Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Serce umiera ostatnie
 
Katalog - dodano
 Królestwo
- Jess Rothenberg
 Nasi przyjaciele z Frolixa 8
- Philip K. Dick
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Bo to jest wojna, rzeź, rąbanka - Romuald Pawlak

Ti dong!


Spojrzałem na wiszący zegar, który wskazywał dopiero kwadrans po osiemnastej. Zwlokłem tyłek z kanapy i z puszką heinekena ruszyłem ku drzwiom wejściowym. „Psiakrew, nie zdążyłem się znieczulić! – marudziłem w myślach. – Nie jestem przygotowany, Elizka!!!”
Ale czy jakikolwiek normalny facet może ot tak przyjąć do wiadomości, że jego dziewczyna fatyguje się tylko po to, aby go oficjalnie rzucić? „Pa, pa, kochanie, było miło, ale właśnie się skończyło.” Miałem niemal pewność, że nasza znajomość dobiegła końca. Psuła się już od dobrych kilku tygodni, a wczorajszy wieczorny telefon Elizy nie pozostawiał mi nadziei na pomyślny finał.
I tak cud, że zaraza chce się spotkać. W modę wchodziło powiadamianie o takich rzeczach przez znajomych. Albo zrywanie przy pomocy esemesa – co dopuścili nawet islamscy duchowni, chociaż zażądali wysłania trzech po kolei, jakby jeden nie wystarczył.
Zmierzałem więc ku drzwiom krokiem wolnym i niechętnym, a kolejne łyki piwa nie potrafiły mnie znieczulić. Równie pewnym i żwawym krokiem podążałbym zapewne na trepanację czaszki bez znieczulenia albo na resekcję rozumu.
Ti dong! Ti dong! Dong! Dong!!!
Normalnie bym się nawet na Elizkę zdenerwował. Co mi tu wydzwania jak głupia, skoro wie, że zaraz otworzę.
Po cichu liczyłem jednak na pożegnalny „spacer po polach elizejskich”, wiecie, małe bara-bara. Takie „żebyśmy się nie żegnali z nienawiścią”. Miałem wymyślony cały szereg podejść do tematu, od delikatnych poetyckich aluzji po skowyt opuszczanego skazańca.
Doooong!!!
Westchnąłem ciężko i spojrzałem w lustro w przedpokoju, sprawdzając, czy wyglądam jak człowiek. „Hmm, jeżeli ja wyglądam jak człowiek, to rasa ludzka niewątpliwie podupadła” – pomyślałem wisielczo, przygładzając rozwichrzoną fryzurę. Wreszcie, wciąż mając w sercu cień nadziei na pogodzenie się z Elizką, otworzyłem drzwi.
– Kontrola dokumentów! – huknął jakiś ponury facet, natychmiast wsadzając stopę w szparę. – Elfów szukam! Są tu jakieś?
Ja cię pierdzielę! Wyglądał na prawdziwego, groźnego wariata! Wysoki na dwa metry, a w barach miał z półtora jak nic. Jego wielki brzuch opięty metalowym półpancerzem sięgającym bioder niemal uderzył mnie w twarz. Drab na przedramionach nosił ciemnoniebieskie ni to ochraniacze, ni to bransolety rzeźbione w dziwaczne wzory przypominające malarstwo Kadinsky’ego. Kolorytu dopełniały długie czarne włosy kilkunastoma warkoczami opadające na plecy oraz rudawa broda sięgająca piersi. Kładła się na jego zbroi niby wojenny proporzec. Świdrował mnie spojrzeniem tak nieprzyjemnym, jak Torquemada swoje śniadanie.
Krótko mówiąc, bydlak w niczym nie przypominał mojej kruchej, blondwłosej Elizki.
Prędzej górala wyhodowanego na oscypkach albo zmutowanego świstaka w sreberkach.– E… y… jakie elfy? – zająknąłem się, odruchowo robiąc krok w tył. – To jest mieszkanie prywatne!
Sięgnął do pobłyskującego srebrzyście plecaka, który teraz dopiero zauważyłem i wyjął stamtąd topór. – To sobie poczekamy – chrypnął. Odepchnął drzwi razem ze mną i wszedł do przedpokoju.
Tak oto poznałem Turgila Olganssona we własnej krasnoludzkiej osobie.

* * *

Z początku myślałem, że jest jakimś niebezpiecznym szaleńcem, który postanowił udowodnić całemu światu, iż trzeba się z nim liczyć. Takie świry za najlepszy sposób zwrócenia na siebie uwagi uważają porwanie kogoś lub wysadzenie jakiegoś budynku. Koniecznie w obecności kamer oraz stada dziennikarzy.
On jednak czujnym i pozbawionym oznak szaleństwa wzrokiem wodził po przedpokoju, który w moim mieszkaniu otwiera się na kuchnię z dużym oknem.
Nagle przesłał mi przyjazny uśmiech i puścił oko, a we mnie trzasnął piorun nagłego podejrzenia: może to sprawka Elizy? Może nasłała tego potwora w ramach okrutnego pożegnalnego żartu? Wychodzi trochę drożej niż esemes, ale za to ileż zabawy, gdy później przy winku zacznie opowiadać przyjaciółkom, w jakich okolicznościach rozstała się ze swoim facetem…
Jęknąłem przerażony. Przecież ta góra mięcha może ze mną zrobić wszystko!
Bandyta chyba źle zrozumiał mój skowyt. Znów czujnie rozejrzał się po mieszkaniu, usiłując wysondować spojrzeniem wnętrza pokoi. Topór skierował w moją stronę.
– No co?! – burknął. – Czego biadolisz, durniu, jak ci jeszcze nic nie zrobiłem?
– Jak nic? Włamujesz się do mojego mieszkania! – stwierdziłem ponuro.
Drab popatrzył na mnie z góry, podrapał się pod pachą tam, gdzie przednią i tylną część pancerza łączyły skórzane wiązania. Rozległ się chrobot, jakby ktoś czochrał krokodyla po łuskach na grzbiecie.
– Turgil Olgansson się nie włamuje, tylko zdobywa – poprawił mnie z gryzącą ironią. – Stanowisko ogniowe będę zakładać – dodał, jakby miało mi to coś wyjaśnić.
Zaraz… Zaraz! Jeżeli to nie Eliza…
W mojej głowie zawirowała straszliwa myśl: mój słodki blondasek zjawi się tu najpóźniej za pół godziny… A skoro to nie ona go nasłała… oboje będziemy mieli problem. Wielki problem z jeszcze większym, groźnym wariatem udającym bajkowego krasnoluda.
Tymczasem Waligóra Olgansson – czy jak się naprawdę ta bestia nazywała – spojrzał na mnie i spytał:
– Sam mieszkasz?
Gorliwie skinąłem głową.
– Sam. I nikogo się nie spodziewam – dodałem szybko. Miałem pół godziny na zrobienie czegoś z tym draniem, zanim przyjdzie moja dziewczyna. „Kto wie – kalkulowałem – jeżeli wykażę się bohaterstwem, może zdołam uratować nasz związek?”
Turgil zawiesił topór na pasku i sięgnął za siebie. Zdjął to, co do tej pory uważałem za plecak. W istocie była to wielka metalowa skrzynia, prostopadłościan o dłuższym boku mierzącym jakieś osiemdziesiąt centymetrów. Rzucił pojemnik na podłogę, pod szafkę na buty. Potem ciężkim krokiem ruszył w moją stronę i nieoczekiwanie złapał mnie za rękę. Próbowałem się wyrwać, krzycząc przy tym z bólu i upokorzenia, ale on wlókł mnie od pokoju do pokoju, lustrując mieszkanie niby człowiek z agencji nieruchomości. Na widok łazienki przerobionej na małą siłownię z aprobatą kiwnął głową, ale puścić mojej ręki, cholerny drań, nie zamierzał.
Wreszcie na jego twarz wypłynął grymas zadowolenia, kiedy dotarliśmy do największego pokoju z dużym balkonem.
– Nada się! – mruknął. Dociągnął mnie pod drzwi balkonowe i tu posadził jak jakąś cholerną lalkę obok donicy z papirusem. Spojrzeniem nakazał mi zostać na miejscu. „Bo inaczej skręcę kark, rozumiesz?” – zdawał się mówić jego wzrok. Potem szarpnął klamkę i wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza.
– Jasny gwint! – mruknął z podziwem, gdy rozpostarła się przed nim panorama, na oglądanie której stały bilet wykupiłem trzy lata temu.
Długo, długo szukałem mieszkania na Tysiącleciu. Miałem jednak farta, bo wreszcie zdobyłem niesymetryczne stumetrowe lokum na dwudziestym piątym piętrze jednego z wieżowców zwanych „kukurydzami” – ze względu na to, że z zewnątrz przypominały mocno kaczany owej rośliny.
Był to prawdziwy wysokościowiec. Winda, choć wjeżdżała tylko na 24 piętro (dalej trzeba się było wspinać schodkami), to myliła się często, na wyświetlaczu pokazując „29”. Czyli moje mieszkanie byłoby na trzydziestym piętrze. Czasem żartowałem, że można się tu poczuć prawie jak w Empire State Building. Na wprost mojego balkonu, jakieś trzydzieści metrów dalej, biegła droga szybkiego ruchu. A za nią, pokąd wzrokiem sięgnąć, rozłożyła się solidna łata lasu, nie wiedzieć czemu zwanego Wojewódzkim Parkiem Kultury i Wypoczynku.
Pośród tej kojącej oczy soczystej zieleni widać było plamę stadionu i gdzieniegdzie jakąś budowlę. Dla mnie czymś równie wspaniałym jak ten widok na las pośrodku miasta były komary. Albo raczej ich brak. Okazało się, że pijawy dolatują najwyżej do dziesiątego piętra. Fajna sprawa, no nie?
Turgil patrzył z mojego balkonu z zachwytem na twarzy. Ale długie kontemplowanie widoków innych niż nacieki skalne chyba jednak nie leży w naturze krasnoludów. Odwrócił się więc w stronę mieszkania i tubalnym głosem oznajmił:
– Wybór masz taki, przyjacielu: zwiążę cię i posiedzisz sobie, pomyślisz, popatrzysz, jak Turgil Olgansson montuje stanowisko ogniowe, a jak skończę, to cię uwolnię. Albo będziesz się szarpać, próbować uciec, brzydkie wyrazy puszczać niby bąki, wtedy zaknebluję i wyrzucę przez balkon. Rozumiemy się?


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-07-04 (1771 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej