Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Region węża
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Alicja - Jacek Piekara



Śniło mi się, że umarłem, i obudziłem się szczęśliwy. Potem zdałem sobie sprawę, że to był tylko sen. Wtedy uczucie euforii gdzieś zginęło, zastąpione tępym porannym bólem, do którego zdołałem już przywyknąć przez te wszystkie lata. Przez lata, w których każdy dzień witał mnie słowami „Jesteś nikim”, a potem dodawał: „I tak już zostanie. Na zawsze, Aleks, na zawsze...”. Cóż, jak widać nie jestem człowiekiem, który potrafi łby odnaleźć w szklanej kuli wizję przyszłości, gdyż ta właśnie przyszłość miała mi pokazać, że świat jednak się mną w jakiś sposób zainteresował. Pewnie zresztą nie do końca w taki, jak to sobie wcześniej wyobrażałem albo marzyłem. Niemniej jakikolwiek ruch jest przecież lepszy od stagnacji, a moje życie nieoczekiwanie dla mnie samego nabrało w pewnym momencie zdumiewającej dynamiki.

Wstałem z łóżka i rozsunąłem zasłony. Okna mojego pokoju wychodzą na ciemne podwórko studnię. Na rogu od ulicy stoi kapliczka Matki Boskiej, gdzie prawie codziennie przed gipsową figurką palą się kolorowe świeczki w szklanych kubeczkach. Naprzeciwko Matki Boskiej, na poszarzałym i odrapanym tynku ktoś wypisał, dawno temu, słowa „Legia kurwa” i naszkicował szubienicę z zawieszoną na pętli literą „L”. Biała farba złuszczyła się prawie całkowicie i teraz widać w zasadzie jedynie cień dawnego napisu i cień rysunku, który jednak pozostał odczytywalny. Stara Wąsowa chodzi co tydzień do dozorcy i wrzeszczy, żeby zdarł ten napis, a dozorca co tydzień obiecuje, że się za to zabierze. I tak mija miesiąc po miesiącu. Czasami myślę, że wulgarne hasło, na które smutnym wzrokiem spłowiałej farby patrzy Matka Boska, najbardziej potrzebne jest właśnie Wąsowej. Aby miała powód do prowadzenia walki ze światem. Chociaż stara Wąsowa walczy nie tylko z napisem zarzucającym stołecznemu klubowi nieprawe pochodzenie. Wojuje również z kilkoma dziewczynkami, które nasze podwórko uznały za doskonałe miejsce do polekcyjnych gier i zabaw. W zasadzie ciągle przesiadują pod moim oknem, więc mam okazję widzieć, jak skaczą w gumę, rzucają piłką do siatkówki lub po prostu plotkują, siedząc na murku. Najczęściej ustawiają obok miniwieżę, z której płyną przeboje bliżej mi nieznanych wokalistek o seksownych głosach. Zdumiewające, że w epoce gier komputerowych, automatów i konsol, stare rozrywki wcale się nie zestarzały. Tak samo jak w latach chłopięcych, z nieustającym zdziwieniem przypatruję się, jak dziewczynki grają w gumę. Wydają się bez najmniejszego trudu rozumieć ten cudaczny rytuał skoków; układy, które mnie nie mówią nic, a czasem i wyglądają tak samo, dla nich jednak są inne. Dzieci mają po mniej więcej trzynaście, czternaście lat i jak na swój wiek zachowują się raczej cicho. A może mi po prostu nie przeszkadzają ich śmiechy i pokrzykiwania? Zawsze potrafiłem pracować w hałasie. Nawet jazgotliwy wrzask wiertarki u sąsiada na górze, który chyba przez pół roku, dzień w dzień, remontował mieszkanie, nie wywoływał u mnie zdenerwowania. Nie mówiąc już o kłótniach małżeńskich czy odgłosach alkoholowych libacji. Poza tym, cóż, nie mam innego wyjścia, jak się dostosować. Za pokój z kuchnią, przedpokojem, w którym zdejmując płaszcz, trzeba uważać, by nie zahaczyć dłońmi o ściany, i łazienką wypełnioną niemal w całości przez poznaczoną rudymi naciekami wannę, płacę symboliczny czynsz i nie sądzę, bym gdziekolwiek indziej znalazł coś w podobnej cenie.

Stolik, przy którym pracuję, stoi naprzeciwko okna, więc często, kiedy mam już dość ustawicznego skreślania, poprawiania i pisania nowych dialogów, po prostu przypatruję się zabawom dziewczynek. Czasami też widzę, jak stara Wąsowa podchodzi w ich stronę kolebiącym się krokiem leciwej kaczki i krzyczy, żeby wreszcie poszły do domu odrabiać lekcje albo żeby „na rany Chrystusa!” znalazły sobie inne podwórko, albo żeby chociaż wyłączyły tę diabelską muzykę. Dziewczynki wtedy nieruchomieją i słuchają jej w całkowitym milczeniu, aż wreszcie stara Wąsowa przestaje krzyczeć, grozi im palcem i wraca do mieszkania lub zapala następną świeczkę u stóp gipsowej figurki. A ja mogę wrócić do pracy. Pamiętam, jak pewnego dnia Wąsowa odwiedziła mnie.

Gruba i ociężała, pachnąca starymi ubraniami i smażoną cebulą. Stała w progu, ciężko dysząc, a gdy poprosiłem ją do środka, pokręciła głową. Na stopach miała filcowe rozdeptane kapcie. Przy jednym z nich kołysał się szarobrudny pompon, zawieszony na jakiejś cudem już chyba trzymającej się nici.

– I co z tym zrobimy? – zagadnęła.

Oczywiście wiedziałem, o co chodzi, lecz uniosłem brwi z dobrze zagranym zdziwieniem.

– Przepraszam, nie rozumiem: z czym? – spytałem grzecznie.

– Z nimi. – Wskazała gdzieś w kierunku mojego okna, za którym słychać było klaskanie butów o beton.

– To dzieci, proszę pani. Niech się bawią.

– Z takich zabaw, to tylko... – Machnęła dłonią i zaczęła się wolno odwracać. – Nic pan nie zrobi, co? – rzuciła jeszcze przez ramię.

– Mnie one naprawdę nie przeszkadzają – odparłem łagodnym tonem. – Poza tym są raczej cicho.

– Tak, tak, i popatrzeć sobie można na małe dziewczynki, a jakże! – powiedziała nagle z jakąś ciętą zajadłością i zaczęła schodzić ze schodów, wściekle posapując.

Nie potrafiłem jej odpowiedzieć. Często nie umiałem poradzić sobie z chamstwem i oskarżeniami niemającymi żadnych podstaw. Owszem, przyglądałem się dziewczynkom, tak jak przyglądałbym się kołyszącym gałęziom drzew czy figlującym szczeniakom. Tyle, że na tym podwórku nie wykiełkowałaby nawet najmniejsza roślinka, a szczeniaki wolą bawić się na trawie, nie na betonie. Jak mógłbym patrzeć innym wzrokiem na czternastoletnie dziewczynki o chudych nogach i piegowatych dziecięcych buziach? Wiem, że w dzisiejszych czasach są czternastoletnie modelki, które wyglądają niczym dorosłe kobiety i królują na wybiegach całego świata. Wiem, że ośmioletnie miss piękności ubiera się, maluje i robi im operacje plastyczne. Ale dziewczynki z podwórka naprawdę nie przypominały ani modelek, ani dziecięcych missek. A jeśliby przypominały, budziłyby we mnie tylko współczucie oraz niechęć do sposobu, w jaki rodzice postanowili „uprzyjemnić” im dzieciństwo. I miałem to wszystko tłumaczyć starej kobiecie, której mózg pracował zapewne tak samo ciężko jak nogi? Być może była poczciwą kobietą, tyle że po prostu diabelnie zmęczoną życiem i rozżaloną na cały świat. Lecz mnie to nic nie obchodziło. Poczciwi ludzie potrafi ą zaszkodzić innym w tym samym stopniu co szuje oraz kanalie. A może nawet są gorsi, gdyż szczerze wierzą we wszystkie bzdury, które zdarza im się wygadywać. A kiedy zabijają człowieka (w dzisiejszych czasach zabić go można przecież nie tylko ostrzem noża, także ostrzem słowa), nie mają wyrzutów sumienia, a poczucie dobrze spełnionej misji.

Zamknąłem drzwi. Ciekawe, czy inni sąsiedzi też myślą o mnie w ten sposób? Może fakt, że wpatruję się w podwórko, ma dla nich inne znaczenie? Może sądzą, że jestem człowiekiem czyhającym, aż sukienka którejś z dziewczynek zawinie się do góry i będę mógł zobaczyć bawełniane majtki? Otrząsnąłem się. Sama myśl była tak niedorzeczna i tak wstrętna, że zrobiło mi się niedobrze. Zostałem wychowany w szacunku dla starych dobrych zasad: pomagaj kobietom w ciąży, okazuj szacunek ludziom starszym, opiekuj się dziećmi, gdyż są słabsze i tej opieki wymagają. Oczywiście życie weryfikuje wszelkie zasady. Kobieta w ciąży może okazać się niepospolitą jędzą, staruszek wyjątkowym skurwysynem, a „bezstresowo” wychowane dziecko doprowadzi do szału każdego normalnego człowieka. To są wyjątki od zasad, niemniej nie powodują tego, by zasady przestały obowiązywać.

Wiedziałem jednak, iż sąsiedzi mogą uważać mnie za dziwaka. Spędzałem całe dni w domu, zwykle przy stole koło okna i starałem się pisać. Poprawiałem i cyzelowałem zdania, które dawno temu wydawały mi się poprawione i wycyzelowane. Zmieniałem całe strony, dodawałem i kasowałem wątki oraz dialogi. A mimo to nic nigdy mi się nie udawało. Mój scenariusz wylądował już w koszu wszystkich możliwych agencji, głucho o nim było na konkursach. Ale wciąż miałem nadzieję. Nie mogłem przerwać tej pracy, ponieważ tym samym zaprzeczyłbym sensowi ostatnich lat życia. Pamiętałem scenę z „Najdalszego brzegu”, kiedy dziewczyna (czy nie była to przypadkiem piękna Ava Gardner?) sadzi roślinę, która ma zakwitnąć dopiero na wiosnę następnego roku. A wiadomo, że jesienią wszyscy umrą na chorobę popromienną. Podobnie było z moim scenariuszem. Próbowałem posadzić rachityczną roślinkę i nie miałem żadnych wątpliwości, że nie zobaczę, jak kwitnie. Ale nadzieję trzeba mieć. Irracjonalną, bezsensowną nadzieję. Taką, która każe ci obstawiać orła, gdy rzucasz fałszywą monetą mającą reszkę zarówno na rewersie, jak i awersie. Bez tej nadziei mogłem równie dobrze się powiesić. Zresztą tak czy inaczej mogłem się powiesić i wiedziałem, że zdanie „świat nie zapomniałby o tym szybko” mnie by nie dotyczyło. Świat pewnie nie zauważyłby mojego odejścia. Nie sądziłem, aby na moim pogrzebie zjawił się ktoś oprócz grabarzy. Cóż, nie mogłem się jednak nad sobą użalać, bo sam sobie wybrałem taki, a nie inny los... I nikt nie był winien temu, co się działo złego w moim życiu, oprócz mnie samego. Kiedyś stworzyłem własną hierarchę sławy opartą na komunikatach prasowych dotyczących zamachu terrorystycznego. Stopień pierwszy: „W zamachu zginęło sto jeden osób”. Oczywiście ani słowa o Aleksie. Stopień drugi: „W zamachu zginęło sto jeden osób, w tym polski scenarzysta”. Stopień trzeci:

„Polski scenarzysta zginął w zamachu, w którym ofiarami było sto jeden osób”. Stopień czwarty: „W zamachu przeprowadzonym na polskiego scenarzystę zginęło sto niewinnych osób”. Ja w tej chwili plasowałem się na stopniu zerowym. Pewnie napisaliby, że zginęło stu ludzi, gdyż zapomnieliby nawet policzyć czarny worek z moimi zwłokami.


* * *

Następnego dnia po rozmowie ze starą Wąsową przerwałem pracę, kiedy zobaczyłem, jak dziewczynki rozsiadają się na murku i ustawiają obok kolorową miniwieżę. Wieża błyskała światełkami, a z wbudowanych kolumienek rozlegało się głośne „umcyk, umcyk, umcyk, bum!”, czasami zmieniane na „umcyk bum, umcyk bum”. Jak słucha się takiej muzyki, to niemal można zakochać się w operze...

Uzmysłowiłem sobie, że do tej pory traktowałem dzieciaki tak bezosobowo, iż nie poznałbym zapewne żadnego z nich na ulicy. Ot, były po prostu śmiesznymi jasnowłosymi stworzonkami o chudych nogach i rękach przypominających patyki. Wtedy właśnie po raz pierwszy zobaczyłem Alicję. To, że ma na imię Alicja, dowiedziałem się oczywiście później, gdy stanęła na progu mojego mieszkania. Ale wtedy potrafiłem już połączyć twarz z imieniem. Alicja miała popielate sięgające ramion włosy, nierówno przyciętą grzywkę i jasne piegi na nosie. Była dość wysoka i bardzo szczupła, żeby nawet nie powiedzieć: chuda. Nosiła wytarte dżinsy oraz spłowiałą szarą koszulkę z podobizną rockowego gwiazdora o oszałamiającym uśmiechu, lwiej grzywie i śnieżnobiałych zębach. Później zauważyłem, że nigdy nie potrafiła porządnie zawiązać butów. Sznurowadła jej adidasów przypominały koszmarny węzeł gordyjski, w którym nie wiadomo gdzie jest koniec, a gdzie początek. No, ale wtedy nie zwróciłem uwagi na taki drobiazg jak sznurówki.

Obserwowałem chwilę, jak sprzeczają się, który kompakt włożyć do wieży, po czym zabrałem się do pracy. Ostatnio powiedziano mi, że powinienem wyraźniej zarysować postać jednej z kobiet występujących w scenariuszu. Trudno mi było przekonać rozmówcę, iż nie ma sensu zarysowywać sylwetki jakiejkolwiek kobiety, jeśli bohaterowie traktują wszystkie partnerki w sposób całkowicie instrumentalny. Jednak równie dobrze mogłem mówić do ściany. Wyciąłem stronę i pomyślałem z rozpaczą, jak wiele głupich pomysłów będę musiał jeszcze wprowadzać i jak wiele stron zniknie w ten sam sposób co przed momentem. Oczywiście trzymałem na twardym dysku wiele wersji scenariusza i doskonale wiedziałem, że ta, nad którą pracuję, w niewielkim już stopniu przypomina oryginał. Bo życzenia ludzi, z którymi rozmawiałem, były często tak rozbieżne, jak tylko można to sobie wyobrazić. „Więcej jaj, więcej czadu” – mówili jedni.

„Uspokój atmosferę” – radzili drudzy. „Za dużo w tym lynchowskiej metafizyki” – krzywili się inni. „To ma być psychologiczne studium, a nie wideoklip” – twierdzili kolejni. Nie mówię już o radach dotyczących poszczególnych scen, rozwiązania wątków fabularnych czy charakterystyki postaci. Może powinienem przynajmniej być wdzięczny, że przeczytali tekst (choć zwykle pobieżnie) i znaleźli czas, by podzielić się swoimi uwagami? W końcu sztuka tkwi w umiejętności wysłuchiwania prawdy, nawet jeśli jest to prawda należąca do kogoś innego...

Sięgnąłem po kubek i w tym samym momencie rozległ się huk, a na stolik i klawiaturę posypały się odłamki szkła. Jeden okruch wpadł do herbaty. Wyraźnie widziałem, że szklany trójkącik o ostro zarysowanych bokach plusnął wprost do kubka, a fontanna burych kropel osiadła na klawiszach i blacie. Od blatu odbiła się piłka do siatkówki, uderzyła o komódkę pełną papierów, po czym wylądowała na kapie łóżka. Wszystko musiało trwać jedynie ułamek sekundy, czas pozwalający na usłyszenie ciszy pomiędzy dwoma uderzeniami serca... Jednak gdy przypominam sobie tę scenę, wydaje mi się, że pamiętam każdy jej fragment, jakbym oglądał na zwolnionym filmie, klatka po klatce. Rozpryskujące się szkło, krople herbaty, odbijająca się piłka. Zresztą zapewne teraz jest to tylko projekcja, bo jak mogłem przypuszczać, że rozbita szyba i piłka do siatkówki zmienią moje życie? A raczej zmienią moje życie o tyle, że dzięki nim poznałem Alicję. Nie mogę powiedzieć, bym zachował stoicki spokój, kiedy huknęła szyba, wszędzie posypało się szkło, a piłka odbijała się po moim pokoju. Podskoczyłem na krześle, serce wleciało mi do samego gardła. Wyjrzałem za okno, a raczej za to, co zostało z mojej szyby. Trzy dziewczynki stały na podwórku i wpatrywały się we mnie dzikim wzrokiem zaszczutych zwierzątek. Cofnąłem się do pokoju i sięgnąłem po piłkę.

– Która ma takiego cela? – zapytałem.

Nie odpowiedziały. Wzruszyłem ramionami i rzuciłem im piłkę łagodnym łukiem. Zabawne, lecz nie miałem pojęcia, która z nich ją złapała, natomiast teraz jestem głęboko przekonany, iż najszybsza była Alicja. Pytałem Alicję o to kiedyś, długo po samym wydarzeniu, lecz powiedziała, że nie pamięta. Potem spojrzała na mnie śmiertelnie poważnym wzrokiem, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, i zapytała: „Czy to ważne, Aleks?”.

Faktycznie, nie było ważne. A może było, gdyż dotyczyło jej – człowieka, za którego w przyszłości chciałem i mogłem oddać życie. To wszystko jednak zdarzyło się o wiele później, więc nie powinienem wybiegać myślami tak daleko...

Zebrałem dokładnie szkło z blatu i podłogi, herbatę wylałem do zlewu. Potem owinąłem dłoń szmatką i zacząłem ostrożnie wybijać resztki szyby. Kit był stary, choć mocno już sparszywiały, trzymał wyjątkowo solidnie. W rogach zostały szklane zadry i drzazgi, które naprawdę trudno było usunąć. Męczyłem się nad nimi, przygryzając ze złości język, i nie zauważyłem, że stara Wąsowa stoi pod oknem. Stoi, przyglądając mi się złośliwym wzrokiem.

– Mówiłam, że skaranie boskie z nimi – powiedziała z satysfakcją.

Wyciągnąłem szczególnie oporny ułomek i spojrzałem w stronę kobiety.

– Zatrzasnąłem za mocno okno – wyjaśniłem. – I szyba pękła. To stare okna. Pewnie jakieś wewnętrzne naprężenie.

Popatrzyła na mnie przeciągle. „Wewnętrzne naprężenie” – powtórzyła powoli takim tonem, jakby były to wyjątkowo nieprzyzwoite słowa. Ale, ku mojemu zdziwieniu, odeszła po chwili, nic już nie mówiąc. Dziewczynki nadal stały bez ruchu, piłka leżała u ich stóp. Uśmiechnąłem się.

– Każdemu się zdarza – stwierdziłem, kiedy zobaczyłem, że Wąsowa weszła do klatki schodowej i na pewno nie słyszy moich słów.

Tak naprawdę wcale nie było mi do śmiechu. Wiedziałem, że muszę poszukać szklarza, a co gorsza, zapłacić mu za szybę oraz robociznę. A wtedy był to dla mnie, co tu dużo mówić, wydatek równie nieprzyjemny, jak niespodziewany.

– Dziękujemy panu – powiedziała jedna z nich i dziś znowu jestem pewien, że to była Alicja. – Będziemy uważać na przyszłość.

Oczywiście później zapytałem, czy to była ona, i oczywiście, jak zwykle nie odpowiedziała wprost. „Aleks – usłyszałem w zamian. – Ja mam tylko czternaście lat. Czy myślisz, że wszystko pamiętam?”

„Jasne, Alicjo. – Chciałem jej wtedy odpowiedzieć. – A boże krówki żywią się słabą herbatą ze śmietanką...”

Lecz wzruszyłem jedynie ramionami, bo Alicja nie była dziewczynką, która powiedziałaby cokolwiek, czego z jakichś, bliżej mi zresztą nieznanych powodów, nie chciała powiedzieć.


* * *

Następnego dnia obudziłem się zlany potem. Śnił mi się ogromny kruk o smolistoczarnym upierzeniu, który siedział na poręczy łóżka i wpatrywał się we mnie oczami, w których wybuchały krwawe błyski. Dawno przestałem śnić piękne kolorowe sny o tropikalnych wyspach, podniebnych lotach i kobietach utkanych ze światła. Teraz moje sny są zwykle tak samo atrakcyjne, jak wybieranie węgla z piwnicy. Ale tym razem było inaczej, gdyż w kruku dostrzegałem zarówno coś przerażającego, jak i nieodparcie pociągającego. Kiedy się ocknąłem, niemal żałowałem, że już go nie widzę, a na spaczonych deskach podłogi nie leży błyszczące czernią pióro.

Alicję zobaczyłem tego samego dnia. Zadzwoniła do moich drzwi i pamiętam jak dziś, że były to trzy krótkie szybkie dzwonki. Potem przyzwyczaiłem się już do podobnego dźwięku. Otworzyłem i nie wiem nawet, czy zdziwiłem się, widząc, że stoi na progu. Wypluła gumę na otwartą dłoń i schowała do kieszeni dżinsów.

– Mam na imię Alicja – przedstawiła się poważnym tonem. – To ja zbiłam twoją szybę.

– Mam na imię Aleks, Alicjo – odparłem, ponieważ była to pierwsza rzecz, o której pomyślałem.

– Cześć, Aleks. – Skinęła mi głową.

Staliśmy przez chwilę, a ja nie za bardzo wiedziałem, co robić.

– Chcesz wejść? – spytałem.

– Dziękuję – odparła.

W momencie, kiedy przekraczała próg mojego mieszkania, usłyszałem, jak na dół schodzi wiecznie skacowany sąsiad z pierwszego piętra. Na drewnianych schodach o wytartych i wygładzonych kantach słychać było szuranie jego butów. Nie miałem wątpliwości, że zobaczył Alicję, i zrobiło mi się zimno. Dlaczego uczciwi ludzie tak bardzo boją się posądzeń o nieuczciwość? – spytałem siebie i nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Może dlatego, że od pewnego czasu nie zostało we mnie nic poza lękiem. Czasami łapałem się na myśli, że najlepszy jest świat, w którym nikt cię nie zauważa, gdyż niezauważony nie możesz zostać skrzywdzony. Pewnie zresztą nie miałem racji, bo bycie cieniem wcale nie jest zabawne, a jeszcze mniej zabawne jest bycie kimś, kto zazdrości cieniowi.

– Proszę, usiądź. – Wskazałem taboret stojący pod ścianą.

Teraz przynajmniej, dzięki Bogu, nie było jej widać z podwórka.

– Co robisz, Aleks? – Popatrzyła na mój komputer.

– Piszę scenariusz – odparłem z mimowolnym westchnieniem.

– Jesteś sławny i bogaty?

Dziwne pytanie jak na czternastolatkę. Ha, wtedy mnie zaskoczyło, później nauczyłem się już, że jeśli chodzi o Alicję, nic nie powinno dziwić ani zaskakiwać.

– Czy mieszkałbym tu, gdybym był sławny i bogaty? – zapytałem z uśmiechem, choć uśmiech nie przyszedł mi łatwo. – A może myślisz, że mam dom na Riwierze, a w Warszawie bawię tylko na wakacjach?

Pokiwała głową i podeszła do monitora. Pamiętałem, jaką scenę pisałem przed momentem, więc zanim zdążyła się dokładnie przyjrzeć, wyłączyłem ekran.

– Alicjo, nikt ci nie mówił, że pisarze nie lubią, kiedy się podgląda ich pracę?

– Nie – odparła po prostu. – To prawda?

– Przynajmniej ja nie lubię – wyjaśniłem. – Chcesz herbaty?

– Masz miód?

– Mam.

– To dobrze, cukier jest niezdrowy. Ja piję tylko gorzką albo słodzę miodem.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że Alicja intrygowała mnie od samego początku. Gdybym wtedy, kiedy stała na progu, podziękował jej, pożegnał się i zamknął drzwi, zapewne nie zdarzyłoby się wszystko to, co się zdarzyło. Być może siedziałbym nadal w małym smutnym mieszkanku z oknem na podwórko studnię i próbował w nieskończoność poprawiać scenariusz. Czasem zastanawiam się, kim bym był, gdyby nie spotkanie z Alicją, i czy znajomość z nią była znakiem, a jeśli tak, to od kogo pochodził ten znak? I jak zwykle nie potrafi ę sobie odpowiedzieć na w ten sposób zadane pytanie, a samej Alicji nawet nie ma po co indagować. Doskonale wiem, że spojrzy na mnie z politowaniem, pokręci głową i mruknie:

„Aleks, czy ty naprawdę nie masz ważniejszych spraw?”.

Wtedy jednak siedzieliśmy przy stole i Alicja piła herbatę z białego kubka z czerwonym sercem. Później i ten fakt wydawał mi się pewnego rodzaju zabawnym czy też znaczącym zbiegiem okoliczności, lecz przypomniałem sobie o nim dopiero w chwili, kiedy uratowała mi życie. Zresztą, gdy zastanawiam się nad przeszłością, wydaje mi się, że uratowała je nieraz. Ale, cóż, niepotrzebnie wyprzedzam fakty. Tego dnia nie mieliśmy sobie wiele do powiedzenia. Alicja grzecznie spytała, czy powinna mi zapłacić za szybę, ja równie grzecznie odpowiedziałem, że jest to zupełnie niepotrzebne, co przyjęła z dobrze skrywaną ulgą.

– Czy mogę cię jeszcze odwiedzić, Aleks? – zapytała.

Podobał mi się sposób, w jaki wymawiała moje imię. I nie chodziło nawet o sposób jego wymawiania, ile o sam fakt zwracania się do jednej i konkretnej osoby. Alicja nigdy nie poprosiłaby: „Czy możesz mi zrobić herbatę?”, lecz „Aleks, czy możesz mi zrobić herbatę?” albo „Czy możesz mi zrobić herbatę, Aleks?”. Wydaje mi się teraz, że ten właśnie sposób mówienia miał podkreślać szczególną więź, która narodziła się między nami. Jak się domyślacie, darowałem sobie zadawanie pytań, co sądzi o mojej koncepcji.

Kiedy spytała, czy może mnie jeszcze odwiedzić, nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wreszcie postanowiłem zdobyć się na szczerość:

– Posłuchaj, Alicjo. Niektórzy ludzie w bardzo dziwny sposób patrzą na to, że dziewczynka w twoim wieku może odwiedzać samotnego dorosłego mężczyznę. Z całą pewnością mówiono wam o tym w szkole, prawda? Na pewno mieliście jakieś pogadanki z psychologami albo policjantami?

Nie przytaknęła ani nie zaprzeczyła, tylko patrzyła poważnym wzrokiem, który zawsze mnie trochę peszył. Wtedy po raz pierwszy dostrzegłem, iż ma niebieskie oczy. Bardzo niebieskie. Jak błękit nieba za oknem samolotu lecącego nad Morzem Śródziemnym.

– Twoi rodzice na pewno nie byliby zachwyceni – dodałem.

– Moich rodziców nie interesuje, co robię – odparła, nie wyczułem jednak śladu goryczy w jej głosie. Po prostu stwierdzała fakt. – Ale ty nie jesteś takim człowiekiem, prawda, Aleks?

– Mój Boże, oczywiście, że nie! – Mówiłem te słowa z autentycznym przerażeniem, że coś takiego mogłoby jej w ogóle wpaść do głowy.

Mogłem to powiedzieć szczerze, gdyż pociągały mnie zawsze posągowe piękności o kształtach rzeźbionych na wzór klepsydry. W moich erotycznych marzeniach nie było miejsca na nastolatki w krótkich granatowych spódniczkach i białych rajstopach – ulubione danie Japończyków.

– Więc nie masz się czego bać, prawda? Jesteś kim jesteś, Aleks.

– Jesteś bardzo niezwykłą osobą – odparłem po chwili, bo to, co usłyszałem, na pewno nie pasowało do czternastolatki. – I w takim razie będę z tobą rozmawiał jak z dorosłą. Żyjemy wśród ludzi i musimy uważać, jak nas odbierają oraz co o nas myślą. Nie liczy się fakt, że nie robimy nic złego, jedynie to, że możemy być posądzani o robienie złych rzeczy. Pomyśl na przykład...

– Nie, Aleks – przerwała mi bardzo stanowczo i wstała. – Nie masz racji. Jak można być wolnym człowiekiem i żyć w klatce społecznych przesądów?

Dopiero po chwili zorientowałem się, że dokładnie zacytowała fragment dialogu z mojego scenariusza. Co do słowa. A więc jednak zdążyła przeczytać kawałek, zanim wyłączyłem monitor. Patrzyłem na nią i na pewno nie wyglądałem w tym momencie zbyt inteligentnie.

– Do widzenia, Aleks. – Wstała z taboretu. – Miłej pracy.

– Jasna cholera – mruknąłem, kiedy usłyszałem trzaśnięcie drzwi.

Szczerze powiem, że pisanie scenariusza zupełnie mi tego wieczora nie szło. Czy chciałem tego, czy nie, myślałem o spotkaniu z Alicją. Potem miałem się już przyzwyczaić, że właśnie ona stała się moim głównym życiowym problemem. „Na dobre i na złe, Aleks” – powiedziała kiedyś i nie mam pojęcia, czy w naszym przedziwnym związku było więcej tego pierwszego, czy tego drugiego.


Fragment udostępniło Wydawnictwo RedHorse








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-07-13 (1605 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej