Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Triumf Endymiona
 
Katalog - dodano
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 Ostatni
- Charlie Fletcher
 84 000
- Claire North
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Nieśmiertelny'' - Catherynne M. Valente



Od tysiąc dziewięćset czterdziestego
Na wszystko patrzę jak z wysokiej wieży,
Jakbym mówiła do widzenia
Temu, z czym dawno się rozstałam.
Jakbym żegnała się znakiem krzyża,
Nim zejdę pod mroczne sklepienia.

Anna Achmatowa


Prolog
Nie oglądaj się



Złoty dym z palonego drewna ciężko wisiał nad zżętą pszenicą, a ziemia jeżyła się rżyskiem niczym łysiejąca staruszka. Jabłoniom już dawno obcięto gałęzie na podpałkę, korzenie wiśni dawno wykopano i ugotowano z nich strawę. Zimne i blade niebo kasłało kapkami apatycznego słonecznego blasku na szare puste gospodarstwa. Ptaki odleciały, jak strzały wypuszczone w niebo podczas niewidocznych potyczek, zawsze na południe, zawsze w dal. A jednak trzy chude pierzaste stworzenia zacisnęły pazury na uschniętej gałęzi gruszy i spoglądały w dół oczami jak paciorki różańca. Siewka ze złotymi plamkami, dzierzba z ostrym dziobem oraz kościsty gawron o czarnym obliczu uchwyciły się zielonego pnia. Wzmógł się wiatr; pachniał koniczyną przebijającą się przez dach, rdzą i starym, wyschniętym szpikiem.
Chłopiec stał, pociągając nosem, a smarki i łzy skapywały mu na podbródek. Ocierał je kłykciami, aż poczerwieniał mu nos, a drugą dłonią drapał się po brzuchu. Miał bezbarwne włosy i trudno było określić jego wiek, choć na twarzy jeszcze nie pojawił się meszek, żuchwa nie nabrała kanciastości, a żebra pozostałyby wąskie, nawet gdyby było na nich nieco mięśni. Spuścił wzrok, zbyt zmęczony, by mrużyć oczy w jesiennym świetle. Słońce smagało mu źrenice, budząc w nich cienie.
– Towarzyszu Tkaczuk! – Głos młodej kobiety przecinał rześkie, popielate powietrze jak nożyczki. – Zostaliście oskarżeni o dezercję, tchórzostwo w obliczu wroga. Czy zaprzeczycie?
Chłopiec popatrzył na dwie panie oficer i wypolerowaną ławę sądową, którą przywlekły z ciężarówki na to spustoszone pole tylko po to, by go ukarać, jakby armia była straszliwą surową matką, a on dzieckiem, które mimo wołania nie przyszło na kolację. Ciekło mu z nosa.
– Czy dnia osiemnastego czerwca – kontynuowała sierżant sztabowa, skrobiąc piórem po kartce notatnika, jak kura grzebiąca pazurem w piachu – zgłosiliście się do służby, gdy generał porucznik Tereszenko rozpoczął pobór we wsi Michajłowka, aby wszyscy mogli zaznać ziemskiej chwały poprzez dar z ciała złożony Ludowi?
– N-nie... – wymamrotał chłopiec chrapliwym i niewyraźnym głosem niewykształconego chłopa, skracającego samogłoski.
Oficer zmarszczyła z niesmakiem nos.
– Dlaczego? – warknęła, a guziki na jej oliwkowym mundurze zalśniły jak oczy w blasku słońca.
– Mam... mam... jedenaście lat, proszę pani.
Sierżant zmarszczyła czoło, ale nie rozchyliła ramion, nie przygarnęła go, nie pogładziła po włosach ani nie nakarmiła chlebem. Chłopiec pośpiesznie mówił dalej.
– No i mam chorą nogę. Złamałem, kiedy miałem sześć lat. Spadłem... z wisienki. Jak przyszedł ten człowiek z wielką księgą, uciekłem i schowałem się ze świniami. Nie chcę być w wojsku. I tak lichy byłby ze mnie żołnierz.
Słuchając niepewnej przemowy chłopca, sierżant sztabowa przybrała jeszcze surowszy wyraz twarzy.
– Nie możecie swobodnie rozporządzać swoim ciałem, towarzyszu. Ono należy do Ludu, a wy okradliście nas poprzez swoją słabość. Jednakże Lud nie jest pozbawiony litości. Tak jak wcześniej wybraliście kryjówkę pośród świń, zamiast służby pośród lwów, teraz możecie sobie wybrać karę: pluton egzekucyjny, na który w pełni zasługujecie, albo służbę w karnym batalionie.
Chłopiec wpatrywał się w nią szklistymi, pozbawionymi wyrazu oczami.
– Czyli na pierwszej linii frontu – dodała starsza oficer szorstkim głosem pełnym słodkiego jak miód nieskończonego miłosierdzia.
Gawron nastroszył piórka, dzierzba zaklekotała dziobem, siewka krzyknęła żałośnie i piskliwie. Nagły podmuch wiatru uderzył w źdźbła traw, nie przynosząc ani ciepła, ani słodyczy. Gęste, ciemne włosy kobiety otaczały jej głowę jak aureola, a w jej spojrzeniu kryły się surowość oraz zmęczenie.
– Zapewne zginiecie, ale niekoniecznie. Jesteście mali; kiedyś wszyscy tacy byliśmy. Być może was przegapią. Takie rzeczy już się zdarzały.
Sierżant sztabowa sprawiała wrażenie znudzonej. Zapisała coś w notatniku.
– Towarzyszu Tkaczuk, co wybieracie?
Chłopiec przez chwilę nic nie mówił, przenosząc wzrok z jednej kobiety na drugą, szukając łaski, jak dzik próbujący wywęszyć grzyby w ziemi. Gdy niczego nie znalazł, rozpłakał się. Rzadkie, suche, wygłodzone łzy przecinały brud na jego twarzy. Drobna pierś gwałtownie się unosiła, a ramiona drżały, jakby już spadł śnieg. Rozpaczliwie wytarł nos gołą ręką. Wśród smarków pojawiła się różowawa krew.
– Chcę do domu – załkał.
Siewka wrzasnęła, jakby przebiły ją długie ciernie. Dzierzba skryła dziób. Gawron nie mógł na to patrzeć – rozpostarł czarne skrzydła. Generał dywizji Maria Moriewna beznamiętnie patrzyła na płaczące dziecko. Sierżant sztabowa niecierpliwie stukała piórem.
– Idź – szepnęła Moriewna. – Biegnij. Nie oglądaj się.
Chłopiec popatrzył na nią tępo.
– Biegnij, chłopcze – wyszeptała pani generał.
Pobiegł. Za nim wzbijały się w powietrze drobiny martwej ziemi. Wiatr chwytał je i unosił w stronę morza.


Część pierwsza
Długi, wąski dom


Wtedy przybędziesz w czarnej żołnierskiej opończy
Ze straszną zielonkawą świecą
I nie pokażesz mi swej twarzy.
Lecz ta zagadka nie będzie mnie długo dręczyć
Czyja to dłoń pod białą rękawiczką
Kto posłał wędrowca, który przybywa w ciemności?


Anna Achmatowa

1. Trzej mężowie przybywają na ulicę Grochową



W pewnym nadmorskim mieście, które niegdyś nazywano Petersburgiem, później Piotrogrodem, następnie Leningradem, a potem, znacznie później, ponownie Petersburgiem, przy długiej, wąskiej ulicy stał długi, wąski dom. Tam przy długim, wąskim oknie, dziewczynka ubrana w bladobłękitną sukienkę i bladozielone kapcie czekała na ptaszka, który się z nią ożeni.
Większość rodziców zapewne zamknęłaby takie dziecko w jego pokoju, póki nie da sobie spokoju z niepokojącymi pomysłami, jednakże Maria Moriewna obserwowała przez okno mężów wszystkich trzech swoich sióstr, zanim ci zapukali do potężnych drzwi z wiśniowego drewna, dlatego była pewna swego losu, tak jak była pewna koloru księżyca.
Pierwszy mąż pojawił się, gdy Maria miała zaledwie sześć lat. Jej siostra Olga była wysoka i piękna, a złociste włosy spinała z tyłu jak belę jesiennego siana. Był srebrzysty wilgotny dzień, a długie, wąskie chmury wałkowały się po ich dachu równiutko jak papierosy. Maria patrzyła z ostatniego piętra, jak ptaki gromadzą się na dębach i chwytają pierwsze najmniejsze krople deszczu, które wszystkie skrzydlate istoty lubią najbardziej, wiedząc, że są jak malutkie winogrona pękające na języku. Ze śmiechem obserwowała gawrony walczące o deszcz, a wtedy całe stado nagle odwróciło się w jej stronę, przeszywając ją spojrzeniami jak igły. Jeden z ptaków, gruby i czarny, niebezpiecznie pochylił się na zielonej gałęzi, i nie spuszczając wzroku z okna Marii, ciężko upadł – łup, trach! – na chodnik. Ptaszek odbił się, a gdy stanął na nogach, zmienił się w przystojnego młodzieńca o dużym, złowieszczo zakrzywionym nosie, ubranego w elegancki czarny mundur, którego guziki lśniły jak krople deszczu.
Młodzieniec zapukał do potężnych drzwi z wiśniowego drewna, a matka Marii Moriewny zarumieniła się pod wpływem jego spojrzenia.
– Przyszedłem po dziewczynę z okna – odezwał się urywanym, miłym głosem. – Jestem porucznik Gracz z carskiej straży przybocznej. Mam wspaniałe domy pełne nasion, wspaniałe pola pełne ziarna, i więcej sukni, niż pani córka będzie w stanie włożyć, nawet gdyby przebierała się każdego ranka, wieczoru i nocy, aż do końca życia.
– Pewnie chodzi o Olgę – odrzekła matka Marii, unosząc drżącą dłoń do gardła. – To najstarsza i najpiękniejsza z moich córek.
I oto Olga, która rzeczywiście siedziała w oknie na pierwszym piętrze i wyglądała nie na ulicę, lecz na sad pełen opadłych jabłek, pojawiła się przy drzwiach. Widok przystojnego młodzieńca w eleganckim czarnym mundurze napełnił ją radością, tak jak wino napełnia bukłak, i ucałowała go przyzwoicie w oba policzki. Razem odeszli ulicą Grochową i żołnierz kupił dla swojej ukochanej złoty kapelusz z rondem przystrojonym długimi czarnymi piórami.
Kiedy wieczorem dotarli na miejsce, porucznik Gracz spojrzał na fiołkowe niebo i westchnął.
– To nie jest dziewczyna z okna. Ale będę ją kochał tak, jakby nią była, gdyż teraz widzę, że tamta nie jest mi przeznaczona.
I tak Olga wdzięcznie podążyła do majątku porucznika Gracza, skąd pisywała do sióstr pięknie ułożone listy, w których czasowniki były strzeliste jak zamki, a celowniki rozwijały się niczym pielęgnowane róże.
Drugi mąż się pojawił, gdy Maria miała dziewięć lat. Jej siostra Tatiana była przebiegła i rumiana jak lisica, a jej bystre szare oczy łapczywie spoglądały na wszystko, co ją zaciekawiło. Maria Moriewna siedziała w oknie i haftowała rąbek szatki do chrztu dla drugiego synka Olgi. Była wiosna i po porannym deszczu długa, wąska ulica lśniła wilgocią, a mokre różowe płatki zdobiły ją jak klejnoty. Maria patrzyła z ostatniego piętra, jak ptaki ponownie gromadzą się na potężnym dębie i chwytają przemoczone, pomarszczone kwiaty wiśni, jakie wszystkie skrzydlate istoty lubią najbardziej, wiedząc, że są niczym korzenne ciasteczka rozpuszczające się na języku. Ze śmiechem obserwowała siewki kłócące się o kwiaty, a wtedy całe stado nagle odwróciło się w jej stronę, przeszywając ją spojrzeniami jak noże. Jeden z ptaków, mały i brązowy, niebezpiecznie pochylił się na zielonej gałęzi, i nie spuszczając wzroku z okna Marii, ciężko upadł – łup, trach! – na chodnik. Ptaszek odbił się, a gdy stanął na nogach, zmienił się w przystojnego młodzieńca o krągłych i życzliwych ustach, ubranego w elegancki brązowy mundur z długą białą szarfą, którego guziki lśniły jak słońce.
Młodzieniec zapukał do potężnych drzwi z wiśniowego drewna, a matka Marii Moriewny uśmiechnęła się pod wpływem jego spojrzenia.
– Jestem porucznik Zujok z Białej Gwardii – powiedział, ponieważ oblicze świata się zmieniło. – Przyszedłem po dziewczynę z okna. Mam wspaniałe domy pełne owoców, wspaniałe pola pełne dżdżownic, i więcej klejnotów, niż pani córka będzie w stanie włożyć, nawet gdyby zmieniała pierścionki każdego ranka, wieczoru i nocy, aż do końca życia.
– Pewnie chodzi o Tatianę – odrzekła matka Marii, przyciskając dłoń do piersi. – To druga pod względem wieku i piękności spośród moich córek.
I oto Tatiana, która rzeczywiście siedziała w oknie na pierwszym piętrze i wyglądała nie na ulicę, lecz na sad pełen kwiatów jabłoni, pojawiła się przy drzwiach. Widok przystojnego młodzieńca w eleganckim brązowym mundurze napełnił ją ogniem, tak jak gorące powietrze napełnia jedwabny balon, i ucałowała go niezbyt przyzwoicie w same usta. Razem odeszli ulicą Grochową i żołnierz kupił dla swojej ukochanej biały kapelusz z rondem przystrojonym długimi kasztanowymi piórami.
Kiedy wieczorem dotarli na miejsce, porucznik Zujok spojrzał na turkusowe niebo i westchnął.
– To nie jest dziewczyna z okna. Ale będę ją kochał tak, jakby nią była, gdyż teraz widzę, że tamta nie jest mi przeznaczona.
I tak Tatiana z radością podążyła do majątku porucznika Zujoka, skąd pisywała do sióstr mądre listy, w których czasowniki tańczyły po kwadratach, a celowniki były pełne jak stoły zastawione do uczty.
Trzeci mąż się pojawił, gdy Maria miała dwanaście lat. Jej siostra Anna była smukła i delikatna jak łania, a rumieniec zakwitał na jej twarzy szybciej niż przemykające cienie. Maria Moriewna siedziała w oknie i haftowała kołnierzyk balowej sukienki dla pierwszej córki Tatiany. Była zima, a sterty śniegu na ulicy Grochowej piętrzyły się niczym długie zamarznięte kurhany. Maria patrzyła z ostatniego piętra, jak ptaki ponownie gromadzą się na potężnym dębie i chwytają ostatnie jesienne orzechy kradzione wiewiórkom bądź wydłubywane z kory, o których wszystkie skrzydlate istoty wiedzą, że są najbardziej gorzkie, jak stare smutki ciężko osiadające na języku. Ze śmiechem obserwowała dzierzby kłócące się o żołędzie, a wtedy całe stado nagle odwróciło się w jej stronę, przeszywając ją spojrzeniami jak bagnety. Jeden z ptaków, dostojny i szary, z czerwonym paskiem na policzku, niebezpiecznie pochylił się na zielonej gałęzi, i nie spuszczając wzroku z okna Marii, ciężko upadł – łup, trach! – na chodnik. Ptaszek odbił się, a gdy stanął na nogach, zmienił się w przystojnego młodzieńca o przymrużonych, diabelsko sprytnych oczach, ubranego w elegancki szary mundur z długą czerwoną szarfą, którego guziki lśniły jak latarnie.
Młodzieniec zapukał do potężnych drzwi z wiśniowego drewna, a matka Marii Moriewny zmarszczyła czoło pod wpływem jego spojrzenia.
– Jestem porucznik Żułan z Armii Czerwonej – powiedział, gdyż niezdecydowanym obliczem świata targały wtedy wewnętrzne zmagania.
– Przyszedłem po dziewczynę z okna. Mam wspaniałe domy, którymi dzielę się z bliźnimi, wspaniałe rzeki pełne ryb, i dzielę się nimi ze wszystkimi, którzy mają sieci, i więcej książek, niż pani córka będzie w stanie przeczytać, nawet gdyby sięgała po inną każdego ranka, wieczoru i nocy, aż do końca życia.
– Pewnie chodzi o Annę – odrzekła matka Marii, stanowczo opierając dłoń na biodrze. – To trzecia pod względem wieku i urody spośród moich córek.
I oto Anna, która rzeczywiście siedziała w oknie na pierwszym piętrze i wyglądała nie na ulicę, lecz na sad pełen bezlistnych gałęzi, pojawiła się przy drzwiach. Widok przystojnego młodzieńca w eleganckim szarym mundurze napełnił ją słodyczą, tak jak woda napełnia wiadro, i ze straszliwym wstydem pozwoliła jedynie, by ucałował jej rękę. Razem odeszli nowo przemianowaną ulicą Komisarską, i żołnierz kupił dla swojej ukochanej prostą szarą czapkę z czerwoną gwiazdą.
Kiedy wieczorem dotarli na miejsce, porucznik Żułan spojrzał na czarne niebo i westchnął.
– To nie jest dziewczyna z okna. Ale będę ją kochał tak, jakby nią była,
gdyż teraz widzę, że tamta nie jest mi przeznaczona.
I tak Anna posłusznie udała się do posiadłości porucznika Żułana, skąd pisywała do sióstr poprawnie ułożone listy, w których czasowniki były sprawiedliwie rozmieszczone między rzeczownikami, a celowniki nigdy nie prosiły o więcej niż potrzebowały.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-02-21 (877 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej