Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Mediapolis
 
Katalog - dodano
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 Ostatni
- Charlie Fletcher
 84 000
- Claire North
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Stop prawa'' - Brandon Sanderson



Prolog



Wax skradał się skulony wzdłuż nierównego płotu, podeszwy jego butów szurały po wyschniętej ziemi. Swojego sterriona 36 trzymał uniesionego na wysokości głowy, długą, srebrzystą lufę pokrywał czerwony pył.
Sięgający do pasa płot był lichy, drewno przez lata poszarzało, w jednym kawałku utrzymywał go jedynie poprzecierany sznur. Śmierdział starością. Nawet robactwo uciekło przed wielu laty.
Wyjrzał ponad powiązanymi deskami, rozglądając się po opustoszałym mieście. Dzięki Allomancji pole widzenia wypełniały mu błękitne linie, sięgające od jego piersi do pobliskich skupisk metalu. Tak działało spalanie stali – pozwalało zobaczyć pobliskie źródła metalu, a później Odepchnąć się od nich, gdyby tylko zechciał. Jego ciężar przeciwstawiony ciężarowi przedmiotu. Jeśli przedmiot był cięższy, Odpychał człowieka. Jeśli był lżejszy, sam był Odpychany do przodu.
Teraz jednak nie Odpychał. Jedynie obserwował linie, by sprawdzić, czy metal się porusza. Nic takiego się nie działo. Gwoździe utrzymywały budynki w jednym kawałku, zużyte łuski leżały na piachu, a cichą kuźnię wypełniały sterty podków – wszystkie były równie nieruchome, jak stara ręczna pompa stojąca po jego prawej.
On również pozostał bez ruchu. Stal wciąż przyjemnie płonęła w jego żołądku, więc jako środek ostrożności delikatnie Odpychał na zewnątrz. Tę sztuczkę wymyślił przed kilku laty – nie Odpychał żadnego określonego metalowego przedmiotu, ale tworzył wokół siebie swego rodzaju bańkę ochronną. Wszelki metal, który by się do niego zbliżał, zostałby lekko zepchnięty z kursu.
Nie była to metoda całkowicie niezawodna i mógł zostać postrzelony, ale znacznie utrudniała trafienie go. Pociski leciały na bok, nie uderzając w miejsce, w które zostały wycelowane. Kilka razy uratowało mu to życie. Właściwie nawet nie wiedział, jak to robi – Allomancją często posługiwał się instynktownie. Jakimś sposobem udawało mu się nawet pomijać metal, który miał przy sobie, i nie Odpychał broni, którą trzymał w rękach.
Zrobiwszy to, zaczął się dalej skradać wzdłuż płotu – wciąż obserwując linie metalu, by się upewnić, że nikt się do niego nie podkrada. Feltrel było niegdyś zamożnym miasteczkiem. Przed dwudziestu laty. Później w okolicy zamieszkał klan kolossów. Sprawy nie potoczyły się dobrze. Tego dnia martwe miasto wydawało się zupełnie puste, choć wiedział, że tak nie jest. Wax przybył na polowanie na psychopatę. Nie był jedyny. Chwycił szczyt płotu i przeskoczył na drugą stronę; czuł, jak jego stopy wbijają się w czerwoną glinę. Pochylony, przebiegł wzdłuż ściany starej kuźni. Jego ubranie było zakurzone, ale doskonale skrojone – elegancki garnitur, srebrzysty fular na szyi, migoczące spinki w mankietach porządnej białej koszuli. Wydawał się tu nie na miejscu, jakby właśnie udawał się na bal w Elendel, a nie skradał przez wymarłe miasteczko w Dziczy, polując na mordercę. Dodatkowo, na głowie miał melonik dla ochrony przed słońcem.
Dźwięk. Ktoś stanął na desce po drugiej stronie ulicy, a ta zaskrzypiała. Odgłos był tak słaby, że Wax niemal go przegapił. Zareagował natychmiast, rozjarzając stal płonącą w żołądku. W chwili, kiedy rozległ się odgłos strzału, on już Odpychał gwoździe w ścianie. Nagłe Odepchnięcie sprawiło, że ściana zagrzechotała, stare, zardzewiałe gwoździe z trudem utrzymały się na miejscu. Wax poleciał na bok i przetoczył się po ziemi. Nagle ujrzał błękitną linię – kulę – która uderzyła w ziemię tam, gdzie znajdował się jeszcze przed chwilą. Gdy zaczął się podnosić, rozległ się kolejny strzał. Ten był bliżej, ale został odrobinę zepchnięty na bok, kiedy się zbliżył.
Kula gwizdnęła mu koło ucha, bańka stali wciąż działała. Cal w prawo, a trafiłaby w czoło, niezależnie od Odpychania. Oddychając spokojnie, uniósł sterriona i wycelował w balkon starego hotelu po drugiej stronie, skąd do niego strzelano. Balkon zasłaniał szyld hotelu, za którym mógł się ukryć strzelec.
Wax wystrzelił i Odepchnął kulę, popychając ją dodatkowo do przodu, by była szybsza i mocniej raziła. By była celniejsza. Nie używał typowych ołowianych pocisków, potrzebował czegoś mocniejszego. Kula ze stopu stali uderzyła w balkon, a dodatkowa moc Waxa sprawiła, że przebiła drewno i trafiła kryjącego się za szyldem mężczyznę. Niebieska linia prowadząca do broni tamtego zadrżała, gdy padał bez słowa. Wax podniósł się powoli i otrzepał ubranie z kurzu. Wtedy właśnie rozległ się kolejny wystrzał.
Zaklął i odruchowo znów Odepchnął się od gwoździ, choć instynkt podpowiadał mu, że tym razem było za późno. Kiedy usłyszał strzał, Odpychanie nie mogło mu już pomóc.
Tym razem został rzucony na ziemię. Siła musiała znaleźć swoje ujście, a jeśli gwoździe nie mogły się poruszyć, to on musiał. Jęknął, kiedy uderzył o ziemię, i uniósł rewolwer; kurz lepił się do potu na jego czole. Gorączkowo szukał tego, który do niego strzelał. Nie trafił. Może bańka stali... Z dachu kuźni zsunęło się ciało i łupnęło o ziemię, wzbijając chmurę czerwonego pyłu. Wax zamrugał, uniósł broń na wysokość głowy i znów skulił się za płotem. Miał oko na Allomantyczne linie. Ostrzegały go, że ktoś się zbliżał, pod warunkiem, że ten ktoś nosił na sobie metal. Do ciała, które upadło obok budynku, nie prowadziły żadne linie. Jednak kolejna grupa drżących linii wskazywała na coś poruszającego się na tyłach kuźni. Wax wycelował broń, gdy zza budynku wyłoniła się postać i ruszyła biegiem w jego stronę.
Kobieta miała na sobie biały płaszcz do konnej jazdy, u dołu czerwony. Ciemne włosy związała w kucyk, nosiła spodnie i szeroki pas, a na nogach ciężkie buty. Miała kwadratową twarz. Silną twarz, z wargami, których prawy kącik często unosiła w półuśmiechu. Wax westchnął z ulgą i ponownie uniósł broń.
– Lessie.
– Znów się rzuciłeś na ziemię? – spytała, gdy razem z nim ukryła się za płotem. – Na twarzy masz więcej kurzu niż Miles grymasów. Może czas, żebyś przeszedł na emeryturę, staruszku.
– Lessie, jestem od ciebie starszy o trzy miesiące.
– To były długie trzy miesiące. – Wyjrzała za płot. – Widziałeś kogoś jeszcze?
– Pozbyłem się gościa na tamtym balkonie – odparł Wax. – Nie widziałem, czy to Krwawy Garbarz, czy nie.
– Nie – sprzeciwiła się. – On by nie próbował cię zastrzelić z takiej odległości.
Wax pokiwał głową. Garbarz lubił kontakt osobisty. Bliskość. Psychopata narzekał, kiedy musiał korzystać z broni palnej; i rzadko strzelał do kogoś, jeśli nie mógł zobaczyć strachu w jego oczach. Wax wskazał na mężczyznę leżącego przy ścianie.
– Twoja robota?
– Miał łuk – odpowiedziała. – Kamienne groty. Prawie cię ustrzelił z góry.
– Dzięki.
Wzruszyła ramionami, jej oczy błyszczały zadowoleniem. Te oczy otaczały teraz zmarszczki, zmęczyło je ostre słońce Dziczy. W swoim czasie ona i Wax liczyli, kto komu częściej ratował życie. Już przed wielu laty stracili rachubę.
– Osłaniaj mnie – powiedział Wax.
– Czym? – spytała. – Płaszczem? Tarczą? Już okrywa cię pył. Wax uniósł brew.
– Przepraszam – powiedziała, krzywiąc się. – Ostatnio za często grywam w karty z Wayne’em.
Prychnął i podbiegł schylony do trupa, po czym go obrócił. To był mężczyzna o okrutnej twarzy, z kilkudniowym zarostem. Kula wbiła się w jego prawy bok. Chyba go poznaję, pomyślał Wax i zabrał się za przeglądanie kieszeni mężczyzny. Wyciągnął kilka pocisków i szklany paciorek w kolorze krwi.
Pośpiesznie wrócił do płotu.
– I jak? – spytała Lessie.
– Ekipa Donala – odparł Wax, pokazując jej paciorek.
– Sukinsyny. Nie mogli po prostu zostawić tego nam, nie?
– W końcu strzelałaś do jego syna, Lessie.
– A ty do jego brata.
– Ja w samoobronie.
– Ja też – powiedziała. – Ten dzieciak był denerwujący. Poza tym, on przeżył.
– Bez palca u nogi.
– Komplet nie jest niezbędny – zauważyła. – Moja kuzynka ma tylko cztery. Radzi sobie doskonale. – Uniosła rewolwer i rozejrzała się po pustym miasteczku. – Oczywiście, wygląda dość absurdalnie. Osłaniaj mnie.
– Czym?
Ona jedynie się uśmiechnęła i wyłoniła zza zasłony, po czym pośpiesznie ruszyła w stronę kuźni.
Harmonio, pomyślał z uśmiechem Wax, jak ja kocham tę kobietę. Rozglądał się w poszukiwaniu innych strzelców, ale Lessie bez problemu dotarła do budynku. Wax skinął jej głową i przebiegł przez ulicę do hotelu. Zajrzał do środka w poszukiwaniu ukrytych w kątach przeciwników. Sala była pusta, więc ukrył się w drzwiach i machnął Lessie ręką. Ona podbiegła do kolejnego budynku po swojej stronie ulicy i sprawdziła go.
Ekipa Donala. Owszem, Wax zastrzelił jego brata – tamten rabował wówczas wagon kolejowy. O ile jednak wiedział, Donal nieszczególnie przejmował się swoim bratem. Jedynym, co go ruszało, była utrata pieniędzy i pewnie dlatego znalazł się tutaj. Wyznaczył cenę za głowę Krwawego Garbarza, kiedy ten ukradł jego ładunek stopu bizmutowego. Donal pewnie nie spodziewał się, że Wax wyruszy zapolować na Garbarza w tym samym czasie, kiedy on to zrobił, a jego ludzie mieli stały rozkaz strzelać do Waxa i Lessie, kiedy tylko ich zobaczą.
Waxa kusiło, żeby opuścić martwe miasteczko i pozwolić Donalowi zetrzeć się z Garbarzem. Jednakże na tę myśl zadrżała mu powieka. Obiecał dopaść Garbarza. I tyle.
Lessie zamachała ze swojego budynku, po czym wskazała na tyły. Miała zamiar wyjść z tamtej strony i prześlizgnąć się wzdłuż kolejnej grupy budynków. Wax pokiwał głową i zrobił krótki gest. Chciał znaleźć Wayne’a i Barla, którzy udali się sprawdzić drugą połowę miasta. Lessie zniknęła, a Wax ruszył przez hotel w stronę bocznego wyjścia. Mijał stare, brudne gniazda, zarówno szczurów, jak i ludzi. Miasteczko przyciągało łotrów, jak pies pchły. Minął nawet miejsce, w którym jakiś wędrowiec zrobił sobie ognisko z wykorzystaniem arkusza blachy i kręgu kamieni. Cud, że głupiec nie spalił całego budynku.
Waxillium ostrożnie otworzył boczne drzwi i wyszedł w uliczkę między hotelem a sklepem obok. Wcześniejsze strzały na pewno zostały usłyszane i ktoś mógł przyjść, żeby sprawdzić, co się dzieje. Lepiej nie pozostawać na widoku i dlatego Lessie postanowiła przejść na tyły budynków. Wax zrobił to samo i prześlizgnął się na tył sklepu, cicho stawiając stopy na czerwonej glinie. Zbocze wzgórza było zarośnięte chwastami, za wyjątkiem wejścia do starej piwniczki. Wax obszedł je, po czym zawahał się, spoglądając na obramowany deskami otwór.
Może...
Ukląkł przy otworze i zajrzał do środka. Kiedyś na dół prowadziła drabina, ale przegniła – na dnie leżały jej pozostałości. Powietrze pachniało pleśnią i wilgocią... z nutą dymu. Ktoś tam palił pochodnię. Wax wrzucił w otwór kulę i wskoczył do środka z wyciągniętą bronią. Spadając, wypełniał metalmyśl, zmniejszając swój ciężar. Był Podwójnym, jednocześnie Feruchemikiem i Allomantą. Jego Allomantyczną mocą było Odpychanie stali, a Feruchemiczną Muskanie, zdolność do zwiększania lub zmniejszania własnego ciężaru. To było potężne połączenie talentów.
Odepchnął się od pocisku na dole, spowalniając swój upadek. Wylądował lekko. Wrócił do normalnej wagi – a raczej normalnej dla niego. Często zmniejszał ciężar do trzech czwartych rzeczywistego, dzięki czemu lżej stąpał i szybciej reagował.
Skradał się w ciemnościach. Droga do kryjówki Krwawego Garbarza była długa i ciężka. Główną wskazówką okazał się fakt, że w Feltrel nagle zabrakło innych bandytów, wędrowców i nieszczęśników. Wax stąpał cicho, wchodząc coraz dalej w głąb piwnicy. Woń dymu była tu coraz silniejsza, a choć światło robiło się coraz słabsze, zauważył palenisko przy ścianie. Jak również drabinę, którą można było zanieść do otworu wejściowego.
To kazało mu się zatrzymać. Wskazywało, że ten, kto krył się w piwnicy – Garbarz albo ktoś zupełnie inny – wciąż tam był. Chyba że istniała inna droga wyjścia. Wax przesunął się odrobinę naprzód, mrużąc oczy. Przed sobą widział światło.
Cicho odbezpieczył rewolwer, po czym z kieszeni mgielnego płaszcza wyjął małą fiolkę. Wyciągnąwszy zębami korek, jednym łykiem wypił whiskey i stal, uzupełniając rezerwy. Rozjarzył stal. Tak... przed nim był metal, w tunelu. Jak długa była ta piwnica? Zakładał, że będzie mała, ale szalowane drewnem ściany wskazywały na coś głębszego i dłuższego. Bardziej przypominającego korytarze kopalni. Skradał się, skupiając się na liniach metalu. Jeśli ktoś go zobaczy, będzie musiał wycelować w niego rewolwer, a wtedy metal zadrży, pozwalając mu Odepchnąć broń z rąk przeciwnika. Nic się nie poruszyło. Prześlizgiwał się naprzód, czując woń wilgotnej ziemi, grzybów, kiełkujących ziemniaków. Zbliżył się do drżącego światła, ale nic nie słyszał. Linie metalu się nie poruszały.
W końcu zbliżył się na tyle, że zobaczył lampę wiszącą na haku na drewnianej belce przy ścianie. Pośrodku tunelu wisiało coś jeszcze. Ciało? Powieszone? Waxillium zaklął cicho i pobiegł naprzód, choć obawiał się pułapki. To był trup, ale jego widok zbił Waxa z tropu. Na pierwszy rzut oka wydawał się bardzo stary. Oczy zniknęły, skóra mocno przylegała do kości. Nie śmierdział i nie był napuchnięty.
Waxowi wydawało się, że go rozpoznaje. Geormin, woźnica, który przywoził pocztę do Weathering z wiosek w okolicy. W każdym razie trup nosił jego mundur, włosy też pasowały. Był jedną z pierwszych ofiar Garbarza, to jego zniknięcie sprawiło, że Wax ruszył na polowanie. Stało się to przed zaledwie dwoma miesiącami.
Został zmumifikowany, pomyślał Wax. Sprawiony i wysuszony jak skóra. Czuł obrzydzenie – zdarzało mu się pić z Georminem, i choć mężczyzna oszukiwał w kartach, był całkiem sympatycznym gościem. Do tego nie został zwyczajnie powieszony. Za pomocą drutów ramiona Geormina rozłożono na boki, jego głowa była przechylona, a usta otwarte. Waxillium odwrócił się od koszmarnego widoku, drżała mu powieka.
Ostrożnie, powiedział do siebie. Nie pozwól, by cię rozzłościł. Zachowaj skupienie. Miał zamiar wrócić i odciąć Geormina. Na razie jednak nie mógł hałasować. Przynajmniej wiedział, że znajduje się na właściwej drodze. To z pewnością była kryjówka Krwawego Garbarza.
W pewnej odległości zauważył kolejne źródło światła. Jak długi był ten tunel? Zbliżył się do następnej plamy światła i ujrzał kolejnego trupa, powieszonego bokiem na ścianie. Annarel, odwiedzająca okolicę geolog, która zniknęła wkrótce po Georminie. Biedaczka. Została zmumifikowana w ten sam sposób, a jej ciało przymocowano do ściany w charakterystyczny sposób, jakby klęczała i przyglądała się stercie kamieni.
Jego uwagę zwróciła kolejna plama światła. To z pewnością nie była zwyczajna piwnica, lecz najpewniej tunel przemytników z czasów, kiedy Feltrel było prosperującym miastem. Garbarz nie mógł go wybudować, przeczyły temu stare drewniane szalunki.
Wax minął kolejne sześć trupów, każdy oświetlony latarnią i każdy ustawiony w specyficznej pozie. Jeden siedział na krześle, inny został zawieszony, jakby fruwał, kilku było przymocowanych do ściany. Na Rdzę i Zniszczenie, pomyślał Wax. To nie jest kryjówka Krwawego Garbarza, lecz jego galeria.
Pełen odrazy Wax ruszył w stronę kolejnej plamy światła. Ta jednak wydawała się inna. Jaśniejsza. W miarę zbliżania się zrozumiał, że to światło słońca wpadające przez otwór wycięty w sklepieniu. Tunel prowadził w jego stronę, być może do klapy, która przegniła lub się rozpadła. Dno tunelu unosiło się stopniowo w stronę otworu.
Wax przekradł się w górę, po czym ostrożnie wystawił głowę. Dotarł do budynku, obecnie pozbawionego dachu. Ceglane ściany pozostały właściwie nienaruszone, z przodu, po lewej stronie, znajdowały się cztery ołtarze. Stara kaplica Ocalałego. Wydawała się pusta. Wax wyczołgał się z otworu, unosząc sterriona na wysokości głowy i brudząc płaszcz ziemią. Czyste, suche powietrze pachniało wspaniale.
– Każde życie jest przedstawieniem – powiedział ktoś, a jego głos odbijał się echem w zrujnowanej świątyni.
Wax natychmiast uskoczył w bok i przetoczył się do ołtarza.
– Ale nie jesteśmy aktorami. Jesteśmy marionetkami.
– Garbarzu – powiedział Wax. – Wyjdź.
– Widziałem boga, stróżu prawa – wyszeptał Garbarz. – Widziałem samą Śmierć, z kolcami w oczach. Widziałem Ocalałego, który jest życiem. Wax rozejrzał się po niewielkiej kaplicy. Wypełniały ją połamane ławki i powalone rzeźby. Obszedł ołtarz, oceniając, że głos dochodzi z tyłów pomieszczenia.
– Inni ludzie się zastanawiają, ale ja wiem. Wiem, że jestem marionetką. Wszyscy jesteśmy. Czy podobało ci się moje przedstawienie? Stworzyłem je z dużym wysiłkiem.
Wax szedł dalej wzdłuż prawej ściany budynku, zostawiając ślady na pokrytej kurzem podłodze. Oddychał płytko, po jego prawej skroni spływała strużka potu. Powieka mu drżała. Oczyma duszy widział trupy na ścianach.
– Wielu ludzi nigdy nie ma okazji, by stworzyć prawdziwą sztukę – mówił dalej Garbarz. – A najlepsze przedstawienia to te, których nie da się powtórzyć. Miesiące i lata przygotowań. Wszystko umieszczone na właściwym miejscu. Przed końcem tego dnia znów zacznie się rozkład. Nie udało mi się ich naprawdę zmumifikować, zabrakło mi czasu i środków. Udało mi się zachować ich do tego jednego przedstawienia. Jutro będzie po wszystkim. Tylko ty je widziałeś. Tylko ty. Wydaje mi się... wszyscy jesteśmy marionetkami... wiesz...
Głos dobiegał z tyłu pomieszczenia, zza sterty gruzów, która zasłaniała Waxowi widok.
– Steruje nami ktoś inny – stwierdził Garbarz.
Waxillium wyskoczył zza sterty gruzu, unosząc sterriona. Stał tam Garbarz, trzymając przed sobą Lessie, zakneblowaną, z szeroko otwartymi oczami. Wax zamarł z uniesioną bronią. Lessie krwawiła z ran na ręce i nodze. Została postrzelona, jej twarz pobladła. Straciła sporo krwi. Tylko dlatego Garbarzowi udało się ją pokonać.
Wax znieruchomiał. Nie czuł niepokoju. Nie mógł sobie na to pozwolić – wtedy ręka mogłaby mu zadrżeć i spudłowałby. Widział twarz Garbarza za Lessie – mężczyzna trzymał garotę na jej szyi. Garbarz był smukłym mężczyzną o delikatnych palcach. Niegdyś prowadził zakład pogrzebowy. Przerzedzone czarne włosy zaczesane do tyłu. Elegancki garnitur błyszczący od świeżej krwi.
– Steruje nami ktoś inny, stróżu prawa – powtórzył cicho Garbarz.
Lessie spojrzała Waxowi w oczy. Oboje wiedzieli, co zrobić w tej sytuacji. Poprzednim razem to on został schwytany. Ludzie zawsze próbowali wygrać jedno przeciwko drugiemu. Zdaniem Lessie nie był to problem. Wyjaśniłaby, że gdyby Garbarz nie wiedział o ich związku, od razu by ją zabił. A tak porwał ją. To dawało im obojgu szansę. Waxillium wycelował, a Lessie zamrugała. Raz. Dwa. Trzy. Wax strzelił.
W tej samej chwili Garbarz szarpnął Lessie w prawo. Odgłos wystrzału odbił się echem od cegieł. Głowa kobiety poleciała do tyłu, kiedy kula Waxa trafiła ją tuż nad prawym okiem. Krew opryskała cegły. Lessie upadła na ziemię.
Wax stał nieruchomo, przerażony. Nie... to nie tak... nie może...
– Najlepsze przedstawienia – powiedział Garbarz z uśmiechem, spoglądając
z góry na Lessie – to te, których nie da się powtórzyć.
Wax strzelił mu w głowę.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-02-08 (864 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej