Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czarny wygon. Bisy
 
Katalog - dodano
 84 000
- Claire North
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Stan wstrzymania'' - Charles Stross



Prolog: Wiemy, gdzie mieszkasz, wiemy, gdzie twój pies chodzi do szkoły

Rzekomo od: rekrutacja@NIE_ODPOWIADAJwlasciwyczlowiek.com
Temat: Do: Nigel – oferta pracy
Autopodsumowanie: oferta pracy, lekko niepokojąca
Waga spam: prawd. 70%, ale warto rzucić okiem

Dzień dobry. Tu firma Właściwy Człowiek na Właściwym Miejscu. W imieniu jednego z naszych klientów chcielibyśmy zaproponować Ci pracę.
Nie wysłałeś nam CV? Oczywiście, że nie – to należy do nas! Nigel, my wiemy o tobie wszystko. Skończyłeś matematykę i informatykę na Edinburgh University, masz 29 lat i słabo płatną pracę. Od roku i czterech miesięcy jesteś zatrudniony w SprocketSource, od trzech miesięcy czekasz na zaległą rozmowę o podwyżce. Dzięki swoim umiejętnościom programowania w Zone/Pythonie 3000 i doświadczeniu w rozproszonych systemach walki wyrobiłeś sobie znakomitą pozycję na forach WorldDEV i HackSlashBurn, ale czy to obchodzi twojego bezpośredniego kierownika?
Nie. Bill ma to gdzieś. Nie docenia Cię jak należy. I ma swój powód.
My w firmie Właściwy Człowiek na Właściwym Miejscu nie zadowalamy się biernym grzebaniem w bazie danych z nudnymi cefałkami, na podstawie zdawkowego opisu stanowiska u klienta. My instalujemy w ich sieci Google’owską maszynkę do indeksowania, budujemy na jej podstawie Mapę Semantyczną™ ich wewnątrzfirmowych dialogów, a potem wykorzystujemy naszą rewolucyjną technologię rozproszonych agentów TropKandydata™, aby wyszukać w sieci potencjalnych kandydatów. A kiedy ich znajdziemy, wiemy jak ich zmotywować. Na przykład tak:
Zastanawiałeś się, czemu twój kierownik nie zwraca na Ciebie uwagi, choć zapewne zauważyłeś, że Twoja koleżanka, Sonia Grissom, ostatnio ciągle siedzi do późna. I przestała zwracać na Ciebie uwagę. No i macie szlaban na zatrudnianie.
Czego nie wiesz – bo nie masz dostępu do technologii rozproszonych agentów TropKandydata™ – że kłamliwy syfiarz, którego masz za szefa, sypia ze swoją młodszą programistką systemów walki i szuka pretekstu, żeby Cię wywalić i awansować ją na Twoje miejsce. Sonia jest zwierzęciem korporacyjnym, a Ty nie. Nie masz okresu wypowiedzenia, bo nie przepracowałeś jeszcze dwóch lat, a gościa, który dał się skądś zredukować, nikt nie chce zatrudnić. Będziesz w branży nikim.
Spójrz prawdzie w oczy: w tej robocie nie masz przyszłości.
Jest jednak alternatywa.
Nigel, przyjacielu: jesteś dokładnie taką osobą, jakiej szuka nasz klient, międzynarodowa firma doradcza z branży gier. (A jeśli nie, zapłacimy Ci 2000 EUR za jednodniową sesję, w trakcie której pomożesz znaleźć błąd w naszej analizie danych).
Twoja obsesja na punkcie modulacji pętli sprzężenia zwrotnego ośrodka przyjemności, a także rezerwa częściowych w bankowości magicznej – czego Bill kompletnie nie rozumie – to miód na serce naszego Klienta. Inne punkty Twojego portfolio także są atrakcyjne. Wskaźnik Satis- Factor™ naszego TropKandydata™ estymuje 72% prawdopodobieństwo, że wejdziesz w synergię z ich ko ewolucyjnym zespołem operacyjnym, zwiększające się do 89%, jeśli pozwolą Ci pracować zgodnie z Twoją preferencją, tj. z domu, z wykorzystaniem awatara do kontaktów z klientami. To nie jest dla nich problemem i na tej podstawie udzielili nam zgody na zaoferowanie Ci podwyżki o 25% oraz pokaźnego pakietu opcji. Już nie mówiąc o okazji, żeby dać Billowi takiego kopa, że przez wiele lat będzie zbierał zęby.
Aby zgłosić swoją kandydaturę, albo umówić się na jednodniową sesję konsultacyjną płatną 2000 EUR, odpowiedz po prostu na tego maila...



Sue: Grand Theft Automatic

Priorytet ma, kurka, cztery. Może powinna być trójka, ale dyżurny dał jej kopa w dół; sprawa została wdzwoniona jako jedynka, ale obywatel, który dzwonił, wyglądał na naćpanego, nieprzytomnego, czy coś – w każdym razie bez stuprocentowego kontaktu z rzeczywistością. Dlatego spuścili ją z trójki („patrol pojawi się na miejscu najszybciej jak można”) na czwórkę („w jakieś cztery godziny ktoś wpadnie i zbierze zeznania, jak nie będziemy mieć nic lepszego do roboty”), z tajemniczym dopiskiem („Zgł. coś bredzi o orkach i smokach. Leków nie wziął? Ale Zgł. 2 też. Oba nie wzięli leków?”).
Potem jakiś bystrzak w dyspozytorni popatrzył na położenie miejsca przestępstwa w CopSpace i dopisał, że dzwonili z dawnego schronu atomowego na Corstorphine, oznaczonego jako Ważny Obiekt przez kogoś tam z Bezpieczeństwa Narodowego. I do tego zadzwonił dzwonek u inspektora McGregora i kompletnie zepsuł twoje spokojne czwartkowe popołudnie.


* * *



Masz za sobą cztery godziny szychty, wytchnienia po dwóch tygodniach nocnej roboty przy bijatykach pijaków
na Lothian Road i domówkach na Craiglockhart. Robota w dzień po drugiej stronie miasta miała być ulgą, inne sprawy i na ogół mniej brutalne. Dziś rano załatwiałaś: dwa wezwania do kradzieży w sklepie, ganianie śmiecących, parę wizyt w zastępstwie dzielnicowego i od dwóch godzin powinnaś być w bazie, żeby nagrać oświadczenie do sądu elektronicznego w sprawie seryjnego włamywacza, nad którym pracowałaś. Oprócz tego, robisz za niańkę dla Boba, stażysty świeżo po szkole policyjnej, żółtodzioba o dziobie żółtym jak coś bardzo żółtego. Więc to nie tak, żebyś siedziała i się nudziła, ale przynajmniej są to mało stresujące rzeczy.
Kiedy Mac wysyła ci wiadomość, właśnie spędziłaś pół godziny nad papierologią w Starbucksie na Corstorphine High Street, z pomocą dużej latte i pochłoniętego ukradkiem glazurowanego obwarzanka. Mary cały czas mendzi, że masz uważać na serce, odkąd rok temu zrobiłyście sobie test DNA („coby mały wiedział, że mamusi jeszcze se trocha pożyjom”), a słuchając jej gadania, można by pomyśleć, że cukier rafinowany mieszają z cyjanowodorem. Ale jak dostaniesz wezwanie, nie możesz sobie pozwolić na zdenerwowanie związane z niskim cukrem, a poza tym te cholerstwa o wiele lepiej smakują, kiedy są niedozwolone. Dlatego napychasz sobie policzki jak świrnięty chomik i bazgrzesz w powietrzu czubkiem lepkiego palca, gdy przed ekspresem wyskakuje ci okienko.
Sue, tu Mac.
Korzysta z rejestrowanego do celów dowodowych kanału CopSpace, co znaczy, że sprawa jest służbowa. Wal się, myślisz, zapisując w połowie wypełniony formularz i przełączając okienka.
Jestem. Dawaj.
Z ponurą miną patrzysz na niedopitą latte, potem zerkasz z ukosa na Boba. Bob unosi brew.
Mam 4 dla ciebie. Dziwnie wygląda. Zajmij się zaraz.
Konwulsyjnie przełykasz ślinę i bierzesz haust zbyt gorącej kawy, parząc sobie podniebienie. Boli jak nie wiem – już wiesz, że do wieczora zacznie ci tam schodzić skóra, kiedy ją potrzesz językiem.
Wyślij zgłoszenie.
Melodyjny brzęk znad drzwi i na twoim pulpicie pojawia się ikonka poczty.
Biorę, odpisujesz, rzucając latte ostatnie tęskne spojrzenie.
– Bob? Mamy wezwanie.
– Co, szefowo...? – Bob unosi filiżankę i chowa rzeczy, nad którymi pracował, czyli pewnie pasjansa.
– Dokończ se po drodze, na bombach nie jedziem.
Wychodząc z kawiarni, wysyłasz mejla. Bob idzie za tobą. Kiedy wsiadacie do wozu, po drugiej stronie ulicy nad budynkami wyświetla się wskaźnik celu, ledwo widoczny, kręcący się rombik.
Na miejsce zgłoszenia nie jest z Corstorphine daleko, ale trzeba jechać stromo w górę Drum Brae, ciasno pomiędzy domkami jak pudełka od butów na dole i wirującymi młynkami modlitewnymi farmy wiatraków na szczycie. Gdy zaczynasz znowu zjeżdżać w dół, niepokoisz się, że z mapą jest coś nie tak – mówi „za sto metrów w prawo”, a tam widać tylko zagajnik miejskiej bioróżnorodności.
– A co to miało być? – pyta Bob.
– No nie wiem. Szefu mówił, że coś dziwnego. – Czujesz błysk irytacji, ale na twojej zmianie brakuje dziś jednej załogi, czyli byłby to głupi czas na robienie kawałów, i dokładnie w tym momencie dostrzegasz prowadzący między drzewa wjazd, a okulary błyskają zielono. – Ej no, zobacz tę działkę!
Na końcu podjazdu parkuje parę samochodów, a ponieważ Zarząd Lasów nie rozdaje pracownikom bentleyów i maserati, można się domyślać, że jesteście na miejscu. Jednakże budynek, przed którym parkują, mocno kontrastuje z wypasionymi furami: bardziej przypomina szalet publiczny z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku niż biuro jakiejś firmy – cztery betonowe ściany podpierające płaski, pozbawiony charakteru dach, który jakby krzyczał: „Azbest!”, z całą siłą, na jaką stać jego sapiące, zryte międzybłoniakiem płuca. Może to jakiś modny klub dla homo z tych nowych firm? Kręcisz głową i wysiadasz, poklepując słuchawkę w uchu, żeby telefon nadstawił ucha:
– Jesteśmy na miejscu, czas: teraz. Zapis dowodowy start.
Zapis i tak idzie; wszystko, co widzisz na służbie, trafia do czarnej skrzynki, ale po takich głosowych znacznikach daje się wyszukiwać. Dzięki temu zdarzenie nie zgubi się w twoim życiodzienniku. Bob idzie przy nodze jak grzeczny szczeniak. Osiem tygodni po dyplomie, ratunku. Dobrze, że chociaż czystości go nauczyli.
Drzwi do biura to płyta błyszczącego zielonego plastiku z odzysku, odsuwająca się automatycznie, gdy podchodzisz, i ukazująca recepcję, kompletnie nieprzypominającą szaletu publicznego. Czyli nici z jakieś afery między homo. Oświetlenie jest gustowne, bielona sosna nieskazitelnie ekologiczna, a na pustym kontuarze recepcji stoi ekran wielkości Teksasu, wyświetlający oszałamiającą demówkę ze świata jakiejś gry sieciowej, z nałożonym napisem „HAYEK ASSOCIATES PLC.”. Pilnuje pojedynczych, stalowych drzwi do windy z czytnikiem linii papilarnych. Oczywiście. Ale przynajmniej wiadomo teraz, że to nie będzie jakaś cholerna pogadanka prospołeczna. Takich masz aż potąd, w końcu jesteś jednym z nielicznych sierżantów w Dywizji C, którzy są otwarcie heteroseksualni inaczej.
– Jest tu ktoś?! – wołasz, niecierpliwie kołysząc się na obcasach.
Drzwi windy otwierają się z szelestem i wychodzi obywatel, pędzi ku tobie i załamuje dłonie:
– To straszne, straszne! Czemu tak długo? To potworna katastrofa!
– Spokojnie. – Celujesz w niego nastawionymi na pełne nagrywanie okularami.
Rejestrują: jeden obywatel, mężczyzna, rasy białej, 85 cm wzrostu, 80 kg wagi, krótkie włosy, drogi z wyglądu garnitur, koszula bez krawata, wzburzony, ale trzeźwy. Jest w tym trudnym do określenia przedziale wiekowym między 25 a 45, przyzwyczaił się mieć wszystko pod kontrolą, ale teraz jesteś tu najbliższym przedstawicielem władzy, więc ucieka się do naiwnej wiary dziesięciolatka. (Albo to, albo się boi, że go aresztujesz za publiczne okazywanie emocji bez dramatycznej koncesji). Widać, że nie jest przyzwyczajony zadawać się z policją. I w tą stronę trzeba grać.
– Poproszę pana dokumenty.
– Moje dokumenty? Mam... eee... zostawiłem na dole w biurze, ale mogę pokazać... – Trzepocze bez celu dłońmi w poszukiwaniu nieistniejącej klawiatury. – Tak w ogóle, to jestem Wayne, Wayne Richardson, dyrektor marketingu.
– Wayne Richardson, dyrektor marketingu ewidentnie nie jest przyzwyczajony nie panować nad sytuacją. Wyraz twarzy ma przepiękny, jakbyś mu pokazała, że ma rozpięty rozporek i widać mu opaskę na fiucie. – Wszy-wszyscy są w sali zarządu, czekaliśmy na panią. Mogę, tego... panią zaprowadzić, pani konstabl...?
Rzucasz mu niezbyt ciepły uśmiech.
– Sierżant Smith, Komisariat Meadowplace. A to jest konstabl Lockhart.
Richardson ma na tyle przyzwoitości, by zrobić zażenowaną minę.
– Zgłaszaliście kradzież, ale trochę niejasne jest dla mnie, co skradziono. – Raz jeszcze wymrugujesz formularz zgłoszenia. No tak, to jeden z tych dwóch gości, których namiary spisał dyżurny. Coś z jakimś sejfem, czy skarbcem. Skarbcami. – Kto zauważył zginięcie przedmiotu? Pan?
– Nie, nie ja, cały zespół od bezpieczeństwa obrotu! – Patrzy na ciebie wytrzeszczonymi oczyma, jakby się bał, że nazwiesz go kłamcą, albo czymś podobnym. – Było na wszystkich ekranach, nie dało się tego przegapić... tylko w naszej partycji muszą być tysiące świadków! – Macha w kierunku windy. – W sali zarządu mamy teraz naradę kryzysową. Zarejestrowaliśmy włamanie, więc może pani sama zobaczyć.
Oglądali włamanie na monitorach, zamiast coś zrobić? Kręcisz głową. Niektórzy staną na rzęsach, żeby uniknąć procesu o odszkodowanie, jakby większym problemem niż sama kradzież był złodziej, który potknie się na dywanie i wleci łbem do mikrofali. A może dyżurny miał rację? Leków nie wzięli i głowy też zapomnieli.
– Prowadzi pan do tej sali. – Kiwasz na Boba, który wykonuje powolną panoramę hallu, zanim ruszy za mną.
– Ja właśnie wyszedłem z naszego poemisyjnego spotkania z Marcusem i Barrym, to nasi CEO i CTO. Mieliśmy trójstronnego konfkola z gośćmi od relacji inwestorskich naszego VC i naszym konsultingiem z południa, kiedy zadzwoniła do mnie Linda – zajmuje się pochodnymi i kontrolą graniczną – powiedziała, że coś podejrzanego robi się w jednym świecie Kensu International, którym administrujemy. To prestiżowy bank centralny w Avalonie 4. Przyszedł oddział orków – do strefy wyłączonej z walki – i pieprzony smok, i wyczyścili nam bank. Więc pomyśleliśmy, że do was zadzwonimy.
Winda staje, a ty gapisz się na Wayne’a Richardsona, dyrektora marketingu, z lekkim niedowierzaniem. Slang może zaczekać na później, od czego jest zapis do logu. Ale jedna nazwa gdzieś ci dzwoni – Mary mówiła, że Davey męczy ją, żeby założyła mu konto...
– Avalon 4? To nie jakaś gra?
Przełyka ślinę i kiwa głową.
– Nasza główna krowa żywicielka.
Drzwi otwierają się na podziemny korytarz. Sufit przecinają potężne betonowe belki, pomalowane grubo na biurokratyczny kremowy kolor i jest zadziwiająco zimno. Po każdej stronie rzędy drzwi z bielonej sosny, u góry kanał z kablami, na ścianach plakaty z napisem „PST, WRÓG SŁUCHA”. Przez chwilę zastanawiasz się, czy nie trafiłaś do jakiejś gry fabularnej na żywo, może rekonstrukcji epoki zimnej wojny? Ale wtedy telefon ci popiskuje, że stracił zasięg.
– O, pani sierżant? – pyta Bob.
– Wiem, wiem – mruczysz. Pewnie jesteś za głęboko pod ziemią, albo nie mają tu publicznej sieci, albo coś. Wysiłkiem woli postanawiasz się tym nie przejmować. – Słaby tu zasięg, może będę zmuszona korzystać z rysika – ostrzegasz Richardsona, wyciągając służbowy telefon dowodowy.
– Więc może cza bedzie wolniej mówić albo do czegoś wrócić. Zeznanie, początek. Na miejscu przestępstwa... –
terkoczesz wstęp do widzianych kącikiem oka rubryczek. – Świadek Wayne Richardson, dyrektor marketingu.
Prowadzi cię korytarzem do otwartych drzwi, zza których dobiegają podniesione głosy ludzi z akcentami z wyższych sfer, przerywające sobie w ożywieniu. Po obu stronach stoją rośliny w doniczkach, nieco przywiędłe mimo skierowanych wprost na nie dziennych lamp.
– Ehem – odchrząkujesz i rozmowa w sali konferencyjnej odpływa w nieskoordynowaną ciszę, gdy wsuwasz głowę przez drzwi.
Bob za tobą wyciągnął i odpalił obie ręczne kamerki oraz kamerkę na głowie i omiata pokój jak skrzyżowanie Samotnego Strzelca i napalonego na gwiazdy paparazzo: policyjna robota wygląda teraz zupełnie inaczej niż za czasów tatusia. Później trzeba będzie pogadać z chłopakiem, przypomnieć mu, że jest gliniarzem, nie filmowcem.
Pośrodku sali stoi bajerancki stół z przezroczystego plastiku, rozszczepiającego światło na miriadę krzyżujących się tęcz, mnóstwo światła – może to i loch, ale te przygłupy mają tu diod o dziennym widmie tyle, co papieże świeczek. Fotele dookoła są równie odbajerzone: wyglądają jak wyciągnięte z dywizjonu naddźwiękowych myśliwców, tylko że lotnicze katapulty przeważnie nie mają kółek i zawieszenia na sprężynie gazowej. Smutek, że ich użytkownicy tak je traktują. Jest ich sześcioro. Dwa oślizłe robale w gajerach po dziesięć tysięcy euro zajmują cały koniec stołu swoimi tabletami-symbolami statusu. To ci tak się na siebie darli, póki cię nie zauważyli. Zero krawatów, może tak mówi regulamin. Jest i lasia w gajerze, ale za młoda, żeby być decyzyjna. Sekretarka/asystentka, zgadujesz. A pozostali goście to komputerowcy, od razu widać. Niby nie mają na głowach czerwonych mrugających światełek, ale dwaj są w sandałach, a trzeci... Widząc trzeciego, ubolewasz, że twoja Podręczna Baza Wykroczeń nie ma paragrafów na wykroczenia przeciw modzie: od pasków na jego koszuli robi ci się w okularach interferencja, a w kamerce dowodowej też pojawia się paskudna mora.
– Ehem – powtarzasz, wstrzymując akcję, i wbijasz wzrok w Wayne’a Richardsona, dyrektora marketingu. Niech on to załatwi.
– O, tak, przepraszam. – Richardson reaguje na sygnał.
– To są, eee... sierżant Smith i konstabl Lockhart. Pani sierżant chce zebrać zeznania.
– Wystarczy – wtrącasz się. – Może pan wszystkich przedstawić? A potem lepiej powiedzcie, co się tam naprawdę stało.
– Tego... no jasne. – Richardson najpierw wskazuje garniturowców z rozcięciami na płetwy grzbietowe: – Marcus Hackman, prezes.
Hackman łypie na Richardsona spode łba, jakby zdejmował z niego miarę na betonowe buciki, ale zaledwie przez sekundę. Potem zwraca swój urok na ciebie, ze skinięciem głowy i szerokim, białym uśmiechem ukazującym ze dwieście tysięcy dolców w amerykańskiej protetyce. Pewnie zainstalował to sobie w gębie, bo to jedyny sposób, żeby bachory nie spieprzały z wrzaskiem, zanim je pożre. Wayne, dzwoniąc po policję, ewidentnie wszedł mu między whisky a zakąskę, ale to zawodowiec, nie pozwoli, by twoje przybycie wytrąciło go z równowagi.
– Cieszymy się, że mogliście przyjść, ale to naprawdę nie jest konieczne...
– I Barry Michaels, dyrektor techniczny.
Michaels jest pulchny, niechlujny i rozkudłany, trochę w typie burmistrza Londynu Borisa Johnsona, z czerwonym nochalem i chłopięcym puklem czarnych włosów: od razu widać, że jest pogięty jak trzyeurowy banknot, ale w odróżnieniu od Hackmana nie jest jakimś zżerającym toksyczne odpady marsjańskim najeźdźcą z planety Wall Street. Kiwa głową nerwowo, ma minę jakby zjadł coś obrzydliwego.
– A to jest Beccy Webster, dyrektor ds. stabilizacji rynków.
Czyli ta dwudziestoparolatka to ważna persona.
– Mike Russel, Sam Couper i Darren Evans – ostatni to ten z antykamerową koszulą – nasi starsi quanci.
– Jak? – podnosisz brew.
– A, przepraszam. Magicy od ekonomii, specjalizują się w programowaniu rynków, a to nasze główne źródło utrzymania. Po prostu w branży tak się na nich mówi.
Bierzesz głęboki oddech.
– Dobra. Rozumiem, że pan Richardson zadzwonił na policję i zgłosił kradzież w firmie. Mówi mi, że macie to nagrane na wideo i to ma coś wspólnego z jakąś grą. Co dokładnie zostało ukradzione?
– O rany. – Michaels histeryzuje jak tragiczka w teatrze.
– Wszystko tylko nie kod! – Siada prosto w swoim fotelu-katapulcie (teraz już jesteś pewna, że widziałaś dokładnie taki w muzeum lotnictwa na East Fortune) i bierze głęboki wdech. – Wayne, powiedziałeś jej, że chodzi o kody źródłowe?
– Nie, ja...
– To co dokładnie powiedziałeś policji? – indaguje Michaels. Wydaje się czymś bardzo zirytowany.
No dobra, zapisz go jako numer dwa na liście gości, co nie lubią publicznie prać brudów. (I zapamiętaj na później: Nie ma dymu bez zjawiska spalania).
– Nic, zadzwoniłem, bo nas okradli!
Sytuacja trochę się wymyka.
– A co ukradziono? – pytasz, tym razem nieco głośniej.
– Wszystko z banku centralnego! – To Webster.
Nareszcie, myślisz, ktoś, kto daje proste odpowiedzi na proste pytania.
– Centralnego banku gdzie, w mieście? – Nie mając sieci, nie masz pewności, ale na tym końcu Drum Brae chyba nie ma żadnych banków...
– Pokażcie jej to wideo – rzuca ze znużeniem Hackman. – Inaczej się nie da wytłumaczyć.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-02-18 (943 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej