Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Harry Potter i więzień Azkabanu
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

Wywiady z M.P. Kozlowsky’m



1. Wywiad z M.P. Kozlowsky'm (źródło)

Nie wiem, czy Wy macie podobnie, ale kiedy znajdę książkę i ją pokocham, zawsze chcę ją samolubnie zachować dla siebie. Wtedy jednak zdajesz sobie sprawę z tego, że nie powinno się takich historii trzymać schowanych gdzieś w ciemnym kącie, tylko dla swoich oczu. Dochodzisz do wniosku, że każdy powinien przeczytać tę książkę. "Juniper Berry i tajemnicze drzewo" autorstwa M.P. Kozlowsky'ego (wydana przez Walden Pond Press w 2011 roku) jest właśnie jedną z takich książek. Wbiła we mnie swoje "haki" i nie pozwoliła mi odejść. Straszliwa, a zarazem dowcipna opowieść ze wspaniałymi elementami grozy - ta książka musi się podobać. Obejrzyjcie trailer, a przekonacie się sami.
Niesamowite. Wiem. Zatem zagłębmy się w ten świat z M.P. i posłuchajmy, co on ma do powiedzenia na temat tej cudownej książki.

Czy możesz nam opowiedzieć o Twojej przeszłości i o tym, co skłoniło Cię do napisania książki dla dzieci?

M.P. Kozlowsky:
Pisanie zawsze było moim celem. Nigdy też nie uważałem się za autora książek dla dzieci czy dla dorosłych, ani też jakiegoś konkretnego gatunku. Jestem szalenie dumny z tego, że potrafię pisać w różnych stylach i za pomocą różnych środków przekazu, bo to coś, co ćwiczyłem już w bardzo wczesnym wieku. Także teraz planuję nieustanne zmiany i nurzanie się w rozmaitych rejonach pisarskiego świata, opierając się ograniczeniom.
Kiedy jednak zdecydowałem się, by napisać "Juniper Berry", znalazłem się akurat na życiowym rozdrożu. Mój ojciec zmarł po długotrwałej walce z różnymi schorzeniami i niepełnosprawnością, które wywołane zostały poważnymi urazami głowy. Odchodząc, pozostawił mi niewielką kwotę pieniędzy - pieniędzy, które chciałem wykorzystać, by go jakoś uhonorować, a nie upchnąć na koncie bankowym lub lekkomyślnie wydać. Nie chciałem, by jego śmierć poszła na marne - dlatego po trzech latach rzuciłem pracę nauczyciela angielskiego w szkole średniej i zabrałem się do pisania powieści oraz wspomnień, choć - po ich ukończeniu - żadnej z tych książek nie uważałem za nadającą się do publikacji. Kończył mi się jednak czas i kończyły się pieniądze - a to musiało być coś innego. I wtedy pomyślałem o Juniper Berry. Ta książka mogła powstać tylko w tamtym określonym momencie mojego życia. Były pewne kwestie, z którymi chciałem się zmierzyć, pewne tematy, a czułem, że książka dla dzieci stanowiła najlepszy sposób, by tego dokonać. Spoglądając porażce prosto w jej bladą i przerażającą twarz, dotrwałem do naprawdę ostatniej chwili.

Wielu pisarzy - zanim rozpoczęli swoje kariery literackie - pracowało jako nauczyciele. Jak myślisz, dlaczego tak jest?

Mogę mówić tylko za siebie. Moje dzieciństwo przebiegało przeważnie w ubóstwie, toteż mama zawsze radziła mi, bym - zamiast podejmować jakieś wielkie ryzyko - zdobył dyplom, do którego zawsze mógłbym się uciec, oraz bezpieczną pracę, na boku realizując swoje marzenie, na co, jak mi się wydawało, pozwalała praca w szkole. Faktycznie wierzę, że istnieje znacznie więcej nauczycieli, którzy chcieliby zostać pisarzami lub, być może, kimś jeszcze innym, lecz zawód ten jest tak trudny i wymagający, że czas, który - jak kiedyś wierzyli - mogliby wykorzystać na realizację swoich pasji, staje się czymś innym: bardziej potrzebują bowiem odpoczynku i relaksu, z których nie żałuję im nawet sekundy.

Juniper Berry" jest wspaniałym literackim debiutem i kocham elementy grozy w tej historii. Czy możesz opowiedzieć mi o swoich inspiracjach i o tym, dlaczego Twoją pierwszą książką stała się właśnie "Juniper"?

Mam tendencję do wybierania sobie mrocznych inspiracji - to najprawdopodobniej skutki niespokojnego okresu dzieciństwa, rzeczy, których byłem świadkiem. Przez większość swoich dni uważałem życie za dość niebezpieczne i zagmatwane, smutne i tragiczne. Bajki, takie jak te braci Grimm, nim zostały one przefiltrowane przez Disney'a, i im podobne, naprawdę do mnie przemawiały. Podobały mi się książki dla dzieci i filmy zawierające elementy grozy, mroczne, bardziej dojrzałe, jak na przykład "Mrs. Frisby and the Rats of NIMH", "Legenda o Sennej Kotlinie", "Ciemny kryształ" i tym podobne. Moje dzieciństwo wywarło ogromny wpływ na "Juniper Berry" i wszystko, co piszę dzisiaj. Czasami cierpienie może przyczynić się do czegoś dobrego. Staram się je w ten sposób ukierunkować, gdy tylko mam do tego okazję.

Ta książka dotyczy mnie, bo pracuję w Hollywood, a temat utraty samego siebie jest naprawdę mocno związany z tym biznesem. Czy znasz swój temat, zanim zaczniesz pisać, czy też ewoluuje on podczas pracy?

Uznałem, że Hollywood będzie służyć za najlepszy przykład, choć kwestia utraty samego siebie może odnosić się do wielu różnych życiowych dróg. Temat tej opowieści na pewno jednak istniał, zanim zacząłem ją pisać. Jako pisarz wchodzący w świat wydawniczy, w jego sztywną konstrukcję, szczegółowe wytyczne, byłem bardzo ostrożny przy konsumowaniu. Czasami jednak pragnienie osiągnięcia sukcesu może być tak silne, że jest się w stanie zrobić wszystko, by go osiągnąć. W pewnym sensie podróż Juniper odzwierciedla moją własną drogę.

A czego nauczyłeś się o kolejnych krokach wydawniczych od czasu rozpoczęcia Twoich dążeń do stania się autorem?

Po pierwsze - istnieje możliwość odrzucenia. Każdy pisarz mówi o tym, ale to nigdy nie wystarczy, aby się przygotować. Prowadziłem cały rejestr odrzuceń. Dla mnie najważniejszym krokiem było jednak znalezienie agenta, czego udało mi się dokonać, przyjmując wspaniałą ofertę Elany Roth. Ona sprawiła, że później sama publikacja wydała się łatwiejsza. Oczywiście, droga z tego punktu jest znacznie dłuższa, niż zwykło się uważać. Od liczby projektów i przepisywań, do edycji, korespondencji mailowej na temat wzornictwa i ilustracji oraz promocji - do czasu, gdy ujrzymy książkę w druku od momentu napisania naprawdę pierwszego słowa mija zwykle kilka lat. Powszechna opinia głosi, że pisanie nie jest trudnym zajęciem - ktoś siedzi sobie w domu, za biurkiem, pisze kilka słów, może robi sobie przerwę, znów pisze, chwyta coś do jedzenia i tak dalej... Ale gdy faktycznie przechodzisz przez cały proces, wszystkie poszukiwania, zmiany, cały ten stres i presję, ciągle szarpiąc się i ciągnąc, większość ludzi nigdy nie zrozumie dokładnie, ile krwi, potu i łez (bez cienia przesady) cię to kosztowało.

Gdybyś mógł dać początkującym pisarzom jakieś rady dotyczące rzemiosła, co zalecałbyś im zrobić? A co byś odradzał?

Pomijając wiele innych spraw, jestem przekonany, że "Juniper Berry" stanowi rodzaj komentarza do całego procesu publikacji. Łatwo jest się sprzedać, pisząc według gotowych formuł tylko po to, by zarobić pieniądze. Za wszelką cenę radziłbym jednak unikać tego, ponieważ to nie doprowadzi do samospełnienia, na które się liczyło. Zawsze piszcie dla samych siebie. I, oczywiście, czytajcie i piszcie tak dużo, jak tylko możecie - nie powinniście mieć zbyt wiele czasu na nic innego (czas wolny powinien stać się tylko wspomnieniem z przeszłości)...

A gdybyś został uwięziony w takim pokoju pod drzewem w lesie z tylko jedną książką, to co by to była za książka i dlaczego właśnie ona?

To musiałaby być książka szalenie długa, a jednocześnie pięknie napisana, książka, która błaga o to, by czytać ją wciąż od nowa, książka dojrzewająca do dogłębnej analizy. Może "Podziemmia" Dona DeLillo.

Chciałbym podziękować M.P. Kozlowsky'emu za to, że znalazł dla nas czas. Chciałbym też podziękować Kellie z Walden Pond Press za jej pomoc i nieustające wsparcie. Wciąż pozostaje też wiele przystanków na blogowej trasie promującej "Juniper Berry". Pamiętajcie, by zatrzymać się i sprawdzić je.


2. Wypowiedź M.P. Kozlowsky'ego o powstaniu "Juniper Berry" (źródło)

Wypowiedź gościa - M.P. Kozlowsky

Narodziny" Juniper Berry


Pierwszy obraz, jaki ujrzałem, rozpoczynając pracę nad Juniper Berry, to dziecko trzymające balonik. Ale nie wiedziałem, dlaczego. Byłem pewien, że musi być coś więcej w tym baloniku, coś niezwykłego, ale cóż o mogło być? Jest coś symbolicznego w samotnym baloniku na sznurku tkwiącym w ręce chłopca lub dziewczynki. To esencja niewinności. Gdy raz to sobie uświadomiłem, wiedziałem, co powinienem zrobić. Niewinność balonika - tak, to właśnie chciałem zniszczyć. W "Juniper Berry" chciałem przekształcić balonik w symbol takiego strachu, pokusy i zła, aby po przeczytaniu tej książki nikt już nie mógł patrzeć na niego w taki sam sposób. Jeśli ktoś niósłby, idąc ulicą, balon, dwa, trzy lub, o zgrozo, cały tuzin, życzyłbym sobie, by ludzie pochylili głowy i spojrzeli na ten kolorowy lateks inaczej niż kiedykolwiek wcześniej, może nieco podejrzliwie - a co jeśli...? Chciałbym na zawsze zmienić percepcję czytelników. Balon nigdy więcej nie będzie tylko balonem. A gdy jeden zostanie gdzieś dostrzeżony, gdziekolwiek by to nie było, chciałbym, by zawsze był już synonimem "Juniper Berry".

Wtedy zastanowiłem się: dobrze, dlaczego ona ma ten balon i dlaczego ten obraz wydaje się tak przerażający i złowrogi? Niedługo później przyszło do mnie wyjaśnienie, którego jednak nie ujawnię tutaj. Później cały proces szkicowania akcji był dla mnie jak setki ogniw łańcucha, jedno połączone z drugim - tak jest zawsze, gdy szkicuję i kreślę projekt. Niekiedy jeden aspekt tej historii ujawnia kolejne pytanie, które wywołuje kolejne, i kolejne i tak dalej. Ostatecznie cała książka rozciąga się przed tobą. Na przykład wiedziałem, że w książce powinno się znaleźć wątek pilnego poszukiwania kogoś przez Juniper. Natychmiast dotarło to do mnie, uświadomiłem sobie, że będzie musiała uratować swoich rodziców. Oczywiście, zdałem sobie sprawę z tego, że oni dotarli do balonów pierwsi. Ale dlaczego? Cóż, są sławni. Wyobrażałem sobie, że są oni podobni do Brada Pitta i Angeliny Jolie, dwie wielkie gwiazdy nieustannie ścigane przez media i paparazzich, pewien obraz i styl życia, który trzeba podtrzymywać. Wiedziałem, że to musiało mieć wpływ na Juniper, co doprowadziło mnie do kwestii jej osamotnienia. Jej rodzice początkowo chcieli tylko, by była bezpieczna, z daleka od ludzkich oczu. Oczywiście, jako mała dziewczynka, Juniper nic z tego nie rozumie i rozpaczliwie pragnie jakiejś formy kontaktu ze światem zewnętrznym. Tu właśnie pojawiają się jej przyrządy optyczne - lornetki, lunety, teleskopy itd. A ogniwa łańcucha zaczynają się ciągnąć, i ciągnąć, i tak aż do końca historii.

Szczegóły to coś innego. Drobiazgi - małe dziwactwa, zwięzłe, wydzielone, pojedyncze obrazy - zawsze przychodzą mi na myśl ostatnie i znajduję je w różnych miejscach, inspiracje uderzają mnie w najdziwniejszych momentach. Odnajduję pomysły w filmach, książkach, reklamach, na ulicy, podczas rozmowy telefonicznej, w magazynach, gazetach i tak dalej. Trzymam w pobliżu pewną ilość małych notatników, by móc notować pomysły, gdy tylko mam dość szczęścia, by wpadły mi do głowy, nawet jeśli dana idea nie nadaje się do historii, nad którą aktualnie pracuję.

Każdy pisarz ma swoje własne metody, a kiedy właśnie siedzę przed komputerem, mój proces twórczy staje się dość osobliwy. Nie wierzę, że metody pisania można kogoś nauczyć; to po prostu przychodzi w naturalny sposób - do każdego inaczej. Jeśli to działa, nie kwestionuj tego, po prostu pisz, i pisz, i pisz. Tak właśnie zrobiłem.


3. Wywiad z M.P. Kozlowsky'm (źródło)

Co oznaczają litery M. i P.? Ja nie znoszę swojego imienia, czy ty także dlatego publikujesz pod inicjałami?


Mam mieszane uczucia co do celowości i znaczenia imion i z tego powodu zdecydowałem się na delikatną manipulację. W tym momencie pozwolę sobie jedynie ujawnić część prawdy - inicjały M.P. mogą oznaczać następujące imiona: A. Mitchell Pryor; B. Malcolm Peter; C. Michael Paul; D. Mark Percival lub E. Max Perry.

Skoro już mówimy o imionach - szczególnie spodobało mi się sprytne imię, które dałeś psu Juniper. W jaki sposób nadajesz imiona bohaterom swoich opowieści?

Już pierwsza linijka wskazuje na świat przeciwieństw, a ja chciałem, by stało się to motywem przewodnim całej historii - wszystko, od podwójnych osobowości rodziców Juniper, po przysłowiową równowagę między dobrem i złem; od otwartości na świat zmieszanej z klaustrofobicznym światem Juniper po rozwój nowych technologii oraz awersję do nich, niewinność balonika zniszczoną przez złowrogie skojarzenia, które wywołuje. Wszystko w tej historii musiało mieć dwie strony, także imiona. Jagody jałowca [ang. juniper berry] są dość gorzkie, a jednak, nawet biorąc pod uwagę jej izolację i rozpad relacji z rodzicami, postać Juniper Berry w ogóle nie wydaje się zgorzkniała. Ona jest raczej słodka i optymistyczna. Zgodnie z tą tendencją Kicia jest, rzecz jasna, psem, a Neptun, którego imię wiąże się z wodą, a tym samym - z życiem, to w tym wypadku kruk, drapieżnik, który odbiera życie.

Która książka Cię uzależniła?

Oczywiście nie ma tylko jednej książki, która zmieniłaby mnie z anty-czytelnika w czytelnika. To, co jest ważne, to że wierzę, iż jako dziecko byłem otoczony przez słowa tak bardzo, jak to tylko możliwe. Zarówno ciotka, jak i dziadek, niemal codziennie opowiadali mi różne historie, a mama ciągle urządzała mi wycieczki do biblioteki, gdzie uczestniczyłem w letnich konkursach i grupach czytelniczych i skąd wychodziłem ze stosem książek wyślizgującym się z moich drżących ramion. Czytałem wszystko, od książek poprzez magazyny po komiksy. To nie książki mnie uzależniły, to sprawka mojej rodziny.

Kto był pierwszym dzieckiem, które przeczytało "Juniper Berry"? Jak ta osoba oceniła książkę?

Niestety, żyję raczej w odosobnieniu - jak Juniper - i nie mam dostępu do zbyt wielu dzieci (moi bracia są dorośli, a córka nie ma jeszcze roku), zatem nie miałem jeszcze okazji spotkać dziecka, które byłoby pierwszym czytelnikiem mojej książki. Miałem jednak możliwość przeczytania recenzji młodej dziewczyny, Eleny, na stronie novelnovice.com. O ile mi wiadomo, była pierwszą moją czytelniczką, i cieszę się, że pokochała "Juniper Berry". Dla dorosłego pisanie dla dzieci może wydawać się nieco odstraszające, staram się więc odwoływać się do swojego dzieciństwa i tego, co mnie cieszyło, chociaż zazwyczaj pociągały mnie dość mroczne klimaty. Jakkolwiek brzmi to banalnie, piszę dla dziecka, które mam w sobie.

W jaki sposób "Juniper Berry" ewoluowała od pomysłu do wydanej książki? Jak długo trwał ten proces?

Ten proces trwa znacznie dłużej niż zwykło się przypuszczać, ponieważ składa się na niego wiele etapów. Zaczyna się od pierwszego projektu, podlegającego surowej rewizji, następnie dochodzi do ponownego przejrzenia całości po tym, jak mój agent przeczyta ją i zasugeruje zmiany. Następnie, po manuskrypcie, pojawia się kolejny projekt, przejęty przez mojego redaktora. Później, oczywiście, był długi czas oczekiwania na publikację, w którą zaangażowani byli redaktorzy, składacze, ilustratorzy, projektanci itd. Minęły ponad dwa lata, niemal trzy, od czasu, gdy napisałem pierwsze słowo, do momentu, w którym zostało ono opublikowane.

Możesz nam powiedzieć, czy jakieś sceny z "Juniper Berry" nie przeszły przez proces redakcyjny?

Miałem szczęście trafić na redaktora, który w pełni zaakceptował moją wizję i towarzyszył mi przy każdym kroku. Oprócz drobnych szczegółów, nie było żadnych większych fragmentów czy scen, które zostałyby wycięte. Jeśli już, to podczas naszej współpracy pojawiały się raczej dodatki.

Zostałem pobłogosławiony ośmiolatkiem, który uwielbia czytać (jak do tej pory!), ale co doradziłbyś rodzicom, których dzieci nie garną się do lektury?

Jak już wcześniej powiedziałem, to ważne, by słowa pojawiały się w życiu dziecka w każdy możliwy sposób i tak często, jak to tylko możliwe. Jeśli dziecko jest powściągliwe i raczej wybredne w doborze lektury, dla rodziców może to się okazać korzystne, jeśli unikną zastraszania dziecka literaturą i spróbują odkryć alternatywne drogi. Być może dziecko zareaguje na opowiadane mu historyjki. Czasami może to zadziałać na dziecinną wyobraźnię we wspaniały sposób. A może jemu lub jej większą przyjemność sprawiłyby komiksy - czytałem ich sporo, będąc dzieckiem, i często znajdowałem w nich słownictwo trudniejsze niż to w większości książek odpowiednich dla mojego wieku. Gdy dziecko nie postrzega czytania jako roboty, przymusu, będzie bardziej skłonne do tego, by sięgnąć po książkę dla przyjemności. Oczywiście, udział rodziców ma tu olbrzymie znaczenie. Im więcej czytasz, im więcej książek znajduje się na twoich półkach, tym chętniej dziecko pójdzie za twoim przykładem i sięgnie po jedną z nich.

Wiem, że większość pisarzy nie znosi tego pytania, ale nie umiem się powstrzymać... nad czym aktualnie pracujesz?

A nad czym ja nie pracuję? Cały czas piszę - jeśli nawet staram się wziąć od tego urlop, szybko robię się niespokojny i smutny. Stosunkowo niedawno ukończyłem pisanie innej książki dla dzieci, jednak ta historia może zostać przez niektórych uznana za zbyt mroczną i dorosłą - jest to alegoria mojego dzieciństwa - zatem ten projekt może zostać zawieszony na jakiś czas. W tym samym czasie piszę inne nowoczesne bajki inspirowane opowieściami mojego dziadka, którymi raczył mnie, gdy byłem dzieckiem, razem z tymi wszystkimi olbrzymami, czarownicami i tym podobnymi, co - moim zdaniem - jest dość ekscytujące. Z kolei jeśli chodzi o twórczość dla dorosłych, ukończyłem ostatnio powieść o różnych aspektach pamięci, no i zawsze powracam do majstrowania przy moich nieustannie ewoluujących pamiętnikach. Zajęcia, zajęcia, zajęcia...

Ostatnie pytanie - jakiego koloru balonik wybrałbyś?

Pomijając fakt, że nie mam ulubionego koloru i że jakikolwiek balonik oferowany w podziemnym królestwie stanowi zawsze przepustkę do upadku, to wybrałbym niebieski, bo to, zdaje się, ulubiony kolor mojej córki, podobnie jak Gillesa.


4. Wypowiedź M.P. Kozlowsky'ego dla zaprzyjaźnionej blogerki (źródło)

Najlepszym życiowym przewodnikiem jest strach. Mamy szczęście, że jesteśmy na niego podatni. Jak inaczej moglibyśmy się dowiedzieć, czy podejmowane przez nas decyzje są właściwe? Problemy pojawiają się, gdy chcemy z nim walczyć. Dla wielu takie poddanie się wewnętrznym niepokojom jest dość łatwe. Robiłem tak przez ładnych parę lat - powinienem bowiem zacząć pisać w znacznie młodszym wieku. To zrozumiałe, że jest wiele powodów do strachu przy podejmowaniu decyzji dotyczących własnej kariery - czy osiągnę sukces? Czy będę w stanie utrzymać rodzinę? Czy będę szczęśliwy, zajmując się tym? I tak dalej... Tak więc, gdy musiałem wybierać między byciem nauczycielem a pisarzem, zdecydowałem się, oczywiście, na tę pierwszą opcję. Gdy jest się pisarzem, nie ma się gwarancji, że osiągnie się sukces, nie ma gwarancji, że zarobi się pieniądze wystarczające, by żyć z tego, by być szczęśliwym, i prawie zawsze ktoś mówi coś w stylu: "Czy nie wiesz, jak trudno być pisarzem? To jak być zawodnikiem ligi baseballowej lub przygotowywać się do lotu wahadłowcem w kosmos. Co zamierzasz zrobić z przychodami, ubezpieczeniem zdrowotnym? Czy naprawdę chcesz być głodującym pisarzyną, mieszkającym w norze? Czy tego chcesz?". To bierze się stamtąd. Takie ciągłe porady - niektóre z nich, przyznaję, całkiem sensowne - na pewno mogą być dobijające, tak jak były dobijające dla mnie. Toteż zdecydowałem, że będąc nauczycielem, mam zagwarantowaną wypłatę, ubezpieczenie i dużo wolnego czasu, który mogę spędzić z rodziną lub pisząc. Zrobiłem to z każdego powodu, ale nie po to, by być szczęśliwym. Zrobiłem to ze strachu. Ze strachu przed porażką. Kim byłem, by przeciwstawiać się tendencjom? Nie czułem się lepszy od innych. A zatem poszedłem na studia, w najmniejszym stopniu niezainteresowany ich przedmiotem i pracą w szkole, a potem uczyłem w liceum przez trzy lata.

Zazwyczaj trwa to długo zanim nauczyciel zda sobie sprawę z tego, czy to, co robi, mógłby robić do końca życia. Ja odkryłem, że nie. Po pierwsze, jeśli nie ma tam miłości, ilość pracy, jaką narzuca się nauczycielowi, okazuje się bezkresna i przytłaczająca - to nie jest łatwe zajęcie, jak mogłoby się wydawać wielu ludziom. Najlepsi nauczyciele, jakich możesz znaleźć, to ci, którzy pracują z niewiarygodną pasją, której mnie brakowało, przez co robiłem krzywdę moim uczniom. Po drugie, nie byłem szczęśliwy. Brakowało mi tego uczucia, które miałem, ciesząc się towarzystwem dzieciaków i wpajając im miłość do literatury. Nie byłem spełniony. Jednak by poczuć się spełnionym, musiałem pokonać swoje lęki. I tak porzuciłem wspaniałą pracę, świetną karierę z zapewnionym bezpieczeństwem i pensją oraz sporą ilością wolnego czasu. Spakowałem manatki, przeniosłem się na Manhattan i dałem sobie trzy lata na zostanie pisarzem - coś, na co powinienem poświęcić znacznie więcej czasu. Wiedziałem, że mam talent, ale nie miałem żadnych ukończonych kursów z kreatywnego pisania. Wszystko, czego się nauczyłem, pochodziło z książek wielkich pisarzy, które pochłaniałem.

Po śmierci ojca miałem niewielką sumę pieniędzy, która szybko topniała. Chciałem, by jego śmierć nie poszła na marne, by był ze mnie dumny - jego życie było tak krótkie i przez większość lat naznaczone cierpieniem. Pisałem, i pisałem, i pisałem - powieści, pamiętniki, książki dla dzieci - i nic się nie działo. Odmowa po odmowie, i znowu odmowa. Można sobie wyobrazić te męczarnie w moim umyśle: Co zrobiłem? Roztrwoniłem pieniądze, na zebranie których mój ojciec poświęcił życie. Porzuciłem świetną pracę. Czy mam talent? Czy to wina branży, społeczeństwa? Miotałem się w łóżku. Schudłem. I wtedy stało się coś niezwykłego. Bank oczyścił moje konto, wysyłając mi ostatnie piętnaście dolarów, w tym samym tygodniu, w którym dowiedziałem się, że "Juniper Berry" zostanie opublikowana.

Nic nie jest ważniejsze od strachu. Na nim powinna opierać się każda ważniejsza decyzja. Jeśli się boisz, skonfrontuj się z tym. Uczucie po drugiej stronie - po podjęciu decyzji - zawsze jest tego warte. Czy jest to zobowiązanie uczuciowe, czy też związane z wyjazdem za granicę z niczym poza szczoteczką do zębów, czy też podjęcie jakiejś pracy, czy może spakowanie się do vana i wyjazd w jakieś słoneczne miejsce. Strach jest po to, by go pokonywać. I jest to łatwiejsze, niż się wydaje. Marzenia są osiągalne, jest tylko ten jedna mała przeszkoda, to sześcioliterowe słówko, które staje nam na drodze.


5. M.P. Kozlowsky o powstaniu książki (źródło)

Inspiracje przychodzą ze wszystkich miejsc. Mogą przybyć w każdym momencie i z każdego źródła. Zwłaszcza dzieciństwo jest przysłowiową kopalnią pomysłów. To materia, z której wykonywane są opowieści. Zwłaszcza moje. Zanurzam się w tę głębię, gdy tylko jest to możliwe, i często pozostawia ona nieusuwalne mroczne smugi na wszystkim, co piszę. To zarazem katharsis i objawienie. Niekiedy, znając przeszłość autora, można wyjaśnić wiele motywów w jego twórczości. Wierzę, że tak właśnie jest w moim wypadku.

Była niedziela, na trzy tygodnie od moich dziesiątych urodzin, gdy mój ojciec opuścił dom, by zarobić, jak on to określił, "szybkie sto dolców" i zapewnić utrzymanie rodzinie. Miał pięciu synów, z których byłem drugim - mieliśmy w tym czasie od dwunastu lat do 6 miesięcy. Moja mama zajmowała się domem, podczas gdy ojciec pracował fizycznie na dwóch etatach, w dzień i w nocy, wliczając w to weekendy, by nam zapewnić byt. Było to stresujące i dość smutne - widzieć tę odpowiedzialność za nas wypisaną na jego twarzy. Zapłacił za to na więcej niż jeden sposób.

Kiedyś w taki burzliwy poranek - nigdy nie widziałem, jak wychodził, nigdy nie powiedziałem "Do widzenia" - podczas rozbiórki samochodowej komory natryskowej, mój ojciec uległ wypadkowi. Nie spadł z wysoka, to było może dziesięć stóp, nie więcej. Uderzył głową w podłoże, stracił przytomność na kilka chwil, potem zaalarmował współpracowników, którzy domagali się, by natychmiast udał się do szpitala. Potrząsając głową, stwierdził, że nie chce niepokoić żony i dzieci, dodając, że nie ma ubezpieczenia i że to wydatek, na jaki nie może sobie pozwolić. Ale guz na głowie rósł, on zaś czuł się coraz bardziej oszołomiony, więc w końcu poszedł.

Oczywiście, gdy czekał na badanie, doznał ataku, leżąc w osamotnieniu na łóżku, co wprowadziło go w stan głębokiej śpiączki. W jego mózgu powstał zakrzep, co sprawiło, że konieczna stała się natychmiastowa operacja. Nie było gwarancji, że przeżyje, wezwano księdza, ale wyszedł z tego cało. Śpiączka trwała sześć tygodni, a gdy ojciec się obudził, nie mógł zrobić nic poza mruganiem oczami - raz na "tak", dwa razy na "nie". Miesiące fizykoterapii sprawiły, że zaczął ruszać palcem, potem ręką, potem nogą. Ale prawa połowa jego ciała została całkowicie sparaliżowana, jego mowa stała się niewyraźna, a jego umysł został trwale uszkodzony. Nie poznawał swoich synów, nie wiedział, gdzie mieszka, a nawet, ile ma lat. Był już innym człowiekiem - takim, którym się w końcu zaopiekowaliśmy - smutna zamiana ról.

W tym czasie moja mama została z pięcioma synami i bez pieniędzy. To były trudne czasy. Liczyliśmy na opiekę społeczną i kupony żywnościowe. Moja mama podejmowała się kilku zajęć, w tym sprzątania domów i gotowania w swojej własnej kuchni. Moi bracia i ja musieliśmy rozejrzeć się za czymś innym. W tym czasie wciąż jednak nie poddawaliśmy się, wierząc w ozdrowienie ojca. Został przeniesiony do centrum rehabilitacji w Bostonie, gdzie odwiedzaliśmy go niemal co tydzień, mama taszczyła pięciu zaniedbanych chłopców, z robótką domową w jednej ręce, a zabawkami w drugiej, zastanawiając się, gdzie będziemy spać, co będziemy jeść.

Lata mijały w ogromnym zamieszaniu, wśród niezliczonych trudności oraz smutku, że nie będę tutaj. Chcę to jedynie zamknąć, mówiąc o tym. Zważywszy że mój ojciec uległ wypadkowi niemal dwie dekady wcześniej, moja rodzina i ja przetrwaliśmy. Przez to wszystko moja mama wróciła do szkoły i zrobiła licencjat wraz z dwoma magisteriami i jest teraz nauczycielką. Moi bracia i ja, bliżsi sobie niż kiedykolwiek wcześniej, wszyscy odnieśliśmy swoje sukcesy, nigdy nie ulegając pokusom, które często przynosi dzieciństwo trudne i niespokojne. Lubię myśleć, że chociaż wiele moich tekstów jest mrocznych, zawsze można w nich znaleźć odcień optymizmu. Są ciemne dni, które spadają na nas wszystkich, ale zawsze są też drogi pozwalające je przebyć. Dzieci nie powinny być trzymane z dala od tej rzeczywistości, jakkolwiek mogłaby się ona wydać ponura, bo to jest część naszego świata. Ale musimy nauczyć je wytrwałości, aby nigdy nie traciły nadziei. To właśnie chcę przekazać w każdej książce, którą piszę.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2011-12-18 (1093 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej