Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Klucz do Tolkiena
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Pocałunek nocy'' - Sherrilyn Kenyon



Rozdział 1


Luty 2003

St. Paul, Minnesota


– Ej, skarbie, alarm na godzinie trzeciej. Niezły towar!
Cassandra Peters roześmiała się, słysząc pożądliwy ton Michelle Avery. Odwróciła się w zatłoczonym barze, żeby spojrzeć na przeciętnego bruneta, siedzącego twarzą do sceny, na której grał ich ulubiony lokalny zespół: Twisted Hearts.
Kołysząc się w rytm muzyki i sącząc koktajl zwany „Long Island Ice Tea”, Cassandra przyglądała mu się chwilę.
– Mleczarz – oznajmiła po gruntownej ocenie jego „atrybutów”, to znaczy, z wyglądu, postawy i stroju w stylu drwala.
Michelle pokręciła głową.
– Nie, proszę pani, to na pewno Krakersik.
Cassandra uśmiechnęła się, myśląc o ich systemie oceny, który opierał się na tym, w jakim celu byłyby skłonne wyrzucić faceta z łóżka. Mleczarz oznaczało, że facet jest względnie atrakcyjny i w każdej chwili można go wysłać po szklankę mleka. Krakers to pozycja oczko wyżej, Ciacha to byli bogowie.
Jednakże absolutny szczyt męskiej atrakcyjności opisywała etykieta „pączek z cukrem”. Taki, nie dość, że potrafił nabałaganić, ale jeszcze zakłócał odwieczny reżim dietetyczny, bo dosłownie błagał kobietę, żeby uszczknęła choć jeden kąsek.
Jak na razie żadna z nich nie spotkała ucieleśnionego Pączka Z Cukrem. Mimo to, nie traciły nadziei.
Michelle popukała w ramię Brendę i Kat, dyskretnie wskazując im mężczyznę, którego pożerała wzrokiem.
– Ciacho?
Kat pokręciła głową.
– Krakers.
– Zdecydowanie Krakers – potwierdziła Brenda.
– Och, co ty tam wiesz! Masz stałego chłopaka – żachnęła się Michelle, kiedy zespół skończył piosenkę i zrobił sobie przerwę. – Rety, dziewczyny, trudno was zadowolić.
Cassandra znowu spojrzała na faceta, który rozmawiał z kumplem i popijał piwo z butelki. Nie sprawił, że serce zabiło jej szybciej, ale z drugiej strony mało który facet tak na nią działał. Jednakże w obejściu wydawał się swobodny i otwarty; miał też miły, przyjazny uśmiech. Rozumiała, dlaczego spodobał się Michelle.
– A co cię obchodzi, co my myślimy? – zapytała przyjaciółkę. – Jeżeli ci się podoba, idź i się przedstaw.
Michelle się przeraziła.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– A jak pomyśli, że jestem gruba albo brzydka?
Cassandra przewróciła oczami. Michelle była bardzo szczupłą brunetką, o której wiele można było powiedzieć, ale nie to, że jest brzydka.
– Życie jest krótkie, Michelle. Zbyt krótkie. Możliwe, że to facet twoich marzeń, ale jeśli nie podejdziesz i czegoś nie zrobisz, tylko będziesz tu czekać i się ślinić, nigdy się nie przekonasz.
– Boże – westchnęła Michelle – jak ja ci zazdroszczę tego podejścia „żyj dniem dzisiejszym”. Ja tak nie umiem.
Cassandra złapała ją za rękę i pociągnęła przez tłum, prowadząc do mężczyzny.
Poklepała go w ramię.
Odwrócił się zaskoczony.
Wytrzeszczył oczy, patrząc w górę na Cassandrę. Miała sześć stóp i cal wzrostu, więc przywykła, że ludzie biorą ją za wybryk natury. Trzeba było przyznać nieznajomemu, że przynajmniej nie robił wrażenia urażonego faktem, że jest od niego wyższa o bite dwa cale.
Spojrzał na Michelle, która była normalnego wzrostu – pięć stóp, cztery cale.
– Cześć – powiedziała Cassandra znowu przyciągając jego spojrzenie. – Przeprowadzam krótką ankietę. Jest pan żonaty?
Zmarszczył brwi.
– Nie.
– Spotyka się pan z kimś?
Zerknął zdziwiony na kumpla.
– Nie.
– Gej?
Rozdziawił usta.
– Słucham?!
– Cassandra! – warknęła Michelle.
Cassandra udała, że nie usłyszała żadnego z nich i tylko złapała mocniej Michelle za rękę, jakby przyjaciółka próbowała uciec.
– Czyli podobają się panu kobiety, tak?
– Tak – odparł z lekką urazą w głosie.
– Dobrze, bo moja przyjaciółka Michelle uważa, że jest pan wyjątkowo przystojny i chciałaby pana poznać.
Wepchnęła Michelle między nich dwoje.
– Michelle, poznaj...
Uśmiechnął się, patrząc na oszołomioną twarz Michelle.
– Tom Cody – przedstawił się.
– Toma Cody’ego – dokończyła zdanie Cassandra. – Tom, poznaj Michelle.
– Cześć – powiedział, wyciągając rękę.
Widząc minę przyjaciółki, Cassandra uznała, że Michelle nie wie, co zrobić: zabić ją czy jej podziękować.
– Cześć – odpowiedziała w końcu Michelle i uścisnęła podaną dłoń.
Upewniwszy się, że względnie do siebie pasują i że facet nie pogryzie jej przyjaciółki na pierwszej randce, Cassandra zostawiła parę i wróciła do Brendy i Kat, które siedziały z rozdziawionymi ustami i patrzyły, nie wierząc własnym oczom.
– Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś – powiedziała Kat, gdy tylko Cassandra wróciła do stolika. – Ona cię za to zabije.
Brenda się skrzywiła.
– Jeżeli kiedykolwiek wykręcisz taki numer mnie, to na pewno cię zabiję.
Kat objęła Brendę i czule przytuliła.
– Możesz na nią wrzeszczeć, ile zechcesz, ale nie pozwolę ci jej zabić, słonko.
Brenda zaśmiała się, nie wiedząc, że Kat mówiła zupełnie szczerze. Była sekretnym ochroniarzem Cassandry i pracowała dla niej już od pięciu lat. Rekord. Większość ochroniarzy Cassandry wytrzymywała osiem miesięcy.
Albo ginęli, albo składali wymówienie, gdy tylko zobaczyli, co i kto tak naprawdę nastaje na życie Cassandry. Uznawali, że nawet niebotyczne sumy pieniędzy, jakie jej ojciec płacił, żeby utrzymać córkę przy życiu, nie były warte takiego ryzyka.
Kat myślała inaczej. Cassandra nigdy w życiu nie poznała bardziej upartej i obdarzonej większym tupetem osoby. Już nie wspominając o tym, że Kat była jedyną wyższą od niej kobietą, jaką spotkała. Miała sześć stóp i cztery cale wzrostu i była porażająco piękna, przez co zawsze robiła wstrząsające wrażenie od razu na wejściu. Miała blond włosy sięgające poniżej ramion i oczy tak zielone, że aż nierealne.
– Wiesz – powiedziała Brenda do Cassandry, gdy przyglądały się jak Tom i Michelle rozmawiają i się śmieją – dałabym wszystko, żeby mieć tyle pewności siebie co ty. Czy ty kiedykolwiek w siebie wątpisz?
Cassandra odpowiedziała zgodnie z prawdą:
– Nieustannie.
– Nigdy tego nie okazujesz.
A to dlatego, że ona, w przeciwieństwie do swoich towarzyszek, liczyła się z tym, że najprawdopodobniej zostało jej tylko osiem miesięcy życia. Nie stać jej było na to, żeby bać się życia. Jej motto mówiło: „łap, co się da, obiema rękami i uciekaj”.
Z drugiej strony przez całe życie uciekała. Uciekała przed tymi, którzy by ją zabili, gdyby tylko dać im szansę.
Przede wszystkim jednak uciekała przed własnym przeznaczeniem, mając nadzieję, że w jakiś sposób, jakimś cudem, zdoła powstrzymać to co nieuniknione.
Chociaż podróżowała po świecie od szóstego roku życia, nie zbliżyła się do odkrycia prawdy na temat swojego dziedzictwa bardziej niż wcześniej jej matka.
Każdego ranka budziła się z nadzieją. Z nadzieją, że ktoś je powie, że jej życie nie musi zakończyć się w dwudzieste siódme urodziny. Z nadzieją, że zdoła zostać w jakimś miejscu na dłużej niż kilka miesięcy – czy nawet dni.
– Rety! – powiedziała Brenda, wytrzeszczając oczy i patrząc w stronę wejścia. – Myślę, że właśnie znalazłam nasze ciacha! I to aż trzy, moje panie.
Śmiejąc się z jej pełnego zachwytu głosu, Cassandra odwróciła się i zobaczyła trzech niewiarygodnie seksownych mężczyzn, którzy właśnie wchodzili do klubu. Wszyscy mieli ponad sześć stóp wzrostu, złocistą skórę i włosy, i byli bajecznie przystojni.
Śmiech zamarł jej na ustach, kiedy przeszedł ją okropny, palący dreszcz. Aż za dobrze znała to uczucie.
To ono napiętnowało jej serce strachem.
Ubrani w drogie swetry, dżinsy i narciarskie kurtki mężczyźni rozglądali się po barze wzrokiem śmiertelnie niebezpiecznych drapieżników – którymi zresztą byli. Cassandra zadrżała. Ludzie w barze nie mieli pojęcia, jakie im grozi niebezpieczeństwo.
Nikt nie miał pojęcia.
Dobry Boże...
– Ej, Cassandra – powiedziała Brenda – przedstaw mnie im.
Cassandra pokręciła głową i rzuciła ostrzegawcze spojrzenie Kat. Spróbowała odciągnąć Brendę od mężczyzn, od ich mrocznego, głodnego wzroku.
– To źli ludzie, Bren. Naprawdę źli.
Kolejna rzecz wynikająca z faktu, że była w połowie Apollitką, to umiejętność rozpoznania tych, którzy należeli do tego samego rodzaju, co jej matka. A kiedy patrzyła, jak mężczyźni idą przez tłum i oglądają kobiety z uwodzicielskimi uśmiechami, coś jej mówiło, że to nie są zwykli Apollici.
To były Daimony – bezwzględny rodzaj Apollitów, którzy zdecydowali się wydłużyć swoje krótkie życie, zabijając ludzi i kradnąc im dusze.
Jedyna w swoim rodzaju potężna charyzma i głód dusz niemal z nich buchały.
Szukali ofiar.
Cassandra starała się zapanować nad paniką. Musiała znaleźć sposób, żeby się stąd wynieść, zanim zbliżą się wystarczająco, by odkryć, kim jest.
Sięgnęła po mały pistolet w torebce i rozejrzała się, szukając wzrokiem wyjścia ewakuacyjnego.
– Na tyły – syknęła Kat, ciągnąc ją w głąb klubu.
– Co się dzieje? – dopytywała się Brenda.
Nagle najwyższy z Daimonów zamarł w pół kroku.
Jego stalowy wzrok zatrzymał się na Cassandrze, zdradzając wielkie zainteresowanie, a ona poczuła, że mężczyzna próbuje przeniknąć jej umysł. Zablokowała mu dostęp, ale było już za późno.
Złapał towarzysza za rękę i wskazał ją skinieniem głowy.
Niech to szlag. Miała przerąbane.
Zważywszy na tłumy w barze, nie mogła zacząć strzelać. Kat tak samo. Ręczne granaty trzymała w samochodzie, a sztylety postanowiła zostawić pod siedzeniem.
– Kat, dobrze by było, gdybyś mi teraz powiedziała, że masz przy sobie swoje sztylety sai.
– Niestety. A ty masz przy sobie kamy?
– Jasne – odparła sarkastycznie, myśląc o kamach, broni, która przypominała miniaturową kosę. – Schowałam je pod stanikiem przed wyjściem z domu.
Poczuła, że Kat wciskaj jej w rękę coś zimnego. Zerknęła w dół i zobaczyła złożony wachlarz uchiwa*. Ten służył do walki. Wykonano go ze stali i zaostrzono mu jeden brzeg tak, że był równie niebezpieczny jak nóż ginsu. Po złożeniu miał raptem jedenaście cali długości i wyglądał jak nieszkodliwy japoński składany wachlarz, lecz w rękach Kat lub Cassandry stawał się śmiercionośną bronią.
Cassandra zacisnęła mocniej rękę na wachlarzu, a Kat pociągnęła ją w stronę sceny, za którą znajdowało się wyjście ewakuacyjne. Zagłębiła się w tłum w pobliżu wyjścia, oddalając się od Daimonów i Brendy. Obawiała się, że ściągnęłaby na nią niebezpieczeństwo, gdyby pozostała w pobliżu, gdy tamci zaatakują.
Sklęła wzrost swój i Kat, kiedy zdała sobie sprawę, że nie mają szansy się schować. Nie było mowy, żeby Daimony ich nie wypatrzyły nawet w zatłoczonym klubie, skoro obie nad wszystkimi górowały.
Kat zatrzymała się w pół kroku, kiedy kolejny wysoki blondyn odciął im drogę ucieczki.
Dwie sekundy później w ich części klubu rozpętało się piekło. Obie zdały sobie sprawę, że znajdowało się tutaj więcej niż tylko trzy Daimony.
Było ich co najmniej tuzin.
Kat pchnęła Cassandrę w stronę wyjścia i kopnęła Daimona, wrzucając go na grupę ludzi, którzy zaczęli krzyczeć z powodu zamieszania.
Cassandra otworzyła wachlarz, kiedy kolejny Daimon zaatakował ją nożem myśliwskim. Zablokowała ostrze między listewkami i je wykręciła, wyrywając mu broń z ręki, po czym wbiła mu nóż w pierś.
Daimon natychmiast się rozpadł.
– Zapłacisz za to, suko – warknął inny Daimon, ruszając do ataku.
Kilku mężczyzn rzuciło się jej na pomoc, ale Daimony szybko się nimi zajęły, podczas gdy inni ludzie pobiegli do wyjścia.
Cztery Daimony otoczyły Kat.
Cassandra próbowała do niej podejść i wesprzeć ją w walce, ale nie była w stanie. Jeden z Daimonów zadał Kat wyjątkowo potężny cios i dziewczyna poleciała na ścianę. Uderzyła o nią z hukiem i zsunęła się na podłogę. Cassandra chciała jej pomóc, ale najlepiej byłoby, gdyby wywabiła Daimony z baru i tym samym odciągnęła je od przyjaciółki.
Odwróciła się, żeby uciec, i zobaczyła, że tuż za nią stoją dwa inne Daimony.
Wpadli na siebie, a ona była na tyle zaskoczona, że pozwoliła, by jeden z nich wykręcił jej z ręki wachlarz i nóż.
Złapał ją, żeby nie upadła.
Był to wysoki, przystojny blondyn, którego nadzwyczajna aura seksualna przyciągała wszystko, co było rodzaju żeńskiego. Właśnie ta esencja sprawiała, że Daimony swobodne żerowały na ludziach.
– Wybierasz się gdzieś, księżniczko? – spytał, łapiąc ją za nadgarstki i uniemożliwiając jej walkę o odzyskanie broni.
Próbowała odpowiedzieć, ale jego głębokie, ciemne oczy całkowicie ją zniewoliły. Poczuła, jak jego moce sięgają do jej umysłu, dusząc w zarodku wszelkie próby ucieczki.
Dołączyły do niego pozostałe Daimony.
Ten, który stał przed nią, nadal trzymał ją za nadgarstki i hipnotyzował wzrokiem.
– No proszę, proszę – powiedział najwyższy z Daimonów, przesuwając zimnym palcem po jej policzku. – Kiedy wyszedłem tej nocy pożywić się, ostatnie, czego się spodziewałem, to znaleźć zaginioną sukcesorkę.
Odsunęła gwałtownie głowę, uciekając od jego dotyku.
– Zabicie mnie nie wyzwoli was – powiedziała. – To tylko mit.
Trzymający ją Daimon, obrócił ją, żeby spojrzała na ich przywódcę, który tylko się roześmiał.
– Tak samo jak my, nieprawdaż? Zapytaj dowolnego człowieka w tym barze, czy wampiry istnieją. Co usłyszysz? – Przesunął językiem po długich kłach, przyglądając się jej złowrogo. – A teraz wyjdź z nami i umrzyj samotnie albo pożywimy się twoimi przyjaciółkami.
Obrzucił spojrzeniem drapieżnika Michelle, która znajdowała się na tyle daleko i tak była pochłonięta rozmową z Tomem, że nie zauważyła walki, jaka rozegrała się po drugiej stronie baru.
– Ta brunetka jest silna. Już sama jej dusza utrzyma mnie przy życiu co najmniej sześć miesięcy. A jeśli idzie o blondynkę...
Jego wzrok powędrował ku Kat, którą otaczali ludzie, nie mający pojęcia, jak to się stało, że jest ranna. Bez wątpienia Daimony wykorzystały swoje moce, żeby zamącić im w głowach i powstrzymać ich przed wtrącaniem się do tej rozgrywki.
– Cóż – rzucił złowieszczo – drobna przekąska jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Złapał Cassandrę za rękę i w tej samej chwili puścił ją pierwszy Daimon.
Nie zamierzała iść pokornie na rzeź, więc odwołała się do surowego i intensywnego treningu, który przeszła. Cofnęła się prosto w objęcia pierwszego Daimona, stojącego za jej plecami, i wbiła mu obcas w stopę.
Zaklął.
Zdzieliła pięścią w brzuch Daimona stojącego przed nią i śmignęła między pozostałymi dwoma w stronę drzwi.
Z nieludzką szybkością najwyższy Daimon zabiegł jej drogę. Okrutny uśmiech wykrzywił mu usta, kiedy ją brutalnie zatrzymał.
Kopnęła, ale zablokował jej atak, więc nie zrobiła mu krzywdy.
– Przestań.
Jego niski głos był hipnotyzujący i wypełniony obietnicą śmierci, jeśli Cassandra znowu mu się przeciwstawi.
Kilka osób w barze odwróciło się ku nim, ale wystarczyło jedno wściekłe spojrzenie Daimona, żeby się wycofały.
Nikt jej nie pomoże.
Nikt się nie ośmieli.
To jeszcze nie koniec... Nigdy się nie podda.
Zanim zdążyła ponownie zaatakować, frontowe drzwi klubu otworzyły się, wpuszczając lodowaty podmuch.
Daimon, jakby wyczuł coś jeszcze gorszego niż on sam, odwrócił się ku wejściu.
Wytrzeszczył oczy ze strachu.
Cassandra odwróciła się i zobaczyła to, co poraziło Dai­mona – i teraz ona też nie potrafiła oderwać wzroku.
Wiatr i śnieg wirował w wejściu wokół mężczyzny, który miał co najmniej sześć stóp i sześć cali wzrostu.
W przeciwieństwie do większości ludzi, mimo ponad dziesięciostopniowych mrozów, miał na sobie tylko długi czarny skórzany płaszcz, który łopotał na wietrze. Poza tym był ubrany w gruby, czarny sweter, buty do jazdy na motocyklu i obcisłe, skórzane spodnie, które opinały się na smukłym, twardym ciele, kuszącym nieokiełznaną seksualnością.
Poruszał się z pewnością siebie i śmiercionośną manierą mężczyzny, który wie, że nie ma sobie równych. Mężczyzny, który rzucał wyzwanie całemu światu.
Szedł krokiem drapieżnika.
I to sprawiło, że krew ścięła jej się w żyłach.
Gdyby miał jasne włosy, uznałaby, że to kolejny Daimon, ale on był czymś zupełnie innym.
Podmuch odwiał sięgające ramion, czarne jak smoła włosy z twarzy o perfekcyjnych rysach, która sprawiła, że serce zabiło Cassandrze mocniej. Jego czarne oczy były zimne. Jak stal. Twarz miał nieruchomą i beznamiętną.
Był stuprocentowym Pączkiem z Cukrem – nawet nie musiałby przynosić jej do łóżka tego nieszczęsnego pączka.
Jego mroczny, morderczy wzrok wędrował od jednego Daimona do drugiego – jakby przyciągany do nich światłem latarni – nie zważając na tłumy w barze, aż zatrzymał się na tym, który stał obok Cassandry.
Powolny, zły uśmiech wypłynął na przystojną twarz, odrobinę odsłaniając długie kły.
Nowo przybyły ruszył prosto do nich.
Daimon zaklął i zasłonił się Cassandrą.
Szarpała się w jego uścisku, dopóki nie wyjął z kieszeni pistoletu i nie przyłożył go do jej skroni.
W barze rozległy się krzyki i wrzaski, kiedy ludzie się rozbiegli, chowając się gdzie popadło.
Pozostałe Daimony stanęły obok przywódcy, tworząc szyk bitewny.
Nowo przybyły zaśmiał się złowieszczo. Światełko w jego czarnych jak agat oczach mówiło Cassandrze, że aż rwie się do walki.
Wręcz prowokował Daimony spojrzeniem.
– Nie wypada brać zakładnika – odezwał się niskim, dudniącym jak grzmot głosem z miłym dla ucha akcentem. – Zwłaszcza że i tak wiadomo, że was zabiję.
W tej samej chwili Cassandra zrozumiała kim i czym jest nowo przybyły.
Był Mrocznym Łowcą – nieśmiertelnym wojownikiem, który przez całą wieczność poluje na Daimony pożerające ludzkie dusze. Mroczni Łowcy byli obrońcami ludzi, dla których jednocześnie stanowili ucieleśnienie Szatana.
Słyszała o nich przez całe życie, ale tak samo jak inne historie o upiorach, uznała, że to tylko część legend i miejs­kiego folkloru.
Jednak stojący przed nią mężczyzna nie był wytworem jej wyobraźni. Był prawdziwy i wyglądał na śmiertelnie niebezpiecznego – dokładnie tak, jak opisywały go historie.
– Zejdź mi z drogi, Mroczny Łowco, bo ją zabiję – warknął trzymający ją Daimon.
Wyraźnie rozbawiony groźbą Mroczny Łowca pokręcił głową.
– Wiesz, powinieneś był posiedzieć dzień dłużej w swojej kryjówce. Dzisiaj wieczorem leci Buffy i to zupełnie nowy odcinek. – Mroczny Łowca westchnął poirytowany. – Masz pojęcie, jaki jestem wściekły, że mimo takiego mrozu musiałem tu przyjść, żeby cię zabić, kiedy mogłem polegiwać w domu i patrzeć, jak Sarah Michelle Gellar skopuje wszystkim tyłki w bluzce bez pleców?
Ręce Daimona zadrżały, kiedy mocniej chwycił Cassandrę.
– Brać go!
Daimony zaatakowały jednocześnie. Mroczny Łowca złapał pierwszego za gardło. Jednym płynnym ruchem podniósł go i pchnął na ścianę, przytrzymując zdecydowanie.
Daimon zakwilił.
– Co ty, dzieciak jesteś? – zdziwił się Mroczny Łowca. – Jezu, skoro już zamierzasz zabijać ludzi, to mógłbyś przynajmniej nauczyć się umierać z odrobiną godności.
Drugi Daimon skoczył mu na plecy. Łowca wziął zamach nogą i długie, niebezpieczne ostrze wystrzeliło mu z czubka buta. Kopnięciem wbił je prosto w pierś Daimona.
W jednej chwili potwór wybuchł i rozpadł się w pył.
Daimon, którego Mroczny Łowca trzymał, odsłonił długie kły, próbując go ugryźć i jednocześnie kopnąć. Łowca cisnął nim w ramiona trzeciego napastnika.
Oba Daimony straciły równowagę i padły jak kłody na podłogę.
Mroczny Łowca pokręcił głową, patrząc, jak, potykając się o siebie, próbują wstać.
Kolejne Daimony zaatakowały, a Łowca przebił się przez nie z łatwością.
– No, dajcie spokój, gdzie wyście się uczyli walczyć? – spytał, zabiwszy kolejnych dwóch. – W szkole dobrego wychowania dla grzecznych panienek? – Prychnął pogardliwie. – Moja młodsza siostra, kiedy miała trzy latka, potrafiła mocniej przywalić niż wy. Niech to szlag, skoro już postanawiacie zamienić się w Daimony, to przynajmniej weźcie kilka lekcji walki, żeby moja nudna praca stała się chociaż trochę bardziej interesująca. – Westchnął ciężko i spojrzał w sufit. – Gdzie się podziewają Spathi, kiedy są potrzebni?
Wykorzystując fakt, że Mroczny Łowca spuścił go z oka, Daimon, który trzymał Cassandrę, odsunął broń od jej skroni i strzelił do niego cztery razy.
Mroczny Łowca odwrócił się do niego bardzo, bardzo powoli.
Na jego twarz wypłynęła czysta furia, kiedy spiorunował wzrokiem strzelającego Daimona.
– Nie masz za grosz honoru? Przyzwoitości? Ani krztyny rozumu? Nie zabijesz mnie kulami. W ten sposób tylko mnie wkurwisz.
Spojrzał na krwawiące rany w boku, a potem odsunął połę płaszcza tak, że światło przeświecało przez dziury w skórze. Znowu zaklął.
– W dodatku zniszczyłeś mój ulubiony płaszcz. I za to zginiesz.
Zanim Cassandra zdołała się ruszyć, Mroczny Łowca machnął w ich stronę ręką. Cienki, czarny sznurek wystrzelił i owinął się wokół nadgarstka Daimona.
Nawet nie zdążyła mrugnąć, a Mroczny Łowca już był przy nich, szarpnął Daimona za nadgarstek i wykręcił mu rękę.
Potykając się, odsunęła się od Daimona i przywarła do zepsutej szafy grającej, żeby nie plątać się walczącym pod nogami.
Nadal jedną dłonią trzymając Daimona za rękę, Mroczny Łowca złapał go za gardło i podniósł. Eleganckim łukiem cisnął go na stół. Szkło popękało pod ciężarem ­Daimona. Broń uderzyła z zimnym, metalicznym brzękiem o drewnianą podłogę.
– Matka nigdy ci nie mówiła, że można nas zabić tylko jak się nas pokroi na kawałki? – zapytał Mroczny Łowca. – Trzeba było przyjść z rębakiem, a nie z pistoletem.
Spiorunował wzrokiem Daimona, który miotał się na stole.
– A teraz zajmijmy się uwolnieniem dusz, które ukradłeś. – Mroczny Łowca wyciągnął z buta nóż motylkowy, otworzył go szybkim ruchem i wbił w pierś przeciwnika.
Daimon natychmiast się rozpadł, nie zostawiając po sobie śladu.
Pozostałe dwa rzuciły się do drzwi.
Nie uciekły daleko – Mroczny Łowca wyciągnął spod płaszcza dwa noże do rzucania i cisnął nimi ze śmiercionośną precyzją. Trafił w plecy morderców. Daimony eksplodowały, a noże upadły ze złowieszczym brzękiem na podłogę.
Z niewiarygodnie nonszalanckim spokojem Mroczny Łowca ruszył do wyjścia. Przystanął tylko, żeby podnieść noże z podłogi.
A potem wyszedł równie szybko i cicho, jak się zjawił.
Cassandra z trudem łapała oddech, podczas gdy ludzie zaczęli wychodzić z kryjówek i w barze rozpętał się chaos. Na szczęście Kat zdołała się podnieść i chwiejnym krokiem podeszła do Cassandry.
Pozostałe przyjaciółki też zaraz do niej podbiegły.
– Nic ci nie jest?
– Widziałaś, co on zrobił?
– Myślałyśmy, że już po tobie!
– Bogu dzięki, jednak żyjesz!
– Czego oni od ciebie chcieli?
– Kim byli ci goście?
– Co się z nimi stało?
Cassandra ledwie słyszała słowa, które atakowały jej uszy z taką prędkością, że całkowicie się mieszały i nawet nie potrafiła się zorientować, kto co powiedział. Nadal myślała o Mrocznym Łowcy, który zjawił się jej na ratunek. Dlaczego zawracał sobie nią głowę?
Musiała dowiedzieć się o nim czegoś więcej...
Zanim zdążyła się nad tym dobrze zastanowić, rzuciła się biegiem za mężczyzną, który nie powinien w ogóle istnieć.
Na zewnątrz rozlegało się wycie syren, które narastało. Ktoś z baru musiał wezwać policję.
Mroczny Łowca był już w połowie drogi do następnej przecznicy, kiedy go dogoniła i zatrzymała.
Z beznamiętną twarzą spojrzał na nią ciemnymi oczami. Były tak czarne, że Cassandra nie widziała źrenic. Wiatr targał jego włosami wokół pięknie wyrzeźbionej twarzy, a chmurka oddechu z jego ust zmieszała się z parą jej oddechu.
Był okropny mróz, ale obecność Łowcy tak ją rozgrzewała, że nawet nie czuła zimna.
– Co zrobisz z policją? – spytała. – Będą cię szukać.
Gorzki uśmiech zaigrał w kącikach jego ust.
– Za pięć minut żadna istota ludzka w barze nie będzie pamiętać, że mnie widziała.
Zaskoczyły ją jego słowa. To dotyczyło wszystkich Mrocznych Łowców?
– Ja też zapomnę?
Pokiwał głową.
– W takim razie od razu dziękuję za uratowanie mi życia.
Wulf przystanął. Pierwszy raz podziękowano mu za bycie Mrocznym Łowcą.
Spojrzał na kaskadę ciasno zwiniętych w loki, jasnorudych włosów, które opadały bezwładnie wokół jej owalnej twarzy. Resztę włosów miała splecioną w warkocz opadający na plecy. Jej piwno-zielonkawe oczy były pełne życia i ciepła.
Chociaż nie była nadzwyczajną pięknością, jej rysy miały w sobie dużo uroku, kuszącego i zapraszającego.
Wbrew sobie musnął dłonią jej żuchwę, tuż poniżej ucha. Ciepła skóra, miększa od aksamitu, ogrzała mu zimne palce.
Wiele czasu minęło, od chwili kiedy ostatni raz dotykał kobiety.
Tak wiele, odkąd którejś posmakował.
Zanim zdążył się powstrzymać, pochylił się i pochwycił jej rozchylone usta wargami.
Zamruczał, czując jej smak, gdy jego ciało obudziło się do życia. Nigdy nie próbował niczego słodszego od miodu jej ust. Nigdy nie czuł bardziej upajającego zapachu od różanego aromatu jej czystego ciała.
Jej język odpowiadał na ruchy jego języka; chwyciła go mocno za ramiona, przyciskając do siebie. Łowca zrobił się twardy i gotowy na samą myśl, jak miękkie i delikatne musi być jej ciało.
W tej jednej chwili zapragnął jej z gwałtownością, która aż go zaszokowała. To było rozpaczliwie pragnienie, którego nie czuł od bardzo, bardzo dawna.
Cassandrze zakręciło się w głowie, gdy niespodziewanie poczuła jego usta na swoich. Nigdy nie zaznała niczego podobnego do siły i głodu jego pocałunku.
Delikatny zapach drzewa sandałowego przywarł do jego skóry, a on sam smakował piwem i dziką, nieposkromioną męskością.
Barbarzyńca.
To było jedyne słowo, które mogło go opisać.
Mięśnie jego rąk pracowały, gdy przyciskał ją do siebie, a jego język po mistrzowsku plądrował wnętrze jej ust.
Był śmiertelnie niebezpieczny nie tylko dla Daimonów. Okazał się zabójczo niebezpieczny dla kobiecych zmysłów. Serce waliło Cassandrze młotem, a całe ciało zapłonęło, gdy szaleńczo zapragnęła poczuć w sobie jego siłę.
Całowała go z całą desperacją.
Ujął jej twarz w dłonie, skubiąc jej wargi zębami. Kłami. Nagle pogłębił pocałunek i przesunął dłońmi po jej plecach, przyciskając ją mocniej do smukłych, męskich lędźwi, żeby mogła poczuć, jak twardy i gotowy jest dla niej.
Poczuła go i to wrażenie przeszyło ją na wskroś. Każdy hormon w jej ciele zaskwierczał.
Pragnęła go z zapalczywością, która ją przerażała. Nigdy w życiu nie zaznała tak gorącego, rozdzierającego pożądania, zwłaszcza wobec nieznajomego.
Powinna go odepchnąć.
Zamiast tego objęła rękami jego szerokie, twarde jak skała ramiona i przytrzymała go mocno. Tylko tyle mogła zrobić, żeby nie sięgnąć w dół, nie rozpiąć mu spodni i nie wprowadzić go prosto do miejsca, gdzie pulsowała żądzą.
Jakaś jej część nie przejmowała się nawet tym, że stoją na ulicy. Chciała go tu i teraz. I nieważne, czy ktoś ich zobaczy. To była obca jej część, której się bała.
Wulf walczył z pragnieniem, które domagało się, żeby przycisnął dziewczynę do ceglanego muru wznoszącego się za nimi tak, by objęła go w pasie długimi, kształtnymi nogami. Żeby podciągnął jej grzesznie króciutką spódniczkę na biodra i wszedł głęboko w jej ciało, aż wykrzyczałaby jego imię w słodkim zatraceniu.
Dobrzy bogowie, jak pragnął ją wziąć.
Gdyby tylko mógł...
Niechętnie wyplątał się z jej objęć. Przesunął kciukiem po jej opuchniętych ustach, zastanawiając się, jakie to byłoby uczucie mieć ją pod sobą wijącą się z rozkoszy.
Co gorsza, wiedział, że mógłby ją mieć. Doskonale wyczuł jej pożądanie. Jednakże zaraz po tym, kiedy by z nią skończył, ona by go zapomniała.
Nie pamiętałaby jego dotyku. Jego pocałunku.
Imienia...
Jej ciało dałoby mu ukojenie tylko na kilka minut.
To nie osłodziłoby samotności w sercu, które tęskniło za kimś, kto by go pamiętał.
– Dobranoc, moja słodka – szepnął, dotykając delikatnie policzka dziewczyny i zaraz się odwrócił.
On będzie pamiętał ich pocałunek.
Ona o wszystkim zapomni...



* * *



Cassandra nie mogła się poruszyć, kiedy Mroczny Łowca odchodził.
Zanim zupełnie zniknął wśród nocy, zapomniała o jego istnieniu.
– Jak się tu znalazłam? – zdziwiła się, obejmując się rękami na siarczystym mrozie.
Ze szczękającymi zębami pobiegła do baru.

---------------------------------
* W rzeczywistości japońskie wachlarze uchowa nie są składane – są sztywne i okrągłe (ew. zaokrąglone). Składane wachlarze japońskie to na przykład ogi, Essen lub sensu (przyp. tłum.)









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-12-02 (809 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej