by wymieniać solone mięso, sery i suszone jabłka na miecze, strzały, cebry i gwoździe.
W siole mieszkało sto pięćdziesiąt dusz: tan Gilman wraz z żoną, z której po urodzeniu dwanaściorga dzieci pozostał jedynie cień (z owej dwunastki przeżyła zaledwie piątka), jego wojowie, ich kobiety i bękarty. Resztę stanowili niewolnicy tacy jak Maerad, schwytani podczas młodzieńczych wypadów Gilmana, kupieni od przybyszów bądź po prostu urodzeni w niewoli. Mieszkali w barakach, długich chatach stojących w cieniu murów. Same budynki były stare, starsze nawet, niż przypuszczał Gilman: wznieśli je w zapomnianych czasach ponurzy ludzie północy, aby chronić się przed wilkami i jeszcze gorszymi stworami. Za czasów Gilmana mury służyły głównie więzieniu ludzi w siole. Niewolnicy orali i zbierali plony z niewielkich poletek w obrębie twierdzy; ich pracy zawdzięczał swe stoły, ubrania, sery i kwaśne trunki i nie życzył sobie, by mu uciekli. Liczni strażnicy umacniali jego tyranię i tym samym podnosili i tak wysokie mniemanie, jakie miał o sobie. Podobnie jak wielu władcom rządzącym znacznie większymi ziemiami, Gilmanowi nie było obce małostkowe poczucie próżności.
Jeśli nawet ktokolwiek uciekał, tak naprawdę nie miał się dokąd udać: najpewniej padał ofi arą dzikich bestii żyjących w puszczy, która ciągnęła się u podnóża gór. Nawet do odosobnionego sioła docierały czasem nowinki ze świata zewnętrznego: szepty o bezimiennych cieniach krążących w leśnym mroku, o zapomnianym złu, które przebudziło się z długiego snu i śmiało wędruje pod słońcem. I choć życie w Gilmanowym Siole było ciężkie i ponure, owe opowieści o nieznanej grozie działały równie dobrze jak mury, powstrzymując niewolników przed ucieczką.
Maerad była wciąż zbyt młoda, by porzucić nadzieję na wolność, choć gdy osiągnęła wiek dorosły i zaczęła lepiej pojmować własne ograniczenia, zrozumiała, że to jedynie dziecinne mrzonki. Wolność była fantazją, którą w nielicznych wolnych chwilach przeżuwała obsesyjnie niczym starą kość z zaledwie mikroskopijną resztką mięsa i która jak wszystkie złudzenia jedynie podsycała głód, sprawiając, że dziewczyna jeszcze wyraźniej czuła, jak jej dusza powoli kona, a nieużywane skrzydła zanikają w rozpaczy.


Wiosenne święto rozpoczęło się jak każde inne w życiu Maerad: od żelaznego głosu porannego dzwonu, który wyrwał ją ze snu i wyrzucił na brzeg świadomości ociężałą, obolałą i ślepą. Jej sny odpłynęły w mrok umysłu, jakby nigdy nie istniały. Ziewając, wyłoniła się z baraku niewolników i powędrowała do studni na dziedzińcu, czując mrowienie skóry w zetknięciu z lodowatym powietrzem. Szczelniej opatuliła się płaszczem i nie zwracając uwagi na mroczne sylwetki budynków dokoła, napełniła naczynie wodą i wylała ją sobie na głowę. Łapiąc głośno powietrze, strząsnęła krople z gęstych włosów; oddech białymi pióropuszami ulatywał jej z nozdrzy i spomiędzy szczękających zębów. Ręce i nogi wciąż miała ciężkie jak ołów, twarz zdrętwiałą niczym cegła, ale przynajmniej już się obudziła.
Właśnie wycierała się płaszczem, gdy usłyszała za plecami ciężkie kroki. Obróciła się szybko niczym dziki pies, od razu zjeżona, okazało się jednak, że to tylko Lothar, rosły i tępy osiłek zawiadujący mleczarnią.
– Późno się położyłaś, co? – rzucił drwiąco.
Maerad z pogardą odwróciła się do niego plecami.
– Panowie hałasowali aż do kurów – dodał. – A któż to wziął sobie ciebie zeszłej nocy?
– Zamknij wstrętną gębę, półgłówku – warknęła krótko – albo potraktuję cię złym okiem.
Obróciła się ku niemu, patrząc wściekle, i uniosła ręce. Lothar zbladł jak ściana i skrzyżował dłonie przed oczami.
– A kysz! A kysz! – krzyknął. – Nie miałem nic złego na myśli, Maerad!
– W takim razie nie powtarzaj paskudnych plotek – syknęła. – Idź stąd! Już!
Lothar odszedł pośpiesznie i Maerad pozwoliła sobie na ponury uśmiech, napawając się cenną chwilą samotności. Sioło dopiero zaczynało budzić się do życia; kur jeszcze nie zapiał i miała chwilę, póki nie zabrzmi dzwon przywołania. Większość niewolników nadal kuliła się na ogrzanych pryczach, żegnając się z nimi dopiero w ostatniej chwili.
Maerad uniosła głowę i odetchnęła głęboko, wpatrując się w odległe gwiazdy, maleńkie punkciki lodowatego ognia wysoko nad górami. Jak zawsze poszukała wzrokiem gwiazdy zarannej, Ilionu, płonącej jasno nad wschodnim horyzontem, i powęszyła w rześkim powietrzu. Zaczyna się wiosna – pomyślała. Mimo znużenia poczuła nagłą radość. Potem spojrzała na pokryte odciskami dłonie i westchnęła. – Ale nie dla mnie, ja już zaczynam więdnąć. Co ze mną będzie?
Z tępą nienawiścią wpatrywała się w otaczające ją nędzne zabudowania. Pomijając siedzibę tana i pański dwór, utrzymany lepiej niż reszta, na sioło składały się nędzne budynki z klepiskami, pokryte gnijącym gontem. Wiele waliło się ze starości; niewolnicy łatali szczeliny okładami z gliny i słomy, przez co baraki nabrały osobliwie chorobliwego wyglądu. Cuchnęły gnijącym łajnem i ludzkim potem. Słyszała dobiegający ze środka słaby, piskliwy płacz chorego dziecka. Ktoś inny krzyknął gniewnie, odpowiedziało mu głuche szlochanie kobiety. Co ze mną będzie? – powtórzyła bezradnie, a potem z zamyślenia wyrwał ją dźwięk dzwonu. Otrząsnęła się, pomaszerowała do wspólnej sali na skąpe śniadanie, złożone z cienkiej szarej owsianki, i czekała na przydział dzisiejszych zajęć.
Tego ranka posłano ją do mleczarni, do sekcji Lothara. Skrzywiła się, myśląc, jaki to pech. Po porannej utarczce będzie musiała stykać się z nim cały dzień, a dziś była wyjątkowo zmęczona. Zeszłej nocy w pańskim dworze odbyła się jedna z libacji tana Gilmana, specjalne przyjęcie z okazji pierwszych wiosennych łowów. Jego ludzie wrócili z nich głodni, rozczochrani, zbryzgani krwią i rozdrażnieni, głośno domagając się piwa, woki, pieczystego i muzyki. Dla Gilmana dzień ten był jednym z najważniejszych świąt w roku, toteż wszystkich niewolników zagoniono do wytężonej pracy. Maerad odsłużyła dodatkową zmianę w kuchni, obracając i polewając sosem truchła jeleni na żelaznych rożnach. A potem, ponieważ w całym siole tylko ona znała się na muzyce, całą noc siedziała w pańskim dworze, grając ballady, które śmiertelnie ją nudziły – opowieści o zabijanych jeleniach, odwadze mężów i ogarów – a potem pieśni pijackie i rubaszne przyśpiewki, których nie znosiła najbardziej.
Pański dwór to było górnolotne określenie budowli bardziej przypominającej wielką stodołę, o belkowanym stropie, z poczerniałą dziurą w dachu wypuszczającą dym z wielkiego paleniska na środku podłogi. Maerad przycupnęła w kącie ze swą lirą, pod obojętną miną ukrywając wzgardę, a tymczasem dwudziestu mężczyzn zasiadło przy długim, ledwo heblowanym drewnianym stole pod ścianą i gołymi rękami odrywało mięso od kości, i piło do nieprzytomności wokę – ostry, palący trunek z rzepy i brukwi, od którego do oczu napływały łzy. Nawet się nie umyli i ich ostry odór w połączeniu ze smrodem dymu sprawiał, że piekły ją oczy. Ku wielkiej uldze Maerad nikt nie próbował jej obmacywać, lecz mimo wszystko poczuła się brudna pod ostrzałem lubieżnych spojrzeń. Z czasem we dworze robiło się coraz goręcej i duszniej i Maerad kręciło się w głowie od smrodu i zmęczenia. Grała źle, co w takich okolicznościach zdarzało się jej rzadko, lecz i tak nikt tego nie zauważył.
Libacja zakończyła się niedługo przed świtem, gdy ostatni pijany osiłek osunął się na stół i zachrapał pośród reszty śliniącej się we śnie bądź leżącej w kałużach rzygowin. Wówczas, dygocząc ze zmęczenia, Maerad zabrała lirę i potykając się, szła między śpiącymi psami, rozrzuconymi kośćmi i śmieciami, rozlaną woką i chrapiącymi biesiadnikami, by w końcu odetchnąć słodkim nocnym powietrzem. Śmierdziała, ale była tak zmęczona, że ruszyła prosto do baraku kobiet i padła na cienki siennik, aby choć na godzinę się zdrzemnąć.


W oborze oparła czoło o ciepły bok ciemnookiej krowy, która stała cierpliwie, przeżuwając, podczas gdy Maerad rytmicznie uciskała pełne wymiona. Mleko tryskało miarowo do cebrzyka. Maerad prawie zasnęła, gdy nagle krowa, wierzgnąwszy, o mało jej nie kopnęła. Wyrwana z otępienia ledwie ocaliła cebrzyk – rozlane mleko oznaczało chłostę – i usiłowała uspokoić zwierzę. Zazwyczaj wystarczało jedno słowo, lecz dziś krowa sapała i tupała głośno, szarpiąc łańcuchy przypięte do tylnej nogi i głowy, jakby coś zdenerwowało ją lub spłoszyło.
Maerad poczuła, jak jeżą się jej włosy na głowie. Odniosła dziwne wrażenie, jakby zbliżała się burza i powietrze trzeszczało elektrycznością. Rozejrzała się po oborze.
Zaledwie dziesięć stóp od niej stał mężczyzna, obcy, którego nigdy wcześniej nie widziała. Wstrząśnięta, straciła na chwilę oddech. Był wysoki; surowa twarz kryła się w cieniu ciemnego kaptura z szorstkiej wełny. W słabym świetle sączącym się z otwartych drzwi dostrzegła zarys orlego nosa i błysk oczu. Wstała i sięgnęła po trzcinową pochodnię, niepewna, czy powinna wzywać pomocy.
– Kim jesteś? – rzuciła ostro.
Mężczyzna milczał.
Maerad poczuła, jak ogarnia ją strach.
– Kim jesteś? – powtórzyła. Czy był to łak z gór? Upiór? – Odstąp, mroczny duchu!
– Nie – rzekł w końcu. – Nie jestem duchem. Ani łakiem w ludzkiej skórze.
Nie. Wybacz mi. – Westchnął ciężko. – Jestem zmęczony i ranny. Nie jestem w pełni sobą.
Uśmiechnął się, lecz bardziej przypominało to grymas i gdy światło pochodni wniknęło pod kaptur, oświetlając rysy przybysza, Maerad przekonała się, że poszarzał z wyczerpania. Jego twarz przyciągała wzrok: wydawała się ni to młoda, ni to stara; na oko była to twarz najwyżej trzydziestopięciolatka, lecz odznaczał się w niej autorytet starca. Mężczyzna miał wystające kości policzkowe, stanowcze usta i duże, głęboko osadzone oczy. Przygwoździł ją wzrokiem.
– A kim ty jesteś, młoda czarodziejko? Trzeba bystrych oczu, by wypatrzyć takich jak ja, choć być może zawiodła mnie sztuka. Podaj swoje imię!
– Kim jesteś, by mnie o nie pytać? – rzuciła wojowniczo Maerad.
W nagłym zdumieniu zauważyła, że się nie boi, choć, jak pomyślała przez ułamek sekundy, może powinna.
Mężczyzna przyglądał się jej uważnie, wbijając w nią wzrok. Zachwiał się lekko i natychmiast zesztywniał, po czym znów uśmiechnął się przepraszająco.
– Jestem Cadvan ze Szkoły Lirigonu – oznajmił. – A teraz waćpanna powiedz, jak cię zowią.
– Maerad – odparła niemal szeptem.
Nagle poczuła się kompletnie zagubiona, oszołomiona jego uprzejmością.
– Maerad z Gór? – spytał nieznajomy z cierpkim uśmiechem.
– Ze… ze stanicy Gilmana – odparła, zająkując się, a potem dodała pośpiesznie: – Jestem tu niewolnicą.
– Niewolnicą?
Na zewnątrz zabrzmiały kroki; potężna sylwetka Lothara przesłoniła światło.
– Gdzie jest mleko? Co ty wyprawiasz, straciłaś rozum? Stęskniłaś się za batem? Jeśli masło nie wyjdzie, będę wiedział, czyja to wina.
Po porannej utarczce nie traktował jej przyjaźnie. Maerad znów straciła na moment oddech ze zdumienia: choć nieznajomy stał na środku obory, Lothar zdawał się patrzeć wprost przez niego.
– Ja… przepraszam – wyjąkała. – Bydło się płoszy.
Usiadła na stołku i ponownie pochyliła się przy krowie, teraz stojącej spokojnie. Lothar przyglądał się, jak doi. W myślach prosiła, by sobie poszedł. Po jakimś czasie usłyszała oddalające się kroki i odprężyła się nieco. Doiła dalej, bo potrzebowała czasu, żeby pozbierać myśli. Nieznajomy przyglądał się jej w milczeniu.
– Maerad – rzekł w końcu cicho – nie mam wobec ciebie złych zamiarów. Jestem zmęczony i muszę się przespać. Dlatego tu przyszedłem.
Przetarł dłonią czoło i oparł się o ścianę obory.
– On cię nie widział – oznajmiła głucho, wciąż dojąc miarowo, aby ukryć zdumienie.
– Nie. To drobiazg… – odrzekł z roztargnieniem. – Zwykły drobny urok. Znacznie ciekawsze jest to, że ty mnie zobaczyłaś.
Znów omiotło ją to samo przenikliwe, niepokojące spojrzenie. Maerad ogarnęło nagłe onieśmielenie, jakby była naga. Odwróciła twarz. Czuła jego wzrok na sobie, a potem ulgę, gdy się odwrócił. Mimowolnie wzdrygnęła się: usłyszała, jak mężczyzna porusza się i siada.
– Gdybym tylko nie był taki zmęczony… – rzekł w końcu, po czym spytał: – Nie zawsze byłaś niewolnicą, prawda?
– Moja matka nie była niewolnicą – Maerad mówiła niechętnie, jakby wbrew woli. – Gilman ją kupił i sprowadził tutaj, kiedy byłam bardzo mała. Myślę, że liczył na okup, ale nikt się nie zjawił… – Urwała, po czym dodała beznamiętnie: – A potem umarła. – W nagłym przebłysku gniewu obróciła się ku niemu. – Co cię to w ogóle obchodzi? – rzuciła ostro. – Kim jesteś, żeby mnie o to pytać?
Nieznajomy nie zareagował, spokojnie patrząc jej w oczy.
– Jak nazywała się twoja matka?
– Milana. Milana z Pellinoru, Pieśniarka Daru, Córa Pierwszego Kręgu. Mój ojciec… – przerwała dojenie, unosząc w zdumieniu ręce do ust. – Och!
– Istotnie, och – odparł Cadvan.
– Chciałam powiedzieć, że matka miała na imię Milana, to wszystko, co pamiętam… – Maerad urwała oszołomiona. – Ona… umarła, kiedy miałam siedem lat… Nic nie wiem o… o tej reszcie. Czy to ty kazałeś mi to powiedzieć?
– Kazałem? Nie, niczego nie mogę ci kazać. Zadałem pytanie i drzwi twego umysłu otwarły się. W tej skarbnicy kryje się więcej, niż podejrzewa większość ludzi. Szkoła Pellinoru – mruknął jakby do siebie – została splądrowana wiele lat temu. Sądzono, że wszyscy zginęli.
Umilkł. Maerad, wstrząśnięta, doiła nadal. O czym on mówił? Czyżby mieszał jej w głowie, jak to mają w zwyczaju niesforne duchy, oszałamiając zmysły, a potem porywając ludzi? Nie wydawał się jednak zły.
– Jakim prawem przychodzisz tu i mówisz… mówisz takie rzeczy? Mogłabym wezwać ludzi tana – zająknęła się i umilkła.
W jakiś sposób wiedziała, że nie zawoła strażników.
Nieznajomy oparł twarz na rękach i nie odpowiedział. Maerad zerknęła na niego gniewnie. Skończyła doić, odwiązała krowę i przyprowadziła następną. Cadvan nadal siedział nieruchomo w tej samej pozycji.
– Jeśli jesteś z Pellinoru, nie możesz tu zostać – oznajmił w końcu.
Spojrzała na niego z nagłą szaleńczą nadzieją. Czyżby znał jakiś sposób, by ją uwolnić? Ale nikt nie mógł uciec z sioła…
Spojrzał na nią.
– Czy mogłabyś poczęstować mnie mlekiem?
Bez słowa podała mu cebrzyk. Pociągnął kilka długich łyków, a potem otarł usta i uśmiechnął się.
– Bądź błogosławiona, ty i twój dom.
Maerad niecierpliwie kiwnęła głową, lekceważąc uprzejme słowa.
– Czy przyjdziesz jeszcze do obory? – spytał. – To znaczy dzisiaj.
Przyjrzała mu się podejrzliwie.
– Tak, przydzielono mnie dziś tutaj do pracy – rzekła w końcu. – Przyjdę wieczorem na dojenie krów. Dlaczego pytasz?
– To świetnie – przeciągnął się i ziewnął. – Teraz się prześpię. Pomówimy później, kiedy będę mniej zmęczony.
Rzucił się na siano i niemal natychmiast zasnął. Maerad patrzyła na niego z góry, zastanawiając się, czy obudzić przybysza kopniakiem i zmusić, by odpowiedział na jej pytania, czy może wezwać strażników. Lecz z przyczyn, których nie umiała określić, nie zrobiła niczego takiego. Skończyła dojenie i zostawiła go tam.
Zarobiła chłostę za brakujące mleko.


Tego dnia Maerad była tak roztargniona, że tylko cudem uniknęła drugiej chłosty. Krzątając się w mleczarni, ubijając masło i rozlewając mleko do mis, by skwaśniało, nie myślała o tym, co robi. Z początku nie wiedziała, co sądzić o nieznajomym w oborze. Jej umysł, wyćwiczony w unikach niezbędnych do przeżycia, odmawiał skupienia się na przybyszu, jakby nie mogła o nim myśleć. Lecz momentami przed jej oczami pojawiał się obraz ciemnej twarzy, a wraz z nim niepokojące doznanie, którego nie umiała nazwać: budzące dreszcz przeczucie, nie do końca nieprzyjemne, ale też nie miłe. Gdyby była dzieckiem przywykłym do świętowania dnia imienin, mogłaby je porównać do wyczekiwania na prezent, nie znała jednak podobnych zwyczajów. Jednocześnie tępa, obojętna maska, pod którą się skrywała, nagle jakby zniknęła, pozostawiając ją odsłoniętą i nieco przerażoną. Zupełnie jakby nieznajomy otworzył długo zamknięte drzwi w jej umyśle, wpuszczając do środka zimny, świeży wiatr, który przebudził ją z odrętwienia. Zastanawiała się, kim jest, i to sprawiało jej ból.
Przywykła do własnej odmienności. Często stanowiła ona nie tylko przekleństwo, ale też i ochronę. Z powodu jej niebieskich oczu i czarnych włosów jasnowłosi ludzie północy nazywali ją wiedźmą, a Maerad od wczesnego dzieciństwa nauczyła się odgrywać tę rolę, wykorzystując cechy, które ją odróżniały. Rzeczywiście dysponowała mocą przeklinania: jeśli spojrzała na kogoś gniewnie, potykał się i wywracał bez powodu, z półki spadał dzbanek, rozbijając mu się na głowie, a kiedyś na trzy dni oślepiła pewnego człowieka. Znakomicie też radziła sobie ze zwierzętami, co stanowiło kolejną cechę czarownicy; te, których doglądała, szybko przybierały na wadze i dawały dwakroć więcej mleka niż inne. Większość niewolników bała się jej i unikała, a ludzie Gilmana… No cóż, wojowie tana także nauczyli się, że lepiej zostawić ją w spokoju.
Gilman był człowiekiem głęboko przesądnym i, podobnie jak większość brutali, w swej istocie pozostawał tchórzem. Wierzył, że gdyby Maerad zamordowano, jej duch doprowadziłby go do paskudnej śmierci: być może wzbudziłby w nim obłęd, zmuszając do skoku w środek stada wilków, albo przeszywał powoli niewidzialnymi, ognistymi ostrzami. Maerad unikała więc najgorszych zajęć, co budziło wśród niewolników zawiść i głęboką niechęć. Niedawno niechęć owa przemieniła się w otwartą wrogość: miesiąc wcześniej sześć kobiet rzuciło się na nią i próbowało utopić w kaczym stawie. Prawie się im udało, lecz Gilman, poczerwieniały z paniki, wypadł z dworu i wyciągnął ją z wody. Choć Maerad też się dostało za wywołane kłopoty, jej prześladowczynie wychłostano i przez trzy dni głodzono. Ocalona przez Gilmana! Na tę ironię uśmiechnęła się bez cienia rozbawienia. Na razie interwencja tana powstrzymała dalsze ataki, teraz jednak nikt z nią nie rozmawiał, oprócz idiotów takich jak Lothar.
Gdyby nie muzyka, mogłaby się zabić albo pozwolić demonom w głowie doprowadzić się do szaleństwa. Albo też mogłaby zamienić się w kamień i upodobnić do reszty, tak odrętwiałej, że pozbawionej wszelkich uczuć. Cały jej majątek stanowiła lira, jedyna rzecz, którą odziedziczyła po matce. Niewielka, pasowała do jej objęć niczym dziecko – prosty drewniany instrument bez ozdób, prócz nieczytelnych rzeźb, ton jednak miała wyraźny i czysty. Jednym z najwcześniejszych wspomnień Maerad była matka grająca na lirze, trącająca struny i śpiewająca; zgadywała, że musiała być wtedy bardzo mała, bo na twarzy matki nie widziała jeszcze smutku.
Maerad umiała grać jak prawdziwy minstrel: miała świetne ucho i wystarczyło, że raz usłyszała melodię, by ją powtórzyć. Po śmierci matki jej talent odkrył Mirlad, bard Gilmana. Miała wówczas zaledwie siedem lat i Miriadowi w jakiś sposób udało się przekonać władcę, by zwolnił ją z porannych obowiązków, żeby on mógł ją uczyć. Był jej szorstkim, ponurym, czasem okrutnie surowym nauczycielem, do czasu kiedy skończyła trzynaście lat. Wówczas Gilman zażądał, by znów zaczęła pracować w polu. Mae rad pamiętała, jak nieszczęśliwa czuła się wtedy, pamiętała też osobliwą wypowiedź Mirlada.
– Nauczyłem cię wszystkiego, co wiem o muzyce – rzekł, obojętnie wzruszając ramionami. – Pewne nauki tylko by się tu zmarnowały. Zresztą możesz grywać wieczorami.
Talent muzyczny podsycał jeszcze jej samotność, stanowił jednak kolejny powód, dla którego Gilman ją tolerował: Mirlad zmarł dwa lata wcześniej – jedynie Maerad opłakiwała jego odejście – i teraz tylko ona w całym siole umiała grać na libacjach. Gdy mogła, grywała też dla siebie i owe wykradzione chwile stanowiły jedyną pociechę w jej poniżającym życiu.
Milana. Moja matka. Od jak dawna o tobie nie myślałam? Co wieczór zaplatałaś mi włosy, nawet gdy twoje ręce trzęsły się ze zmęczenia. A kiedy czułam się smutna albo ktoś mnie pobił, grałaś mi piękne melodie i całowałaś tu, w czoło…
Myśli Maerad zmroziły się na wspomnienie śmierci matki, jej choroby, trawiącej ją gorączki, bólu i żalu. Umarła, to wszystko, i od tej chwili Maerad została sama.
Odkąd pamiętała, śniła o ucieczce z Gilmanowego Sioła. Lecz lata mijały, przynosząc z sobą jedynie świadomość, że ucieczka jest niemożliwa. Nadzieja umierała powoli i Maerad wiedziała, że w końcu jej twarz przybierze ten sam wyraz smutku, który zapamiętała na pięknym obliczu matki. A teraz ten Cadvan – wymówiła bezdźwięcznie jego imię – zjawił się znikąd, jakby mury, strażnicy i psy nie istnieli.
W miarę jak upływał dzień, z coraz większą niecierpliwością raz po raz odtwarzała w myślach poranną rozmowę. Czasami wmawiała sobie, że tylko wyobraziła sobie przybysza, że był złudzeniem wynikającym ze zmęczenia, mroczną projekcją trawiącej ją tęsknoty. Sądziła, że nadzieja w niej już umarła, teraz jednak uświadomiła sobie, że jedynie zapadła w sen, niczym szare popioły, w których wciąż kryje się ogniste serce, i wystarczy jedynie lekki podmuch, by znów przebudzić płomień.


Godziny wlokły się niemiłosiernie, w końcu jednak nastał wieczór. Nim jednak Maerad wróciła do obory, wiedziona nagłym impulsem wśliznęła się do swego baraku i zabrała lirę, ukrytą do tej chwili pod siennikiem i owiniętą w parciany worek.
Cadvan wciąż tam był; leżał w oborze na wznak z rękami splecionymi za głową. Sprawiał wrażenie, że uważnie przygląda się sufi towi. Jego twarz straciła nieco szary odcień, choć pod oczami wciąż pozostawały czarne sińce. Kiedy Maerad weszła, uśmiechnął się do niej, ale na widok świeżych śladów po chłoście na jej nogach jego uśmiech zniknął. Popatrzyła na niego bez wyrazu, czekając, aż się odezwie. Westchnął i wstał.
– No cóż, Maerad, miałem nieco czasu do namysłu – oznajmił. – To ohydne, odrażające miejsce, zwierzęta traktuje się tu lepiej niż ludzi. Nie znacie tu sprawiedliwości… – Zamilkł na chwilę. – Chcesz odejść?
Maerad o mało się nie roześmiała. Strażnicy strzegli sioła dzień i noc i zawsze byli czujni. Czasami zdarzało się, że niewolnik próbował uciec, lecz nigdy nie słyszała, by komuś się udało, za to widziała wiele morderczych chłost, a także mężczyznę rozszarpanego na kawałki przez sforę psów Gilmana. To wspomnienie wystarczyło, by ją zniechęcić.
– Odejść stąd?
– Mówię poważnie, Maerad.
– Od wielu lat nie marzę o niczym innym. Ale to niemożliwe. Jak sądzisz, dlaczego wciąż tu jestem?
– A zatem chcesz odejść? – Cadvan umilkł i wbił wzrok w ziemię. – Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Teraz mam więc drobny dylemat i muszę zdecydować, co robić dalej. Bardzo niemądrze byłoby zabrać cię z sobą. Uciekam z niebezpieczeństwa w niebezpieczeństwo i zaczyna mi brakować sił.
Maerad, zawiedziona, spuściła głowę. Mimo swego sceptycyzmu nie zdawała sobie sprawy, jak uparta jest jej nadzieja. Ale Cadvan jeszcze nie skończył.
– Lecz jeśli w istocie jesteś córką Milany i rzeczywiście pragniesz odejść, nie mogę cię tu zostawić. Może wróciłbym po odzyskaniu sił, ale mam obowiązki, których nie wolno mi porzucić, a zajmą mi one najbliższe miesiące.
A serce mówi mi… – Znów umilkł, wbijając wzrok w ziemię, jakby rozważał w duchu ważką decyzję. – Muszę odejść już teraz. Jeśli chcesz pójść ze mną, to proszę. Odejście nie będzie trudne. Inne rzeczy – owszem. Ale na razie nie ma się co martwić.
Maerad nagle zabrakło tchu, głos uwiązł jej w gardle.
– Zatem tak? – spytał nieznajomy. – Czy nie?
– Dlaczego zadajesz mi te pytania? To niemożliwe! Chcesz mnie oszukać?
Cadvan spojrzał na nią bez słowa. Wpatrywała się w niego z uporem, nie odwracając oczu.
– W życiu człowieka rzadko zdarzają się chwile, gdy ma przed sobą jasny wybór – powiedział w końcu Cadvan. – Różnica między ludźmi polega na tym, jak do niego podchodzą. – Po krótkiej chwili milczenia niecierpliwie machnął ręką. – Nie mam czasu. Złożyłem ci propozycję, możesz zostać lub odejść, wedle woli. Pytam tylko, czego pragniesz. Jeśli sama nie wiesz, to już nie moja sprawa.
Strzepnął z płaszcza źdźbło słomy i odwrócił się do wyjścia.
Maerad poczuła nagle coś bliskiego panice. Przez sekundę miała wrażenie, że znów tonie, tyle że tym razem niczyja ręka nie wyciągnie jej na brzeg.
– Zaczekaj! – zawołała. – Zaczekaj.
Cadvan odwrócił się ku niej.
– Pójdę z tobą – oznajmiła.
Spojrzał na jej owiniętą lirę.
– Czy jest jeszcze coś, co musisz z sobą zabrać? – Maerad pokręciła głową.
– Doskonale. Zatem ruszymy już teraz.
– Teraz? A co z krowami?
Rzeczywiście, muczały cicho, domagając się, by ulżyła przepełnionym wymionom.
– Ktoś inny wydoi je dziś wieczór – odparł Cadvan. – Nie sądzę, by Gilman pozwolił swym zwierzętom cierpieć: są na to zbyt cenne. A teraz szybko. Chodź tutaj.
Maerad podeszła do niego ostrożnie, a on kazał jej stanąć naprzeciwko. Położył dłonie na jej ramionach i przemówił. Jego słowa wzbudziły w Maerad dreszcz, zupełnie jakby zanurzyła się w zimnej świeżej wodzie ze źródła bijącego o poranku świata.
Larnea il oseanna, lembel Maerad inasfrea! Mniej więcej oznacza to: „Odwróć spojrzenia ludzi od Maerad, by mogła wędrować niewidziana” – wyjaśnił, opuszczając ręce. – Teraz nikt cię nie zobaczy, nawet jeśli będziesz stać o piędź od jego nosa. Urok nie zadziała na przedmioty, jeśli je upuścisz. Trzymaj zatem swój tobołek przy sobie! A teraz musimy wspiąć się na mury.
Podniósł sakwę, której Maerad wcześniej nie zauważyła, i ruszył w stronę niskich drzwi. Gdy to uczynił, ponownie ogarnęła ją panika. W pewien sposób czuła, że nie może już zmienić swojej decyzji, choć sama nie wiedziała, na co właściwie się zgodziła. Dlaczego miałaby zaufać temu człowiekowi? Nie znała go przecież. Lecz wątpliwości przegrały z palącą tęsknotą, jakby pragnienie wolności, przez tyle lat tłamszone poczuciem beznadziei, powróciło nagle wielką wszechogarniającą falą. Nigdzie nie może być gorzej niż tutaj, bo tu z pewnością umrę. A tam, na zewnątrz – kto wie? Odetchnęła głęboko i w ślad za Cadvanem wyszła z obory.
– Musimy się śpieszyć – rzekł. – Nic nie mów. Nie mogę sprawić, by nas również nie słyszeli.
Zostawiając za sobą oborę, skierowali się w stronę południowego muru. Z trudem przychodziło jej nie kulić się na otwartych placach, na których wojowie tana stali oparci o ściany, zabawiając się bronią. Nie mogła uwierzyć w swą niewidzialność, czuła się przecież tak bardzo widoczna!
Po drodze minęli pański dwór. Psy na łańcuchach uniosły głowy i zaczęły węszyć, gdy je mijali, lecz ludzie spoglądali przez nich na przestrzał.
Trzymała się tuż za Cadvanem, mimo woli skradając się na palcach. W końcu dotarli do najmniej strzeżonej części zewnętrznych fortyfi kacji. Sama wspinaczka okazała się całkiem łatwa. Maerad już wcześniej często zastanawiała się, jak to zrobić, lecz pod czujnym okiem strażników, którzy widzieli każdy cal muru i doskonale rozumieli, że gdyby komuś udało się uciec, zapłaciliby życiem, było to zadanie niewykonalne. Cadvan postawił stopę na murze, a Maerad bezradnie pokazała mu owiniętą w worek lirę, której nie mogła zarzucić na plecy. Zatrzymał się, chwilę pomyślał, wziął ją i schował do swej sakwy. Potem znów ruszyli. Gdy dotarli na szczyt, Cadvan przystanął, rozglądając się na obie strony w poszukiwaniu patrolujących strażników. Starannie wybierając moment, chwycił Maerad za rękę i pchnął na drugą stronę wąskiej ścieżki; potem razem zsunęli się na ziemię. Nie dotarli jeszcze na dół, gdy Maerad usłyszała dzwon: zadźwięczał raz, drugi, trzeci, a potem zaczął dzwonić nagląco. Był to sygnał, że ktoś uciekł. Zadrżała, czuła, że jest zupełnie odsłonięta. Lothar musiał już odkryć jej nieobecność – stało się to bardzo szybko: bez wątpienia chciał się zemścić za jej poranne słowa i sprowadzić na nią chłostę za niepotrzebne zamieszanie. W siole nastało poruszenie. Maerad na wpół zsunęła się, na wpół spadła z muru, wyprzedzając Cadvana.
– Teraz się śpieszysz! – rzekł ze śmiechem. – Sądziłem już, że nigdy cię stamtąd nie wyciągnę.
– Poślą za nami psy! – wyszeptała, dysząc ze strachu. – Ogarom Gilmana nie można uciec. Potrafi ą tropić jelenia przez tydzień i w minutę rozszarpać rosłego męża!
– Z psami łatwo sobie poradzić – odparł Cadvan. – Nie bój się, Maerad. Jeśli psy są najgorszym, z czym przyjdzie nam się zmierzyć, to mamy szczęście. Ale teraz musimy ruszać. Widzisz koniec doliny? Nim nastanie świt, chcę go mieć za sobą. Obawiam się, że dziś wieczór czeka nas długi marsz. Potem odpoczniemy.
Maerad spojrzała na dolinę, w której tkwiła uwięziona przez większą część swego krótkiego życia. Ziemia przed nią opadała równomiernie, zbocze zaściełały głazy i odłamki skalne porośnięte rzadką, niską trawą, pośród której gdzieniegdzie sterczało karłowate drzewo, pokrzywione przez potężne wichury z gór Osidh Annova, wschodniej granicy Wewnętrznego Królestwa. Środkiem doliny biegł ubity trakt, tu i tam zasłany kamieniami pozostawionymi przez lawinę. Nagle poczuła się bardzo mała i przerażona. Spojrzała na stojącego obok mężczyznę i przełknęła ślinę. Twarz miał mroczną i skrytą; wielkie psy, które dręczyły ją w sennych koszmarach, ogary o donośnych głosach i szybkich łapach, dla niego były zaledwie drobnostką. Bez wątpienia zetknął się z gorszymi rzeczami. Teraz sprawiał wrażenie niedostępnego, przepełnionego ukrytą mocą, którą zaledwie wyczuwała. Nie chciała wydać się niemądra komuś takiemu. Wyprostowała się i odetchnęła głęboko.
– A zatem ruszajmy – rzekła, odwracając się w stronę niewyraźnej ścieżki.
Za jej plecami i za siołem wznosił się Landrost; zachodzące słońce zabarwiło jego wierzchołek szkarłatem. Skalny masyw rzucał cień na całą dolinę.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-11-24 (922 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej