Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pan Potwór
 
Katalog - dodano
 Diablero
- F.G. Haghenbeck
 Opowieści z piasku i morza
- Alwyn Hamilton
 Letnia noc
- Dan Simmons
 Pójdę twoim śladem
- Ryszard Ćwirlej
 Rozmówca
- Chris Carter
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Przymierze Krwi - autor: Iwona Jabłońska

Rozdział 1: Złota klatka


Zmierzch ją zaskoczył. Opuszczając grobowiec nie przypuszczała, że jest już tak późno. Nabrała głęboko powietrza w płuca. Zapach sosen uspokoił ją. Spięła włosy staranniej w kuca i poprawiła srebrzystą maskę na twarzy. Chwilę później jej wzrok zatrzymał się na mosiężnej statuetce, którą ściskała w prawym ręku.
Jej zdobycie wcale nie było takie łatwe jak mówił Katharn.
Dla niego wszystko zawsze było łatwe, pomyślała wypuszczając głośno powietrze.

Grobowiec był rozległy. Główny korytarz już na samym początku rozwidlał się w trzy oddzielne przejścia. Gdyby nie mapa mogłaby błąkać się po tym labiryncie miesiącami. Już samo zdobycie mapy wiele ją kosztowało. Któż bowiem o zdrowych zmysłach dobrowolnie udałby się na ziemie minotaurów?
Patrząc na mapę w blasku pochodni, którą trzymała w drugim ręku, powoli poruszała się do przodu. Z ciemnego korytarza wiało chłodem. Odgłos jej stóp roznosił się wokół echem. Ściany, pokryte pajęczynami, nie wyglądały na zniszczone. Na ani jednej cegle nie było choćby pęknięcia. Przejechała po nich ręką. Na dłoni została jej gruba warstwa pajęczyny i kurzu, lecz odsłonięty kafel rozbłysnął delikatnym, białym światłem. Magia, pomyślała przeklinając pod nosem. Całe to miejsce przesiąknięte było potężnymi zaklęciami. Wejście do grobowca nie było jednakże zabezpieczone. Bez problemu tu weszła... czy miała się teraz zacząć bać. Nabrała głęboko powietrza uśmiechając się pod nosem. Nie czuła strachu. Skręciła w lewe rozgałęzienie kolejnego skrzyżowania. Tak jak prowadziła mapa. Dotarła do niewielkiej sali i dopiero teraz podniosła oczy znad kawałka pergaminu, który cały czas trzymała w dłoni. Ściany pokryte były licznymi symbolami. Widziała je już wcześniej ... Język magów, którzy strzegli co bardziej wartościowych magicznych przedmiotów.
Na przeciwko wejścia przy samej ścianie znajdował się sarkofag. Coś było jednak nie tak. To było zbyt proste. Stała w miejscu rozglądając się wokół. Odruchowo sięgnęła po sztylet przyczepiony do szerokiego pasa na biodrach i zrobiła krok do przodu...
Posadzka zadrżała. Z sufitu posypał się kurz i pył.
Pułapka się uaktywniła. Jak miło, pomyślała uśmiechając się krzywo.
Sarkofag w jednej chwili rozpadł się na części.
Opadający pył ukazał parę złotych ślepi patrzących wprost na nią.
Bestia pochyliła się do przodu opuszczając łeb prawie do samej ziemi. Przez cały ten czas nie spuścił jednak z niej oka. Ciemno brązowa łuska, którą był pokryty potwór nagle zmieniła się w kolce na jego grzbiecie i czubku długiego ogona. Ryknął wbijając szpony w posadzkę poczym niespodziewanie szybko machnął ogonem. Kolce poszybowały w stronę wroga, który zakłócił jego sen.
I wtedy się to zaczęło.
Wcześniej nie czuła tego tak silnie jak od tamtego dnia...
Odrzuciła pochodnię w stronę bestii jednocześnie odskakując w bok. Przeturlała się pod wschodnią ścianę. Z całej siły wbiła sztylet w symbol. Wybrała jeden na tysiąc jaki znajdował się tylko na tej jednej ścianie.
Dlaczego właśnie ten?
Skutek był zaskakujący nie tylko dla niej. Bestia zwęziła żółte ślepia rycząc przeraźliwie. Tym razem nie było słychać wściekłości, lecz ból. W konwulsjach ruszył na przybysza. Uderzył ogonem tuż nad jej głową. Symbole rozbłysły białym światłem, a ich blask skierował się na bestie. Potwór wył jakby od wewnątrz rozpruwano jego ciało i... zniknął.
Ukryte przejście otworzyło się w miejscu, gdzie wbiła sztylet w ścianę.
Nie zastanawiała się długo.
Podniosła się z ziemi przechodząc przez wejście jednocześnie wyciągając z nich swoją broń.
Komnata, jaka znajdowała się za krótkim korytarzykiem ukrywała prawdziwy sarkofag z osobą, dla której wybudowano cały ten grobowiec.
Przyjrzała się uważnie delikatnie zdobionej płycie. Pokrywały ją różnorodne symbole zwierząt i tych samych znaków, które widniały na ścianach w komnacie obok. Na samym środku umieszczono potworka o złotych ślepiach. Strażnik grobowca. Po co było umieszczać inne pułapki skoro to potężne zwierze broniło sarkofagu...
Zmarszczyła brwi przeklinając maga, który ją tu wysłał. Gniewnym ruchem sięgnęła po przedmiot tej wędrówki.

Mosiężny orzeł z rubinowymi oczkami patrzył na nią i drogocenne kamyki błysnęły w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
To jakby przypomniało o mijającym czasie. Wrzuciła statuetkę do skórzanej torby przewieszając ją przez głowę. Dosiadła konia raz jeszcze spoglądając na wejście do grobowca. Ciarki dopiero teraz przeszły po jej plecach. Zrozumiała, że mogła tam zginąć. Nie stało się tak tylko dlatego, iż skądś wiedziała co ma robić... aby przeżyć. Skąd? Narzuciła kaptur na głowę czując na twarzy delikatne krople deszczu. Ściągnęła lejce puszczając konia galopem przez wzgórze. Katharn będzie musiał przygotować się na wiele pytań, gdy przyniesie mu mosiężnego orła.
Tym razem nie przyjmie wymówek.

Nim dotarła do Sayers. Rozpadało się na dobre.
Królewskie miasto ukazało się przed jej oczami, gdy wyjechała z brzozowego lasu i zatrzymała się na Srebrzystych Polach.
Podróż od grobowca zajęła jej trzy godziny jazdy galopem.
Koń nie wyglądał jednak na zmęczonego.
Spóźniła się. Już słyszała te pytania. Gdzie byłaś? Dlaczego wracasz tak późno? Czy znowu zapomniałaś o balu? Dlaczego włóczysz się po okolicy? To nie przystoi...
Przewróciła oczami powoli zjeżdżając delikatnym stokiem w dół. Przejechała w znacznej odległości od głównej bramy, aby nikt jej nie zauważył. Dojechała do zachodniej części murów zewnętrznych. We wzgórzu opodal znajdowało się doskonale ukryte wejście do niewielkiej jaskini. Zakrywające je pnącza w ogóle nie rzucały się w oczy. Wprowadziła tam konia. Zwierzak zarżał cicho otrząsając się z wody. Zdjęła mu siodło i uprząż odkładając w głębi jaskini.
Poklepała go po szyi i uśmiechnęła się lekko.
- Jutro przyniosę świeże siano – powiedziała spojrzawszy na żłób stojący po prawej stronie od wejścia – Teraz muszę zmierzyć się z gniewem królowej.
Uśmiechnęła się pod nosem ruszając w głąb jaskini. Nogą wcisnęła przycisk w podłodze. Tajemnym przejściem ruszyła do zamku.

Po drugiej stronie długiego korytarza, o którym istnieniu tylko ona wiedziała, powoli i z wielką uwagą uchyliła drzwi. Strażnik minął je przed kilkoma minutami. Widziała jak skręca w zachodnie skrzydło zamku. Upewniwszy się, że nikogo więcej nie ma w pobliżu opuściła tajemne przejście. Zdejmując srebrzystą maskę odetchnęła z ulgą. Pośpiesznym krokiem ruszyła do swej komnaty, która znajdowała się w północnej części zamku. Zdjęła kaptur w tej samej chwili co zaczęła skręcać w stronę schodów. Zatrzymała się jak wryta widząc królową kilka metrów od niej. Wstrzymała oddech widząc gniewne spojrzenie szmaragdowych oczu. Wyprostowała się ruszając, by stawić jej czoła.
- Gdzie byłaś młoda damo? – głos królowej był opanowany, lecz w każdej chwili mogła wybuchnąć. Dłonie miała złożone przed sobą. Widać było, że mocno je ściska.
Pokrywająca twarz pajęczyna zmarszczek dodawała jej jedynie subtelnego uroku, stanowczości i siły. Owa młoda dama chciała już coś rzec. Nie została jednak dopuszczona do głosu. Posypały się kolejne pytania i z każdym nowym gniew królowej był coraz bardziej widoczny. Skończywszy posypały się wyrzuty – Tringa wszędzie Cię szukała. Była w ruinach katedry na wzgórzu... nie było Cię. Przeszukała cały zamek... miasto... też Cię nie znalazła. Wówczas zawiadomiła mnie. Całe wojsko postawiłam na nogi. Tym czasem zjawiasz się jakby nigdy nic... i jak ty na Bogów wyglądasz... – Woda spływała z włosów dziewczyny na i tak już przemoknięty płaszcz i ubranie. Zabłocone buty, spodnie i dół rozciętej po bokach spódnicy przypominały strój poszukiwacza, który wrócił z odległej krainy. Królowa nabrała głęboko powietrza w płuca. Wezwała służkę – Przygotuj jej kąpiel, suche ubranie i przyprowadź jak będzie gotowa do komnaty Księżycowej.
Po tych słowach z wściekłością i bólem, który można było dostrzec jedynie w jej oczach, królowa udała się do wschodniego skrzydła zamku.
Dziewczyna zacisnęła dłonie w pięści udając się biegiem na górę. Służka ledwo za nią mogła nadążyć. Wbiegła do swojego pokoju zatrzaskując za sobą drzwi – niemal służce przed nosem.
- Panienko... – zaczęła Berta smutnym głosem – królowa kazała... proszę otworzyć drzwi.
Dziewczyna zdjęła torbę z ramienia. Wrzuciła do niej srebrzystą maskę. Rzuciła okiem na statuetkę mosiężnego orła poczym szczelnie zamykając torbę wrzuciła ją pod łóżko. Dopiero wówczas otworzyła drzwi i udała się z Bertą do łaźni.

Księżycowa komnata nigdy nie wróżyła nic dobrego. Odbywały się w niej same rozprawy bądź ważne narady. Umieszczona była w samym środku zachodniego skrzydła, dlatego nie było w niej okien. Blade światło pochodni rozjaśniało ściany, a rozłożysty żyrandol, który składał się z dwustu świec, rzucał dużo światła na okrągły stół stojący pośrodku komnaty. Królowa Libellula siedziała przy stole, a obok niej stał król trzymając prawą dłoń na jej ramieniu.
- Calthia, drogie dziecko – zaczął król Abrax spokojnym głosem. Dziewczyna skłoniła się lekko stając przed stołem. Spuściła wzrok prostując ręce wzdłuż białej sukni. Po chwili zaczęła zwijać szeroki, materiałowy pas owijający jej biodra. Słowa, jakie bowiem usłyszała ściskały serce. Z każdym słowem denerwowała się coraz bardziej. Miała ochotę wybiec stąd i już nigdy nie wrócić – Matka i ja musieliśmy zdecydować za Ciebie. Masz już dwadzieścia jeden wiosen, a wciąż jesteś samotna. Odrzucasz każdego młodzieńca, który przybywa do Ciebie i jest gotowy obdarzyć Cię wszystkim czym zechcesz. Ty jednak czasami nawet na nich nie spojrzysz... Znikasz na całe dnie i Bogowie tylko wiedzą co się z Tobą dzieje. Nie raz zostałaś porwana – dziewczyna przymknęła oczy i zagryzła dolną wargę. Była młoda i nie wiedziała jak inaczej może wyrwać się z zamku na dłużej niż jeden dzień... – Sądzisz, że się o Ciebie nie martwimy? Dzisiaj całe wojsko zostało postawione w stan najwyższej gotowości. Powiedziałaś, że idziesz do ruin katedry na wzgórzu. Wiemy jak lubisz czytać i jak sama mówiłaś tam czujesz wewnętrzny spokój... Jednak nie było Cię tam. Nigdzie Cię nie było. Tringa...Wszyscy się o Ciebie martwili Calthia.
Przerwał na chwilę nabierając powietrza w płuca. Uścisnął ramię małżonki poczym podszedł do dziewczyny. Poprosił, by na niego spojrzała. Zrobiła to, choć niechętnie. Ujrzał lęk w jej oczach. Wiedziała, co chce jej powiedzieć. Serce go bolało, lecz... robili to dla jej dobra...
- Nie chcemy, aby stała Ci się jakaś krzywda – zaczął cichszym, ale oficjalniejszym głosem – Chcemy mieć pewność, że jesteś bezpieczna. Za dwa tygodnie przybędzie tu książę z WatherSky... będzie dobrym mężem. Jego zamek położony jest na skarpie. Cudowny widok na morze. Będziesz z nim szczęśliwa...
Umilkł widząc jak oczy córki błądziły dookoła. Raz spoglądała na ojca, raz na matkę. Mocno zacisnęła dłonie w pięści. Postawili ją bowiem przed faktem dokonanym. Nie miała wybierać. Wybrali za nią. Nie było ucieczki. Czuła się jakby wnętrze do grobowca zatrzasnęło się, gdy była w środku. Pogrzebana żywcem...
Odsunęła od siebie te myśli. Musiała szybko działać. Nabrała powietrza i stanowczym spojrzeniem obrzuciła ojca.
- Nie – królowa wstała usłyszawszy to słowo – Nie wyjdę za jakiegoś księcia, którego nawet na oczy nie widziałam. Nawet jakbym go zobaczyła... Nie…
- Wcale Cię o to nie pytamy – rzekła królowa chłodnym głosem – Kiedyś będziesz nam wdzięczna, że nie pozwoliliśmy Ci zmarnować sobie życia.
- Ale to moje życie! – krzyknęła Calthia przenosząc wzrok na matkę – Dlaczego chcecie nim sterować? Nic mi się nie stało. Nie porwali mnie... byłam...
Umilkła. Nie mogła im powiedzieć gdzie była. Gdyby to zrobiła jeszcze dziś odesłaliby ją do WatherSky pod eskortą całej armii. Westchnęła spuszczając wzrok.
Abrax położył jej dłoń na ramieniu i jeszcze raz powtórzył słowa, które słyszała zbyt często... To dla Twojego dobra.
Wiedziała, że dalszy sprzeciw niczego tu nie zmieni. Tylko utwierdzi ich w przekonaniu, iż małżeństwo jest jej potrzebne. Ukłoniła się lekko prosząc by mogła wrócić do swojego pokoju. Król uśmiechnął się ciepło kiwając głową.

Usiadła na brzegu łóżka. Głowa ją bolała. Chciała, żeby to wszystko okazało się tylko złym snem. Położyła się na boku. To nie był sen. W końcu tajemnice, ucieczki... doprowadziły ją do gniewu rodziców. Stracili cierpliwość. Jak długo bowiem można patrzyć jak córka znika na całe dnie... bez słowa wyjaśnień... i nigdzie nie można jej znaleźć...W dodatku księżniczka. Osoba, która powinna zachowywać się stosownie do swego stanowiska. Przeklinała teraz to całe stanowisko. Czuła się jak więzień i nawet nie miała szans ucieczki...Nie miała? Dwa tygodnie...to dość, by wymyślić coś co skłoni króla i królową do zmiany zdania.
Zamknęła oczy. Nawet nie pamiętała, kiedy zasnęła.

Wstała z nową dawką optymizmu. Uśmiechem przywitała Bertę, która właśnie przechodziła obok jej pokoju. Szybko zbiegła na dół. Była taka głodna. Wczoraj niemal nic nie jadła. Jedynie suche mięso i kilka owoców, które wzięła na drogę.
Wbiegła do jadalni i wyhamowała w drzwiach. Libellula spojrzała na nią chłodnym wzrokiem. Abrax właśnie chciał zjeść bułeczkę z serem, lecz powstrzymał się widząc wbiegającą córkę. Calthia wyprostowała się. Wygładziła sukienkę i powolnym krokiem podeszła do stołu. Uśmiechnęła się do rodziców. Abrax dokończył bułeczkę a Libellula ze stanowczością spojrzała na córkę.
- Wiesz, że tej decyzji już nie zmienisz – powiedziała smarując bułkę masłem.
- W ciągu tych dwóch tygodni wszystko się może zdarzyć – burknęła Cat nakładając sobie szynki, sera i kiełbasek – Jednak nie chcę o tym mówić, dobrze?
Przez dłuższą chwilę każdy zajęty był jedzeniem. Królowa od czasu do czasu spoglądała na córkę. Calthia unikała tego spojrzenia. Pragnęła zachować spokój.
Kolejna kłótnia w niczym by jej teraz nie pomogła.
Skończywszy jeść dziewczyna przeniosła wzrok na ojca. Miała nadzieję, że choć on wstawi się za nią. Widząc smutek w jego oczach i uparte przystawanie przy swoim... odniosła wrażenie, iż nigdy jej nie rozumieli. Po co na każdym kroku powtarzała im jak to ma dość bycia księżniczką. Traktowania niczym porcelanowa lalka, która może w każdej chwili spaść z półki i rozsypać się na drobne kawałki...W końcu spytała samą siebie...Po co tyle czyta? Po co uczy się dyplomacji, negocjacji i walki?
Po co skoro chcą ją zamknąć w złotej klatce...w zamku na skarpie...
W najmniejszym stopniu przekonała do siebie rodziców pod względem posługiwania się bronią. Księżniczka z mieczem? Do czego jej to potrzebne? Ma przecież strażników – te słowa słyszała od matki a ojciec nie potrafił wesprzeć córki tym razem.
Chciała już spytać o to wszystko Abraxa. Powstrzymała się...Dobrze wiedziała co odpowie. To dla Twojego dobra...Wymuszony uśmiech pojawił się na jej twarzy. Podziękowała za śniadanie wstając. Ucałowała ojca w policzek. Podeszła do matki. Libellula ścisnęła mocno jej dłoń, gdy Cat chciała pocałować ją w policzek.
- Gdzie idziesz? – głos matki przepełniony był niepokojem. Twarz pozostała natomiast chłodna.
- Do miasta – odparła Calthia prostując się – Tringa ponoć mnie wczoraj szukała. Nie powinna się przecież zamartwiać.
Ukłoniła się lekko po tych słowach.
Wyszła.

Sayers – królewskie miasto krainy o tej samej nazwie. Miasto, które przypominało fortece dzięki trzem murom je otaczającym. Nie bez powodu obrona była tu tak silna. Sayers było największym miastem położonym najbliżej przełęczy górskiej...Gór Cargo dzielące Zachód ze Wschodem. Jedyna naturalna bariera, która powstrzymywała jeszcze Wschód przed natarciem na swego wroga. Choć ostatnimi czasy Władca krain Wschodu zapragnął pokoju. Kaprys? Przypływ chwili? Sayers właśnie za takie uznawał owe traktaty. Nie przestawał umacniać murów. W razie ataku to właśnie owe królestwo zostałoby napadnięte jako pierwsze.
Calthia tym bardziej czuła się w nim niczym w klatce. Trzy czwarte ludności stanowili rycerze i ich rodziny. Reszta to przejezdni przybywający zza przełęczy. Na każdym kroku można było spotkać zbrojnego. Będąc księżniczką miało się ich uważne spojrzenie na karku. Przesadzała? Jako nastolatka większość czasu spędzała w ruinach katedry na wzgórzu. Nikt nie był w stanie sprowadzić jej z powrotem. Nawet jeśli im się to udawało chwilę później znów znikała. Wymykała się przez tajemne przejście, o którym nikt nie miał pojęcia. Tylko się dziwili i zastanawiali... jak ona to robi. Można pomyśleć, że gdy bunt nastolatki minie spojrzy na wszystko innymi oczami... Spojrzała. Miała jeszcze większą chęć przebywania poza tym miastem. W dodatku... chciała znaleźć się jeszcze dalej... daleko, daleko stąd...

Przebrała się w ciemnozielone spodnie i białą koszulę. Biodra obwiązała szerokim, skórzanym paskiem. Wysokie, czarne buty, w których uwielbiała wędrować. Na ramiona zarzuciła lekki płaszcz. Po nocnym deszczu było chłodno i wiatr się wzmógł. Będąc na dole nie spotkała matki. Odetchnęła z ulgą, że nie musi wysłuchiwać jej narzekań.
Opuściwszy zamek zeszła ze wzgórza, na którym był położony, krętą ścieżką.
Powoli udała się do Tringi.

Tringa była córką dowódcy straży – Tempusa Wielkiego. Od dziecka się przyjaźniły i nie miały przed sobą (prawie) żadnych tajemnic. Energiczna Tringa zawsze potrafiła rozbawić Cat. Jako córka rycerza świetnie władała bronią. Ojciec uczył ją tego od tak. Nie miał syna a ona była jego najstarszą córką. Robił to bo była to jego pasja. Pasja, która połączyła ich po śmierci matki. Umarła, gdy Tringa miała cztery lata. Dopadła ją nieuleczalna choroba. Zmarła w majakach i wysokiej gorączce. Nawet nie wiedziała, co jej jest.
Calthia z daleka zobaczyła przyjaciółkę zamiatającą wejście przed swoim domem. Zatrzymała się. Wczoraj miała ochotę ją udusić. Jednakże to nie była jej wina. W końcu tylko się o nią martwiła. Nie wybierała za nią męża i nie decydowała o jej przyszłości. Po to miała kochających rodziców. Odetchnęła głęboko. Tringa właśnie ją zobaczyła. Rzuciła miotłę zaczynając biec w stronę Cat. Podbiegając rzuciła się jej na szyję i przytuliła mocno.
- Tak się cieszę, że nic Ci się nie stało – puściła ją i przez chwilę uważnie się jej przyglądała. Nagle uśmiechnęła się radośnie. Jej piwne oczy też się śmiały. U nikogo innego nie widziała nigdy tak szczerego uśmiechu. Takiej radości na widok księżniczki.
- Obcięłaś włosy – powiedziała Calthia przyglądając się przyjaciółce. Dawno się nie widziały. Bujne loki Tringi zniknęły. Zastąpiła je krótko przystrzyżona z tyłu fryzura i długa, sięgająca do brody, grzywka. Wyglądała inaczej, ale ładnie. Ubrała się również w odmienne szaty. Niebieska tunika. Granatowe spodnie i skórzane buty – wybierasz się gdzieś? Wyglądasz...inaczej.
Tringa uśmiechnęła się przewracając oczami. Splotła z tyłu ręce myśląc nad czymś. Po chwili poprosiła, aby Cat poszła za nią. Bez słowa udały się na dziedziniec przed rycerskimi barakami. Odbywały się tam codziennie rano ćwiczenia.
Dziewczyny usiadły na niewysokim murku otaczającym dziedziniec i przez chwilę po prostu przyglądały się ćwiczącym walkę rycerzom.
- Rask... – Tringa wymówiła imię rycerza przenosząc na niego wzrok. Rosły mężczyzna. O półtorej głowy przewyższał pozostałych. Był silny, ale odrobinę powolny w walce. Wolno myślał dlatego w pierwszej chwili można by odnieść wrażenie, że jest trochę głupkowaty. Nic bardziej mylnego. Był doskonałym strategiem. I miał złote serce. Cud mężczyzna? Miał wadę. Kiedy wpadał w gniew, furię powiedzieć by się chciało, mało kto mógł go powstrzymać od zdemolowania gospody. Tringa potrafiła. – Dwa dni temu oświadczył mi się – rzekła patrząc na Calthie.
Cat z początku rzuciła zaskoczone spojrzenie. Po chwili przeniosła wzrok na Raska, który został właśnie powalony przez znacznie szybszego młodzika. Uśmiechnęła się. Dopiero wówczas zatrzymała spojrzenie na przyjaciółce.
- Kochasz go? – spytała z nutką zaskoczenia. Zabrzmiało to niemal jakby dziewczyna nie wierzyła w coś takiego jak miłość. Fantastyczne słowo, które ktoś wymyślił dla potrzeby tłumaczenia związku jako nie tylko przykrego obowiązku. Tringa zaczerwieniała się i pokiwała twierdząco głową – Dla niego ścięłaś włosy? – zażartowała Cat.
- Nie wstręciuchu – odburknęła Trit śmiejącym się głosem – Nanssy mi je przycięła kiedy spałam. Musiałam wyrównać a nic innego nie dało się z nich zrobić. Brzydko?
Calthia nie mogła powstrzymać śmiechu. Młodsza siostrzyczka Tringi w końcu odegrała się za sprzątnięcie jej zabawek z przedpokoju.
- Wybacz. Mówiłam Ci, żebyś nie ruszała jej zabawek – Calthia spoważniała – Wyglądasz ślicznie. Jak zawsze.
Księżniczka westchnęła głęboko. Zazdrościła, że Tringa sama mogła wybrać sobie narzeczonego. Wyjść za mąż z miłości, a nie jedynie po to, by połączyć mocniejszym węzłem dwa królestwa. Przewróciła oczami. Z drugiej strony...dawano jej szansę, aby sama podjęła decyzję. Mogła wybierać w narzeczonych od ukończenia siedemnastego roku życia...cztery lata...Nie spieszyła się jednak. W rzeczywistości w ogóle nie myślała o zamążpójściu. Co innego miała w głowie. Przygody... wędrówki... Teraz miała cztery dni, by przygotować się wewnętrznie na przybycie jej narzeczonego, którego rodzice wybrali za nią.
Tringa położyła jej dłoń na ramieniu patrząc na nią pytająco. Czuła, że coś jest nie tak. Calthia od kilku tygodni była zamknięta w sobie. Rzadko ją odwiedzała i znikała na całe dnie. Córka dowódcy straży zaczynała się martwić.
- Masz mi za złe? – spytała zeskakując z murku. Stanęła przed księżniczką patrząc jej prosto w oczy.
- Miałam – odparła Cat wyrywając się z zamyśleń – Wczoraj, gdy wróciłam do zamku – uśmiechnęła się pod nosem – Gdybyś widziała minę Libelluli. Mogła zabijać wzrokiem – spoważniała zeskakując obok Tringi. Przeszła kilka kroków poczym odwróciła się w jej stronę – Wybrali mi męża. Za dwa tygodnie przybędzie do Sayers.
Wypowiedziała te słowa z takim chłodem i obojętnością, że Tringa poczuła ścisk w gardle i niesamowity żal. Podeszła do przyjaciółki chwytając ją za rękę. Pociągnęła w stronę dziedzińca.
- To najlepiej rozładowuje napięcie – powiedziała z uśmiechem rzucając jej krótki miecz, który zawsze nosiła u boku. Rycerz walczący przed chwilą z Raskiem z przyjemnością przyjął wyzwanie. Tringa zauważyła, że Cat się waha. Ostatnim razem, gdy Abrax zobaczył jak jego córka walczy przez dwa tygodnie miała strażników na karku – Nic chyba nie może być gorszego od zmuszania do małżeństwa – mruknęła Tringa odsuwając się od tej dwójki.
Calthia uśmiechnęła się lekko do rycerza i przyjęła pozycję do ataku.
- Nie traktuj jej łagodnie Frost – powiedziała Tringa do rycerza widząc gniew w oczach przyjaciółki.
Frost zaatakował. Calthia bez problemu zablokowała pchnięcie. Stal uderzyła w stal. Przez sekundę patrzyli sobie prosto w oczy. Nagle rycerz odparował blok. Ostra wymiana uderzeń. Dziewczyna nie mogła uwierzyć w szybkość swego przeciwnika. Ledwo nadążała za blokowaniem jego ciosów. Po chwili ujrzała krzywy uśmiech na twarzy Frosta.
W tym samym momencie poczuła to samo, co w grobowcu, gdy strażnik wyskoczył wprost na nią.
Płynnym ruchem zrobiła unik w prawo.
Rycerz zbaraniał. Jeszcze nikt nie wywinął się jego specjalnemu ciosowi.
Powinien wytrącić jej miecz z ręki. Tym czasem to ona pozbawiła go broni i powaliła na ziemię. Patrzyła na jego zaskoczoną minę. Sama była w szoku. Rzuciła miecz cofając się kilka kroków.
- Calthia – szepnęła Tringa z niepokojem podchodząc do dziewczyny – Walczysz... doskonale...
Cat obrzuciła ją nie mniej zaniepokojonym wzrokiem. Szepnęła, że musi już iść. Tringa nie była w stanie jej zatrzymać. Patrzyła jak oddala się w stronę zamku. Frost wstał podnosząc swój miecz z ziemi.
- Mówiłaś, że kiedy zaprzestała nauk walki? – spytał niepewnie.
- Pięć lat temu. Miała cztery lekcje – powiedziała, a rycerz zrobił wielkie oczy i szeroko otworzył usta.

Calthia wbiegła do zamku niczym burza. Niezwłocznie udała się do swego pokoju. Wyjęła spod łóżka skórzaną torbę. Kiedy odwróciła się w stronę drzwi zastygła w bezruchu.
- Możemy porozmawiać? – spytała Libellula łagodnym głosem. Pytanie było jedynie grzecznością. Nie pozostawiła córce wyboru. Weszła siadając na fotelu przy kominku – Nienawidzisz mnie, prawda? – głos był pełen smutku, a oczy zalały się łzami. Cat westchnęła głęboko siadając obok matki na drugim fotelu. Przecząco pokręciła głową – Twoja dusza chciałaby być wolna. Podążyć własną drogą...z pewnością daleko stąd – słowa matki zaskoczyły ją. Uważnie się jej przyjrzała. Nie rzekła ani słowa nim nie skończyła. Słuchała – Odkąd Araneus wyjechał do New Soul... szukałaś każdej możliwej sposobności, by się stąd wyrwać. Gdy wracałaś miałaś taką radosną twarz. Oczy błyszczały Ci niczym iskierki. Wczoraj... kiedy powiedzieliśmy, że wybraliśmy za Ciebie męża... Żar zgasł z twych oczu. Stały się mętne. Rozjaśniona twarz zszarzała a dłonie ze złości zacisnęłaś w pięści. Ujrzałam wówczas dzikiego ptaka, którego złapaliśmy do złotej klatki. Nie zaprzeczaj więc, że nie czułaś wtedy do mnie nienawiści. Wciąż widzę ją w twym spojrzeniu – Uśmiechnęła się z żalem kładąc dłoń na dłoni córki – Nie chcę by pochłonął Cię mrok. Zabrał mi Ciebie...Kocham Cię i pragnę, abyś była szczęśliwa. Jestem pewna, że WatherSky Ci się spodoba. To piękna kraina...
- Wiesz, że sprawiasz mi ogromny ból zmuszając mnie do tego małżeństwa – zaczęła Calthia nie spuszczając wzroku z Libelluli – Dziwię się, że zdajesz sobie z tego sprawę i wciąż to robisz. Dlaczego?
Libellula cofnęła rękę z dłoni córki. Przez chwilę wpatrywała się w kominek poczym gwałtownie wstała udając się w stronę drzwi.
- Nie chcę, by przytrafiło Ci się coś złego. Liczy się dla mnie Twoje bezpieczeństwo. Sprawa małżeństwa nie podlega dyskusji – Stojąc w drzwiach dodała jeszcze – Uwięziony ptak zaczyna śpiewać, gdy spostrzega stado sępów poza swą klatką.
Zamknęła za sobą drzwi. Calthia siedziała dłuższą chwilę ze spuszczoną głową. Ten ptak potrafi pokonać sępy, matko – pomyślała marszcząc brwi a żal , że nikt tego nie potrafi dostrzec ścisnął jej serce.

Przyniosła rumakowi siano i świeżą wodę. Zwierzak przywitał ją radośnie. Zjadł ze smakiem poczym bystre spojrzenie przeniósł na skórzaną torbę, którą dziewczyna trzymała w ręku.
- Tak Wichrze – powiedziała dziewczyna nakładając rumakowi siodło i uzdę – Pora oddać to po co nas wysłał mag. Katharn nie lubi czekać – dodała z lekkim uśmiechem klepiąc konia po szyi – Spodziewał się, iż dostanie to wczoraj. Nie każmy dłużej mu czekać. Dosiadła konia zarzucając torbę przez głowę. Galopem wyjechali z ukrytej jaskini. Żaden ze strażników pełniących wartę nie dostrzegł smolistego rumaka. Ich wzrok sięgał daleko. Nie przypuszczali, że ktokolwiek mógłby chcieć potajemnie opuścić miasto...

Dom Katharna, drewniana chatka z rozległym ogrodem, stał na północ od Sayers. Wybudowany na skraju Lasu Ciszy, aby nikt mu nie przeszkadzał. Owy las nie miał dobrej reputacji. Wiatr nigdy tu nie docierał. Gałęzie drzew zawsze wyprostowane, pnące się z każdym rokiem coraz wyżej, nigdy nie uginały się na żadną ze stron świata. Wszelkiego rodzaju owady, ptaki i ssaki omijały te okolice. Ludzie mając do wyboru krótszą drogę przez las zawsze wybierali dłuższą – obchodząc go w odległości kilku mil.
Tętent koni rozniósł się i brzmiał niczym przemarsz wojska w tej, na co dzień niczym niezakłóconej okolicy.
Mag siedział na ganku czytając jedną ze swych ksiąg. Nawet nie podniósł wzroku. Długa śnieżnobiała broda i włosy wyraźnie odznaczała się na tle czarnych szat.
Kiedy Calthia ujrzała go po raz pierwszy pięć lat temu zastygła w bezruchu. Mrok noszonych przez niego szat sprawił, że czuła się jakby patrzyła w nicość. Przez chwilę miała wrażenie, iż wciąga ją a ona nie może nic na to poradzić. Sięga po nią swymi szponami i chce na wieki uwięzić w swej bezgranicznej pustce. Wówczas przeniosła wzrok na biel jego włosów. Słońce sprawiło, że ich blask na chwilę ją oślepił. Przetarłszy oczy dostrzegła nikły uśmiech na chłodnej twarzy. Oczy lśniły radośnie. Tyle zaprzeczeń w jednej osobie. Do dziś nie była w stanie odgadnąć jego myśli. Zachowywał się zupełnie inaczej niż można by to wyczytać z jego twarzy bądź stroju. Nie mniej... ufała mu. Jak nikomu kogo do tej pory poznała, ale wciąż nurtowało ją pytanie... Dlaczego mu ufa? Dlaczego się nie boi? Odczucia te miała od chwili, gdy dostrzegła ten nikły uśmiech na jego twarzy.
Czarny rumak zatrzymał się w cieniu rozłożystego klonu. Dziewczyna zsiadła z siodła szybkim krokiem podchodząc do drewnianego domku. Mag nawet na nią nie spojrzał. Usiadła obok na ławie nie rzekłszy ani słowa. Czekała. Spuściła głowę opierając łokcie o kolana a dłońmi zasłoniła twarz. Koń spokojnie skubał trawę a mag przeczytał kilkanaście stron nim w końcu zamknął księgę. Przyjrzał się dziewczynie siwymi oczami poczym wstał.
- Nie jesteś głodna? – spytał lekko zachrypniętym, ciepłym głosem. Wobec niej nigdy nie używał innego tonu. Słyszała jednak jak mówi, gdy wpada w gniew. Człowiek, który doprowadził do tego pobladł tak, że kolor jego skóry dorównywał bieli włosów maga. Oczy wytrzeszczył z przerażenia. Widać było, że od razu pożałował swych słów. Wyglądał jakby przeszył go piorun, a lodowata dłoń dotknęła jego ciała. Zdawał się jedynie już czekać na wysoki dźwięk dzwonu, który rozkruszy ciało. Katharn jednak wyprostował się obrzucając go wzrokiem pełnym żalu. Nic więcej nie powiedział. O co poszło? Spotykając maga na leśnej drodze nie myśl nawet, że chciałbyś go okraść. Sama próba jest już szaleństwem. Wyzywanie, że jego matka to bagienna pijawka a ojciec rzeczny pies, równa się z powolną i bolesną śmiercią. Głupota ocaliła mu życie, ale nie język...
Calthia wyprostowała się odprowadzając Katharna wzrokiem do drzwi. Kiedy przeszedł próg podniosła się i weszła za nim.
Wnętrze chatki było przytulne, ciepłe a w powietrzu roznosił się zapach suszonych ziół. Jadalnia była połączona z kuchnią. Znajdował się tu kominek, przy którym stał duży zielony fotel, stół, trzy krzesła, gliniany piec, kilka półek z żywnością.
Drzwi prowadzące do sypialni znajdowały się po lewej a tuż obok nich, te które chronione były potężną magią. Prowadziły do podziemnej komnaty. Miejsca, które było najbardziej zadbaną częścią domu. To w niej mag spędzał najwięcej czasu. Miał tam wszystkie swoje księgi, zwoje i papirusy. Sporządzał tam magiczne mikstury, udoskonalał swe zaklęcia, pracował nad nowymi czarami.
Calthia pomogła w przyrządzeniu zupy warzywnej. Zajęło im to dziesięć minut. Gotowanie przyspieszyły czary. Mag był głodny. Usiedli przy stoliku i w ciszy zjedli posiłek. Dziewczyna chciała już sprzątnąć naczynia, gdy mag ją powstrzymał. Powiedział, że zrobi to później. Wyszli na zewnątrz siadając na ławie przed domkiem.
- Co się stało?
Calthia nawet na niego nie spojrzała, gdy ją o to spytał. Żałowała, że nie potrafi lepiej skrywać swych obaw i odczuć. Potrafił wszystko wyczytać z jej twarzy...a może był jedyną osobą, z którą mogła rozmawiać o wszystkim. Wiedział, jakie ma stanowisko a jednocześnie czym zajmuje się na boku... Chociaż to, że została poszukiwaczem trudno dostępnych przedmiotów zawdzięcza magowi. To on rozbudził w niej zmysł do poznawania tego świata, a nie jedynie słuchania o nim. Problem, z jakim teraz się borykała... Nie wiedziała czy rozmowa z magiem na ten temat ma jakikolwiek sens.
Co mógł bowiem zrobić? Zamienić księcia w ropuchę?
Hmm... to by dało jej trochę czasu.
Nabrała głęboko powietrza w płuca.
- Rodzice stracili do mnie cierpliwość. Za dwa tygodnie przybędzie książę, którego wybrali na mego męża. Mam wyjechać na północne krańce WatherSky. Coś mi się wydaje, że to koniec przygód księżniczki Calthii – mówiąc to wyciągnęła z torby mosiężną statuetkę. Spojrzała w rubinowe oczka orła poczym postawiła go na ziemi przed magiem – Powiedziałeś, że to będzie proste zadanie – obrzuciła gniewnym spojrzeniem maga – Strażnik sarkofagu mógł mnie zabić.
- Było proste – mruknął Katharn – Dla Ciebie. Kto inny zginąłby na pewno, ale nie Ty. Wiedziałaś co masz robić. Powiedziałem Ci, że tak będzie – uśmiechnął się krzywo patrząc w jej zielone oczy – To dopiero początek – zmarszczyła brwi nie rozumiejąc o co chodzi – Twoich przygód. Dopiero początek... – powtórzył, znów się uśmiechając.
- Nie rozumiesz? – spytała z wyrzutem. Podniosła się gwałtownie nie mogąc wysiedzieć w jednym miejscu – Libellula postawiła na swoim. Nie potrafię sprawić, aby zmieniła zdanie. Abrax też się jej nie sprzeciwi. Zbyt często znikałam na kilka dni. Zbyt często mnie „porywali”, „gubiłam’ drogę, ‘’zasypiałam’’ w ruinach katedry i prosiłam Tringe, żeby mówiła, iż u niej nocuję. Ją też okłamywałam...Dokąd idę, co robię...Kłamstwa, kłamstwa i jeszcze raz kłamstwa!!! – zacisnęła dłonie w pięści wściekle patrząc prosto w oczy maga - Martwią się o mnie...bo nie zachowuję się jak księżniczka – zacisnęła zęby. Nienawidziła jak ktoś się do niej tak zwracał. Nienawidziła tego stanowiska. Chciałaby móc ruszyć w świat i nie musieć się odwracać. Nie musieć więcej kłamać... – Wczoraj strażnik... a dziś bez problemu powaliłam na ziemię jednego z rycerzy podczas ćwiczeń. Co się ze mną dzieje? Skąd wiedziałam co trzeba zrobić? Jaki ruch tamten wykona? Zaczyna mnie to przerażać.
Ostatnie słowa dodała szeptem. Skrzyżowała ręce na piersiach spuszczając głowę.
- Przerażać? – słowa maga przepełnione były nutką zaskoczenia, lecz wypowiedziane z charakterystyczną dla niego miękkością i ciepłem – Myślę, że bałaś się jedynie, iż możesz zrobić temu chłopakowi krzywdę. W grobowcu poczułaś dreszcz satysfakcji i zwycięstwa. Musisz wyćwiczyć ten dar. Wówczas przerażać będziesz jedynie swych wrogów.
Spojrzała na niego wpierw z obawą, lecz później lekki uśmiech pokrył jej zakłopotaną buzię. Mag wstał wręczając jej księgę, którą czytał, gdy do niego przyjechała. Poprosił, by otworzyła na siódmym rozdziale. Zrobiła to bez chwili zastanowienia. Wszystkie teksty były w języku magii. Nie znała jej i tak naprawdę nigdy nie starała się poznać. Zwróciła uwagę na rysunek, który widniał pod wielką siódemką. Wizerunek kobiety ubranej w białe szaty. Była odwrócona tyłem. Po jej plecach spływały jasne włosy. Ponad głową wznosiła jakiś przedmiot...puchar. Puchar, w którego wtopiono odłamek rubinu...
- Puchar Xareth – zaczął Katharn zabierając od niej księgę – Należał do czarownicy zamieszkującej krainę Xareth. Posiadał moc uzdrawiania i dodawał siły, mocy osobie, która napiła się zwykłej wody z jego czaszy. Podczas wojny magów puchar zaginął. Pisma mówią, że wciąż znajduje się w Xareth. Jego miejsce jest jednak nieznane. Nieznane... dla zwykłych śmiertelników, ale Ty... masz dar. Jeśli odnajdziesz puchar i przyniesiesz go do mnie...
Głośne westchnięcie dziewczyny sprawiło, że umilkł. Widział w jej oczach rozdarcie. Nie wiedziała, którą z dróg ma wybrać. Tym razem mogła bowiem wybrać tylko jedną. Życie podróżnika, czy życie księżniczki? Nie potrafiła podjąć decyzji. Zbyt mocno kochała rodziców, aby tak bez słowa zniknąć. W dodatku miała się tym razem wybrać znacznie dalej. Xareth leżało na wschodzie... Tam nigdy nie była. Kusiło ją to, a jednocześnie przestrzegało przed wielkim niebezpieczeństwem.
- Puchar jest ostatnią częścią – słowa maga wypowiedziane cichym, oschłym głosem sprawiły, że ciarki przeszły jej po plecach. Był jakiś inny... zaczęła się zastanawiać... częścią czego? – Jesteś zagubiona. Stoisz na rozstaju dróg. Twoja dusza chciałaby być wolna. Podążyć własną drogą... z pewnością daleko stąd – Calthia zmarszczyła brwi usłyszawszy te ostatnie słowa. Milczała i nie wspomniała, że to samo powiedziała jej dzisiaj matka – Wiem ile dla Ciebie znaczy możliwość wyboru. Możliwość działania według własnych reguł. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Czasami trzeba się podporządkować. Usłuchać kogoś innego – przerwał przenosząc wzrok na okolice. Wzgórza i pola, które rozciągały się przed nimi wprost zapraszały, by ktoś pogalopował ich traktem. Spojrzawszy z powrotem na dziewczynę miał nieodgadniętą minę – Wybierając jedną z dróg masz świadomość, że tracisz coś dokąd prowadziła ta druga. Ruszając na Wschód pierwszy raz opuścisz swe rodzinne strony. Znajdziesz się na ziemiach nieznanych, o których jedynie czytałaś a przecież nie wszystko co spiszą bardowie jest prawdą. Nieraz prawda jest o wiele... potworniejsza. Wyprawa ta niewątpliwie będzie wymagać dużej wytrwałości, siły fizycznej i psychicznej. Kraj, w którym się znajdziesz nie zawsze będzie dla Ciebie przyjazny. Jeśli zgodzisz się wyruszyć po ten ostatni już artefakt... Mogę Ci obiecać, że bez wahania wybierzesz drogę, którą chcesz dalej podążać. Nie będzie żadnych wątpliwości... decydując nie będziesz mieć poczucia, że coś tracisz. Otrzymasz ode mnie również coś, czego od dawna pragnęłaś. Coś, po co tak naprawdę zgodziłaś się na naukę u mnie i na te wszystkie wyprawy.
Calthia miała wrażenie, że mówi jej to co chciała usłyszeć. To co chciała usłyszeć od bardzo dawna. Te słowa... były niczym miód dla jej uszu i miała wrażenie, że są jedynie piękne na zewnątrz... pod spodem natomiast kryją swoją prawdziwą twarz... Cóż jednak miała do stracenia? Teraz nie wiedziała, co ma zrobić. Jaką decyzję podjąć... Zastanawiało ją jednak co miałaby otrzymać od maga wyruszając w tę podróż... Spytała więc, co ma na myśli.
- Wolność – rzekł krótko.

Wolność? Powtarzała to słowo w myślach z tysiąc razy wracając do zamku. Żadnej złotej klatki? Żadnych kłamstw, żadnego ukrywania się?
Powiedziała magowi, że musi to przemyśleć. Nie był zaskoczony taką odpowiedzią. Uśmiechnął się lekko wnosząc do chatki mosiężnego orła.
Dziwne... ale nawet na niego nie spojrzał...
Wróciła do zamku, gdy słońce skrywało się za górami. Gwiazdy zaczęły pojawiać się na niebie a blada twarz księżyca przypomniała jej jak wygląda królowa, kiedy traci cierpliwość...



ijablon
Iwona Jabłońska








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-01-23 (2406 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej