Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
NOS4A2
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza '' - Robert M. Wegner



Byli dobrzy. Dobrzy jak ludzie, dla których prowadzenie ogromnych karawan jest częścią życia. I nie miało znaczenia, że ostatnie lata spędzili w obozach, pokolenie woźniców pamiętających wędrówki po wyżynie nie wymarło, bowiem, raczej zasklepiło się w swoich marzeniach i wychowało następców. Po dwóch dniach Kenneth mógł ocenić, że dotarcie w tak krótkim czasie ze Stepów tak daleko na północ, nie było tylko zasługą znakomitych imperialnych dróg. Wozacy nie zyskali swojego miana dlatego, że jeździli i mieszkali na wozach. Oni na wozach żyli. Rodzili się, dorastali, zakładali rodziny, walczyli i umierali.
Gdy podzielił się tym spostrzeżeniem z Hasem, który z jakichś przyczyn został łącznikiem między kompanią a Verdanno, ten najpierw spojrzał na niego uważnie, a potem wykrzywił się w dziwnym grymasie.
- Naprawdę sądzisz, że szliśmy szybko?
- Przebyliście ponad sto pięćdziesiąt mil w dziesięć dni. Niemal tak szybko, jak samotny wóz, a w armii uczą nas, że im więcej pojazdów, tym kolumna wolniej się przemieszcza.
- Mogliśmy zrobić tę drogę w trzy, no, może w cztery dni. To naprawdę nie było szybko, poruczniku.
Chwilę wędrowali w milczeniu. Kenneth szedł poboczem, czarownik siedział na koźle, obok woźnicy, zapatrzony w drogę.
- Większość czasu nie jechaliśmy, lecz rozbijaliśmy i zwijaliśmy obozy — rzucił wreszcie. — Jazda wozem to trudna sztuka, ale byle chłystek nauczy się jej w kilka dni na tyle, by mógł powozić w karawanie. Ale założenie obozu, kiedy masz pod sobą tysiąc, dwa albo pięć tysięcy wozów… Gdy bojowe muszą od razu stanąć murem na obwodzie, a mieszkalne i te z zapasami utworzyć ulice i place, gdy trzeba znaleźć wewnątrz miejsce dla tysięcy zwierząt, a wroga jazda już wisi ci na karku, już szarpie, szyje strzałami, podpala wozy, dźga zwierzęta lancami…
Zamilkł. Usta zacisnął w wąziutką kreskę.
- Wóz bojowy ciągną cztery konie, a wystarczy zabić albo chociaż zranić jednego, by wyeliminować pojazd z szyku. Koczownicy szybko się tego nauczyli. Prawda jest taka, że rydwany, które nam towarzyszą, nie służą do wygrywania walnych bitew, lecz do tego, by dać wozom czas na okopanie się. Mają nie dopuścić jazdy w pobliże obozu tak długo, by ten mógł powstać. Więc przez większość drogi ćwiczyliśmy rozstawianie i zwijanie obozów na różne sposoby: Koło, Kwadrat, Rogaty Gród. Dlatego wędrowaliśmy tak długo, żeby się przygotować.
- I jesteście już gotowi?
Has popatrzył na niego chłodno.
- Nie byliśmy gotowi trzydzieści lat temu, i nie byliśmy gotowi w czasie powstania. Ale teraz… uczyliśmy się przez całe pokolenie, od plemion, które jak my walczyły z Se-kohlandczykami, choć przegrały swoje wojny, i od tego jedynego, które z nimi wygrało. Od was.
- Więc, według ciebie, dlaczego wygraliśmy?
- Bo jesteście zbyt uparci żeby wiedzieć, kiedy przegrywacie. — Czarownik pokiwał głową. — I za każdym razem, gdy wróg zastosuje jakąś nową sztuczkę, wy wymyślacie dwie inne, nawet jeśli są głupie. Ci młodzi, którzy urodzili się w obozach, stali się trochę podobni do was, są uparci, krnąbrni, wiedzą, czego chcą i nie boją się po to sięgać. Zobaczyli… wyrośli miedzy dwoma światami i są teraz innymi ludźmi niż ich rodzice. Czasem mnie to martwi, czasem przeraża, a czasem sprawia, że pękam z dumy.
Szli na czele kolumny, Szósta Kompania otoczyła luźnym kordonem pierwszych kilkanaście wozów. Płaszcze powiewały przybrudzoną bielą, wszystkie psy miały założone obroże, chyba tylko ślepy mógł wątpić, że oto właśnie idą cesarscy żołnierze.
Porucznik zadrżał i otulił się mocniej płaszczem, przerywając pogawędkę z czarownikiem. Po prawej ciągnęła się ściana lasu, niezbyt gęstego, ale mrocznego, iglaste korony tworzyły bowiem szczelne sklepienie nieprzepuszczające promieni słonecznych, więc już kilkanaście jardów za linią drzew wzrok gubił się w cieniach. Po lewej otwierał się widok na rozległą halę, opadającą coraz bardziej stromo, aż jej drugi koniec ginął im z oczu, zapewne urywając się pionowo nad przepaścią. Dalej były skalne ściany flankujące wąską dolinę, która ciągnęła się przez dobre trzy mile, po czym kończyła się nagle, zamykana przez kolejną górę. W Olekadach było mnóstwo takich niegościnnych miejsc, dolin zamkniętych ze wszystkich stron, kotlin, żlebów, skalnych płaskowyżów, gdzie nie rosły nawet górskie mchy. Ta dolina wyglądała jakby ktoś wyskrobał ją pomiędzy skałami wąską łyżką i Kenneth mógł się założyć, że nie jest zamieszkana, co zresztą wszystkim pasowało. Lepiej, by wędrówki karawany nie obserwowało zbyt wiele oczu.
I właśnie z tamtej doliny wiał lodowaty wicher, rozpędzając się między górami i dmuchając wprost na karawanę. Kenneth osłonił twarz. Kilkaset jardów przed nimi szlak znikał w wąskim żlebie i – zgodnie z mapą – wiódł nim prawie pięć mil. Trzeba będzie wysłać ludzi górą, by sprawdzili, czy przypadkiem ktoś nie przygotował Wozakom jakiejś niespodzianki.
Omówili to już wczoraj, po południu i wieczorem, gdy Kenneth opowiedział Verdanno o ludziach ginących w górach. Przyjęli wszystko spokojnie, kiwając tylko głowami, jakby dowiadywali się o rzeczach, które zdarzyły się setki mil stąd, i to dawno temu. Trudno było ocenić, czy nie są świadomi zagrożenia, czy też ufni w swoją siłę, lekceważą niebezpieczeństwo. Chyba najtrafniej podsumował to Velergorf, który stwierdził później, że oni po prostu spodziewali się czegoś takiego. Ubrana w czerń i tandetne ozdóbki para plemiennych czarowników, których porucznik zdążył już poznać, na pewno coś wyczuła. Sam Kenneth doskonale pamiętał, jak włosy jeżyły mu się na głowie i drętwiały czubki palców, gdy znaleźli tę cholerną wieżę bez załogi. Tam, gdzie używano czarów, jego żołnierze też robili się nerwowi, a psy wyglądały, jakby właśnie złapały trop niedźwiedzia. Zwłaszcza że – jak głosiła plotka krążąca wśród strażników – czary, jakie towarzyszyły zabójstwom, trudno było przypisać jakiemukolwiek aspektowi.
Nie zapytał jednak o to Hasa, być może dlatego, że ten wyglądał, jakby na takie pytanie czekał. Nie musiał za to pytać, czy Verdanno spodziewają się ataku, bo za sobą, po prawej i lewej, miał na to dowód. Wozom towarzyszyli uzbrojeni wojownicy. Część szła skrajem lasu, niektórzy zapuszczając się głębiej między drzewa, część halą; gdy droga się zwężała, czepiali się burt wozów, podjeżdżając kawałek, jak dzieci robiące dorosłym żart. Tylko że w ich twarzach, postawie i dłoniach ściskających broń nie było nic zabawnego.
Porucznik przyglądał się im uważnie. Jak na barbarzyńców mieli całkiem dobre uzbrojenie, krótkie szable, lekkie topory na długich styliskach, oszczepy, dziryty i włócznie. Niektórzy trzymali w dłoniach, z nonszalancją ludzi przywykłych do tej broni od dziecka, łuki ze strzałami już założonymi na cięciwy. Większość nosiła stalowe hełmy i skórzane pancerze albo lekkie kolczugi o oczkach drobniejszych niż te używane przez meekhańską armię, za to gęściej splatanych. Na wierzch zakładali dodatkowo pikowane kaftany bez rękawów, składające się z wielu warstw płótna.
- To mądrość Wschodu — powiedział Has, gdy zauważył, jak Kenneth się temu przygląda. — Taki pancerz lepiej powstrzymuje strzałę.
- Dość ciężkie.
Czarownik wzruszył ramionami.
- Nie aż tak, jak się wydaje. Poza tym walczymy albo na wozach, albo na rydwanach. Rzadko biegamy po polu bitwy.
- Bełtu z kuszy nie zatrzyma.
- No, że też Se-kohlandczycy na to nie wpadli. Ale zaraz — zmarszczył brwi — czy oni przypadkiem nie widzieli już kusz w robocie? Wtedy, gdy tłukli na miazgę waszą armię?
- Czy nie mówiłeś, że to od nas uczyliście się, jak z nimi walczyć?
- A i owszem. Zapomniałem tylko dodać, że uczyliśmy się głównie na waszych błędach. Tych, których owocami były tysiące trupów najeżonych strzałami.
I tak wyglądała większość rozmów z Hasem. Starzec był złośliwy i irytujący, ale o dziwo, Kennethowi to nie przeszkadzało. Przynajmniej się odzywał, odpowiadał na pytania i od czasu do czasu uśmiechał.
- Twoi ludzie wydają się nas nie lubić.
- Bo?
Porucznik obejrzał się na najbliżej idącego Verdanno, uniósł rękę, pomachał. Ciemne oczy wojownika błysnęły ponuro i to wszystko.
- Widzisz? Nawet nie mrugnął.
- Nie należysz do rodu ani plemienia, nie znasz języka. W obozie, w czasie pokoju, przyjąłby cię posiłkiem, zapewnił miejsce do spania i dach nad głową. Byłby gospodarzem nie gorszym niż meekhański szlachcic. Ale w czasie wojennego marszu każdy obcy to w najlepszym razie uciążliwa przeszkoda. Nie zna cię, jesteś tylko przewodnikiem. No i góry, wielkie, napierające ze wszystkich stron skały, las, w którym nic nie widać dalej niż na dwadzieścia kroków, niewiedza, co jest za następnym zakrętem. Nie dziw im się.
- Więc, jak rozumiem, mam nie wykonywać gwałtownych ruchów?
- Ha, widzisz, a mówiłem And’ewersowi, że jesteś mądrzejszy, niż wyglądasz.
Kenneth skrzywił się w szczerym uśmiechu i wykonał kilka gestów. Druga i Piąta naprzód w lewo, Trzecia i Szósta naprzód w prawo. Dwieście kroków.
Kilkudziesięciu strażników wyprzedziło karawanę truchtem, żeby wspiąć się na ściany żlebu i asekurować wozy z góry. Przy okazji stare i nowe dziesiątki będą miały szansę zrobić sobie małe zawody we wspinaczce.
- Zwolnij, póki nie damy znać, że droga bezpieczna.
Has skinął głową i zamachał, wyciągając w bok suche ramię.
Kenneth nie musiał się oglądać, żeby wiedzieć, że woźnice kolejno przekazują sobie sygnał, a cała kolumna zwalnia, zmniejszając odległości między wozami na góra dwie stopy.


* * *



Most trzeszczał, skrzypiał i stękał, ale ustał. Kenneth zajął miejsce na uboczu, żując kawałek suszonego mięsa, przegryzając sucharami, i nie odrywając wzroku od mężczyzny znajdującego się pośrodku konstrukcji, jakieś osiem stóp pod wyłożoną deskami nawierzchnią mostu. Mężczyzna dawał przedstawienie, siedząc na poprzecznej belce. W jednej ręce trzymał flaszkę wina, w drugiej kurzą nogę i właśnie zajadał śniadanie. Majtał przy tym stopami nad trzydziestojardową przepaścią z taką miną, jakby był na wycieczce, a nad głową nie przewalały mu się jeden za drugim ciężkie wozy wyładowane belkami i kłodami.
Nazywał się Ger’serens i był Pierwszym Budowniczym obozu New’harr. To znaczy osobą, na barkach której spoczywało przeprowadzenie karawan przez góry. Podobno studiował kilka lat na imperialnej uczelni inżynieryjnej w samym Meekhanie, dzięki czemu łączył umiejętności meekhańskich budowniczych z tradycyjną wiedzą Verdanno.
Na Wyżynie Lytherańskiej budowniczowie zajmowali się konstruowaniem dróg i przejść przez podmokłe tereny, umacnianiem warownych obozów, gdy karawany zatrzymywały się na dłuższe postoje, kopaniem studni i budowaniem wodociągów z wydrążonych pni, dzięki czemu obozy nie były całkowicie uzależnione od tras położonych wzdłuż rzek. Oraz budowaniem drewnianych mostów – na rzekach, strumykach, głębokich rozpadlinach, bagnach czy połączonych wąskimi kanałami jeziorkach – i to mostów, które w założeniu miały wytrzymywać nie mniej niż imperialne, kamienne konstrukcje.
Takich mostów jak ten, postawiony w jeden dzień z cedrowych pni, niektórych długich na pięćdziesiąt stóp. Kenneth musiał przyznać, że nie docenił determinacji ani pomysłowości Wozaków; gdy wczoraj rano przyprowadził czoło karawany na skraj wąwozu, gotów był się założyć, że wybuchnie mu za plecami wściekłe zawodzenie i posypią się gromy. Szczelina, którą musieli przebyć, miała nieco ponad osiemdziesiąt stóp szerokości, jakieś sto głębokości i zwężała się stopniowo niczym klepsydra. Jej dnem pędził ku własnemu przeznaczeniu górski strumień. Miał zaledwie dziesięć, może dwanaście jardów szerokości, przypominał jednak pokrytego pianą potwora wypuszczonego po wiekach uwięzienia. Ryk wody słyszeli już z pół mili, a jeśli człowiek stanął na krawędzi wąwozu i uważniej się przyjrzał, mógł dostrzec w kipieli migające fragmenty drzew, strzępy krzaczków, kamienie pchane nurtem w dół, nieomylny znak, że w górze rzeczki właśnie zaczęły się prawdziwe roztopy. Porucznik przywołał Velergorfa i Andana i kazał im zerknąć w dół.
- Jutro będzie trzy stopy wyżej, a pojutrze osiem — ocenił starszy dziesiętnik. - Ciekawe, jak sobie z tym poradzą.
Poradzili sobie sprytnie, opuszczając kilka długich pni i układając je poziomo, dobrych dwadzieścia stóp nad nurtem. Wąwóz na tej wysokości miał nie więcej niż czterdzieści stóp, więc belki trzymały się całkiem solidnie. Potem poszło szybko, a obserwując budowniczego przy pracy, można było dojść do wniosku, że robi coś takiego nie pierwszy, i nie drugi raz w życiu.
Sto wozów jadących z przodu karawany załadowano drewnem, przyciętym i ponumerowanym na meekhańską modłę według rodzaju, długości, szerokości i jakości, a Ger’serens chodził tylko między nimi i komenderował – tyle tych, tyle tamtych, tu zaciosać, tam nawiercić otwory, te przyciąć. Niewiarygodne, ale ledwo spojrzał na strumień, już zdawał się mieć w głowie gotowe plany konstrukcji, w pół dnia w wąwozie powstała kratownica składająca się z dziesiątek odpowiednio przyciętych i dopasowanych cedrowych pni, wznosząca się coraz wyżej i wyżej, czepiająca każdego skalnego występu i półki. I widać było, że to przemyślana praca – każdą belkę mocowano tak, by przenosiła część ciężaru w dół i na boki, odciążając sąsiednie, całość zaś powstała przy naprawdę niewielkich poprawkach.
A rankiem następnego dnia, gdy położono już deski i zamontowano barierki, budowniczy siedział pośrodku mostu, tuż pod maksymalnie obciążonymi wozami, które sprawdzały konstrukcję, i popijał wino. A minę miał taką, jakby był królem świata.
- Teraz już wiesz, dlaczego wierzymy, że nam się uda?
Has stanął obok porucznika i patrzył z nieskrywaną dumą widoczną w ciemnych oczach.
- To rozsądne? — Kenneth wskazał budowniczego.
- Stawia życie na swoją pracę, czy to dziwne? Poza tym to meekhański zwyczaj, jak słyszałem: mistrz murarski wchodzi pod most, gdy ten jest sprawdzany.
- Ale meekhańskie mosty tak nie jęczą.
Czarownik wsłuchiwał się w skrzypienie konstrukcji. Wymamrotał coś pod nosem, poruszył palcami. Kenneth skrzywił się, czując mrowienie na karku.
- Drewno śpiewa — mruknął wreszcie Has. — Jest zadowolone z pracy. Belki naprężają się i prostują, docierają do siebie. Za jakiś czas przycichną, ale most zawsze będzie trochę skrzypiał. Użyliśmy dobrego drewna, będzie stał i sto lat bez żadnego remontu. A budowniczy nie siedzi tam tylko dla próżnego popisu. On słucha odgłosów swojego dzieła. To ostatnia chwila, żeby wyczuć fałszywą nutę, pękający albo źle zamocowany dźwigar. Później, gdy ruszą pozostałe wozy, już nic nie da się zrobić.
- Rozumiem. — Porucznik pokiwał głową.
- Gdzie reszta twoich żołnierzy?
- Połowa jest już po drugiej stronie. Sprawdza, czy mapy są dokładne. Dalej powinien być dość stromy podjazd, potem las, w którym trzeba wyciąć przesiekę, i dotrzemy do miejsca zwanego Hewen. To długi na pięć mil, niemal płaski skalny teren usiany kamieniami i głazami. Trzeba będzie je usunąć, żeby zrobić wozom drogę. A potem jest szczelina w skale, coś w rodzaju żlebu, którym wozy z pewnością nie przejadą. Będziecie musieli kuć.
Czarownik mruknął coś pod nosem.
- Nie dosłyszałem.
- Mówię, że zobaczymy, jak będziemy na miejscu, poruczniku.
- Rozumiem. Wiesz, czarowniku, teraz zacznie się prawdziwa przeprawa. Dzikie góry, przez które nigdy nie przejechał żaden wóz.
- Wiem. My przejedziemy. Musimy.
- Naprawdę? Rozumiem trochę tych młodych, marzą o odzyskaniu ziemi przodków, o wojennej sławie, walce, łupach, krwi wrogów na własnej stali. Ale ty? Co cię tam ciągnie, na tę waszą wyżynę?
Has uniósł brwi i spojrzał na niego z wyraźnym zdziwieniem.
- A jeśli idę za stadem?
- Mam wrażenie, że raczej ciągniesz stado za sobą. To samo widzę u And’ewersa, ten jego chłód w czasie wędrówki. Ale on ma synów i córki, i można powiedzieć, że chce walczyć o ich przyszłość. A ciebie co tam właściwie pcha?
- Odważne pytanie, poruczniku.
- Raczej rozsądne. Mamy was przeprowadzić, a dobrze jest wiedzieć, czy wszyscy są wystarczająco zdeterminowani.
- Moja determinacja? — Starzec uśmiechnął się nieoczekiwanie. — Moja determinacja to chęć ujrzenia vilore’de, dzieci słońca. To takie małe białe kwiatki ze złotym sercem, które nie rosną nigdzie poza naszą wyżyną. Czy to wystarczy?
Kenneth pokiwał głową.
- To dobry powód, by przemierzyć pół świata. — Włożył kawałek suchara do ust i poniewczasie przypomniał sobie o dobrym wychowaniu. — Śniadanie?
Podsunął pod nos czarownika woreczek z prowiantem i z zainteresowaniem obserwował reakcję. Żołnierze twierdzili, że te suchary można nawet polubić, jeśli w okolicy skończyła się trawa, a na drzewach nie ma już kory.
- Hm… Hmm. Niezłe. — Has przeżuwał powoli, z miną kogoś, kto boi się przełknąć, a wstydzi wypluć. — To wasze normalne jedzenie?
Porucznik uśmiechnął się.
- Zwykła wojskowa racja, tak jak to. — Zamachał kawałkiem suszonego mięsa.
Czarownik spojrzał na poskręcany, szarobrązowy wiór.
- Teraz rozumiem, dlaczego pokonaliście koczowników.
- Dlaczego?
- Bo ludziom jedzącym takie rzeczy z pewnością nie zależy na życiu. Od dziś będziecie naszymi gośćmi. Każę przygotować dla twoich żołnierzy dwa gorące posiłki dziennie.
Kenneth spojrzał na most, tłumiąc uśmiech.
Suchary zawsze działały.



(. . .)



Ten poranek był inny. Drzwi uderzyły o ścianę tak, że niemal wyleciały z zawiasów, i do środka wparowała Besara.
Kailean przerwała rozczesywanie włosów Dagheny.
Po wyjątkowo kiepskiej nocy była zła i niewyspana. Ich nauczycielka zmusiła ją do założenia odpowiedniego „nocnego ubioru”, czyli długiej do kostek koszuli, wykrochmalonej tak, że ledwo dało się w niej ruszać. Meekhańska dama do towarzystwa nigdy nie poszłaby spać w niczym innym – wyjaśniła krótko. Materiał stroju był sztywny i szorstki, a falbanki przy szyi i rękawach drażniły. Na dodatek przez całą noc koszula podwijała się wysoko i marzły jej nogi. Oczywiście Dag, jako verdańska księżniczka, mogła spać, w czym chciała. Koło północy Kailean była gotowa ją zamordować, słysząc spokojne pochrapywanie. Dlatego z mściwą satysfakcją obudziła ją na godzinę przed świtem i zmusiła do porannej toalety.
— Ojej — mruknęła, gdy znad drzwi posypała się zaprawa — czy to kolejna próba? Czy powinnam teraz pisnąć dziewczęco i zemdleć ze strachu?
Dalsze złośliwości utknęły jej w gardle. Besara wyglądała jak pięć stóp i cztery cale furii. Oczywiście była nienagannie ubrana, a jej fryzura stanowiła wzór doskonałości. Ale oczy ciskały błyskawice.
No i oczywiście, niech ją koń kopnie, nie okazała nawet śladu zdziwienia, widząc je na nogach.
— Jutro — warknęła.
— Co, jutro?
— Jutro macie być w zamku hrabiego.
Kailean pokiwała głową i wróciła do czesania. Daghena nawet nie drgnęła.
— Kto o tym zadecydował?
— Sam der-Maleg. Przysłał przed chwilą posłańca. Ponoć jego matka zachorowała, za kilka dni wyjeżdża na północ, prosi więc, by księżniczka raczyła przybyć do jego zamku już jutro, by choć chwilę cieszyć się jej towarzystwem. A Ekkenhard, żeby jego dusza przepadła w Mroku, zgodził się na to.
Dziewczyny wymieniły spojrzenia. Wreszcie Daghena wzruszyła ramionami.
— Dobrze.
— Dobrze? — Kailean miała wrażenie, że po tym pytaniu Besary ściany pokryły się szronem. — On was wysyła na śmierć. Nie przeżyjecie jednego dnia w tym gnieździe węży. Zdemaskują was i zabiją. Albo gorzej.
— Być może. — Koczowniczka uśmiechnęła się lekko i pochyliła głowę. — Zaczesz je go góry, Inro.
Kailean dygnęła.
— Oczywiście, wasza wysokość.
Besara przez chwilę milczała.
— To ma być pokaz dla mnie? Księżniczka i jej dama do towarzystwa przy porannej toalecie? Nie wiecie nic. Nie umiecie się ubierać, wysławiać, zachowywać przy stole, nie macie pojęcia, jak rozmawiać z arystokracją, a jak ze służbą. Nie potrafiłybyście wyciągnąć informacji od małego dziecka. Jesteście...
— Jesteśmy z czaardanu Laskolnyka, pani Besaro. — Kailean skończyła upinać włosy Dag, obejrzała krytycznie swoje dzieło. — I zgodziłyśmy się na to wszystko. Reszta nie ma znaczenia.
— Nie ma znaczenia? — Czarne oczy zmrużyły się groźnie. — Jesteście tak głupie czy tak pyszałkowate?
Kailean westchnęła.
— Ani jedno, ani drugie. Kiedyś, gdy czaardan dopiero powstawał, Laskolnyk polował na bandę Sawrehsa-les-Monoh. Ten bandyta znał prowincję jak nikt, siedział w naszych okolicach od końca wojny, stary zajezdnik, co to najpierw se-kohlandzkie a’keery szarpał, a potem, w czas pokoju, miejsca sobie nie potrafił znaleźć. Miał wiernych ludzi po wioskach i miasteczkach, znał się z wodzami koczowniczych szczepów, potrafił, jeśli trzeba, znaleźć pomoc po jednej i po drugiej stronie granicy, a gdy dowiedział się, z kim ma do czynienia, znikł. Kha-dar opowiadał mi kiedyś, jak to przez trzy miesiące planował, jak wyciągnąć banitę z kryjówki, zastawiał sidła, podsuwał niby źle chronione karawany. Nie, pani Besaro — Kailean uniosła dłoń i pomachała grzebieniem — chcę dokończyć. To miało być wielkie polowanie, aż tu pewnego dnia przyszła wieść, że les-Monoh opuścił leże i przekrada się w głąb Imperium. Kha-dar poderwał czaardan na nogi, wtedy miał tylko tuzin koni, zwołał po drodze jeszcze kilku jeźdźców i dorwał bandę o pół dnia drogi od Lithrew.
— I po co mi to opowiadasz?
— Bo widziałam to potem wiele razy: podstępy i fortele planowane na wiele dni naprzód nie wychodzą, bo ktoś zgubi drogę albo trochę się spóźni. Więc gdy plany biorą w łeb, wtedy trzeba albo spędzać kolejne dni na obmyślaniu nowych, albo i tak robić to, co się miało do zrobienia... — Zawahała się. — Nie umiem znaleźć odpowiednich słów, pani Besaro...
— Chodzi ci o improwizację?
— Tak. Chodzi o to, że nie ma co liczyć na to, że świat będzie układał ci się pod stopami, bo gdy stajesz naprzeciw innych, to oni też mają swoje plany i pragnienia.
— No. — Daghena uśmiechnęła się drapieżnie i mimo sukni oraz pięknej fryzury przez chwilę wyglądała jak prawdziwa dzikuska z pogranicza. — A najczęściej pragną zobaczyć własną strzałę w twoich bebechach. U nas, gdy tracimy kogoś z czaardanu, mówimy „taki los”, idziemy w amreh do rodziny, a potem, jeśli się da, siadamy na konie, żeby go mścić. Szanujemy Eyffrę, ale nie kłaniamy się jej do ziemi, licząc na uśmiech losu. Więc jeśli trzeba szybko zmienić plany, to nie płaczemy i nie użalamy się nad sobą, bo na wojnie tak bywa. A to jest wojna, prawda?
Besara mierzyła obie wzrokiem i widać było, jak uchodzi z niej gniew. Potem, niespodziewanie, dygnęła głęboko.
— Żałuję, że nie mam pół roku, bo oszlifowałabym was jak prawdziwe diamenty. Nasz drugi poranek i znów mnie zaskoczyłyście. Mamy jeden dzień. Nie będziemy już bawić się w plotki o miejscowej arystokracji, tylko nauczę was kilku rzeczy, które być może ocalą wam życie. Jak porozumiewać się bez słów, jak wejść do zamkniętej komnaty, jak przekazać wiadomość. Ale najpierw śniadanie. Wczorajsze ciasto może być?
Nie musiała pytać.
Gdy kończyły wymiatać okruszki, poprawiła się na krześle i zaczęła:
— Czy księżniczka zna język Verdanno? Którykolwiek?
— Znam trochę zwykłą mowę. Przez ostatnie lata Wozacy często handlowali z moim plemieniem.
— Znakomicie. Najprostszym sposobem wydaje się rozmawianie w anaho, ale nie zawsze będziecie mogły to robić otwarcie. Poza tym ty, Inro, jesteś z księżniczką dopiero od niedawna, więc biegła znajomość języka Verdanno byłaby podejrzana. No i oczywiście sprawa tego, że czasem trzeba przekazać coś drugiej osobie, nie otwierając ust.
— Może tak? — Kailean wykonała ręką wojskową komendę „zwrot w lewo”.
— Można i tak. Ale po pierwsze ktoś może ten gest rozpoznać, a po drugie w ustach... w dłoniach córki kupca będzie to wyglądało dziwnie. Ech... Wybaczcie kiepski żart, to nerwy. Poza tym to coś musi być ukryte w normalnych ruchach. Splatanie dłoni, poprawianie mankietów, wygładzanie sukni, uniesienie brwi, spojrzenie, pochylenie głowy. Można tak przekazać mnóstwo informacji. I uwaga, te sposoby nie są w żadnym miejscu skodyfikowane, nie istnieje żadna tajemna szczurza księga pod tytułem „Jak rozmawiać, drapiąc się po nosie”. — Besara uśmiechnęła się lekko. — Każda grupa szpiegów sama ustala między sobą kilka takich znaków, najczęściej oznaczających tylko podstawowe informacje, jak „niebezpieczeństwo”, „uważaj”, „wychodzimy”, „uciekamy”, „atak”. Niekiedy trzeba przekazać wiadomość, nawet się nie widząc, a oczywiście nie można napisać listu, więc sposób, w jaki krzesło stoi przy stole, może decydować o waszym życiu lub śmierci.
Oczywiście Daghena nie wytrzymała.
— A ilu szpiegów uciekło albo nie uciekło w porę przez zbyt gorliwe służące?
Ich nauczycielka pokiwała głową.
— Niejeden. Ale tylko ci głupsi, którzy nie potrafili tak dobrać sygnałów, by nikt obcy, nawet przypadkiem, ich nie zniszczył. Macie dzień i noc na wymyślenie kilku znaków tylko dla siebie.
Zamilkła i przez dłuższą chwilę wyglądała, jakby toczyła ze sobą wewnętrzną walkę.
— Byłam zła, gdy tu wchodziłam, nie tylko dlatego, że mamy dużo mniej czasu. — Zmrużyła oczy. — Byłam zła również o to, że tak naprawdę miałam nadzieję, że ktoś odwoła to szaleństwo. Nie powinnam was tam wysyłać i robię to tylko dlatego, że Genno Laskolnyk wybrał was do czaardanu, a to rekomendacja sama w sobie.
— Nie wiedziałam, że nasz kha-dar jest znany także na Północy.
— Droga Inro, wasz kha-dar mówi Cesarzowi po imieniu, odbiera honory od generałów całej meekhańskiej armii, a arystokratom z Rady Pierwszych gra na nosie. A ja jestem Białą Różą Imperium i muszę dzielić ludzi na tych, których ufam, i tych, którzy zasłużyli na śmierć.
Kailean po raz pierwszy naprawdę usłyszała w jej głosie stal i wiedziała, że to nie żart.
— Więc gdybyś nam nie ufała...
— Nie rozumiesz, dziecko, jak ufam większości ludzi. Kupcy, pasterze, chłopi, rzemieślnicy, żołnierze, szlachta, magowie czy kapłani to na ogół ludzie godni zaufania. Mają swoje mniejsze i większe marzenia i dążą do nich, starając się nie popełniać zbytecznych okropności. Oczywiście mogą cię oszukać, sprzedać wybrakowany towar, zakłusować w lesie, coś ukraść, a nawet kogoś zabić. — Posłała im zimny uśmiech. — W waszym czaardanie też są tacy, co to niejedno mają na sumieniu, prawda? Jednak można im zaufać, jeśli wie się, jakie struny szarpnąć w ich sercach. Ale są też ludzie, których ambicje sięgają dalej i głębiej niż zwykle. Chcą więcej, niż mogą zdobyć. Więcej pieniędzy, władzy, potęgi, więcej wszystkiego, i są gotowi dla tego „więcej” podpalić świat. Żeby zdobyć władzę nad tysiącem ludzi, zamordują dziesięć tysięcy, dla władzy nad dziesięcioma tysiącami, poślą w Mrok milion...
— Hrabia taki jest?
— Hrabia? — Przez chwilę Besara wyglądała na szczerze ubawioną. — Nie. Jest lojalny, choć nieco sfrustrowany. Tylko że nikt nie wie, dlaczego zabójcy trzymają się w pobliżu jego ziem, a wy macie spróbować dowiedzieć się, kto stoi za tymi morderstwami i zniknięciami.
Daghena zastukała palcami po blacie stołu.
— Ten tytuł, który wymieniłaś... Biała Róża, co znaczy?
— Biała Róża to kwiat w cesarskim ogrodzie — dobiegło od drzwi. Ekkenhard opierał się o futrynę, ręce założył na piersi. — To najwyższy tytuł, jaki może uzyskać szpieg w służbie Imperium. Tytuł ten przysługuje komuś, kto rozbił wielki spisek, przyczynił się do wykrycia niewyobrażalnej zdrady albo służył przez tyle lat, że jego doświadczenie stało się bezcenne. Może go otrzymać każdy Szczur i to niezależnie, czy jest mężczyzną, czy kobietą, choć kobiety otrzymują go częściej.
— Dlaczego?
— Bo kobiety są lepsze w tej grze. I zazwyczaj potrafią wykaraskać się z sytuacji, w których mężczyzna traci głowę i ginie. To Białe Róże posyłają drużyny bojowe do walki, gdy uznają, że komuś nie można już ufać. — Uśmiechnął się szelmowsko. — A ja przyniosłem kamienie. Wymienić?
Besara mierzyła go wzrokiem i po chwili uśmiech znikł.
— Już wnoszę — wymamrotał i znikł za drzwiami.
Po chwili wtaszczył nowy kosz wypełniony potrzaskującymi z gorąca kamieniami. Tym razem niósł go sam, posapując z wysiłku i starając się nie oparzyć.
— Wczo...raj, ufff, wczoraj wieczorem delegacja Verdanno odwiedziła Czarnego... O żeby cię! — zaklął, gdy nieopatrznie oparł się o pojemnik.
Ustawił kosz w pobliżu starego i bez zaproszenia dosiadł się do stołu.
— Uff. — Nalał sobie wina. — Niecierpliwią się.
— Nic dziwnego. — Kailean podsunęła mu swój kubek i poczekała, aż go napełni. — Wozy mogłyby już jechać dalej. Nie ma potrzeby, żeby ustawiać je w obozy.
Ekkenhard wypił wino kilkoma długimi łykami, dolał, pokręcił głową.
— Jest. Ktoś zabija tu ludzi. Atakuje nawet Górską Straż i warowne wieże. Widziałaś to przecież. W obozach będą bezpieczniejsi.
— Nic nie widziałam poza pustą wieżą i jednym okaleczonym mężczyzną, który nie mógł nic powiedzieć. — Uniosła naczynie do ust, lekko umoczyła wargi, nie spuszczając z niego oczu. — To żaden dowód.
— A czy inaczej Górska Straż ganiałaby po okolicy jak kot za kocicą w rui? — Odwzajemnił spojrzenie.
— To wszystko pozory, tak naprawdę żołnierze pilnują tylko, żeby wozy nie zawróciły i obstawiają dokładnie dolinę. Mam rację? Jakieś oddziały wyszły już z twierdzy i zablokowały wszystkie wyjścia?
— Oddzielają Wozaków od miejscowych.
— Których nikt na oczy nie widział. Zamiast tego wokół Verdanno zaciska się pętla. Góry, lasy, wojsko... Duszą się.
Mierzyli się wzrokiem.
— Po co mi właściwie to mówisz?
— Bo przyszedłeś tu pociągnąć mnie za język na temat tego, co oni właściwie myślą, mam rację? — zapytała i nie czekając na odpowiedź, kontynuowała — Więc mówię. Nie podoba im się tu. Przywykli do otwartych przestrzeni, do miejsc, gdzie nie ma nic między oczami a horyzontem. I nie to im obiecano. Nie, że zapędzi się ich w dolinę i otoczy wojskiem. Radzę uważać. Nawet najbardziej dzicy watażkowie se-kohlandzkich podjazdów, którzy potrafili napadać niewielkie miasta, nie ośmielili się uderzyć na warowne obozy.
Jeszcze raz uniosła kubek.
— Poza tym mają coraz mniej czasu. Jeśli chcą szybkim atakiem odbić swoją wyżynę, pierwsze wozy muszą wjechać na nią za piętnaście, może dwadzieścia dni. Nie mogą tu siedzieć, przejadając zapasy. Co postanowił generał?
— Pokaże im drogę, oczywiście. Ale za bezpieczeństwo na niej będą odpowiadać sami. Czarny nie pośle żołnierzy, żeby ich osłaniać.
— Oczywiście. Jakoś sobie dadzą radę.
— A wy? Też?
— Jeśli los da. — Kailean uśmiechnęła się znad kubka z winem.
Szczur wyprostował się nagle, pokręcił głową, jakby właśnie przyszła mu do niej jakaś myśl.
— Wyruszycie do hrabiego jutro o świcie. Spakujcie się już dzisiaj, bo to droga na cały dzień. Pojedzie jeden wóz, księżniczka, Inra, woźnica z pomocnikiem. Jako eskorta będzie wam towarzyszyła kompania Górskiej Straży.
Besara chrząknęła.
— Dlaczego Straż, a nie Wozacy?
— Bo za bezpieczeństwo na drogach odpowiada Straż, pani Besaro, a hrabia nie wpuści do zamku kilkudziesięciu uzbrojonych barbarzyńców. Poza tym Verdanno poruszający się poza doliną mogliby spotkać się z jakimiś prowokacjami ze strony różnych gorących głów. Żeby zatem dyplomatycznie uniknąć drażliwej sytuacji, pójdą żołnierze. No i ze względu na to, co dzieje się w górach Czarny woli zaufać swoim ludziom. Mordercy nigdy nie ośmielili się zaatakować więcej niż dwóch dziesiątek strażników, więc powinny dotrzeć na miejsce bezpiecznie. Tam zostaną same, księżniczka i jej dama do towarzystwa. — Popatrzył jeszcze raz na obie dziewczyny. — Po czterech dniach wóz z eskortą powróci, bo potem Cywras-der-Maleg udaje się do matki. Tyle ustalono z posłańcem hrabiego.
— Nie spieszy mu się do niej.
— Oficjalnie dlatego, że rzeka uszkodziła most i hrabia musi czekać, aż go naprawią. Nieoficjalnie stara się zachować twarz. Nie może przyjmować wozackiej księżniczki ze wszystkimi honorami w sytuacji, gdy miejscowi chłopi zaczynają się burzyć, a reszta szlachty też się krzywi na naszych gości. Hrabia jednak nie może uczynić despektu cesarskiemu dworowi, który oficjalnie uznaje ród Frenwels za arystokrację wysokiej krwi, więc wybrał drogę pośrednią: wizyta księżniczki Gee’nery będzie krótka i raczej bez fanaberii w stylu wielkich balów i przyjęć. Tyle tylko, by zachować pozory gościnności. Wiem, że nie tego się spodziewaliśmy, ale może dzięki temu będzie wam trochę łatwiej poruszać się po zamku i rozmawiać z ludźmi,bo jeśli wizyta będzie półoficjalna, dadzą wam większą swobodę.
Ukłonił się nisko, najpierw Besarze, potem im.
— Już się raczej nie zobaczymy, nie chcę, żeby zbyt wielu ludzi widziało nas razem.
Daghena uniosła brwi.
— Sądzisz, że hrabia ma tu szpiegów?
— Ja bym ich umieścił, więc zakładam, że hrabia też to zrobił. Dlatego nie pozwalam wam opuszczać tej komnaty. Jeszcze jakieś pytania?
— Co z resztą czaardanu?
— Z tego co wiem, przebywają w jednym z obozów i trzymają się razem.
— Dobrze. Więc... do widzenia?
— Do widzenia.
Wyszedł.
Chwilę milczały. Wreszcie Daghena sięgnęła po wino.
— Dziwnie się zachowywał, nie sądzisz, droga Inro?
— Zdecydowanie tak, wasza wysokość. Wyglądał na zdenerwowanego i niepewnego. Zupełnie jakby pierwszy raz robił coś takiego...
Spojrzały na Besarę. Bardzo wymownie.
— Jeszcze pół roku temu Ekkenhard był Wolnym Szczurem. Jeździł po Imperium, przenosząc rozkazy i informacje. Myślę, że po raz pierwszy wysyła kogoś w taką misję.
— Czyli bierzemy udział w szaleństwie zaplanowanym przez szczurzego posłańca, który przypadkiem wpadł w tutejsze bagno i nie ma żadnego doświadczenia, tak?
— Tak.
— I wszystko to — Kailean machnęła ręką — jest jedną wielką improwizacją?
Ich nauczycielka uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła przed siebie kubek.
— Właśnie tak, dziewczęta. Witajcie w Wywiadzie Wewnętrznym.
Stuknęły się naczyniami.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-01-27 (780 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej