Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Magia i miłość
 
Katalog - dodano
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 Triskel: Gwardia
- Krystyna Chodorowska
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Czarne sny cz.1'' - Paweł Kornew



Z powrotem do Przygranicza



Głowa opadła. Wzdrygnąłem się i rozejrzałem po poczekalni, w której zapadłem w drzemkę. Przez czas, kiedy przysnąłem nic się nie zmieniło, może jedynie zajęty pilną pracą tęgi sekretarz-referent z pewnym zdziwieniem popatrywał w moją stronę. Nie przywykł, żeby interesanci zachowywali się w podobny sposób? Zapewne.
To trzeba było nie zamawiać takich wygodnych foteli. Chociaż akurat ja mógłbym spać nawet na taborecie. Przez trzy tygodnie nie dali normalnie odpocząć. Tyle w ostatnim czasie zwiedziłem tych gabinetów... Dopiekli mi ich gospodarze do żywego. I te niekończące się przesłuchania. Dobrze, że chociaż analizami męczyli tylko przez pierwszy tydzień.
Co ciekawe - nigdzie nie widziałem tabliczek z nazwiskami i tytułami. Wychodzi, że tyle czasu się tu ćmiątam, a nie mam w ogóle pojęcia, gdzie się naprawdę znalazłem. Gdyby mnie powiadomiono o rangach i posadach rozmówców, zapewne nie rozwalałbym się w fotelu, ale skromniutko w kąciku stanął. Zdaje się, że sekretarz spodziewał się właśnie czegoś podobnego.
A gówno! Niedoczekanie wasze. Na razie jestem wam bardziej potrzebny niż wy mnie. Prawdę mówiąc, potrzebni mi jesteście jak psu piąta noga. Wyciągnęliście mnie ze szpitala, i dobrze. Tylko coś czuję, że zwyczajnym podziękowaniem się nie wykręcę. Zanadto ci ludzie się mną zainteresowali. Rozmowy niby tylko prowadzimy, a już ze mnie wszystkie flaki wywlekli. A co będzie dalej?
Przed sekretarzem pisnął interkom. Nie podnosząc słuchawki, podszedł do mnie i położył na niziutki szklany stolik dwie cieniutkie książeczki, czystą kartkę i ołówek.
- A to co znowu? – Pstryknięciem wysłałem ołówek na przeciwległy kraniec blatu.
- Testy. – Sekretarz spojrzał na mnie krzywo, poprawił węzeł jaskrawego krawata i wskazał broszurę z szarą okładką. – Jeżeli odpowie pan na pytanie twierdząco, proszę przepisać jego numer na kartkę. Do drugiej części testu jest dołączona tabela, którą trzeba wypełnić. Wszystko jasne?
- Ehe – mruknąłem i otworzyłem książeczkę na ostatniej stronie. Niech to chudy byk popieści! Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć pytań! Można oszaleć. A w drugiej części też tyle! Może posłać ich do diabła? Nie, nie ma co się znowu narażać na nieprzyjemności. Żeby to później bokiem nie wyszło.
Westchnąłem i zacząłem odpowiadać na pytania pierwszego testu, ale już przy dziesiątym punkcie w zadumie podrapałem się w nos końcówką ołówka i popatrzyłem na sekretarza. Ten jakby nigdy nic rozmawiał przez telefon i nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi.
„Nigdy nie zaspokajałem potrzeb seksualnych w niezwyczajny, dziwny sposób”.
Zabawne. A jakież to sposoby wedle twórcy testu miałyby być „niezwyczajne”?
Odłożyłem ołówek i zacząłem szybko przeglądać pytania co i raz chrząkając pod nosem.
„Chodzę do toalety nie częściej niż inni”.
„Mój kał nigdy nie bywa czarnego koloru”.
„Nigdy nie miałem konfliktów z prawem”.
„Jeżeli mężczyzna zostaje sam na sam z kobietą, jego myśli dotyczą jej płci”.
„Często odczuwam potrzebę uderzenia kogoś”.
„W młodości zajmowałem się drobnymi kradzieżami”.
„Często mnie mdli”.
Nie, oczywiście, zwyczajnych pytań było więcej, ale ton całości nadawały właśnie te niezgrabne kwestie. I czego miałyby dowodzić? Sprawdzały stan psychiki i umiejętność kontrolowania emocji? Miały wytropić kota w głowie? I bez testów powinno być jasne, że pragnienie dawania komuś po mordzie prześladuje mnie stale. A może przed oczekującą mnie rozmową powinienem wyjść z siebie? Cóż, zobaczymy.
Praca nad tymi bardziej i mniej durnowatymi pytaniami zajęła mi jakieś dwie godziny. A kiedy tylko z westchnieniem ulgi odchyliłem się na oparcie fotela, sekretarz ocknął się i wskazał obite czarną skórą drzwi.
- Zapraszam.
- Dawno już pora – burknąłem cicho, wstałem, obciągnąłem jasnoszare portki i tej samej barwy koszulę wypuszczoną na wierzch. Na tle oficjalnego do imentu umeblowania wyglądałem, trzeba powiedzieć, jak wesz na kołnierzu. Jeszcze te półbuty na miękkiej podeszwie. Jak jakiś hippis normalnie.
Za drzwiami znajdował się przestronny gabinet, którego jedyne okno zasłaniały żaluzje. Pod sufitem wisiał prosty żyrandol, na podłodze leżała dywanowa wykładzina. Naprzeciw wejścia ustawiono w literę „T” dwa masywne stoły, innego umeblowania nie było. Nawet nieodłącznych w takich miejscach szaf z równymi rzędami grubych teczek.
Na jednej ścianie portret przywódcy wybranego przez cały naród i przez cały ten naród uwielbianego, na przeciwległej złoty dwugłowy orzeł. Ale czy mogłem na tej podstawie wyciągnąć wniosek, że znajduję się w rządowym gmachu? W żadnym wypadku! Portrety obecnego prezydenta wieszają wszędzie.
O niczym także nie świadczyły ubrania obecnych w gabinecie osób, przeglądających w skupieniu zebrane w skoroszytach kartki. W rzeczy samej – szare i ciemnozielone garnitury, koszule w spokojnych tonacjach i dobrane krawaty mogły równie dobrze należeć do bankierów, urzędników, nie mówiąc już o zebranych na roboczym spotkaniu przedsiębiorcach. Tylko że niektórym drogie garnitury pasowały jak krowie siodło i ten fakt skłaniał do przemyśleń.
- Siadajcie. – Gospodarz gabinetu, zajmujący centralne miejsce wskazał mi wolne krzesło i znów zaczął przeglądać dokumenty.
W milczeniu przeszedłem po sprężynującej pod stopami wykładzinie, wysunąłem krzesło, usiadłem i przyjrzałem się obecnym. Sześciu, sami mężczyźni. Wszyscy, poza jednym, dobrze po czterdziestce. Nic więcej nie potrafiłem na razie powiedzieć o tych ludziach, którzy popatrywali na mnie bez większego zainteresowania.
Trzech w okularach, pozostali bez. Gospodarz i jedyny facet poniżej czterdziestego roku życia, lat mniej nawet niż trzydziestu pięciu, byli dobrze zbudowani, pozostali też nie wyglądający na chuchraków, ot i wszystko. Popielniczki stały przed trzema, dwóch wolało herbatę niż mineralną.
- Aleksandr Siergiejewicz Ledniew? – nie wiadomo po co uściślił gospodarz, odkładając czarną teczkę i chowając okulary do skórzanego futerału.
- Tak – odparłem i zamilkłem w oczekiwaniu na ciąg dalszy.
- Urodzony w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym?
- Tak.
- Do roku dwutysięcznego zamieszkały w Jamgorodzie?
Kiwnąłem tylko głową.
- Potwierdzacie, że trzy lata spędziliście w pewnym miejscu zwanym Pograniczem?
- Przygraniczem – poprawiłem go. – Tak, mam w każdym razie takie wrażenie.
- Wrażenie? – spytał uszczypliwie siedzący na lewo ode mnie łysawy facecik około pięćdziesiątki, nalewając sobie wody do szklanki, a potem potrząsnął protokołami przesłuchań. – Czyli to wszystko może się okazać pańskim majaczeniem?
- Oczywiście – potwierdziłem.
- To z jakiej racji mielibyśmy ci wtedy pomagać? – Nachmurzył się zajmujący miejsce po prawicy gospodarza młodziak i wlepił we mnie wodnisto-błękitne oczy. Nie pasował do pozostałych. Zbyt młody, zbyt wyrywny. A i krótki jeżyk jasnych włosów i zbite kostki palców nie współgrały z porządnym garniturem.
- Z dobroci serca. – Nie pozostawało mi nic innego jak znienacka uśmiechnąć się w odpowiedzi.
- Władimirze Nikołajewiczu, nieco odbiegliśmy od tematu rozmowy – powstrzymał otwierającego już usta chłopaka gospodarz gabinetu. – Jak wynika z pańskich opowieści, większą część z tych trzech lat spędził pan w rejonie zasiedlonym, zwanym Fortem?
- Zgadza się – odpowiedziałem poważnie, nie siląc się już na dowcipy.
- A skąd się tam wzięło całe miasto?
- Jak powiadają, przewaliło się z naszego świata. Jak się zapewne domyślacie, mnie tam wtedy nie było.
- Calutkie miasto? I nikt tego tutaj nie zauważył? Jak to możliwe? – znów się wtrącił łysy.
- A to już sami lepiej powinniście wiedzieć – prychnąłem.
- I kto też rządzi w tym Forcie? – Siedzący u szczytu stołu mężczyzna nie zwrócił uwagi na moją złośliwość.
- Rada miasta. – Spojrzawszy na patrzących na mnie z mieszaniną ostrożności i nieufności ludzi, ciągnąłem dalej. – W jej skład wchodzą Drużyna, Gimnazjon, Bractwo, Związek Kupiecki i Siostry Chłodu.
- Drużyna to oddziały samoobrony?
- Od tego się zaczęło – westchnąłem. – Teraz to coś pośredniego między armią a glinami. Siły porządkowe, można powiedzieć.
- Kto nimi dowodzi?
- Wojewoda. Powiadają, że w poprzednim życiu był kimś ważnym w milicji.
- Związek Kupiecki to zjednoczenie handlowców?
- Tak. Kręcą całymi finansami.
- A u nich kto jest najważniejszy?
- Kiedyś rządziła tam wewnętrzna rada, ale teraz niejaki Giorgadze położył na wszystkim łapę.
- Siostry Chłodu, czy jak jeszcze je nazywają – Liga - to radykalnie nastawiona organizacja feministyczna?
- Coś w tym rodzaju. – Po krótkim namyśle uznałem, że to określenie nie jest gorsze od innych. Wszystko jedno, bo i tak nikt nie wie, czym Liga jest naprawdę. I z jakiego źródła czerpie moc. – Kto tam rządzi, nie wiadomo.
- Bractwo?
- Stowarzyszenie zmilitaryzowane, którego głównym założeniem jest nieużywanie broni palnej – wyrecytowałem z pamięci treść wiszącego w sali Zakonu plakatu. – Oficjalnym wodzem jest Wielki Mistrz. Nazwiska dokładnie nie pamiętam, chyba Skworcow.
- W co są uzbrojeni? W łuki i miecze? – Uśmiechnął się jeden z mężczyzn.
- W to także. Poza tym pracują dla nich czarodzieje.
- Czarodzieje? – Ktoś nie zdołał powstrzymać się od śmiechu.
- A Gimnazjon to czarownicy? – spytał młody, przeglądając zapiski. A dowodzi były dyrektor miejskiego gimnazjum numer jeden Herman Bergman?
- Tak.
- Naprawdę utrzymujecie, że w przygraniczu działa magia? – spytał łysy.
- Tak.
- Wielu jest uzdolnionych w tej materii?
- Nie bardzo. Chociaż czarowników przybywało w ostatnim czasie.
- A pan?
- Ja nie. – Prawie nie zełgałem.
- To bardzo ciekawe. – Gospodarz zmarszczył brwi. – Mamy wrażenie, że tak zwany Gimnazjon bardzo daleko zaszedł na drodze werbunku i ekspresowego przyuczania ludzi z zaczątkami zdolności paranormalnych.
- Zapewne ma pan rację... – Po raz pierwszy spojrzałem na sprawę z tego punktu widzenia. Przecież Jean, nieboszczyk, też o czymś podobnym mówił.
- Wychodzi na to, że powinni mieć opracowaną metodykę przesiewu i kompleksowej nauki osobników posiadających pierwotnie bardzo różne talenty.
- Wychodzi na to, że tak jest... – znów potwierdziłem, próbując odgadnąć, na jaką myśl chcą mnie tutaj naprowadzić.
- A skąd mogli się wziąć ci metodycy? Przebicie się do innego świata było spontaniczne. – Gospodarz znów założył okulary i przyjrzał mi się uważnie. – A już po kilku latach nagle pojawiają się działające schematy uczenia czarów i nawet całe zbiory zaklęć.
- Powiadają, że Bergman zajmował się także okultyzmem, a i czasu minęło niemało, na pewno ponad piętnaście lat.
- To żadne wytłumaczenie. – Łysy pokręcił głową i zanotował coś na leżącej przed nim kartce. – Twierdzi pan, że nie włada nijakimi zdolnościami paranormalnymi, a takim razie jak udało się panu powrócić? Przecież uważa się to za niemożliwe.
- Pomógł mi znany wam Dominik, dał mi instrukcje swojego konduktora. – Poczułem się pewniej, odpowiadając na pytanie, którego spodziewałem się od samego początku. – A do tego akurat, jak się okazało, posiadałem wrodzone uzdolnienia.
- Konduktor to ktoś, kto może przechodzić przez Granicę w obie strony? – uściślił łysy.
- Tak.
- Czy w Przygraniczu znajdują się inne umocnione punkty? – szybko zmienił temat gość nazywany Władimirem Nikołajewiczem.
- Siewieroreczeńsk i Miasto – odparłem i zauważyłem na twarzy łysego grymas niezadowolenia. – Siewieroreczeńsk to niewielkie miasteczko wielkości Fortu, a Miasto to dawna baza wojenna gdzieś z Dalekiego Wschodu. Jest jeszcze Mgliste, ale mówią, że tam wszyscy wymarzli już pierwszej zimy.
- Dlaczego do tej pory nie stworzono jednego państwa? – Łysy zaczął odczytywać swoje pytania.
- A komu to potrzebne? Przecież nawet między obwodami pozostały granice, coś w rodzaju styku między różnymi częściami przestrzeni, a przez nie ani fale radiowe nie przenikają, ani magia. Trudno jest nawet przejść.
- Jasne. – Zadający to pytanie mężczyzna znalazł odpowiednie miejsce w notatkach i podniósł na mnie spojrzenie. – Czy są w Forcie jakieś inne zbrojne ugrupowania, nie wchodzące w skład Rady Miejskiej?
- No, nie to, żeby zbrojne – zawahałem się. – Jest sporo bandytów. Największa grupa kryminalistów to Siódema. Ale ci już mają status półlegalny. Jest jeszcze Cech. Wszyscy starają się dostać do Rady.
- Cech?
- Aha. Kim są, bez pół litra nie odgadniesz. Ale w dwóch słowach, wszyscy członkowie tego ugrupowania stale oddają część swoich sił witalnych do czegoś, co nazywają „wspólniakiem”. Są tam mentalne więzi i w razie potrzeby cechowi mogą w każdej chwili zaczerpnąć sił ze wspólnego kotła. Oczywiste chyba, że im wyższa ranga, tym mniej się oddaje, a więcej dostaje. Cech zajmuje się głównie interesami, ale ma też oddziały bojowe, brygady. O dowództwie nic sensownego nie wiadomo. Chodzą słuchy o jakimś Dyrektoriacie, ale kto wchodzi w jego skład, nikt nie wie.
- To wszystko?
- Na południu Fortu założono jeszcze Komunę. Ale ci są zamknięci zupełnie. Bazują na ideologii marksistowskiej, ale przyjmują tylko tych, którzy urodzili się w Przygraniczu.
- Ktoś jeszcze?
- Nie, to wszyscy... A, zaraz! W Forcie tego lata pojawiła Triada. – Zauważywszy niedowierzające spojrzenia zebranych, pośpieszyłem z wyjaśnieniami:. – Do Miasta ciągle trafiają Chińczycy, więc założyli organizację, a teraz po cichutku zaczynają przenikać do Fortu.
- Miejscowi ich tolerują?
- Miejscowi siebie nawzajem też nie bardzo cierpią – uśmiechnąłem się. – Siostry Chłodu z Bractwem i Gimnazjonem zawsze szły na noże. A Cech z Siódemą. Chińczyków nikt nie chce, tym bardziej, że stosunki Fortu z Miastem są, delikatnie rzecz ujmując, dość napięte.
- Bardzo ciekawe. – Łysy, oglądając się na gospodarza gabinetu, dopisał coś do notatek. – A są niezależne osiedla?
- Siewieroreczeńsk i Miasto już dawno podporządkowały sobie okolicę, wokół Fortu pełno jest wolnych chutorów, ale to tylko do czasu.
- Dlaczego?
- Bo nie da się przeżyć w pojedynkę. Słyszeliście o magicznych polach i promieniowaniu? Żeby podtrzymywać normalną ochronę, można by zbankrutować na samych zbiornikach Iwanowa.
- To naprawdę takie poważne? – zaniepokoił się Władimir. – Mówię o promieniowaniu. Przecież pójdziemy bez osłony.
- Nie, dla nowicjuszy to nie straszne. Ich organizmy na początku wykazują pewną odporność. Do Fortu na pewno zdążymy dojść. Ale jeśli ktoś znajduje się długo w Przygraniczu, wtedy bez ochrony się nie obejdzie. W Forcie mury miejskie ekranują promieniowanie, a ci, co bez przerwy wychodzą na zewnątrz, stale zażywają ekomag, takie tabletki oczyszczające organizm. A mimo to Getto jest pełne odmieńców.
- Kogo?
- Jeśli ktoś otrzyma zbyt wielką dawkę promieniowania albo ma niską odporność, mogą się zacząć mutacje. Takich nieszczęśników spędzili do Getta, do Czarnego Kwadratu. I odmieńcom łatwiej tam przeżyć, i jest nad nimi jakakolwiek kontrola. Niektóre mutacje są zaraźliwe. I trudno ich tam dopaść.
- A co, były próby?
- Bez ustanku. Dla bandytów są niczym kość w gardle. I o ile Krzyżowcy chcą ich tylko wyrzucić poza miejskie mury, to Czyści wszystkich by najchętniej wzięli pod nóż, bo chcą utrzymać czystość ludzkiej krwi i takie tam.
- No cóż, myślę, że wyjaśniliśmy wszystko, co trzeba. – Gospodarz spojrzał na siedzących i powstrzymał najmłodszego, który już wstawał. – A pan, Władimirze Nikołajewiczu, niech zostanie, musimy jeszcze omówić pewne kwestie planu organizacyjnego.
- Dobrze, Jakowie Iljiczu. – Chłopak opadł z powrotem na krzesło. – Tylko że zaopatrzeniowcy czekają na mnie od dwóch godzin.
- To nic, poczekają. – Jakow Iljicz odczekał aż pozostali znikną za drzwiami, rozluźnił krawat, oparł się wygodnie. – Masz blade pojęcie, Wołodia, w jakich warunkach przyjdzie pracować?
- Mniej więcej. – Zapytany wzruszył ramionami. – Co tam, pierwszy raz, czy jak? Zobaczymy na miejscu. Najważniejsze to się tam dostać.
- Z tym nie powinno być problemów.
- Jedną chwileczkę! – zaniepokoiłem się nie na żarty. – Jeżeli liczycie na mnie, możecie zapomnieć! Umawiałem się z Dominikiem tylko na przekazanie informacji.
- Przy całym moim szacunku dla Dominika, wątpię aby mógł przewidzieć, że będziemy musieli wyciągać cię zza kraty. – Jakow Iljicz skrzywił się.
- On akurat mógł – mruknąłem pod nosem.
- Sam rozumiesz, że na taką okoliczność nie było umowy. A jeśli uważasz, że można twoją zbrodnię tak łatwo ukryć, damy radę jeszcze wszystko odkręcić i sam sobie radź.
- A najlepiej od razu cię zastrzelimy, żebyś się nie męczył – zażartował ponuro Władimir. Chociaż w rzeczy samej wcale nie wiem, czy to był żart.
- Czego ode mnie chcecie? – zapytałem, doskonale wiedząc, co usłyszę.
- Przeprawisz grupę na tamtą stronę, doprowadzisz do Fortu i przekażesz Dominikowi.
- A potem?
- Będziesz wolny. Wrócisz z poświadczeniem od Dominika, wtedy ostatecznie zakończymy twoją sprawę – obiecał gospodarz. – A jeśli zechcesz, przedłużymy współpracę. Jestem pewien, że będziesz zadowolony z naszych warunków.
Kiwnąłem tylko głową. Z jakiegoś powodu nie miałem najmniejszych wątpliwości, że ich warunki rzeczywiście mnie zadowolą. Z pewnością do głowy mi nawet nie przyjdzie spróbować odmówić. Ścierwa...
- Więc jak? – spytał Wołodia proforma.
- Wszystko, oczywiście, wygląda dobrze. – Uśmiechnąłem się złośliwie, czując już przedsmak ich reakcji. – Tylko że żaden ze mnie konduktor, a tutaj zdołałem wyrwać się przypadkiem. A już tam... Nie mam pojęcia, jak to się robi. Dominik też mówił, że zwykli ludzie nie przeżywają przejścia.
- Tak, ale gwałtownego. A wy przejdziecie przez okno, a dokładniej szczelinę...
- Okno? Nie wiem, jak się je odszukuje.
- To nie twoja rzecz. Aktywny punkt przejścia już jest zlokalizowany, jeszcze dzisiaj tam polecicie.
- Nie tak szybko - nachmurzyłem się, czując, że robią ze mnie durnia. – A co się stało z waszym konduktorem? Tym, który nie wrócił z tej strony?
- Sam rozumiesz, praca jest nerwowa, ciągłe obciążenia. – Jakow Iljicz wyszczerzył zęby w wilczym uśmiechu. – Postanowił zakończyć kontrakt przed terminem.
- Jak rozumiem, nie udało mu się?
- Przeciwnie, do dzisiaj nie możemy go znaleźć.
- Rozumiem. – W zamyśleniu potarłem płatek ucha. – A wy tak w ogóle kim jesteście?
- W jakim sensie? Ja jestem Jakow Iljicz, a ten młody człowiek to Władimir Nikołajewicz.
- A jakiż to urząd reprezentujecie?
- Nie przypuszczam, żeby to miało znaczenie – odparł gospodarz. – To dla ciebie najzupełniej zbędna informacja. Jakieś jeszcze pytania?
- Ilu ludzi idzie? – postanowiłem więcej nie naciskać. Zresztą, co to dla mnie za różnica? Nawet gdyby skłamali, w żaden sposób tego nie sprawdzę.
- Razem z tobą jedenastu, ja dowodzę. – Wołodia położył przed sobą czystą kartkę. – W związku z tym mam pytanie: na co zwracać uwagę przede wszystkim?
- Tam jest zimno.
- Wiemy.
- Bardzo zimno. – Pokręciłem głową, mając wątpliwości czy moi tak zwani pracodawcy posiadają pełny obraz.
- Uwzględniliśmy to – próbował mnie uspokoić Jakow Iljicz. – Nasza grupa ma doświadczenie w pracy zimą.
- To znakomicie – zamyśliłem się. – A co z bronią?
- To na tyle niezbędne, że stoi na drugim miejscu? – spytał Władimir, podnosząc wzrok znad kartki.
- Tego się nie da przecenić. Bez broni nie ma tam czego szukać. Ja w każdym razie z gołymi rękami nie pójdę.
- Mieliśmy na myśli coś innego. – Gospodarz zabębnił palcami po blacie. – Wyposażenie, broń, medykamenty już są przygotowane. Czy jest coś specyficznego, o czym powinniśmy wiedzieć?
- Specyficznego? A jaka może być specyfika? Zimno. I śnieg. Trzeba zamówić płaszcze maskujące, narty, śpiwory, namioty. Gazowa albo benzynowa maszynka też by się przydała. Ubrania z minimum syntetyków. Dla mnie weźcie kufajkę, watowane spodnie i walonki. Uszankę. Jeszcze buty futrzane na zapas. Srebrne kule i święconą wodę obowiązkowo.
- Ze srebrem się nie uda. Dotychczasowe próby nie skończyły się dobrze. Jeden raz okno całkiem się zamknęło. – Jakow Iljicz zamknął zmęczone oczy i potarł powieki palcami.
- No proszę – chrząknąłem. – Ciekawe...
- Nie zapomnij zostawić tutaj swojego srebrnego łańcuszka – upomniał mnie Wołodia.
- Na pewno nie – uśmiechnąłem się zjadliwie. – Własny ładunek nie przeszkadza. Dwa razy przechodziłem Granicę z krzyżykiem na szyi i trzeci raz też z nim pójdę.
- Skoro chcesz... Coś jeszcze?
- Masa szczęścia. – Nie można powiedzieć, żebym żartował w tym momencie. – Jeżeli jest taka możliwość, zdobądźcie granaty zapalające albo coś w tym rodzaju. I śrutówka chociaż jedna na grupę powinna być. Topory albo chociaż łopatki saperskie też wziąć nie od rzeczy.
- Weźmiemy.
- Teraz coś specjalnie dla mnie. Trochę noży – para do rzucania, tasak i uniwersalny, może być finka. Niezbyt masywna siekierka i strzelba myśliwska. A najlepiej kombinowana wertykalna dwururka. Kniejówka. Kilka paczek loftek, kilka z kulami. I jeszcze z pół setki do nacięcia.
- Nawet o tym nie myśl. Jesteś przewodnikiem, broń ci niepotrzebna.
- To dla mnie najważniejsze. – Pokręciłem zdecydowanie głową. – Po tamtej stronie nie będzie czasu objaśniać, kiedy strzelać i do kogo.
- Pójdą doświadczeni ludzie...
- Doświadczenie tam i doświadczenie tutaj to trochę co innego. Może niewiele, ale ta różnica wystarczy, żeby jakaś śniegula rozerwała mnie na pół. Nie mam na to ochoty. – Zamilkłem i obrzuciłem wzrokiem rozmówców. – I czego się boicie? Nie załatwię sam całego oddziału! Sami mówiliście, że to ludzie z doświadczeniem.
- Zastanowimy się nad tym, chociaż nie możemy niczego obiecać. – Gospodarz dał do zrozumienia, że kontynuowanie tego tematu jest bezproduktywne. – Myślcie dalej. – Ton Jakowa Iljicza bardzo mi się nie spodobał, ale naciskać na niego było teraz bez sensu.
– Co jeszcze? Zapalniczka albo zapałki, litr medycznego spirytusu, pięć tabliczek czekolady z całymi orzechami laskowymi, półlitrowa butelka koniaku.
- Jakiego koniaku?
- Dobrego. Jeszcze ze sto sztuk „deltatermu”.
- A to co takiego? – Władimir oderwał wzrok od kartki, na której robił notatki.
- Solna grzałka, spytajcie w aptece, powinni wiedzieć. I trzydzieści sztuk okularów przeciwsłonecznych. Tylko z filtrami UV.
- A po co aż tyle? – spytał zdumiony Wołodia.
- Bo chcę jak ten koczkodan, cały się tym obwiesić. Potrzebne i już. Lepiej mi powiedzcie, który dzisiaj jest.
- Pierwszy grudzień. – Jakow Iljicz spojrzał na mnie ponuro, kręcąc w dłoniach okulary.
- Witajcie serdecznie zimą. – Uśmiechnąłem się, ale moi rozmówcy nie mogli docenić żartu. To nic, szybko zrozumieją. Oczywiście ci, którzy pozostaną przy życiu.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-02-14 (897 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej