Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Magiczne drzewo. Cień smoka
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Wybór'' - Aleksandra Ruda



Zombiaki (przed korektą)



Następny dzień nie był ciężki. On był wręcz koszmarny. Skupieni w audytorium studenci kompletnie nie chcieli nas słuchać. Gdyby tylko zwyczajnie hałasowali! Ale nie, oni hałasowali pogardliwie, nie zwracając na naszą dwójkę żadnej uwagi. Śmiali się z każdego zdania. Demonstracyjnie odwracali się od prezentowanych artefaktów. Zadawali głupie pytania, w stylu: „Panienko, pospacerujemy sobie wieczorem?”.
Nie było mi szkoda zawalonego wykładu, tak dokładnie przygotowanego jeszcze w domu. Żal mi było zmarnowanych wysiłków Ottona – mojej dokładnie wyprasowanej szaty i jego starannie zaplecionej brody.
Generalnie, pierwszy wykład zrobił klapę.
– Oni nie uważają nas za równych sobie! – powiedziałam z urazą w pustym audytorium.
– Cóż chcesz? – odrzekł Otto. – Dla nich jesteśmy miernymi istotami, które żyją sobie cicho, spokojnie i nudno. A oni to wybawcy ojczyzny, bohaterowie, stojący na straży.
– Bohaterowie... Tyle umieją, co mieczem pomachać i rzucać zaklęcia na prawo i lewo.
– Udowadniając swoją efektywność w walce z pomroką – zauważył mój przyjaciel.
Czułam się bardzo obrażona tym, że ktoś mnie uważa za maga drugiego sortu.
– Niegdyś marzyłam, że stanę się wielką magiczką i wszyscy mnie będą szanować.
– Wszyscy! – parsknął Otto. – Najpierw trzeba zdobyć szacunek swoich współtowarzyszy. U nas w górach jak...
– Nie wytrzymam jeszcze półtorej godziny takiego koszmaru! Beznadzieja! Język mi kołkiem staje – przerwałam mu. – Masz co łyknąć?
– Mam – powiedział zapobiegliwy półkrasnolud, wyjmując manierkę. – Tylko mocny bimber. No to po łyczku.
Pociągnęłam bimbru, otarłam łzy i wypuściłam powietrze.
– Dobry – wykrztusił na wydechu półkrasnolud, też upiwszy trochę. – Wziąłem na wszelki wypadek.
– Daj jeszcze.
– Nie ma zakąski. Rozbierze cię.
– A kto tam zauważy?! Oni i tak nas nie słuchają.
Otto wzruszył ramionami, podając mi flaszkę.
– Uważaj tylko, nie wygłupiaj się potem. Odpowiadam za ciebie!
– Przed kim niby? Jestem pełnoletnia!
– Przed Befem – zmieszał się Otto. – Powiedział mi: uważaj, Otto, żeby nie było jakich incydentów. Jesteś krasnoludem poważnym, odpowiedzialnym...
– Aha, to znaczy że ja jestem niepoważna i nieodpowiedzialna! – obraziłam się na zdradzieckiego Opiekuna.
Wyrwałam Ottonowi flaszkę i łyknęłam samogonu. Ach, to tak?! Opiekun mi nie ufa! Nikt mnie nie szanuje! Ik!
Nową grupę słuchaczy przywitaliśmy w pełnym rynsztunku – półkrasnolud wpadł w melancholię, a ja wycierałam łzy i rozmyślałam o swoim nieszczęsnym gardle, płonącym żywym ogniem, o zmarnowanym życiu i źle wybranym zawodzie.
– Dobrze się pani czuje? – zapytał jeden ze studentów.
Pokręciłam głową i wychrypiałam:
– Wody...
Zachłanność to moja główna wada. Nie trzeba było pić bimbru, jakby to był sok, a ograniczyć się do jednego łyka. Student podał mi szklankę wody, patrząc na mnie jak na jakąś osobliwą zabawkę. Wypiłam wodę, otarłam twarz i odkaszlnęłam. Przez oczami przestały mi latać gwiazdki, głos wrócił.
– Tak więc... – zaczęłam. – Przyjechaliśmy po to, by opowiedzieć wam, jak ważne może być dla niektórych z was wyuczenie się na Mistrzów Artefaktów.
Studenci zaczęli się śmiać. Słuchałam złośliwych okrzyków i czułam, jak przyjemne ciepło alkoholu dociera mi do wszystkich komórek. Życie wracało na właściwe tory.
– Akurat uratują nas wasze artefakty, kiedy martwiaki nacierają!
– Kolczuga i miecz ciężkie, mamy się jeszcze obwieszać duperelami?
– Machać młotem w kuźni? Wolnego!
– Od tego są krasnoludy...!
Zerknęłam na Ottona. Siedział ze spokojnym uśmiechem na twarzy, kontemplował wpływ samogonu na organizm. Zrozumiałam, że z jego strony mogę się nie spodziewać pomocy.
– Zamknijcie się wszyscy! – wrzasnęłam. – Kiedy ja mówię, reszta milczy!
– Śtlaśna ziaba – odezwał się jakiś brunet w pierwszym rzędzie.
– Cisza! – Podeszłam do niego. – Bo jak przeklnę, to do końca życia będziesz łaził z oślimi uszami!
– No coś ty – uśmiechnął się tamten. – Ty, mizerota teoretyk, chciałaś wystraszyć maga bojowego? Ha!
– Cha. Cha. Cha – odrzekłam. – A no wstawaj! Wyzywasz mnie na pojedynek?
– A co tam – powiedział student leniwie, wyciągając zza pasa długi sztylet. – Mogę.
– Nie, kochanieńki. Pewnie, że siłą mnie zwyciężysz. Jestem dziewczyna, a do tego teoretyk. Nie mam przygotowania fizycznego. Dawaj jak równy z równym. Na przykład dla ciebie zombi i dla mnie zombi. Mój teoretyczny trening przeciwko twojemu bojowemu.
– A ty w ogóle zombi widziałaś na oczy? – spytał tamten pogardliwie.
– Widziałam – odparłam z godnością. – I nie raz walczyłam. Jak widzisz, żyję.
– A z infernalem?
– Nie ma sprawy!
Reszta studentów milczała w oszołomieniu. Obejrzałam się. Otto wytrzeszczał na mnie oczy, ale, chwała Niebiańskim Siłom, nic nie mówił. Nie mogłam już się wycofać.
– Wybierzemy bezstronnego arbitra, każdy w sali napisze rodzaj pomroki czy cokolwiek innego. Jaki papierek wylosujemy, z tym będziemy walczyć.
Czarnowłosy skinął głową.
Od razu kilku studentów zerwało się z miejsc i wypadło na korytarz. Pozostali zaczęli szeptać między sobą.
„Pani Sukcesu! – modliłam się. – Pomóż! Ofiaruję ci dziesięć złociszy. Nie porzucaj mnie, inaczej ze mną koniec!”
Drzwi otworzyły się i w audytorium momentalnie zrobiło się tłoczno. Ludzie gadali, z zapałem rzucając nazwy co bardziej niebezpiecznych gatunków pomroki i wydzierali kartki z notatników. Mnie pozostało tylko się modlić. Otto przemienił się w pomnik samego siebie, ale już widziałam oczyma wyobraźni, co mi urządzi, kiedy ten cyrk dobiegnie końca. Jeśli będzie w ogóle komu urządzać...
– To kapłan ze świątyni Pani Sukcesu – oznajmił jakiś student, wciągając do sali cherlawego staruszka. – Mam nadzieję, że nikt nie wyraża sprzeciwu? Nie chciało mi się daleko latać, a tu proszę, obok sobie przechodził.
Kapłana szybko wprowadzono w temat. Zdjął kapelusz i kazał wrzucać do środka karteczki.
„No, Pani Sukcesu, okaż damską solidarność!” Włożyłam rękę do kieszeni, zrobiłam figę na szczęście i wstrzymałam oddech.
– Dziesięć zombi – ogłosił kapłan.
– Uuuuuuu... – zabuczała z rozczarowaniem publiczność.
Odetchnęłam. Mogło być gorzej. Z zombi mam jeszcze pewne szanse.
– Jak szybko możecie znaleźć jakieś zombi? – zapytałam czarnowłosego.
– Będą wieczorem – odpowiedział.
W obecności kapłana ustaliliśmy reguły. Walczymy z zombi dowolnymi dostępnymi metodami. Nie porzucamy oznaczonego pola walki. Wygrywa ten, kto unicestwi martwiaki szybciej.
– Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, krzycz „stop!” – odezwał się rorritorczyk z półukłonem.
– Będę mieć to na uwadze – odparłam sucho.
Kiedy drzwi zamknęły się za ostatnią osobą, Otto zapytał:
– Gdzie cię pochować?
– Pod brzózką, zawsze o tym marzyłam. Ale z tym nie ma pośpiechu.
– Taka jesteś pewna swoich sił?
– Nie, Irga przyobiecał podnieść mnie z mogiły, jeśli umrę przed ślubem.
– Pocieszające – wymamrotał Otto.
Zamilkliśmy.
– Jeśli teraz zaczniesz krzyczeć: „co ja zrobiłam?”, „czemu to zrobiłam?” i „co mam teraz robić?” to sam cię zabiję, nie czekając do wieczora – uprzedził mnie mój najserdeczniejszy przyjaciel.
W zasadzie właśnie to miałam zamiar robić, raptem uświadomiwszy sobie, w jaki kompot wpadłam, ale chwilowo mnie zatkało.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do sali wpadł Irga.
– Ja ją zabijam pierwszy! – zdążył zastrzec półkrasnolud, zanim nekromanta zaczął mną potrząsać jak szmacianą kukiełką. Nawet nie próbowałam się wyrwać.
– Ostrożniej. Resztki szarych komórek mi przez uszy wylecą.
– A ty je w ogóle kiedykolwiek miałaś? – zapytał Irga z rozpaczą i usiadł na stole.
– Co – uszy czy komórki?
– Mózg w swojej pustej głowie!
– Nie wiem – przyznałam uczciwie.
– Spiłeś ją – powiedział gorzko Irga do Ottona. – Nie mogliście zaczekać do wieczora, alkoholicy?!
– A skąd mogłem wiedzieć, że tak nacuduje? – obruszył się Otto.
– Tak jakbyś jej nie znał!
– Ej! Przestańcie mówić, jakby mnie już zombiaki zeżarły! – wmieszałam się. – Jeszcze żyję. I nie zamierzam umierać.
– Bardzo ciekawe, jak ci się uda utrzymać ten stan – westchnął Irga. – Do niedawna jeden tylko zombi starczał, żeby cię przerazić.
– Myślałam, że mi pomożesz.
– Niby jakim sposobem? I ile mi wiadomo, masz sobie sama poradzić.
– A skąd to wiesz?
– O tym zakładzie gada już cały uniwersytet – uświadomił mnie Irga. – Niesłychany wypadek: jakiś tam parszywy teoretyk rzuca wyzwanie samemu Riderowi!
– A kto on w ogóle jest, ten cały Rider?
– Najlepszy student drugiego roku, ulubieniec wykładowców.
– A, drugoroczniak!
– Ja bym na twoim miejscu tak się nie cieszył – ostrzegł Irga. – Zombi przerabiali na pierwszym roku, i on się uważa za twardziela. W takim wieku jeszcze nie zdaje się sobie sprawy ze swojej niedoskonałości i śmiertelności. To bardzo niebezpieczny przeciwnik.
– A ty, znaczy się, już uświadomiłeś sobie własną niedoskonałość? – zapytałam, zmagając się z kompleksem niższości. Na mnie odkrycie własnej niedoskonałości spadło już wtedy, kiedy w cielęcym wieku wlazłam na drzewo u sąsiadów, by kraść śliwki i zleciałam, porwawszy na gałęzi nową sukienkę.
– Należę do tej kategorii wyjątkowych ludzi, którzy praktycznie są doskonali – odpowiedział Irga. – Co zamierzasz robić z zombi?
– Nie wiem – przyznałam się. – Mamy kupę bojowych artefaktów. Obwieszę się nimi wszystkimi i będę aktywować po kolei.
– A przez ten czas martwiaki rozerwą cię na kawałki – zakomunikował Irga.
– Zupełnie we mnie nie wierzysz? – zapytałam.
– Wierzę – odezwał się półkrasnolud – w to, że będę zbierać twoje flaczki, żeby było co rodzicom w trumnie przywieźć.
– Wnętrzności zaśmiardną się po drodze – powiedział nekromanta tonem znawcy. – Lepiej przewieźć inne części ciała.
– Nie – nalegałam. – Powiedz uczciwie: wierzysz w to, że pokonam zombi czy nie?
– Martwię się o ciebie. – Irga uchylił się od odpowiedzi.
– Jasne. – Obróciłam się do Ottona. – A ty?
– No dobra, wierzę – odparł. – Inaczej będę musiał się usprawiedliwiać przed twoją matką i Befem. Nie masz innego wyjścia, jak przeżyć.
– Nie mówię o przeżyciu tylko o pokonaniu zombi.
Otto chrząknął sceptycznie. Poczułam się strasznie samotna i nieszczęśliwa.
– No i dobrze – chlipnęłam. Podeszłam do stołu i zaczęłam przeglądać artefakty. Któreś musiały mi pomóc! Już ja im wszystkim pokażę!
– Wierzę w ciebie – odezwał się nagle Irga, obejmując mnie od tyłu i całując w szyję. – Zaraz pomyślimy jak ci pomóc.
– Gdzie się to odbędzie?
– Na placu treningowym, imitującym cmentarz. Myślę, że zombi będą niemrawe, bo pora pojedynku stosunkowo wczesna, a one najbardziej aktywne są w nocy.
– Akurat – powiedział Otto. – Rorritorcy specjalnie wyznaczyli taką godzinę, żeby móc przy jasnym świetle patrzeć jak martwiaki rozdzierają Olę.
Irga pokiwał głową.
– Trzeba iść obejrzeć poligon – rzuciłam, zgarniając wszystkie artefakty do torby. – A gdzie twoi koledzy, Irga, do wieczora znajdą tyle zombich?
– A po co mieliby szukać? Tutaj jest ich ile chcieć, jako pomoce naukowe. I tak masz szczęście, że trafiły się akurat zombi. Wiesz ile u nas w piwnicach siedzi różnych gatunków pomroki? Do wyboru, do koloru.
– Może są jeszcze i myśliwi, którzy całe to towarzystwo odławiają i przywożą tutaj? – zaciekawił się Otto.
– A jakże! Bardzo dochodowy interes, wielu ze starszych roczników się tym zajmuje.
Kiedy szliśmy ulicą, nawet głośne chlupanie kałuż pod wielkimi butami Ottona nie mogło zagłuszyć szeptów za naszymi plecami. Zdawało się, że całe miasteczko uniwersyteckie omawia przyszły pojedynek.
„Tak... – pomyślałam. – Tego w moim życiu jeszcze nie grali. Będę bronić honoru Wydziału Magii Teoretycznej w bitwie z zombiakami. I co właściwie chciałam udowodnić? Wydziałowi wszystko jedno, a mnie się oberwie”.
I wtedy zobaczyłam na wystawie sklepu oszałamiające skórzane porteczki ze srebrnymi nitami.
– Poczekajcie, chcę kupić te spodnie!
– Baby... – wycedził Otto z irytacją. – Pochować cię w nich?
– Głupi! Wzięłam ze sobą tylko spódnice. Jak niby w spódnicy mam uciekać przed zombi po poligonie, pomyślałeś o tym?
– Nigdy nie widziałem cię w spodniach – powiedział Irga.
– W zamian za przyjemność cieszenia się widokiem moich nóżek ty mi te spodnie kupisz – zakomunikowałam, wychodząc z przymierzalni. Spodenki pasowały idealnie, podobałam się sama sobie.
– Chciałbym mieć twój spokój przed bojem – zachwycił się półkrasnolud.
– A niby co mam robić? – zapytałam. Ogarnęła mnie euforia. Zrobić się już rzeczywiście nic nie dawało, umierać nie zamierzałam, a uciec z magicznego kręgu z zombi zawsze zdążę.
Tym bardziej, że ostatecznie nie po raz pierwszy spotykam się z zombi. Pewnego razu, jeszcze na czwartym kursie, poszłam na randkę z bojowym magiem, który zaciągnął mnie na cmentarz, uważając, że to bardzo romantyczne miejsce. Tam trafiliśmy na zombi, który zapłonął do mnie namiętnością i wówczas objawił się w całej okazałości słaby punkt mojego absztyfikanta – nieprzytomnie bał się martwiaków. Wtedy od przykrości uwolnił nas Irga, który pracował akurat na tym cmentarzu, i wszystko skończyło się tylko na strachu.
Drugie spotkanie z zombi było o wiele poważniejsze – stuknięty mag zbierał kolekcję nieboszczyków i kiedy wracaliśmy z przyjaciółmi z potańcówki, nadzialiśmy się akurat na niego i jego twory. W walce z zombi poległa moja najlepsza sukienka, a Irga poważnie ucierpiał. Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że czarnowłosy nekromanta o niebieskich oczach stał się kimś dla mnie ważnym i nie chcę go stracić.
Kiedy wyszliśmy ze sklepu, czekała już na nas delegacja.
– Hm... Irga... – ostrożnie zaczął najśmielszy. – Wiesz, że nie wolno pomagać tej dziewczynie?
– Ona ma na imię Ola – powiedział Irga. – Czy teraz znajduje się w magicznym kręgu z zombi?
Delegat zmieszał się i powiedział:
– Nie, ale...
– Ale co? – zapytał Irga chłodno. – Zakład został przypieczętowany w obecności kapłana. Myślicie, że mogę go jakoś zakłócić?
– A kto ciebie tam wie – powiedział delegat ostrożnie. – Ty dużo możesz.
– To wszystko? – zapytał nekromanta. – Zatrzymujecie mnie.
– My tak, na wszelki wypadek... – Zacukała się delegacja. – Przepraszam, jeżeli...
– Ale jesteś twardy! – powiedział Otto.
Ja niczego nie powiedziałam – zazdrościłam. Żebym tak kiedyś się doczekała! Żeby ludzie przede mną drżeli! Bali się mnie i szanowali! Żeby wszyscy znali moje imię, ponadto zwracali się na „pani” i szeptem...
Obejrzeliśmy poligon. Wbrew moim obawom, przedstawiał makietę dość zadbanego cmentarza, bez zbytecznych zarośli i dziur na ścieżkach. Jedynym problemem były właśnie same ścieżki – żółta glina od ciągłego deszczu stała się bardzo śliska.
– Coś wymyślimy – wymruczał półkrasnolud, kopiąc glinę czubkiem buta. Złapał katar i był nadzwyczaj ponury.
W pokoju hotelowym Otto w skupieniu przejrzał wszystkie posiadane przez nas artefakty.
– Jeżeli nie liczyć twojej szpilki do włosów, która na pewno zniszczy jednego zombiaka, za pomocą posiadanych artefaktów możesz rozwalić jeszcze trzech.
– Razem cztery. Za mało – powiedziałam, gładząc szpilkę. Tę ozdóbkę zrobiłam sama, wkładając w kawałek srebra funkcje ochronne. A Irga podarował mi kolczyki – samoładujący się artefakt, rozrywający martwiaki na kawałki.
– Przywieźliśmy próbki, a nie wyposażenie dla armii – odrzekł Otto.
– Co jeszcze mamy przeciwko pomroce?
– Zaraz poszukamy. Ten dla spowolnienia, ten obezwładniający...
– Też dobre. – Rozłożone na łóżku artefakty wyglądały imponująco.
– I co chcesz zrobić z obezwładnionym zombiakiem? – zapytał Irga.
– Hm... Potrzebny mi miecz!
– A umiesz go chociaż trzymać?
– Trzymać umiem – odparłam po chwili zastanowienia. – Tylko potrzebny mi lekki miecz, bo ciężkiego nie uniosę. A jak w ogóle zabija się zombi?
Irga złapał się za głowę.
– Nie wiesz tego?!
– Jasne, że wiem, ale w ogólnych zarysach. – Z wielkim zajęciem oglądałam podłogę pod nogami.
– Nie, po prostu cię zabiję i uwolnię się od tych mąk na zawsze – oświadczył nekromanta.
– Obiecałeś się ze mną ożenić – przypomniałam.
– Nie bardzo ci do tego śpieszno – odparł Irga. – Przedsięwzięcia samobójcze daleko bardziej cię pociągają.
– Ja i ciebie przeżyję. Was obu razem wziętych. I będę codziennie przychodzić tańczyć na waszych grobach.
– Chcę się poddać kremacji – uprzedził półkrasnolud.
– Nie szkodzi, coś wymyślę.
– Ciekawe, jakim sposobem masz zamiar nas przeżyć? Przestaniesz pić alkohol i zaczniesz prowadzić regularny tryb życia? I codziennie będziesz się gimnastykować? – zainteresował się Irga.
Wzdrygnęłam się wobec takiej perspektywy.
– Lepiej mi opowiedz o zombi.
– Zombi wpierw się obezwładnia. Potem pozbawia go siły, która zmusza stworzenie do poruszania się. A następnie likwiduje ciało dla uniknięcia wszelkich ekscesów.
– Zombi poruszają się dzięki sile magicznej, tak?
– Tak.
– W takim razie starczy pozbawić przeciwników magicznej energii, i zwyciężyłam!
– Ciekawe jak to zrobisz?
– Mieczem – powiedziałam kategorycznie. Że też od razu o tym nie pomyślałam! Przecież jestem wśród braci studenckiej niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie magii wykreślnej! – Wykreślę mieczem na glinie pentagram, zwabię tam zombi i gotowe! Ich magiczna energia błyskawicznie zniknie.
– Bzdurny plan – ocenił Irga. – Jak takiego tępego wrednego stwora można zwabić do pentagramu?
– Nasypie ziarna i będzie wołać cip-cip – zabłysnął dowcipem Otto.
– Dzięki za wsparcie, Otto! – powiedziałam z przekąsem.
– Eee, ja nic takiego... – zawstydził się. – O, jeszcze artefakt przeciw upiornikom. Przyda się?
– Nie wiem, tego nigdy nie próbowałem. – Irga wzruszył ramionami.
– Ja spróbuję – zapewniłam. – Co jeszcze jest?
– Na wampiry, ale on się już w ogóle nie nadaje. Nabiję ci podeszwy butów gwoździami, żebyś się nie ślizgała.
– Buty mi przemokną.
– W kaloszach zaraz się zabijesz. Lepiej teraz odpocznij, a ja pójdę do sklepu po narzędzia.
– A ja po miecz – dodał Irga. – Odpoczywaj.
Kiedy tylko chłopcy sobie poszli, ogarnęła mnie panika. Odpoczywać! Jak mam odpoczywać, skoro może za kilka godzin zginę? No dobrze, zginąć nikt mi nie da. Ale całkiem możliwe, że się pokaleczę. Jak potem spojrzę w oczy bezczelnym rorritorskim studentom, Irdze, Befowi...? Koszmar! Zwinęłam się w kłębek i zaczęłam gorąco modlić do wszelkich znanych mi bogów, obiecując nienagannie się zachowywać, co tydzień dawać hojne ofiary na świątynie i nawet iść do klasztoru.
– Płaczesz? – spytał Irga, który wszedł bezgłośnie.
– Nie.
– Nie bój się. Nie pozwolę, żeby coś ci się stało, obiecuję.
Położył się obok i objął mnie.
– Nie trzęś się, wszystko będzie dobrze.
– Nie będę wam przeszkadzał? – Otto siadł na sąsiednim łóżku i zastukał młotkiem. – Całujcie się, całujcie, nie będę podglądał.
– Nie całujemy się – powiedziałam.
– A szkoda – dodał Irga.
– Wiecznie wszystko komplikujecie – westchnął półkrasnolud.


* * *



Idąc na miejsce pojedynku, przypominaliśmy chyba kondukt żałobny. Irga milczał, bledszy niż zazwyczaj. Niósł wąski długi miecz, zgrabny i lekki. Otto metodycznie wyskubywał sobie kosmyki z brody, co było u niego oznaką wielkiego niepokoju. Ja zachowywałam spokój. Kilka łyczków koniaku i od razu świat wydaje się lepszy i piękniejszy. Byłam w pełnym rynsztunku bojowym – na szyi i rękach dyndały mi artefakty, ale główne zapasy miałam rozmieszczone w kieszeniach kurtki.
Przy placu treningowym zobaczyliśmy naprędce sklecone trybuny wypełnione tłumem.
– Szybko pracują – zauważył Otto z uznaniem.
Magiczne kręgi dość sporych rozmiarów mdło świeciły na niebiesko.
– Uwaga – odezwał się mag, w którym z trudem rozpoznałam przewodniczącego komitetu powitalnego. Miał na sobie szatę paradną i nie siąkał nosem po każdym słowie.
– Prorektor, profesor Dimitr – szepnął Irga.
– Na mój sygnał pojedynkowicze wstępują w zakreślony rejon pojedynku. Kiedy tylko ostatni zombi zostanie zniszczony, linia zgaśnie. Sygnałem do przerwania pojedynku będzie słowo „stop”, wypowiedziane przez któregoś z zawodników. Wszystko jasne?
Oboje z Riderem jednocześnie kiwnęliśmy głowami. Z zadowoleniem dostrzegłam, że mój przeciwnik jest blady.
– Na trzy. Jeden, dwa... trzy!
„O niebiosa!” – pomyślałam i rzuciłam się do wnętrza kręgu.
Było cicho. Magiczna bariera odgrodziła mnie od wszelkich dźwięków a zombi nie dawali o sobie znać. Oparłam sztych miecza o ziemię i pobiegłam, mamrocząc zaklęcia. Buty się nie ślizgały, choć z pewnym trudem wyciągałam je z mlaskającej gliny.
Usłyszałam ciche warczenie. Wprost na mojej drodze stał okazały kawałek nekromanckiej roboty. Nie przerywając zaklęcia, rzuciłam się zombi pod nogi, przejechałam po śliskim błocie na brzuchu, poderwałam się szybko i pobiegłam dalej. Zombi chrząknął, zdziwiony, i potuptał za mną. Miecz zaczepiał o jakieś korzonki i robił się coraz cięższy z każdym krokiem.
Ups! Stoi parka. Tym się nie prześlizgnę między nogami. Wyciągnęłam z kieszeni pierwszy lepszy artefakt i aktywowałam. Zombi rozrzuciło na boki, a ja pobiegłam naprzód. Dalej wszystko działo się jak w koszmarnym śnie po strasznym pijaństwie. Czwórkę zombich unicestwiłam za pomocą artefaktów jeszcze przed zakończeniem kreślenia. Trzy napotkane na samym początku uparcie lazły za mną, sądząc z odgłosów co rusz tracąc równowagę i padając.
Po skończeniu pentagramu stanęłam w jego centrum. Nawet pod groźbą śmierci nie mogłam zrobić już ani kroku. Kiedy tylko trójca prześladowców przekroczyła linię, wykrzyczałam ostatkiem tchu zaklęcie. Zombi popadały jeden na drugiego, jak worki z piaskiem. Zostały jeszcze trzy. Ocierając pot z czoła, przejrzałam zapasy oręża. W czasie zwariowanego biegu przy kreśleniu zużyłam na próżno kilka artefaktów. Z tych sensownych został tylko obezwładniający i antyupiorowy o niewiadomym działaniu. Gdzie ta słodka trójeczka? Co mam z nimi począć? Miałam jeszcze szpilkę we włosach, ale ją chciałam zachować na najgorszy wypadek.
Podniosłam się z trudem, spojrzałam na miecz, ale nie zaryzykowałam jego porzucenia. Zombi są tępe, ale w dopiero co aktywowany krąg nie wejdą, instynktownie unikając wrogiej magii. Trzeba ich poszukać osobiście.
– Cip-cip-cip – zawołałam niepewnie, przypominając sobie Ottona.
Nic się nie poruszyło, nawet krzaki nie zaszeleściły. Ostrożnie szłam po ścieżce, czując jak w butach chlupie mi woda.
– Kici-kici, chodźcie tutaj, skarbeńki! Taś-taś-taś! Guli-guli-guli!
Co dziwne, na „guli-guli” zaszurało w krzakach po prawej stronie i na ścieżkę wylazł zombi. Wyglądał bardzo osobliwie – z ust kapała mu ślina, a oczy świeciły na zielono. Piękniś wyciągał ku mnie łapy z długimi, żółtymi paznokciami. W przeciwieństwie do pozostałych, ten zombiak poruszał się bardzo szybko.
– Sukinkot! – pisnęłam, odskakując i aktywując artefakt przeciwko upiorom. Pojawiła się niewielka trąba powietrzna, porwała zombi, zakręciła nim w powietrzu i cisnęła o pobliski nagrobek. Marmur pękł na dwoje, przeciwnik natomiast przestał dawać oznaki aktywności, mało tego, zaczął się w przyspieszonym tempie rozkładać. Odwróciłam się od wstrętnego widoku i runęłam z powrotem w krzaki – cyklon nie wybiera kogo i gdzie rzucać.
Mdliło mnie, przed oczami latały mi srebrzyste gwiazdki. Oczywiście wedle wszelkich prawideł pecha, znalazłam się w „przyjaznych” objęciach dziewiątego przyjemniaczka. Ryknąwszy radośnie, szarpnął mnie za lewe ramię tak mocno, że straciłam przytomność. Natychmiast jednak ocknęłam się – pod wpływem bólu i woni. Wierna szpileczka wykonała dobrą robotę, został mi już tylko jeden przeciwnik. Moja ręka zwisała bezwładnie. Płacząc z żałości nad sobą, wlokłam się przed siebie, potykając o krzewy i płyty nagrobne.
– Grrr? – zabrzmiało pytająco.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam dziesiątego. Był dość mocno sfatygowany, widocznie dostał się w strefę działania któregoś ze szczodrze rozrzucanych artefaktów. Szlochając, aktywowałam ostatni. Zombi zamarł. Nie mogłam jednak przypomnieć sobie zaklęcia, pozbawiającego go energii! W głowie tłukło mi się jedynie „uciąć mu głowę”. Zamachnęłam się mieczem, ale natychmiast zawyłam z bólu w ramieniu. Musiałam zwalić zombi na ziemię i odżynać mu łeb, jakbym kroiła kiełbasę. O dziwo, to zajęcie mnie uspokoiło. Rzetelnie piłowałam martwe mięso, siedząc na wierzchu. Zombi zaczął się znowu poruszać i wtedy przypomniałam sobie odpowiednią frazę. Patrząc w twarz ostatniego przeciwnika, z przyjemnością go wykończyłam, wyobrażając sobie, że na jego miejscu są wszyscy rorritorczycy razem ze swoim parszywym uniwerkiem, deszczem i katarem. I kontynuowałam odcinanie głowy.
– Ola! Ola, kochanie! – Irga padł przede mną na kolana. – Co z tobą?
– Jestem zajęta – odparłam surowo.
– Ola, byłaś pierwsza, przerobiliśmy ich! Przerobiliśmy! – triumfował Otto. – Irga, co ona robi?
– Nie wiem. Może jest w szoku?
Irga spróbował oderwać moje ręce od martwiaka, a ja zemdlałam.
Chwilę triumfu pamiętam dość słabo. Stałam przed profesorem Dimitrem i zgrzytałam zębami z bólu, marząc o uzdrowicielu. Podtrzymywał mnie Otto, puchnący z dumy.
– Chciałaby pani coś powiedzieć? – spytał prorektor.
– Tak. Zapraszam chętnych jutro na wykład o wytwarzaniu artefaktów. Dziękuję wszystkim.
– Uzdrowiciel już tu jest. – Irga troskliwie posadził mnie na ławce. Rozejrzałam się. Otaczał nas tłum spragniony znajomości ze mną.
– Irga... – zajęczałam.
– Tak, kochanie, rozumiem, że w tej chwili nie masz ochoty z nikim rozmawiać. Za to ja, owszem, mam coś do powiedzenia. – I troskliwy narzeczony w jednej chwili zmienił się w straszliwego nekromantę.
– Kto...? – odezwał się lodowatym tonem. – KTO podsunął Oli upiornika jako zombie?!
Tłum cofnął się. Irga był straszny w gniewie.
– Dowiem się, kto to zrobił i sam uspokoję tego... cwaniaczka. Raz a dobrze uspokoję, a przedtem pożałuje, że się w ogóle urodził!
– Irronto, nie trzeba się nie denerwować, sam się zajmę wyjaśnieniem tego incydentu! – Między obecnymi przecisnął się profesor Dimitr. – Proszę przyjąć moje przeprosiny, Olgierdo!
– Nic nie szkodzi. – Uśmiechnęłam się miło. Uzdrowiciel właśnie zajmował się moim ramieniem, więc nastrój mi się poprawił. – Poinformuję o pańskiej gościnności nasz uniwersytet.
Prorektor wzdrygnął się.
– Olgierdo...
– Porozmawiamy jutro, profesorze – powiedziałam. – Jestem zmęczona, a muszę jeszcze napisać sprawozdanie dla władz uniwersyteckich.
– Zajrzy pani jutro do mnie? – spytał prorektor błagalnie.
– Oczywiście, przecież musi się pan podpisać pod dokumentem jako świadek.
Dimitr pokiwał głowa i rozgonił zbiegowisko.
– No proszę, artefakcik przeciw upiornikom jednak się przydał – odezwał się Otto, kiedy zmierzaliśmy w stronę hotelu.
– Zgadza się – odrzekł Irga. – Upiornika nie tak łatwo zlikwidować. Za długo byś się z nim *****ała, to by cię zeżarł. Dobrze, że od razu wiedziałaś, co z nim zrobić.
Zrobiłam mądrą minę, następnie spytałam:
– A który z nich był tym upiornikiem?
Irga zatrzymał się jak wryty i popatrzył na mnie, mrugając w oszołomieniu. A potem wybuchnął śmiechem. Śmiał się przedziwnie, spazmatycznie, aż klepnęłam go po plecach, pytając:
– Co w tym takiego śmiesznego?
– Wszystko przemyśleli... – wykrztusił Irga, ocierając łzy. – Zdobyli upiornika i przytaszczyli go na poligon. Oszukali sędziów. Ożywili i rozwścieczyli bestię. Jednego nie przewidzieli – że nie rozpoznasz upiornika! Jak zdałaś nekromagię?
– Jak, jak... Mam ci przypomnieć? Kopałam twój grób, a ty pisałeś pracę.
– Nie mój grób kopałaś – poprawił Irga, dusząc się od śmiechu. – No ale to szczegół...
Kichnęłam. Okropnie bolało mnie całe ciało i miałam zmarznięte stopy.
– Zachorujesz – ostrzegł Otto.
– Jeszcze czego...!
– Nie zachoruje. Wyleczę ją – powiedział Irga.
– Tylko nie skrzypcie za głośno łóżkiem przy tym leczeniu – odparł Otto. – Chce mi się spać. To był ciężki dzień.
– Jasne. Zlikwidować dziewięć zombi i jednego upiornika. Umordował się, biedaczek! – pożałowałam go.
– Tobą się przejmowałem! – obraził się półkrasnolud. – I to było ciężkie.
Naturalnie o skrzypieniu łóżkiem nie było mowy. Długo odmakałam w łazience z brudu, gliny i szczątków zombi, potem Irga napoił mnie jakąś specjalną herbatką, roztarł całe ciało wełnianą szorstką szmatką i zawinął w koc. W trakcie procedury rozcierania już spałam jak zabita.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-02-18 (881 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej