Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Świat Nocy 2
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Ragnarok 1940 - Marcin Mortka



W ułamek sekundy później pociąg zaczął gwałtownie hamować.
Nawet przeraźliwy zgrzyt hamulców nie był w stanie zagłuszyć wrzawy, która wybuchła w wagonie. Donahue stracił równowagę i z okrzykiem przerażenia przygniótł siedzącą obok niego damę. Kilka osób spadło na podłogę lub runęło na sąsiadów siedzących naprzeciwko, wokół waliły się z półek walizki i kufry, ktoś z przerażeniem oglądał swe zakrwawione dłonie. Wrzaski paniki oraz bólu przeplatały się z przekleństwami, a także coraz głośniejszymi wołaniami o pomoc.
Naraz pociąg stanął i Jeremy mógł wreszcie uwolnić się od krzyczącej piskliwie starszej pani, na którą rzuciła go siła ciężkości. Zgrzyt hamulców ucichł, a przerażeni, oszołomieni ludzie jęli wstawać na nogi i rozglądać się niepewnie wokół siebie.
- Na wszystkie świętości, dlaczego my stoimy?! - wykrzyknął jakiś starzec, próbując zrzucić przygniatającą go walizkę.
- Na litość boską, czyżby to koniec świata?- wołała któraś z podróżnych, niemłoda kobieta w sukni przybrudzonej od upadku, tocząc wokół półprzytomnym spojrzeniem.
Wtedy szyba rozprysła się całkowicie, a dama z okrzykiem bólu upadła na podłogę i znieruchomiała. Na materiale jej sukni szybko rosła plama krwi.
- O Boże...- wyszeptał Baldwin. - Lekarz! - wykrzyknął, zrywając się na równe nogi.- Czy jest tu jakiś lekarz?
Rzut oka przez roztrzaskane okno uświadomił mu, że za chwilę lekarz nie przyda się ani rannej kobiecie, ani nikomu z podróżnych. Najpierw dostrzegł długie cienie spływające w dół zboczy wydm, a potem wciąż drobne sylwetki jeźdźców na wielbłądach wyraźnie odcinające się od ciemniejącego szybko nieba. Przez okrzyki zamieszania przebiły się ich tryumfalne okrzyki i niemrawa jeszcze palba karabinowa.
- Zasadzka! - Ktoś w zdemolowanym wagonie dostrzegł to samo, co on. - Mahdyści!
Następne wydarzenia potoczyły się z prędkością lawiny. Któryś z derwiszy wystrzelił czerwoną racę i runął w dół zbocza, a za nim cała banda rozmazana w promieniach zachodzącego słońca. Jeden z żołnierzy stanowiących eskortę pociągu przypadł do okna, lecz potrącił go purpurowy na twarzy pułkownik Donahue z wysiłkiem wlekący swój kufer w stronę drzwi.
- Derwisze! - ryczał. - Uciekajcie!
Jego krzyki zaalarmowały resztę pasażerów, którzy natychmiast rzucili się ku wyjściu. Niektórzy nie chcieli zostawić bagaży, przez co przy wyjściu powstał tym większy ścisk. Nikt nie zwracał uwagi na kobiety, dzieci czy starców, ludzie z poczerwieniałymi z wysiłku twarzami parli naprzód, torując drogę łokciami i kolanami. Ktoś roztrzaskał kolejne okno i wyskoczył na zewnątrz, rozcinając sobie przy tym nogę o tkwiący w ramie kawałek szyby.
Jeremy tknięty złym przeczuciem spojrzał przez okno po przeciwnej stronie wagonu.
- Czyś pan rozum postradał, Donahue?! - wrzasnął, próbując przekrzyczeć przerażony tłum walczący o drogę na zewnątrz. - Przecież oni wystrzelili racę! To na pewno znak dla innych! Po drugiej stronie czeka kolejna horda!
- Daj mu pan spokój, Baldwin - rzucił młody pilot, który wsunął książkę w kieszeń spodni i przyklęknął przy oknie z pistoletem Webley w garści. Był blady jak ściana, jego głos lekko drżał, ale wydawał się panować nad sobą. - Jak chce pieszo uciekać przed jeźdźcami pustyni, droga wolna.
Galopujący mahdyści byli coraz bliżej, niektórzy próbowali już strzelać z rozkołysanych grzbietów wielbłądów. Żołnierze eskorty, zdenerwowani, z błyszczącymi oczyma, odpowiedzieli ogniem – kilku mahdystów spadło z siodeł, łopocząc dziko szatami. Zbity tłum przy drzwiach nagle zafalował, przerażeni pasażerowie odskoczyli do tyłu, tratując siebie nawzajem. Któryś z nich padł na kolana i zaczął głośno śpiewać psalm trzęsącym się głosem.
Dziennikarz raz jeszcze spojrzał za siebie i zrozumiał, że się nie pomylił.
W kierunku Donahue, który zdołał już odbiec kilkadziesiąt metrów od wagonu, galopował jeździec na wielbłądzie. Stary żołnierz upuścił kufer i jął gmerać przy kaburze pistoletu, nie przestając ciskać obelg, jednakże derwisz był szybszy. Szeroki sudański miecz odbił rdzawe promienie słońca i rozłupał czaszkę pułkownika, a gdy poderwał się ponownie w górę, siejąc gradem krwawych kropel, Donahue opadł miękko na piasek. Mahdysta wrzasnął tryumfalnie, a okrzyk powtórzyło kilkunastu jeźdźców pędzących w ślad za nim. Ich ciemne, postrzępione szaty falowały niczym skrzydła pustynnych sępów.
- Po drugiej stronie! - wrzasnął Jeremy. Jeden z żołnierzy zdezorientowany uniósł głowę, lecz w tej samej chwili padł trafony przypadkową kulą. Jego krew chlusnęła prosto na twarz czołgającej się starszej damy, która rozpaczliwie próbując ją zetrzeć, zaczęła histerycznie krzyczeć. Pilot wychylił się zza okno i opróżnił cały magazynek pistoletu w najbliższych derwiszy. Blask wystrzału opromienił jego twarz - bladą, spotniałą, z mocno zaciśniętymi ustami.
Nie odstraszyło to jednak nacierających, którzy niemal jednocześnie przypadli do obu ścian pociągu. Zatrzymywali ryczące chrapliwie wielbłądy tuż przy wybitych szybach i strzelali bez litości do szukających schronienia pasażerów, a inni zeskakiwali już z grzbietów wierzchowców, by wedrzeć się do wnętrza wagonów z nożami i mieczami. Dzikie wrzaski po arabsku oraz
Wystrzały z karabinów całkiem zagłuszyły okrzyki przerażenia czy wołania o pomoc.
Jeremy pochwycił porzucony karabin, wycelował niewprawnie i nacisnął spust. Napastnik w zakrwawionym burnusie, który właśnie przetrząsał otwartą walizkę, zatoczył się i złapał za ramię zaskoczony nagłym bólem. Dostrzegłszy dziennikarza, wyszarpnął zza pasa nóż, szczerząc dziko zęby. Baldwin przez sekundę, dwie zmagał się z opornym zamkiem, próbując przeładować, lecz w końcu w ostatniej chwili upuścił broń i odtoczył się w bok. W tym momencie tuż za plecami usłyszał głośny huk. Derwisz charknął, rzygnął krwią i padł jak długi.
Korespondent nie pozwolił sobie ani na chwilę ulgi. Chciał się poderwać i znów chwycić za porzucony przed momentem karabin, lecz niespodziewanie drogę zagrodził mu uratowany w Asuanie Egipcjanin. Nieznajomy przykucnął przy nim, podrzucił do ramienia starą, przykurzoną strzelbę, ani chybi wyszarpniętą któremuś z napastników, i znów wypalił.
Kolejny mahdysta spadł z wielbłąda, lecz inni ani myśleli ustąpić. Kule z ich broni rwały tapicerkę siedzeń, masakrowały boazerię i szarpały ludzkie ciała, w większości nieruchome. Niewidomy major zacisnął dłonie na szyi któregoś z napastników, broniąc mu dostępu do swej towarzyszki, śmiertelnie bladej, lecz nadal wprawnie przeładowującej pistolet, gdy inny doskoczył doń od boku i ciął szerokim kindżałem. Kule kobiety oraz pilota RAF-u przeszyły go o ułamek sekundy za późno - ofcer walił się już na podłogę, brocząc obfcie krwią z rozdartego ramienia.
- Oliver! - krzyknęła histerycznie kobieta i skoczyła, by osłonić go własnym ciałem.
Do wagonu wdarło się kilku kolejnych derwiszy, dobijając rannych i przetrząsając bagaże w poszukiwaniu kosztowności. Dwóch zginęło powalonych celnymi strzałami Egipcjanina oraz młodego pilota. Wstrząśnięty dantejskimi scenami Jeremy również uniósł broń, lecz ręce mu drżały, tak że nim zdołał zgrać szczerbinkę z rozkołysaną muszką, bandyci zdążyli porwać kilka toreb i zniknąć.
I wtedy gęstniejący z wolna mrok rozpędził rozbłysk strzelającego serią pistoletu maszynowego.
Seria była cicha, przytłumiona, a wystrzały bardziej przypominały dudnienie aniżeli trzaski, lecz płomień wylotowy był jasny i wręcz oślepiający. Rozświetlani co ułamek sekundy derwisze wydawali się uczestniczyć w szaleńczym tańcu ognia, kolejnym, który miał uwolnić ich od ułomności ludzkich ciał, a dusze przybliżyć do Allacha. Czas nagle wydawał się płynąć niezwykle wolno i minęły trzy, może nawet ztery rozbłyski, nim Baldwin odwrócił głowę, by dostrzec strzelającego.
- Jalla, jalla - wrzeszczał derwisz w czarnym turbanie, który usiłował opanować swego wielbłąda kilkanaście metrów za linią walczących.
Broń trzymał wzniesioną ku ciemniejącemu gwałtownie niebu i co rusz puszczał serię ku coraz śmielszym gwiazdom. Rozbłyski płomienia wylotowego odbijały się na stali lufy. Oniemiały Jeremy nie mógł spuścić z niej oczu.
„Pistolet maszynowy - pomyślał. - Taki jak wtedy...”
Niespodziewanie odgłosy wystrzałów ucichły, a nadal wrzeszczący mahdyści poczęli wdrapywać się na grzbiety wielbłądów, w większości objuczeni łupami. Wkrótce ciemności spowijające wydmy pochłonęły ostatnich jeźdźców, a w zdemolowanych wagonach pociągu nastała grobowa cisza przerywana z rzadka jękami rannych lub szlochem nielicznych ocalałych.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-07-01 (1782 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej