Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ostrze zwycięstwa II. Odrodzenie
 
Katalog - dodano
 Grzechy Imperium
- Brian McClellan
 Klub samobójców
- Rachel Heng
 Słupnik
- Jakub Bielawski
 Diablero
- F.G. Haghenbeck
 Opowieści z piasku i morza
- Alwyn Hamilton
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Nieśmiertelność zabije nas wszystkich'' - Drew Magary



Rozdział 1.

„NIEŚMIERTELNOŚĆ ZABIJE NAS WSZYSTKICH”



To hasło można przeczytać na murach wzdłuż całej Pierwszej Alei. Jeśli byliście ostatnio w centrum, musieliście je widzieć. Proste czarno-białe plakaty. Niczym niewyróżniający się druk. Żadnego wymyślnego kroju czcionki, brak wyrafinowanego tła. Nie podano nawet adresu strony internetowej. Widnieje na nich jedynie to zdanie, powtarzane raz po raz, z góry na dół. Kiedy obok nich przechodziłem, były bardzo czyste, zupełnie jakby rozwieszono je zeszłej nocy. Zbliżając się do przecznicy, zauważyłem jednak, że jeden plakat został już pomazany. Drugi od dołu. Ktoś tanim niebieskim długopisem dopisał inne zdanie. Krótkie, lecz dobitne: ALE NIE MNIE.
Lekarz, z którym byłem umówiony, ma mieszkanie w pobliżu St. Bridge 59. Adres dostałem od zaprzyjaźnionego bankiera. Powiedział mi, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent jego znajomych z branży rzuciło się na lekarstwo, gdy tylko pojawiło się na czarnym rynku. Jeżeli więc znacie jakiegoś finansistę, nie będziecie mieć problemu z uzyskaniem nazwiska specjalisty, który zaaplikuje wam kurację. Nawet teraz, po aresztowaniach i po tym, co wydarzyło się w Oregonie. Prawdę powiedziawszy, łatwiej o ten specyfik niż o gram trawki. Tak przynajmniej wyglądało to w moim przypadku. Wystarczył mi adres i zapisany na skrawku papieru numer telefonu. To wszystko.
Byłoby lepiej, gdybym musiał się bardziej wysilić, na przykład przemierzyć ocean i wybić hordę krwiożerczych łowców głów, rozwiązać kilka hermetycznych zagadek, zadanych mi przez złego strzegącego mostu trolla lub choćby pokonać w pojedynku karate jakiegoś wielkiego faceta. Coś w tym stylu. Nie musiałem jednak robić prawie nic i wcale nie czułem z tego powodu wyrzutów sumienia. Nadal nie czuję. W chwili, kiedy dotarło do mnie, że naprawdę mogę zdobyć lekarstwo, natychmiast go zapragnąłem. Zapałałem żądzą tak czystą, jakiej nie czułem nigdy przedtem. Większą niż żywiłem wobec jakiejkolwiek kobiety. Chciałem go bardziej niż wody w chwilach pragnienia. Zazwyczaj wszystkie moje decyzje są zmuszone brnąć przez niekończącą się ścieżkę biurokracji sumienia. Ta jedna nie. Ów impuls zdołał ominąć wszelkie tego rodzaju nonsensy, przemknął przez gęstwinę wahania i ukazał się mnie tak samo nieskalany jak wówczas, gdy narodził się w głębi mojego umysłu. To była potrzeba. Głód. Gwałtowny przymus, odporny na logikę i rozsądek. Przemożna chęć, by nigdy nie poddać się śmierci, opierała się dowolnie mocnym argumentom.

[...]



Rozdział 2.

„TYLKO ŚMIERĆ TRZYMA NAS W RYZACH”


Wiem, że to zwykły zbieg okoliczności, a jednak poczułem się niekomfortowo. Papież oficjalnie pogroził wszystkim nieśmiertelnym akurat w połowie mojego obowiązkowego czasu na namysł. Ten artykuł pojawił się w sieci dziesięć minut temu:

Watykan grozi ekskomuniką osobom poszukującym lekarstwa
Wyatt Dearborn


Budapeszt (AP) – Papież wyraził dziś najostrzejsze dotychczas potępienie lekarstwa na śmierć, oficjalnie wprowadzając korzystanie z niego na listę grzechów i ogłaszając, iż osoby, które zdecydowały się na kurację – w tym duchowni – zostaną na trwałe usunięte z Kościoła katolickiego.
Papież pielgrzymujący po Europie Wschodniej z rozmysłem wybrał na miejsce ogłoszenia edyktu właśnie Budapeszt. Węgry są – obok Rosji, Brazylii i Holandii – jednym z czterech krajów rozwiniętych, które oficjalnie zalegalizowały lekarstwo.
„Ten specyfik stanowi obrazę Pana i Jego dzieła – oświadczył liczącemu blisko siedemdziesiąt pięć tysięcy ludzi tłumowi wiernych zebranych na Stadionie Ferenca Puskasa. – Co więcej, godzi również w naszych bliźnich. Czy będziemy w stanie czuć się odpowiedzialni jeden za drugiego, wiedząc, że stawienie się przed Sądem Bożym można odsunąć w nieskończoność? To śmierć sprawia, iż korzymy się przed Najwyższym – świadomość, że nasze życie dobiegnie końca i że będziemy musieli zdać rachunek z własnych uczynków. Jeżeli nie odpowiemy za nie przed Panem, to przed kim? Tylko śmierć trzyma nas w ryzach”.
Następnie papież przestrzegł:
„Boskiego osądu nie da się uniknąć. Nawet jeśli przeżyjemy kolejne sto tysięcy lat. Także nasza planeta i ogrzewające ją słońce są rzeczami przemijającymi. Na tym świecie nie ma wieczności, a wiara w nią stanowi bluźnierstwo. Dlatego też od dnia dzisiejszego począwszy, Watykan oficjalnie uznaje korzystanie z lekarstwa za grzech i nakłada na wszystkie takie osoby nieodwołalną ekskomunikę”.
Zgromadzeni wierni powitali słowa głowy Kościoła pełnym czci milczeniem. Przed stadionem jednak zebrały się tysiące demonstrantów, niemal wyłącznie ludzi młodych.
„Papież wcale nie potępił nas – powiedziała Sasza Delvic, dwudziestotrzyletnia studentka. – Potępił jedynie własny Kościół, skazując go na istnienie w mroku ignorancji. Jak może oczekiwać, że katolicy pogodzą się po prostu ze śmiercią, podczas gdy wszyscy inni
dokoła pozostaną zdrowi i szczęśliwi? To szaleństwo. Miliony ludzi odwrócą się od religii”.
„Ludzie nie powinni go słuchać – dodała Delvic. – To po prostu głupi starzec”.
Podejrzewa się, iż wybór Budapesztu na miejsce ogłoszenia tej decyzji stanowi próbę nacisku na węgierski rząd, by wprowadził antylekowe ustawodawstwo. Do tej pory jednak, w tym kraju o jednej z najmłodszych populacji na świecie, niewielu polityków wypowiada się o podobnym pomyśle przychylnie.

W dzieciństwie uważałem religię za rodzaj ubezpieczenia na wypadek śmierci. Tak ją przedstawiali telewizyjni kaznodzieje. Lepiej wierzyć w Boga, niż nie wierzyć, ostrzegali, tak na wszelki wypadek. Istnieje przecież możliwość, że staniemy u wrót Raju jako niewierzący i uświadomimy sobie, iż to chrześcijanie mieli przez cały czas rację. Była to bardzo pomysłowa argumentacja. Sprawiła, że niemal zacząłem chodzić do kościoła. Nigdy co prawda nie poszedłem, ale jednak.
Zastanawiam się, czy teraz można uznać lekarstwo za ubezpieczenie na wypadek religii. Co jeśli papież się myli? Gdybym zrezygnował z kuracji i umarł w wieku siedemdziesięciu lat, by zadowolić nieistniejącego Boga, poczułbym się jak skończony frajer. Nie lepiej przeżyć jeszcze kilka tysięcy lat, tak na wszelki wypadek?
Zapewne w końcu się tego dowiem. W jakimś bardzo, bardzo odległym końcu. Do przyjęcia lekarstwa zostało mi jeszcze dwanaście dni.

Data modyfikacji:
6/08/2019, 19.05



Rozdział 3

„CHRYSTE, JUŻ ZAWSZE BĘDĘ MIESIĄCZKOWAĆ”


Do dziś nikomu nie wyjawiłem, że zdecydowałem się przyjąć lekarstwo. Nie powiedziałem ojcu, siostrze ani żadnemu koledze z pracy – nikogo też nie pytałem o radę. Nie wiedzą, że to zrobiłem, podobnie zresztą jak ja nie mam pojęcia, czy oni czasem również nie przeszli kuracji. Słowem nie wspomniałem o tym nawet znajomemu bankierowi, od którego dostałem adres lekarza. Po pierwsze, nie zakończyłem jeszcze procesu i czułbym się głupio, rozpowiadając, iż stanę się nieśmiertelny, gdy wciąż istnieje możliwość, że mój zacny doktor zostanie za tydzień nakryty i trafi za kratki.
Co ważne, do tej pory nie spotkałem nikogo, kto przyznałby się do tego publicznie. Jak sądzę, wszyscy przyjęliśmy niepisaną zasadę, iż o tym się po prostu nie rozmawia. Trochę podobnie jak w przypadku korekty nosa. Wszelkie rozmowy o lekarstwie, w jakich brałem udział, były czysto teoretyczne; „Zdecydowałbyś się?”, „A co gdyby to zalegalizowali? Wtedy też nie?”, „Poleciałbyś na kurację do Brazylii? Podobno niektórzy z mojej firmy wzięli nagle urlopy z powodu „okazyjnych wakacji w Rio”. Tego rodzaju gadanina. Nikt jednak nie powiedział mi wprost: „Tak, zrobiłem to”. Dziwne. Przecież ludzie się na to decydują. Skoro taki przeciętniak jak ja potrafi załatwić sobie kurację, to zakładam, że nie jestem jedyny ani aż tak niezwykły. Pewnie jednak całą rzecz wciąż otacza zbyt dużo wątpliwości, by się tym popisywać.
Tak czy inaczej, z zadowoleniem milczałem na ten temat. Wreszcie wszystko wyciągnęła ze mnie Katy. Moja współlokatorka byłaby świetnym śledczym. Interesuje się ludźmi wręcz agresywnie. Jeśli postawisz jej butelkę wina, zarzuci cię setkami pytań, aż poczujesz się, jakby świeciła ci w oczy mocną lampą. Uwielbia wydobywać ważne informacje i potem się nimi zabawiać – rozciąga je w dłoniach, odbija o ściany, a kiedy się znudzi, odrzuca w kąt. Siedzieliśmy więc w mieszkaniu i oglądaliśmy wiadomości. Leciał właśnie wieczorny reportaż na temat lekarstwa i Katy znienacka spytała mnie, mrużąc oko:
– Załatwiłeś to sobie?
– Co? Nie… Skąd.
– O mój Boże! – jęknęła. – Jesteś najgorszym kłamcą na świecie.
– Wcale nie kłamię.
– Odkąd zaczął się ten program, zamilkłeś jak grób. Nie próbuj nic przede mną ukrywać. Mam doskonały nos do lekarstwa.
– Nos do lekarstwa?
– Uhm. Pamiętasz, opowiadałam ci, że Jesse Padget przeszła kurację? To prawda. Widać było od razu, zamykała się, gdy tylko ktoś wspomniał o lekarstwie. Zupełnie jak ty teraz. Przejrzyj się w lustrze. Rumienisz się. Wyglądasz jak gigantyczny pomidor.
– O Jezu…
– Zrobiłeś to! Zrobiłeś! Zrobiłeś! Nie do wiary! Ty kłamliwy draniu!
W rekordowym czasie wydobyła ze mnie przyznanie do winy i rozpromieniła się zadowolona z sukcesu. W jej oczach tańczyły iskierki, uśmiechała się z dumy. Ma ukruszoną jedynkę i demonstruje to przy każdej okazji, uważając za swoją cechę szczególną.
– Tylko nie rozpowiadaj o tym po całym mieście, dobra?
– Och jasne, nikomu nie powiem – odparła. – Przysięgam ci. Ale musisz mi wszystko zrelacjonować.
– Proces jeszcze nie jest zakończony.
– Nie jest zakończony? Co oni ci robią? Powiedz mi, no powiedz. Podobno dostaje się sześćdziesiąt zastrzyków, wszystkie pod pachę.
– Nie. Lekarz pobrał mi krew, a za tydzień zrobi mi trzy zastrzyki. I to wszystko.
– Tylko tyle? Ja pierdzielę. A ile to kosztuje?
– Siedem tysięcy.
– Siedem patoli?!
– Cii!
– Przecież to tyle co nic! A nawet jeszcze taniej. Kiedyś u Lusardiego zapłaciłam większy rachunek za kolację! Musisz mi powiedzieć, jak się to załatwia.
– Nie mogę.
– Oj, przestań.
– Lekarz przyjmuje wyłącznie osoby polecone przez ludzi z niewielkiego kręgu bliskich znajomych. Ja mam tego farta, że znam jego przyjaciela. Doktor nie chce pracować z nikim innym. Wiesz, zachowuje się trochę jak diler, serio.
– Więc powiedz mi jak się ten twój kumpel nazywa i też się na niego powołam.
– Nie mogę.
– No proszę cię. Nie bądź jak pies ogrodnika. Co wy, w jakiś męski klub się bawicie? Przechodzicie kurację, a potem pływacie razem na golasa? O to chodzi?
– Po prostu nie chcę nikomu narobić kłopotów. Lekarz wyraźnie mnie prosił, bym mu nikogo nie podsyłał.
– To nieuczciwe. Kim jest ten twój znajomy? Schilling? To na pewno Schilling.
– Nie…
Kolejny krzywy, triumfalny uśmieszek.
– To on! Niesamowite. Nie potrzebuję nawet wykrywacza kłamstw. Wystarczy, że zadam ci pytanie i zaczekam, aż zacznie ci się kurzyć z nosa.
– I tak nie znasz jeszcze adresu ani numeru telefonu.
– Dlaczego miałbyś mi nie dać? No naprawdę. Wymień choć jeden dobry powód, poza twoją chłopięcą obietnicą. Powiedz mi, dlaczego ja nie zasługuję na tę informację, a ty tak. Nie uważałam cię dotąd za skrytego. A teraz proszę cię o coś, a ty się wycofujesz. No przestań. Nie bądź żyła. Przecież i tak wszyscy się dowiedzą, co zrobiłeś. Prawdę mówiąc, skoro ja odkryłam to tak szybko, rano będzie huczeć o tym w całej okolicy.
– Okej. Dobra. Powiem ci. Ale dopiero za tydzień, kiedy sam przyjmę zastrzyki. Poza tym przez pół roku będziesz opłacać kablówkę.
– Co?!
– Cena informacji. Normalna transakcja.
– Pieprzony prawnik.
– Podałem ci warunki. Umowa stoi?
– Stoi. Wciąż nie mogę uwierzyć, że znalazłeś tego lekarza. Kocham cię! Dzięki, dzięki, dzięki, dzięki! Wiesz, że sama próbowałam kogoś takiego odszukać? I przez kilka miesięcy nic. Ulżyło mi. To niesamowite. Ale… ten twój doktor… Na pewno jest uczciwy?
– Tak.
– Bo wiesz, dużo się słyszy o oszustwach. Skąd pewność, że nie wstrzyknie ci płynu do naczyń? W zeszłym tygodniu zrobili to takiej kobiecie w Queens.
– Jestem pewien, że nie podali jej płynu do naczyń. Zresztą mój lekarz nie ma nawet czego zmywać.
– Okej, więc zaczekam, aż przyjmiesz lekarstwo. I jeśli nie padniesz po tym trupem, od razu dzwonię. Jestem taka podekscytowana! Już zawsze będę mieć dwadzieścia siedem lat! I nie muszę po to latać do São Paolo!
Zerwała się z miejsca i ruszyła do kuchni. Zamarła jednak w pół drogi.
– Chryste – jęknęła. – Wiesz co sobie właśnie pomyślałam? Już zawsze będę miesiączkować. Do dupy.
– To chyba niewielka cena.
– Wiesz, możemy już zawsze mieszkać razem. Podpisałbyś umowę wynajmu na sto lat?
– Nie.
– Twoja strata. Ja zamierzam imprezować do roku 5000!
Nalała sobie pełen kieliszek wina Shiraz i zaczęła tańczyć na sofie.

Data modyfikacji:
13/06/2019, 10.00



Rozdział 7.

„LEGALIZACJA LEKARSTWA Z PERSPEKTYWY KONSERWATYWNEJ”


Godzinę temu przysłał mi to mój przyjaciel, Jeff:

Nie wiem, czy oglądałeś ostatnio w telewizji Allana Atkinsa, ale jemu coraz bardziej odwala. Nie interesuję się polityką, nie popieram jednych ani drugich – choć wiele z tego, co ten facet mówi, brzmi rozsądnie – ale jego wczorajsza mowa była dość szalona. Oto jej zapis:

Nie wiem już, w jakim kraju żyję. W jaki sposób obecna administracja usprawiedliwi to, co robi? Jak? Jak to w ogóle możliwe? Pokażcie mi paragraf konstytucji, w którym jest napisane, że lekarstwo jest nielegalne. Nie możecie mi takiego zapisu pokazać, bo go tam nie ma. Nie ma. Jeżeli pozew zbiorowy złożony w tej sprawie przeciwko rządowi trafi do sądu najwyższego – a tak właśnie się stanie – zapewniam was, że ujrzymy prawdziwe oblicze tego sądu i zarazem administracji, która umieściła tam swoich sędziów. Każdy normalny, bezstronny prawnik popatrzyłby na ten zakaz i ujrzał w nim zbrodnię. Jawną zbrodnię przeciwko temu krajowi i jego obywatelom. Sędziowie, którzy zechcą ów zakaz utrzymać, okażą się faszystami, partyjnymi aktywistami chcącymi zmusić nas wszystkich do myślenia ich własnymi kategoriami.
Zrozumcie, ten zakaz jest najgorszym owocem sposobu myślenia liberałów. Nie chcą pozwolić obywatelom dokonywać autonomicznych wyborów. Chcą, byście cierpieli. Działają antyludzko. Nie wystarcza im już nienawiść do fundamentów Ameryki. Nie, teraz wymierzyli swoją pogardę w samą ideę człowieczeństwa. To ludzie są dla nich złem. „Och, nie możecie przecież żyć wiecznie! Wyprodukujecie za dużo dwutlenku węgla! Za dużo śmieci! Wyginą sowy!”. Czyste szaleństwo. W myśl tej ideologii my – ludzie – stanowimy złośliwy czyrak świata. Liberałowie uważają, że nie mamy prawa żyć na tej planecie wraz z innymi niewinnymi zwierzętami. Zwierzętami, które, gwoli przypomnienia, zabijają i gwałcą. Liberałowie sądzą, że wszystkie nasze działania – każdy nowy budynek, każda nowa droga – niszczą nieskazitelny obraz Ziemi takiej, jaką powinna być. Mają alergię na postęp. To choroba. Bardzo poważna choroba. A teraz przychodzi nam za jej epidemię płacić – zupełnie dosłownie – własnym życiem.
Jestem konserwatystą, co znaczy, że w odróżnieniu od liberałów koncentruję się na rzeczywistości. Na tym, jak naprawdę zachowują się ludzie i jak rzeczywiście wygląda świat. I z tej perspektywy ta wojna… ta wojna z lekarstwem to stek bzdur. Jej ideolodzy nie opierają się na rzeczywistości, lecz na jakiejś szalonej liberalnej utopii, jakiej nie da się osiągnąć ani ekonomicznie, ani społecznie. Ci, którzy mnie słuchają – a wiem, że tak jest, badania oglądalności świadczą o tym dobitnie – niech odpowiedzą mi na pytanie. Gdyby żył dziś Abraham Lincoln, zabronilibyście mu przyjąć lekarstwo? Wzbronilibyście kuracji także Thomasowi Edisonowi? Naprawdę, świadomie pozwolilibyście zniknąć na dobre ze świata naszym największym mężom stanu i wynalazcom? Czy sądzicie, iż w ten sposób pomoglibyście planecie? A może w Hollywood powstała już jakaś specjalna lista osób, które według was na to zasługują? Ale oczywiście nie znajdą się na niej pan i pani Przeciętni Amerykanie. Ci są zbyt głupi i zbyt zaprzątnięci zanieczyszczaniem środowiska, byście ich tam umieścili.
Nie, nie przejmujmy się pozytywnymi skutkami masowego wprowadzenia lekarstwa do obiegu. Nie myślmy nawet o tym, że zniknie starość i wszelkie związane z nią koszty ubezpieczeń zdrowotnych i społecznych. Liberałowie nie mają na podobne rozważania czasu. Są za to skupieni na potwornościach, których dopuścimy się za pomocą leku my, paskudni ludzie. Dlatego nikt nie może przejść kuracji. Nawet w tym kraju, w którym została wynaleziona. Dacie wiarę? Można sobie wyobrazić większy tupet? Liberałowie od zawsze powtarzali, że popierają nieskrępowany rozwój nauki. Przecież to właśnie jest nauka! To jest nauka! Lekarstwo jest nasze. Nie powinniśmy go zakazywać, powinniśmy je raczej dotować! Ale nie, my pozwalamy przejąć je innym krajom. Czy rozdajemy swoją ropę i złoto obcym państwom? Nie.
Dlatego mam dla was radę, przyjaciele, którzy mnie słuchacie. Kupcie sobie pistolety. Może wierzycie w kurację, może nie. Ale powiedzcie mi, czy naprawdę chcecie żyć w kraju, gdzie rząd pozwala wam w tej sytuacji umierać? Kupcie broń. Wiem, że teraz nie jest to proste. Sam w zeszłym miesiącu zgromadziłem pokaźny zapas. Wiem, że moi przyjaciele ze Smith & Wesson – dumni sponsorzy tego programu – z trudem próbują nadążyć za popytem. Ale kupcie broń, nawet jeśli będziecie musieli pojechać po nią do innego stanu. Kupcie tyle broni, ile tylko zdołacie, i nauczcie się nią posługiwać. Zróbcie to dlatego, że rząd pozbawia was prawa do życia, wolności i szczęścia. Wy mi powiedzcie, co zrabują wam w następnej kolejności. I powiedzcie mi jeszcze, co zrobimy, gdy Rosjanie wyślą do nas armię dwudziestu milionów niestarzejących się żołnierzy? Sami rozumiecie, jak bardzo by tego chcieli. Kupcie broń. Kupcie sobie pistolety! Jeżeli kochacie Amerykę i to, co ten kraj reprezentuje, kupcie broń. Dlatego że nie mam już pewności, czy państwo, w którym żyję, ma jeszcze prawo nosić nazwę Stanów Zjednoczonych. I jestem gotów walczyć o to, by je odzyskać. A wy?


O Jezu.

Data modyfikacji:
24/06/2019 11.49



Rozdział 8

„WSZYSCY SIĘ ROZWODZĄ”

Przez cały tydzień od przyjęcia lekarstwa pracowałem. Kiepsko to rozplanowałem. Powinienem był sobie zarezerwować na ten czas wycieczkę na Arubę, gdzie mógłbym usiąść, odprężyć się, wypić owocowego drinka, zapalić skręta i pławić się w swojej nowo zdobytej wieczności. A teraz w dodatku Katy twierdzi, że nie będę mógł przejść na emeryturę. W ciągu tych siedmiu dni, gdy przewalałem niekończące się sterty papierów, dręczyła mnie jedna, jedyna myśl: „Już zawsze będziesz to robić”. Bez końca. Zapewne nigdy nie przestanę potrzebować pieniędzy. Nie jestem jednak pewien, co właściwie powinienem teraz robić. Nie mam już w życiu żadnego celu. Nie muszę odkładać na złotą jesień, a na samą myśl o oszczędzaniu na trwającą tysiąc lat emeryturę pęka mi głowa. Nie mogę się martwić o przyszłość, gdyż ta stała się bezkresna. Jestem w stanie przejmować się jedynie tym, co mam obecnie, w teraźniejszości. To w pewnym sensie wyzwalające doświadczenie. Jeżeli zechcę, mogę w każdej chwili wyjechać i zostać na przykład barmanem w Danii. Nie żebym się do tego palił, ale miło jest mieć taką możliwość.
Nie sądzę, by was zainteresowały szczegóły naszej pracy. W telegraficznym skrócie powiem, że jesteśmy dość dużą kancelarią prawną, zajmującą się w zasadzie wszystkim: biotechnologiami, sporami sądowymi, malwersacjami, kwestiami internetowymi i patentowymi, podatkami. W niektórych dziedzinach specjalizujemy się bardziej niż w innych. Ja prowadzę głównie sprawy związane z nieruchomościami. Wciąż nie przyznałem się do przejścia kuracji nikomu z moich współpracowników. Wczoraj jednak, kiedy przedzierałem się przez liczące chyba osiem tysięcy stron akta, wziął mnie na stronę kolega. W zasadzie to nie jest mój kolega, tylko kumpel szefa. Osoba postawiona wyżej ode mnie. Spytał, czy mam chwilę. Przestraszyłem się, myśląc, że coś spieprzyłem. Zaprowadził mnie do swojego biura.
– Znasz się może na prawie rozwodowym? – zaczął.
– O tyle, o ile.
– Będziesz się musiał podszkolić. Wiem, że jesteś zarobiony, ale organizuję właśnie specjalne seminarium dotyczące kwestii rozwodów i chcę byś się na nim pojawił.
– Dlaczego?
– Bo wszyscy się rozwodzą – wyjaśnił. – Wszyscy. Każdy bankier i spec od funduszy emerytalnych w tym mieście szuka teraz możliwości ucieczki z małżeństwa. A jeśli nie oni, to ich żony. Obecnie pracuje u nas tylko trzech ludzi znających się na tych sprawach, a to za mało. Musimy się przygotować na podwójną lub nawet potrójną liczbę tego rodzaju zleceń. Mówimy tu o procesach, które mogą się ciągnąć latami. Nie ma jeszcze nawet przepisów dotyczących nowej sytuacji. A wiąże się z tym naprawdę poważna kasa. Uwierz mi, chcesz się tym zająć. Nie chcesz wiecznie tkwić w nieruchomościach. Zresztą za dwadzieścia lat nie miałbyś się czym zajmować.
– Jezu.
Potem opowiedział mi historię, zasłyszaną od znajomego, prowadzącego sprawy rozwodowe w konkurencyjnej kancelarii. Pewnego dnia pojawił się u niego jakiś bezimienny wielki ciul, przemknął obok sekretarki i wpadł prosto do gabinetu.
– Chcę unieważnić swój ślub! – wykrzyknął wielki ciul.
– Co? – Prawnik był kompletnie zaskoczony.
– Słyszałeś! Chcę unieważnić ślub, i to szybko.
– Niemożliwe – odparł adwokat. – Masz dwadzieścia lat stażu.
– Związek został zawarty pod wpływem oszustwa.
– Jakiego znowu oszustwa?
– Oboje wzięliśmy lekarstwo. To zupełnie zmienia przesłanki naszej pierwotnej umowy.
– Owszem, ale dwadzieścia lat temu lekarstwa nie było. Żeby doszukać się tu jakiegokolwiek rodzaju oszustwa czy złej woli, kuracja musiałaby być dostępna w momencie podpisania aktu małżeństwa. Zresztą nawet wtedy nie miałbym pojęcia, w jaki sposób coś takiego podciągnąć…
– Słuchaj, jestem tradycjonalistą. Wierzę, że jeśli przysięga się przed ołtarzem, trzeba się tego trzymać. Obiecałem, iż spędzę z tą kobietą resztę swojego życia. Ale sądziłem, że będzie to najwyżej siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt lat. A teraz mam z nią wytrzymać przez następny tysiąc? Przecież to jakiś absurd!
– Wydaje mi się, że nie potrzebujesz unieważnienia, tylko rozwodu.
– Rozwodu? Żeby zabrała mi wszystko, co mam? Ta baba od sześciu lat spędza każdy weekend ze swoim osobistym trenerem. A na rozprawie okaże się, że skoro pięć razy puknąłem w firmie kierowniczkę działu, to ja jestem dupkiem. Sam powiedz, gdzie w tym sens? Nie, nie. Chcę unieważnić ślub. Gdyby wtedy istniało lekarstwo, nigdy by do tego małżeństwa nie doszło.
– Zrozum, nie mogę w tej sytuacji doprowadzić do unieważnienia. Sprawa jest wiążąca na zawsze.
– Ale nikt mi nie mówił, że to zawsze będzie takie długie! – wrzasnął wielki ciul. – Wiem, przysięgałem nie opuścić jej aż do śmierci, ale wtedy śmierć miała nieco inną definicję, nieprawda?
– Cóż, rzeczywiście obecnie przepisy stały się raczej niejasne… – wyjąkał prawnik.
– To je rozjaśnij. Niech zaświecą jak samo słońce. Wszystko mi jedno. Jeżeli doprowadzisz do unieważnienia małżeństwa, dostaniesz pięć milionów. Pięć! A jeśli ci się nie uda, przeprowadzisz rozwód i wystawisz mi rachunek na sto baniek. Dzięki temu zostanę teoretycznie bez grosza i żona mojej kasy nawet nie powącha. Zapłacę ci piątkę pod stołem, a ty nie będziesz się domagać reszty.
– To podpada pod co najmniej trzydzieści siedem paragrafów!
– Nie obchodzi mnie. Chcę zatrzymać pieniądze i uwolnić się od tej kobiety. Jeśli będziesz musiał negocjować, daj jej dom. I tak pełno w nim psich kłaków, a od kiedy kupiła szklaną sofę, nie da się tam mieszkać. Aha, i chcę byś zakończył sprawę do jesieni. Wybieram się z naszą byłą opiekunką do dziecka na dwa tygodnie na Majorkę. I wolałbym tych wakacji nie odwoływać. Załatw to albo znajdę sobie prawdziwego prawnika.
To powiedziawszy, wielki ciul wypadł jak burza z gabinetu. Dwie godziny później do biura tego samego adwokata wmaszerowała żona ciula i domagała się domu, podmiejskiej posiadłości i „alimentów za to, że on już nigdy nie umrze”.
Zdecydowanie wezmę udział w tym seminarium.

Data modyfikacji:
26/06/2019, 22.00









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-01-31 (897 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej