Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wielka księga fantasy, t.1
 
Katalog - dodano
 Lucyfer
- Jennifer L. Armentrout
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Bogowie są śmiertelni'' - Grzegorz Drukarczyk



Wiatr chłostał betonowe ściany biczem zimnego deszczu. Po płycie komunikacyjnej u stóp dziurowca płynęły strugi wody. Sine niebo, w którym utonęła Ti-Dejanira, mokrym cielskiem chmur nieomal ocierało się opokrzywione dachy.
Poprawiłem się przy oknie.
Jeden z Łapaczy ostrożnie wychylił się zza pancerki, uniesioną ręką sygnalizując, że chce rozmawiać. Na jego ramieniu dumnie lśnił srebrny emblemat Wigilii. Dwóch innych zajęło dogodne pozycje na wschodniej ścianie budynków. Paru kolejnych szykowało masywne emitery naprowadzane podczerwienią. Wyglądało to na przemyślaną akcję. W duchu skląłem się za głupotę. Ja polowałem na Sancheza, a Ditlev na mnie... Te trzy lata przytępiły mi instynkt, jak pierwszy naiwny wlazłem w pułapkę. Idiota.
Chłopcy potrzebowali tylko hasła. Wyglądali na lekko poirytowanych rozkazem oczekiwania. To miała być prosta akcja.
Przez jęk wiatru i szum deszczu dobiegał niski, lecz coraz głośniejszy dźwięk. Zmienił się w huk, gdy zza północnego dziurowca wynurzyły się lecące w szyku bojowym trzy wiropłaty.
- Wyłaź, Esco! - krzyczał ten ze srebrnym emblematem. - Powoli i z łapami nad głową!
Działo na grzbiecie pancerki obracało się powoli.

- Esco, słyszysz mnie?! Szkoda wysiłku! Wychodź! Wiropłaty były coraz bliżej. Narastał ryk silników. Z kieszeni wyciągnąłem tuleję z ładunkami. Nie śpiesząc się, załadowałem phobosa.
...Panie, a jeśli ziarno nie wschodzi? Znaczy to, że suche w środku...
Pod osłoną ściany przetoczyłem się w drugi koniec pomieszczenia. Uderzeniem buta strzaskałem kratkę wentylacyjną. Wiatr wdarł się przez wybitą dziurę i bryznął deszczem. W okamgnieniu złożyłem się do strzału, wziąwszy za cel najbliższy z wiropłatów, i nacisnąłem spust phobosa.
Wybuch rozszarpał maszynę, a seria z emitera uderzyła w otwór, przy którym jeszcze przed chwilą leżałem. Skoczyłem za filar. Druga seria zdruzgotała kratkę szybu wentylacyjnego. Łapacze mieli minimalne, ale jednak spóźnienie. Uśmiechnąłem się, na pewno byli wściekli.
...Czy suche ziarno jest nic niewarte, Panie?
Córko, byt jest i w żywym, i w martwym...
Złożyłem niepotrzebnego już phobosa. Przez rozbite szyby dochodziły echa nawoływań Łapaczy. Wiropłatów nie było słychać. Musiały przeskoczyć ponad bezpieczny pułap niskich chmur, czekając na podjęcie? akcji.
Sprawdziłem, czy krzywka wciąż miękko zwalnia sprężyny spłonnika. Zwalniała miękko. Przytwierdziłem broń do uda. Potoki wody bębniły nieprzerwanie, wiatr ciskał się między ścianami dziurowców, odtwarzając bez końca jękliwą melodię.
Otwarłem skórzany futerał. Ostrożnie wyciągnąłem dwie kostki materiałów wybuchowych. Zerwane plomby odsłoniły kodyfikatory. Nastawiłem je na impuls magnetyczny.
Mogli przyjść po mnie tylko pionem łącznikowym. Ustawiłem jeden z ładunków tuż przy wejściu, a drugi u stóp popękanego filara trzymającego strop. Teraz pozostawało tylko oczekiwanie.
...Jak byt drzewa może kryć się w martwym ziarnie, Panie?
Rozkrusz je, Aido.
Rozkruszyłam, Panie.
Upuść na ziemię.
Upuściłam, Panie.
Spójrz w dół i powiedz, co widzisz?
Ziemię, Panie.
W oddali zabrzmiał huk startującego statku. Drżenie konstrukcji świadczyło, że była to duża jednostka. Jeśli od czasu, kiedy umarłem, nic się nie zmieniło, to musiała być Silvana - flagowy statek Larommy pod zarządem naczelnika klanu Kali. Uśmiechnąłem się do własnych myśli. Czyżby Mustafa wolał uciec, niż czekać na wyrównanie rachunków? To do niego podobne...
.Córko, czy ziemia da siłę zdrowemu ziarnu?
Tak, Panie.

Zatem i martwe może w żywe się obrócić? Może, Panie...
Łapacze Wigilii wpadli w efektownym stylu. Dwaj oczyścili przedpole wiązkami emiterów. Byli pewni siebie. Grupa przyczajona w niszy wejściowej strzegła tej drogi odwrotu, pozostali rozsypani w tyralierę zmierzali w moją stronę.
Z satysfakcją patrzyłem na przygarbione sylwetki Znałem czas ich śmierci. Decydowałem o przyszłości. Byłem... bogiem? - Wyspowiadaliście się?! - krzyknąłem.
Byli bardzo szybcy. Rozproszyli się w ułamku sekundy, szukając schronienia. Ale nie mogli zdążyć. Boskim palcem uruchomiłem wiązkę magnetyczną. Pomieszczenie na sekundę rozjarzył oślepiający błysk, a gniewny podmuch wzbudzony kierunkowym wyładowaniem porwał garbate sylwetki z ziemi i jak szmaciane lalki rzucił o ścianę. Miłosierny kurz przysłonił widok, otulając martwych jak całun. Akt łaski. Zbyteczny. Nie bałem się spojrzeć w twarze moich ofiar.
Brodząc w okruchach betonu, podszedłem do porozrzucanych ciał. Jednemu z Łapaczy zdjąłem z pleców przerzutnik. Miałem łzy w oczach -prawdziwe - od tego cholernego pyłu.
Podniosłem metalową klapę odsłoniając otwór zsypu. Założyłem na plecy przerzutnik, nastawiając decelerację tak, bym zlatywał wystarczająco szybko, ale bez ryzyka skręcenia karku. W myślach kalkulowałem, ile czasu zajmie pozostałym Łapaczom podjęcie decyzji. Nie było wątpliwości - tym razem rozwalą cały segment, jak tylko się upewnią, że nikt z pierwszej grupy nie ocalał.
Dopiąłem klamry, jeszcze raz sprawdziłem parametry spadania i zacząłem nasłuchiwać.
Rzeczywiście zaczęli szanować Esco, byli teraz nad wyraz ostrożni. Niestety, oni też mieli wyznaczoną godzinę śmierci.
Wskoczyłem do zsypu i spadając, odliczałem sekundy. Po pięciu wiązką magnetyczną odpaliłem drugi ładunek - ten pod filarem. Echo walącej się kondygnacji towarzyszyło mi aż na sam dół...



[…]




Osada Rinon, to stamtąd przybył Azur. Trzy kręgi lepianek zaschniętych wokół centralnego placu, na którym stało rife kapłanów Muni. Osada, jakich wiele na płaskowyżu, ziemia plemion Wysokich, plemion, z których wywodzili się najwaleczniejsi w buntowniczej armii - Bojownicy. To tam, do osady, rankiem dwunastego cyklu od wyruszenia mężczyzn w góry wraz z suchym wiatrem od Wielkiego Rowu Tektonicznego przybyli handlarze. Przywieźli dużo cennych przedmiotów i narzędzi, rozłożyli stragany na centralnym placu. Nikt nie wiedział, że to Donosiciele, że sprzedając za pół darmo swoje towary, kupują zaślepienie, rozwiązują nieostrożne języki, szukają mężczyzn. Zwabieni towarami, dobrem, którego nie widziano tutaj od dawna, przybyli wszyscy -starcy, kobiety, dzieci... Ani jednego mężczyzny... Donosiciele umieli patrzyć, umieli wyciągać wnioski. Znaleźliby odpowiedzi, nawet gdyby mieszkańcy osady nie byli tak ślepo ufni. Jeszcze nim Ti-Dejanira sięgnęła zenitu, handlarze zwinęli stragany, resztę towarów rozdali i do wtóru błogosławieństw ruszyli w drogę powrotną.
Szóstego dnia po ich odjeździe do osady Rinon, do twojej osady, bojowniku Azur, przybył oddział Kongregarda Umberta elPassy. Donosiciele wypełnili dobrze swoją misję, teraz Białe Oficjum mogło wypełnić swoją... Ti-Dejanira wolno zmierzała ku wstędze rzeki Mar-del-Platta, w której wodach tonęła każdego wieczoru. Oddział zbrojnych liczył ponad dwieście głów, niepotrzebnie aż tyle, ale Umberto zdecydował, że jego żołnierzom przyda się rozrywka... Spadli na osadę, ledwie zachowując pozory karności, wiedzieli, czego należy oczekiwać, nie spodziewali się oporu. W jednej chwili spokojne Rinon zamieniło się w piekło... Spędzono mieszkańców na centralny plac, a wszystkie lepianki spalono. Nie było ratunku dla tych, którzy próbowali szukać tam schronienia. Powietrze zgęstniało od dymu. Krzyki, jęk, płacz, odgłosy strzałów mieszały się w upiorną melodię konania.
Bojowniku Azur, znałeś wszystkich z osady. Tylko połowa z nich dotarła do placu. Kolbami miotaczy ustawiono ich w półkole naprzeciwko Umberta elPassy - mężczyzny o przystojnej twarzy, kruczoczarnych włosach zebranych w warkocz z tyłu głowy, postawnego, prostego. Najpierw na dany przez niego znak oddzielono od grupy kobiety wyglądające na nieobciążone błędem kodu genetycznego. Ustawiono je w osobnym miejscu, przed rife kapłanów Muni. Później to samo uczyniono z dziećmi.
Umberto elPassa stanął naprzeciw kobiety z dzieckiem na ręku. To była ona, bojowniku Azur, twoja żona i twoje dziecko? Matka o zgarbionej postaci, złamana w pasie tak, że sprawiała wrażenie, jakby potworny ciężar przygniatał jej ramię. I ta twarz, usta, nos i oczy zgrupowane razem nad cofniętym podbródkiem, nieproporcjonalnie wysokie czoło, którego nie potrafiły zakryć nawet długie włosy. Twoja żona? Obciążona błędem kodu, ale jakże ukochana. Bojowniku Azur, trzymała twoje dziecko, synka, ile miał lat, trzy, cztery? Był jak ona - ułomny. Duża głowa z wyłupiastymi, błękitnymi oczami, tułów, krótkie, cienkie nóżki nie mogące utrzymać ciała i długie ręce zakończone trójpalczastymi dłońmi. Kochałeś to dziecko nawet bardziej niż normalne, mimo że nie chodziło, nie potrafiło mówić, a zamiast tego gulgotało: wesoło, gdy było zadowolone, i płaczliwie w chwilach smutku. To oni, prawda, wszystko co kochałeś, dla czego chciałeś walczyć i umrzeć, czy tak, bojowniku Azur?...
Umberto elPassa, przystojny mężczyzna, stał naprzeciwko kalekiej kobiety z ułomnym dzieckiem na rękach. Patrzył i uśmiechał się, trwało to chwilę, później wyciągnął dłoń, jakby chciał pogłaskać malca po głowie. Matka drgnęła i odskoczyła. Dobrotliwy uśmiech nie schodził z twarzy Kongregarda. Miękkim głosem zapytał:
- Gdzie jest twój mężczyzna, gdzie są wszyscy mężczyźni z tej osady? Kobieta pokręciła głową i próbując opanować strach, gorączkowo szeptała:
- Nie wiem, panie, chyba poszli na polowanie, nie wiem, przysięgam, ja nic nie wiem, nie pytam, panie, nie pytam nigdy - wyrzucała słowa, nie kryjąc już przerażenia.
Patrzył ze zrozumieniem, jakby takiej właśnie odpowiedzi oczekiwał, a później, wciąż uśmiechnięty wyciągnął ręce po dziecko. Tym razem dwóch jego ludzi nie pozwoliło kobiecie się cofnąć. Jeden uderzył ją kolbą w plecy, a drugi wyrwał chłopca i podał dowódcy.
- Nie wiesz, gdzie są mężczyźni - dziecko posadzone na ziemi bawiło się sprzączką przy bucie Umberta - czyżbyś nie kochała swojego synka? - Ciężka podeszwa spoczęła na wątłej nóżce dziecka. - Naprawdę tak mało dla ciebie znaczy?...
Kobieta zaczęła krzyczeć, próbowała podczołgać się do chłopca, ale żołnierz kopniakiem zatrzymał ją w miejscu.
- Masz jeszcze chwilę, decyduj szybko. Gdzie są mężczyźni z tej osady?
- Panie - załkała - nie czyń mu krzywdy, powiem, przysięgam, ale nie rób nic złego dziecku.
Przystojną twarz rozjaśnił jeszcze bardziej dobrotliwy uśmiech.
- Masz moje słowo, kobieto, dostanie nawet zabawkę...
Kobieta w pośpiechu, jakby bojąc się, że Kongregard zmieni zdanie, zapłakana opowiadała o buncie, o Dwanie, który zwoływał wszystkich chcących walczyć, wymieniła tych z osady, co dołączyli do niego, wyznała wszystko, wyznałaby nawet więcej, niż wiedziała, byle tylko ratować dziecko. Mężczyzna uniesieniem dłoni powstrzymał potok słów. Był zadowolony, informacje Donosicieli potwierdziły się, można było wysłać gońca do Zamku Purpurowego Rogu.
Decyzer Umberto elPassa spojrzał na bawiącego się u jego stóp chłopca, twojego syna, bojowniku Azur. Przyrzekł zabawkę, dał słowo... Ruchem dłoni nakazał wszystkim cofnąć się, a żołnierzom odciągnąć matkę. Z uśmiechem odpiął od pasa granat kulkowy i podał dziecku...
- Oto obiecana zabawka.

Szybkim krokiem dołączył do reszty oddziału. Potem stanął i patrzył. Chłopiec z radością przewracał metalowy walec. W wyłupiastych, błękitnych oczach malowało się szczęście, błogi uśmiech rozciągnął szerokie usta. Dziecko na moment podniosło wzrok i odnalazłszy matkę, zagulgotało wesoło. To nie trwało długo, nie mogło trwać długo... Jeden z palców zaczepił zawleczkę, pociągnął, odbezpieczył granat. Malec zaniósł się beztroskim śmiechem, wspaniała zabawka.
Trzy sekundy...
Pierwsza! Oczy matki, ogromne, dzikie, przerażone oczy... Druga!! Krzyk, krzyk matki, krzyk przerażenia, krzyk bólu... Trzecia!!!...
Bojowniku Azur, dlaczego patrzysz w ten sposób?




[…]




Jedna osoba na sali nie podzielała powszechnej radości. Piękne usta Larornmy nie dotknęły nawet najwykwintniejszej potrawy, nie skosztowały kropli wina, ani jedno też pochwalne słowo nie uleciało zza zaciśniętych wściekle zębów. Czasami tylko gniewne spojrzenie sięgało oblicza Rodryga, a nie znajdując w jego wzroku zgody na rozmowę, wracało jeszcze bardziej rozzłoszczone. Pani Korporacji Handlu coraz trudniej było panować nad sobą i dla tych z biesiadników, którzy obserwowali ją ciekawie, stawało się jasne, że lada chwila jej cierpliwość się wyczerpie. Co rozważniejsi zaczęli szukać nowych miejsc, by nie znaleźć się w pobliżu, gdy wściekłość Larommy obudzi gniew Decyzera. Stół wokół niej pustoszał coraz bardziej, a kiedy już zdawało się, że wytrzymałość właścicielki Korporacji sięgnęła kresu, zabrzmiał drwiący głos Rodryga Ort de Saintre.
- Jakiż to prezent przywiozła mi Laromma z okazji zwycięstwa? - Patrzył na nią z góry z kpiącym uśmiechem. - Ponoć ucieszy moje serce jak żaden inny. Uchyl, pani, rąbka tajemnicy.
Słowa, które padły w odpowiedzi, nie były ani uniżone, ani pełne szacunku, ani lękliwe.
- Miałam ci przywieźć Escobara... - wyszeptała zjadliwie - ale przypuszczam, że zjawi się tu sam.
Ci, którym dane było usłyszeć jej odpowiedź, zamilkli przerażeni. Wieść była tak nieprawdopodobna, a legenda Escobara tak żywa, że samo jego imię wymienione w obecności Rodryga musiało sprowadzić na kobietę potworną karę.
Decyzer przez dłuższą chwilę łapał płytki oddech, jakby słowa uderzyły go mocniej niż pięść. Na bladych policzkach pojawił się rumieniec, który od lat nie gościł na zwiędłej twarzy.
- Escobar żyje? Przecież... - Zamiast gniewu w szepcie Rodryga pojawiło się zdziwienie graniczące z lękiem.
- Zmartwychwstał! - Laromma nie kryła nuty szyderstwa. - Ale inaczej niż nasi klienci... Ditlev miał go w swoich rękach, niestety znowu dał się wykiwać, raport z patrolowca Wigilii wspominał o pościgu przed strefami zmiany czasu. Nie muszę chyba mówić, że był to ostatni raport tej jednostki. Zatem nasz wspólny przyjaciel - uśmiechnęła się ironicznie - musi już być na Eltenerze...
Rodryg ruchem dłoni odprawił namiestników. Gniewnym spojrzeniem wskazał kobiecie pusty fotel Uttu Uttugena.
- Przysięgałaś, że Escobar nie żyje! - Decyzer drżącą dłonią sięgnął po puchar z winem.
- Mówiłam tylko, że już nigdy o nim nie usłyszysz - Laromma uśmiechnęła się z namysłem - ale jak widać, chęć ujrzenia nas podniosła go z grobu. O kilka spraw może być naprawdę wściekły...
Kiedy Decyzer odstawił puchar, na powrót miał spokojne oblicze.
- To raczej ty, śliczna, powinnaś się bać - sękatym palcem przejechał po jej policzku. - Twoje imię wywrzaskiwał, gdyśmy go dopadli pod Sondorrą. Nawet określał cię tak nieładnie... - Teraz Rodryg pozwolił sobie na uśmiech.
- Wtedy jeszcze nie wiedział o tobie, Carlo... - wycedziła.
Rodryg uderzył pięścią w stół. Najbliżej siedzący biesiadnicy z przerażeniem opuścili swoje miejsca.
- Ty suko, powiedziałaś mu! - z trudem powstrzymywał krzyk. -Musiałaś się pochwalić, mogłem przewidzieć, mało ci było bólu fizycznego... Ciebie powinienem był zabić!
- Za późno, Carlo, teraz znowu jesteśmy razem... - Zbliżyła twarz do jego twarzy. - Tylko Pauli brakuje, żeby było jak dawniej... - Prowokacyjnie, lubieżnie przeciągnęła językiem po wargach.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-02-17 (878 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej