Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Torebki i morderstwo
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Dzieci demonów'' - J.M. McDermott



Rozdział 1



Mój mąż i ja umieściliśmy głowę z ciała, które znaleźliśmy, na wysokiej skale, gdzie zawsze będzie na nią padało światło słońca i księżyca. Za życia nosił mundur ludzi króla, lecz wśród przodków miał demona i splamił ziemię w miejscu, gdzie umarł. Mój mąż i ja modliliśmy się nad tą głową do bogini Erin i unosiliśmy oczy ku niebu, ku niej. Pościliśmy i pościliśmy, cały dzień. Piliśmy jedynie wodę, gdy księżyc wyłonił się zza chmur. Modliliśmy się i modliliśmy. W półmroku poranka Erin zesłała mi wizję. Zawyłam z bólu. Gdzie jest moje ciało?!! – wrzasnęła czaszka. Gdzie jest Rachel?!
On i Rachel się kochali. Ona go porzuciła. On umarł, goniąc ją.
Zapytałam męża, czy umarłby dla mnie. Powiedział, że nie.
Jona powiedziałby to samo, aż do chwili, gdy uświadomił sobie, co zrobił.
Jego umysł był teraz moim. Mogłabym przetrząsnąć jego wspomnienia, gdybym wiedziała, czego szukać, wniknąć w życie ludzi wokół niego, tak jak on ich znał. Mogłam przeniknąć swoimi oczami do jego świata. Ręka jego ludzkiej matki na jego twarzy, jego dni i bezsenne noce, jego wielka miłość, to wszystko unosiło się na powierzchni świata. Wejrzałam w lesiste wzgórza, widząc, którędy chodził pośród nich – jak widział mój dom i jak tęsknił za własnym.
Mąż dotknął mojej ręki. Nawet gdy byliśmy ludźmi, mówiliśmy do siebie pod postacią wilków. Jakiś trop?
Jego matka była człowiekiem. Jego ojca już nie ma. Żyje jeszcze jedno dziecko demona. Nie, dwoje dzieci.
A więc do jego miasta, by chodzić za jego wspomnieniami. Nasienie Elishty musi zostać doszczętnie wypalone, nieważne, kim jest ani kim było. Ci zrodzeni z takiej krwi plugawią życie na każdym kroku.
Jak on się nazywał?
Jona. Jest jeszcze dwoje – Rachel Nolander i… Drugie imię mam na końcu języka.
Oni mogą nas doprowadzić do reszty. Nie spiesz się. Przypomnisz sobie to imię. Wszystko sobie przypomnisz.


* * *



Mój mąż i ja znaleźliśmy ciało opodal niewysokiego klifu. Najpierw je poczuliśmy, coś wypaliło dziurę w zapachu słoneczników. Potem zobaczyliśmy – leżało twarzą do ziemi, do połowy zagrzebane w błocie, sztywne i zimne.
Wszystko co żywe umarło tam, gdzie rozlała się skażona krew. Małe czerwone grzyby, śmiertelnie trujące, wyrosły tam niczym kurzajki. To trujące ciało miało na sobie mundur ludzi króla.
Mój mąż zmarszczył czoło. Ostatnim razem był tylko jeden. Nie miał braci ani sióstr. W miarę poszukiwań tych dwoje pozostałych może zaprowadzić nas do kolejnych.
Mój ukochany odnalazł jednego dawno temu, gdy był młody, a ja jeszcze się nie urodziłam. Po tym, jak go zabił, przez wiele miesięcy chorował z powodu trucizny we krwi tego człowieka. Wypaliła mu wszystkie włosy na głowie. Patrzę na niego i nie potrafię go sobie wyobrazić bez długich srebrnych włosów spadających na plecy.
Opowiadał mi historie ze wspomnień tego demona, o życiu wiedzionym w ukryciu, w zaułkach miasta i na górskich zboczach. Ten czort zjawiał się w mieście tylko po to, by kraść klatki z gołębiami i małe gołąbki. Lubił ptaszki, lubił obserwować, jak latają. Gdy go znaleziono, wszystkie jego ptaki trzeba było zabić i spalić. Nie można było pozwolić, by jastrzębie i koty złapały je i rozniosły zarazę ze spoconych dłoni demona głaszczących gołębie pióra.
Dzieci demonów nie pojawiały się już często. Bezimiennych Elishty zapędzono głęboko pod ziemię, gdzie nie mogli płodzić dzieci z ludzkimi matkami. Tego znaleźliśmy już jako dorosłego mężczyznę, martwego na ziemi, niczym pamiątkę dawno minionych czasów. Oderwaliśmy głowę od reszty ciała za pomocą grubego rzemienia. Musieliśmy uważać, by nasza skóra nie zetknęła się z jego krwią. Umieściliśmy głowę na wysokiej skale w pełnym świetle słońca i księżyca, a Erin obdarzyła mnie umysłem demonowego pomiotu.


* * *



Mój mąż i ja narzuciliśmy na siebie wilcze skóry, gdy powróciliśmy na miejsce znalezienia ciała. Z nosami przy ziemi węszyliśmy wszędzie dookoła, szukając śladów, które pobudziłyby moją świadomość – inne ciało, zgubione narzędzie albo coś cennego, czyjś zapach, jakikolwiek ślad budzący wspomnienia Jony. Zapach Rachel był dla niego wszystkim. Jej trop wiódł na północ, wciąż na północ. Tutaj nie znaleźliśmy już nic innego. On nie był z lasów, jak my.
Mrówki nie mają dusz, które mogłyby stracić. Im oddaliśmy skażoną głowę. Wsadziliśmy dwie czerwone królowe w jej rozdziawione usta i pobłogosławiliśmy obydwie, by przyspieszyć narodziny ich głodnych córek. Gdy pozostaną nagie kości, wokół zasadzimy wytrzymałe mniszki, by wchłonęły najgorszą część jadu z ziemi. Zbierzemy pierwsze pokolenie mniszków, nim rozprzestrzenią swoje białe nasiona. Potem zasadzimy słoneczniki. Pierwsze wyrosną małe i pokryte kolcami, ale następne będą się miały lepiej. Kilka pokoleń później kwiatów nie trzeba będzie już palić.
Kiedyś słoneczniki tutaj znów będą wysokie jak człowiek i słodko pachnące.


* * *



Poprowadziliśmy naszą watahę wilczych braci na północ, wzdłuż drogi, tropiąc najeźdźców do krańca naszego terytorium, podążając za śladem Rachel. Zatrzymaliśmy się na skraju zdewastowanego pola. Czerwona dolina była granicą naszych ziem. To tutaj zakończyła się wojna. Śmiercionośna magia powstrzymała obie armie, a człowiek, który rzucił czar, lord Sabachthani, ogłosił zwycięstwo swojego miasta. Czar ten zniszczył całe życie wszędzie tam, gdzie rozlał się po ziemi. Zdmuchnięty piasek, barwy wyblakłej czerwieni przypominającej zaschniętą krew, zatruwał glebę na granicy królestw. Mój mąż i ja zatrzymaliśmy się na czerwonej linii granicznej doliny. Tutaj służyliśmy królestwu ludzi. Nie mogliśmy pobiec przez dolinę razem z wilkami. Wataha podąży dalej już bez nas, polując na północy. Mój mąż i ja jesteśmy Wędrowcami Erin, nie prawdziwymi wilkami. Musieliśmy zostać w tyle, by przeczesać wspomnienia Jony w poszukiwaniu symptomów skazy w tym królestwie. Żałosnym wyciem żegnaliśmy naszą wilczą brać i tuman kurzu wzbijany ich łapami. Nie mogliśmy opłakiwać ich odejścia. Mieliśmy ważne zadania, w imię Erin Błogosławionej. Mój mąż i ja zasadziliśmy nowe nasiona na obrzeżach piasku. Ścięliśmy rośliny, które obumarły, nim zdążyły rozkwitnąć. Posialiśmy trawę w czerwonym błocie, tam gdzie woda spływająca ze wzgórz stała w martwych piaskach. Ta zadawniona rana będzie musiała poczekać. Musimy znaleźć demonowy pomiot i nowe skazy na tych ziemiach, nietłumione przez wzgórza i czas.
Niedaleko stąd stała wieża strażnicza. Tutejsi ludzie króla byli uprzejmi, nic ponadto. Powiedzieli, że zanim znaleziono ciało, doszło do jakiejś niewielkiej potyczki. Były ofiary. Te znalezione w pobliżu wieży odesłano do rodzin na pochówek i nikt nie zachorował od ich ciał. Tylko tyle wiedzieli. Młodzi mężczyźni, co do jednego, śmiertelnie znudzeni. Chcieli, żebyśmy sobie poszli, by mogli dalej grać w karty, rzucać kośćmi i wszczynać między sobą bójki. Nie byliśmy z ich świata. Zapytali, czego chcemy. Spełnili nasze prośby. Gdy odchodziliśmy, odwróciłam się i zobaczyłam, jak się garbią i pocierają szyje. Umysł Jony nie znał żadnego z tych mężczyzn. W mieście to się zmieni. Ludzie króla wzajemnie się znali.
Mrówki miały już wtedy dość czasu, by zrobić swoje. Wraz z mężem wróciliśmy do ogryzionych przez nie kości, by zabrać nagą czaszkę. Podniosłam ją delikatnie na kawałkach juty obwiązanych wokół dłoni. Umieściliśmy ją w wiklinowym kufrze.
Ściągnęłam resztki munduru z kości demona, by w razie czego dać miastu dowód jego proweniencji. Odzienie było mocno zniszczone przez demonową krew, ale ostało się dość, by było rozpoznawalne. Zanim się do tego zabrałam, owinęłam ręce żołnierskimi skórzanymi pasami. Wiedziałam, że zostałam skażona, ale nic nie poczułam. Uniosłam jego czaszkę do góry, obróciłam w dłoniach. Gdybym nie wiedziała, że należała do demonowego pomiotu, i gdybym nie czuła zapachu skazy, uznałabym ją za normalną ludzką. Prawie nie była zdeformowana. Widocznie dzieliło go kilka pokoleń od protoplasty. Ale wspomnienia wciąż tkwiły tam, gdzie dusza wtopiła się w demonową skazę w kościach. Muszę mieć ją blisko przy sobie, żeby dotrzeć do resztek jego świadomości.
Mundur również wsadziliśmy do kufra.
Mój mąż włożył kufer do worka. A worek do większej skrzyni z solidnej dębiny. A skrzynię umieścił na kawałkach grubej juty rozciągniętych między dwiema żerdziami. Zaciągniemy to z powrotem do miasta.
Po drodze owijaliśmy dłonie w nasączoną olejkiem jutę, jakbyśmy zostali poparzeni. Namaszczaliśmy ręce świętym olejkiem każdego dnia, póki skaza nie znikła.
Miasto przycupnęło nad zatoką obok długiego półwyspu, który arystokraci przecięli kanałem, by utworzyć wyspę, odgradzając się od reszty mieszkańców. I któż mógłby ich winić? Wszędzie indziej cuchnęło gównem, dymem i rybami. Te tereny na stałym lądzie należą do naszej krainy, ale nigdy nie zapędzamy się tam bez powodu. Kościół Imama jest tam silniejszy niż nasz, a oni nie chcą, żeby wilki biegały po ulicach. W tym zadaniu dadzą nam wolną rękę – oczyścimy demonową skazę i zniszczymy wszystkich nosicieli, którzy jeszcze pozostali. Gdyby to oni znaleźli ciało, z chęcią sami by się tym zajęli, ale my byliśmy w tym lepsi. Możemy naciągnąć wilcze skóry na plecy i rozpocząć polowanie.
Mój mąż i ja nie chcieliśmy opuszczać lasów, lecz wzywały nas obowiązki. Zostawiliśmy więc kości demona pod opieką wilczych watah tego regionu, by w swej mądrości przez jakiś czas dbały o nie bez nas, lojalnych Wędrowców Erin Błogosławionej.


* * *



Moja matka, Wędrowiec z gór, opowiedziała mi o miastach na długo przed tym, nim w jakimś byłam. Powiedziała, że Erin Błogosławiona powierzyła wszystkim stworzeniom i roślinom trzy zadania: jeść, spać i kochać. Lecz przeklęła ludzkość, obdarzając ją inteligencją, i od tej pory żaden człowiek nie jadł spokojnie, nie spał spokojnie ani nie kochał z prostotą ryb. Większość zapomniała już o tej klątwie, pogrążona w tym, co uznają za naprawdę ważne, gdzieś w ich mieście, które dla nich jest naprawdę ważne. Dla nich klątwa, która oderwała ich od ziemi, stała się błogosławieństwem. Tacy są mężczyźni i kobiety budujący miasta.
Gdzie zaczyna się miasto? Gdzie się kończy?
Zanim wyszłam za mąż i zdecydowałam się na jedno królestwo i jedną watahę, sporo podróżowałam. Pewnego razu zobaczyłam bramę stojącą pośrodku łąki. Nic, jedynie trawa aż po horyzont. Ściągnęłam z pleców wilczą skórę, by przemienić się w młodą kobietę. Wstałam. Zapytałam strażnika, gdzie jest miasto, to miejsce, którego nigdzie nie widziałam i nigdzie nie czułam. A strażnik delikatnie odsunął mnie od siebie i powiedział, że miasto zaczyna się w miejscu, gdzie stoję.
Podróżowałam do różnych miast. Zwykle pozostawałam poza obrębem murów, włócząc się na trasie teatr-tawerna-dom-park. Wszyscy napotkani nazywali siebie obywatelami, choć nikt z nich w życiu nie był wewnątrz murów własnego państwa.
Niegdyś przechodziłam przez miasto o siedemnastu murach, z których każdy kolejny coraz trudniej było pokonać, z niepisanymi regułami ubioru i łapówek wymaganymi do przedostania się z jednej sfery do drugiej, od rogatek do świątyni w centrum.
Nie wiem, co czyni miasto tym, czym jest. Nigdy się tego nie dowiem. Wiem tyle, że ludzie żyją tam stłoczeni ciasno obok siebie i nazywają się jego obywatelami.
Urodziłam się w jaskini. Gdy stopami po raz pierwszy dotknęłam ziemi, kłuły mnie igły sosnowe. Skały były zimne, przejmowały dreszczem. Woda była orzeźwiająca. Powietrze czyste niczym śnieg. Zrozumiałam, że każde drzewo walczy o promienie słoneczne wśród koron, ale to dzieje się tak wolno, że panuje pozorny spokój.
Tak też myślałam o miastach – każdy człowiek jest jak drzewo, wspina się byle wyżej od innych, by sięgnąć słońca. Przypadek zasiał nasiona, a one wyrosły na duże drzewa. Wszyscy w mieście byli jak dziwaczny las.
Mój mąż i ja przybyliśmy do miasta, którego nie będę nazywać Wilczą Ziemią, lecz Psią Ziemią. Tak bowiem nazywa się ludzkie miasto w języku wilczych stad.


* * *



Trzy dni wędrowaliśmy na południe, przez mokradła, nim dotarliśmy do głównego traktu. Szliśmy powoli, ciągnąc za sobą ciężką skrzynię z czaszką w prymitywnym zaprzęgu. Obraliśmy ludzką drogę ku miastu, przez trawy na poboczu, by uniknąć starych kolein, które mogłyby rozerwać złączone żerdzie.
Mury zobaczyliśmy z daleka. Były wyższe niż wzgórza. Poza ich obrębem stały niewielkie budynki połączone ścieżkami. Kiedyś te nowe zabudowania otoczy mur, wyższy niż poprzedni.
Dalej, za ludzkimi osadami, ciągnął się las. Drzewa są cierpliwe. Oddają całą ziemię w ręce uzurpatorów, wiedząc, że prędzej czy później ją odzyskają.
To miasto nazywamy mianem nadanym mu przez naszą watahę. Wilki mówią, że to Psia Ziemia. Psy błąkają się tu po ulicach, nurzają się w stertach śmieci i przepędzają koty z ganków. Wysikują na piasku granice swego rewiru. Wszędzie je czuć. Czemu psy trzymają się miejsca zamieszkanego przez agresywne małpy, to dla wilków zagadka, ale psie gówna i szczyny odstręczają naszych braci od miasta. Dla złej wilczej ziemi to nawet dobrze. Na polach jest niezgorzej, ale znacznie lepiej pomiędzy wzgórzami, gdzie emerytowani żołnierze otrzymują grunty, próbując wykroić zagony w nieprzystępnym terenie. Zostają tam na tyle długo, by stracić owce na rzecz wilków i widzieć, jak uprawy marnieją. Z nastaniem wiosny odsprzedają działki królowi i znikają z naszych ziem. Wracają do miasta, jak się domyślam. Zostawiają chaty, które chronią wilki od nocnych deszczy. Zostawiają też psy, ale one uciekają do lasu, gdy nadchodzi wataha, dziczeją i zdychają samotnie. Potrafią żyć tylko w miastach, wśród ludzi, a nie na zalesionych wzgórzach.
Mój mąż i ja żyjemy tam, gdzie te wzgórza i daleka awangarda miasta wzajemnie napierają na siebie, na płynnej granicy między nimi, służąc ludziom i zwierzętom zarazem. Niektórzy rolnicy wciąż uparcie walczą tu o przetrwanie, siejąc pszenicę. Tej trzodzie służymy najczęściej. W miejskim kościele nie ma miejsca dla wilków. Ani dla Wędrowców.
Opuszczając znajome lasy, zastanawiam się, ile czasu minie, nim będziemy mogli zawrócić do domu. Skazę trzeba wyplenić. A ziemię uleczyć. Jak długo to potrwa? Jesteśmy Wędrowcami, wiemy niejedno. Na skórze człowieka potrafimy wyczuć zapach jego życia, a czasem i śmierci. Czujemy upływ życia dokoła, tak jak senty przepowiadają przyszłość ze swoich koanów, lecz nie widzimy w metaforach jak we śnie. Postrzegamy świat świętymi oczami, czujemy zapach tajemnic tej ziemi. Tak wiele wiemy tylko dlatego, że zostaliśmy wychowani na sługi Erin. Potrafimy zespolić się z pamięcią umarłych. Potrafimy naciągnąć wilcze skóry na plecy i biegać z watahą. Jednak pomimo całej naszej wiedzy, pomimo naszych darów nie mieliśmy pojęcia, jak długo potrwa wyplenienie tej skazy i wytropienie reszty potomków demona oraz ich popleczników.


* * *



Przy okazałych bramach Psiej Ziemi strażnicy kontrolowali wszystkie ładunki, wszystkie furgony i wozy – nawet nas. Szturchali bydło i przesypywali ziarno pszenicy. Wbijali miecze w skrzynie w poszukiwaniu kontrabandy. Byli poważni i bardzo czujni. Coś musiało się stać, skoro nawet naszą skrzynkę dokładnie przeszukali.
My dwoje, z naszymi skrzynkami w skrzynkach owiniętych w skórę i konopie, ciągniętych na żerdziach, wydawaliśmy się mali. Powiedzieliśmy strażnikowi, że lepiej nie interesować się zawartością, bo mamy tam czaszkę demona. Nie posłuchał. Pozwoliliśmy mu otworzyć pierwszą skrzynkę. Zanurzył miecz w drugą. Nadział się na kość. Uszy mu pobladły, zacisnął szczęki. Widać nie pierwszy raz dotykał kości swym ostrzem. Nie miał już wątpliwości.
Powtórzyliśmy mu, że to czaszka demona. Dotknęliśmy liściem krawędzi ostrza tam, gdzie otarła się o kość. Liść zwiądł w tym miejscu. Powiedzieliśmy strażnikowi, żeby schował miecz do pochwy i oczyścił go w świątyni Erin, nim przypadkowo kogoś zadraśnie. Potaknął, blady jak kreda.
– Skąd to macie? – zapytał.
– Znaleźliśmy nieopodal czerwonej doliny – odparłam. – Nosił taki sam mundur jak twój. Kapral ludzi króla, leżał martwy w lesie.
– Aha. Założę się, że to ten zdrajca.
– Kto? I gdzie znajdziemy jego rodzinę i znajomych?
Znałam imię tego demonowego pomiotu, ale chciałam usłyszeć je od niego. Mógł podać inne i naprowadzić mnie na głębszą prawdę o tym utraconym życiu. Nawet dobre wspomnienia nikną, stając się nieprawdą, a ja musiałam je przejrzeć. Tu był dom Jony, tu minęły wszystkie dni jego życia. Gdziekolwiek spojrzałam, czułam jego przeszłość w niewyraźnej smudze miriad déjà vu.
Strażnik spuścił wzrok na buty.
– Zabijecie jego krewnych?
Wzruszyłam ramionami.
– Jeśli mają w swych żyłach krew demona, przekażemy ich ludziom króla, będą spaleni na stosie z błogosławieństwem Kościoła Imama. Chyba że znajdziemy ich w lasach. Wtedy my musimy ich zabić, to nasze zadanie.
Próbował nie patrzeć mi w twarz. Był taki młody. Pochyliłam się nieco, by napotkać jego spojrzenie.
– Nie wiem, co zrobimy z jego rodziną i przyjaciółmi, ale na pewno będziemy co do joty przestrzegać prawa tego miasta – ciągnęłam. – Przekażemy każdego grzesznika waszym ludziom.
Skinął głową. Już miał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Odchrząknął.
– Znałem tego kolesia za życia – przyznał. – Nie za dobrze, raczej tak z widzenia. Nikt nie wiedział, że był demonem. Nazywał się Jona.
– Może i był dobrym człowiekiem, gdzieś w głębi pod skazą Elishty, lecz w demonowym pomiocie zło narasta, oni z każdym dniem coraz bardziej mu się poddają, aż w końcu stają się… – nie dokończyłam, zachęcając żołnierza, by sam dośpiewał sobie resztę. Czekałam i czekałam.
– …zdrajcami – odezwał się w końcu. – Tak, rozumiem. Nazywał się Jona, lord Joni. Jego matka mieszka w mieście, ale nie wiem gdzie. Chodzą słuchy, że sierżant Nicola Calipari go zabił. Sierżant… no cóż, nie wiem, gdzie jest, ale jeśli chcecie go znaleźć, możecie popytać ludzi. Wszyscy znają Calipariego. Więcej nic nie wiem.
– Dziękuję. Jak dobrze znałeś Jonę?
Kątem oka zerknął na skrzynkę między żerdziami. Zmarszczył brwi.
– Przelotnie. Kilka razy byliśmy razem na patrolu, ale potem został przeniesiony do jednostki Calipariego, a ja tutaj. Nigdy mnie nie zawiódł. Wydawał się równie dobry jak każdy.
– I pewnie był taki przez jakiś czas. Jeśli giną, zanim skaza za bardzo na nich wpłynie, mogą uniknąć zesłania na potępienie w Elishcie, dołączając do swych niegodziwych ojców.
Parsknął.
– Naprawdę wierzysz w te brednie?
– W co wierzę, to moja sprawa – ucięłam dyskusję. – Jak cię zwą? Chcę wiedzieć, bo może będę musiała cię odszukać, zadać ci więcej pytań.
– Christoff. Kapral Christoff. Bez nazwiska. Rodziców nie znałem. Sam wybrałem sobie imię.
– Miło mi cię poznać. – Skłoniłam głowę. – Mojego imienia nie sposób wypowiedzieć bez wilczego języka, więc wybacz, że zachowam je dla siebie. Gdzie się modlisz?
– Nigdzie.
– A czy kiedykolwiek gdzieś się modliłeś?
– Mój sierociniec był prowadzony przez świątynię. Ale nie Erin. Imama.
– I nie wracasz tam?
– Nie. Gdy jesteś dorosły, dają ci wolną rękę. Słuchaj, nie mam czasu na pogaduchy.
– Pytam tylko dlatego, że musisz oczyścić swoje ostrze w świątyni. Imam jest trochę droższy niż Erin, a to nie twoja wina, że wykonywałeś swoje obowiązki. – Wyciągnęłam do niego woreczek monet.
Niepewnie otworzył rękę. Normalnie wyglądałoby to na bezwstydną próbę przekupstwa w biały dzień. Położyłam woreczek na jego dłoni i zamknęłam jego palce, nie pozwalając ich rozewrzeć.
– Jeśli świątynia będzie musiała zniszczyć miecz, powiedz im, że Wędrowcy Erin przysłali cię, byś oczyścił ostrze, a dadzą ci inne.
Monet było więcej niż na oczyszczenie ostrza. Reszta starczy na pogrzeb, którego zapach czułam na jego skórze. Przyciągnęłam go bliżej siebie.
– Nie zaszkodziłoby zapalić świecy dla Jony – wyszeptałam. – My wszyscy, każdy z nas, szukamy światów, które wylewają się przez szczeliny w naszych zmysłach. Zapal świecę dla przyjaciela. Poczciwi ludzie mogą przeniknąć przez wiele barier. Miej wiarę, Christoffie. Miej wiarę w cokolwiek.
Przytaknął. Mam nadzieję, że modlił się przed nadejściem choroby. Mam nadzieję, że zapalił świecę i modlił się za czyjąś duszę, nim skaza wyszła z jego skóry i zmusiła do błagań o własne życie pewnej długiej nocy.
Koleje naszego losu, naszych wędrówek za życia już nigdy się z nim nie przetną. Czułam zapach rychłej śmierci. Dzień wcześniej nadział się na coś ostrego – gwoździe z drewnianej skrzyni albo poszczerbiony świecznik. Metal głęboko go zranił. Zwęszyłam tężec, który niebawem go uśmierci. Gdybym pocałowała go w policzek, poczułabym to w smaku jego potu.
Domyślałam się, że na jego pogrzeb przyjdzie jakaś dziewczyna, by płakać gorzkimi łzami. Jej miłość będzie się wylewać z kącików oczu przez wiele tygodni. Żal mi tych biednych stworzeń, tych młodych kochanków, ich historii skazanej na zapomnienie. Sięgam do wspomnień demona, podczas gdy dobrzy ludzie po cichu żyją i umierają, i nikt nie bada ich pamięci w poszukiwaniu dobrych uczynków. Po Christoffie nic się nie ostanie, może z wyjątkiem cierpiącej dziewczyny.
Christoffie, poczułam całe twoje życie niczym burzową chmurę.
Te miasta, z wszystkimi rysami i pęknięciami widocznymi jak na dłoni, rozdzierają me serce smutkiem straconych szans. Za dużo widziałam. Nikt z tu obecnych nie próbował wieść prostego żywota. Christoffie, żałuję, że nasze zadanie cię nie obejmuje, że nie mogę pomóc tobie ani żadnemu z twych braci udręczonych przez klątwę miast Erin. Odór śmierci czuć tu wszędzie, a ja i mój mąż jesteśmy bezsilni. Możemy tylko oczyścić ziemię. I modlić się. Za stracone uczucia i stracone dusze.
Erin Błogosławiona, pozwól nam szybko wypełnić zadanie. Sprowadź nas z powrotem do lasu, gdzie śmierć jest tym samym co życie. Obdarz nas znowu miejscem, gdzie jedyna rozkosz to jeść trochę więcej w zimowe miesiące.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-01-11 (832 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej