Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nadchodzi ogień
 
Katalog - dodano
 Wrota Abaddona
- James S. A. Corey
 W ogniu walki
- Marko Kloos
 Mass Effect: Andromeda. Inicjacja
- N.K. Jemisin i Mac Walters
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Nemezis
- James Swallow
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Gears of War 2: Ostatni z Jacinto'' - Karen Traviss



ROZDZIAŁ 1


Chcecie zalać Jacinto, nie ma problemu. Ewakuację drogą lądową możemy przeprowadzić w każdej chwili. Mamy też sporo łodzi trzymanych od jakiegoś czasu w trybie gotowości. Do tego nasza społeczność przyzwyczajona jest do tego rodzaju nagłych sytuacji – wystarczy tylko dać sygnał, a wszyscy natychmiast się ruszą. Kłopot leży gdzie indziej. Jest zima i obawiam się, że nie mamy ani dość sprzętu, ani zapasów, aby gdzieś w szczerym polu zafundować sobie gigantyczny obóz uchodźców. A potem jeszcze utrzymać go co najmniej przez rok. Bez wątpienia taka operacja będzie nas kosztowała wiele ludzkich istnień. Więc zanim podejmiemy jakiekolwiek decyzje, już na starcie weźmy to pod uwagę.

ROYSTON SHARLE
SZEF SZTABU ZARZĄDZANIA
KRYZYSOWEGO W JACINTO


JACINTO

GODZINA PO POWODZI

Podobno kiedy zbliża się śmierć, człowiek widzi całe swoje życie i wszystko staje się jasne.
Bernie Mataki niczego takiego nie doświadczyła. Zamiast tego swoim dziwacznym zwyczajem stwierdziła z ironią, że to kompletna głupota wędrować na drugi koniec świata tylko po to, by utonąć w Jacinto.
„Jak ja nienawidzę wody” – pomyślała. „Najgorszemu wrogowi nie życzę takiego końca”.
Jakieś dziesięć metrów przed nią pienił się potężny wir. Przez głowę przemknęło jej, że znalazła się w olbrzymiej umywalce, którą ktoś napełnił po brzegi, a potem wyjął korek. Prąd stawał się coraz mocniejszy. Kawałki drewna, wyrwane z korzeniami rośliny, plastikowe śmieci, a nawet martwy pies – mały brązowy terier z czerwoną obrożą – wszystko to przemykało obok niej i przepadało w czeluściach wiru. Jakaś metalowa rurka, która nadpłynęła nie wiedzieć skąd, uderzyła ją niespodziewanie w ramię, a następnie, wyskakując z wody, mignęła tuż przed oczami postrzępionym końcem, by sekundę później zniknąć z pluskiem pod spienioną powierzchnią morza.
„Jestem następna. Już po mnie. Nie mam nawet gdzie podpłynąć. Utonę tutaj... albo tam, w tym cholernym wirze...” – kołatało jej w głowie. „Do diabła, weź się w garść, dziewczyno! W końcu jesteś specem od survivalu, czyż nie? Zrób coś! Jeszcze nie umarłaś!”
Rozejrzała się. Wszystko, co widziała z tego miejsca, to kolumny czarnego dymu unoszące się ku niebu i odległe błyski światła słonecznego odbijanego raz za razem od jakichś połyskliwych powierzchni – to ostatnie Kruki właśnie odlatywały za horyzont.
– Sorrens... – Słona woda na moment zalała jej usta. – Sorrens, jesteś tam jeszcze?
Cisza.
Był ostatnim człowiekiem z jej oddziału. Choć łączność padła dawno temu, do ostatka walczyli ramię w ramię, usiłując desperacko wydostać się na powierzchnię. Kiedy wreszcie dotarli do celu, helikopterów już nie było, zaś Jacinto zaczęło pochłaniać morze. Najbardziej wkurzało ją to, że Sorrens tyle z nią przeszedł, a teraz miał utonąć, bo jakiś dupek ze sztabu postanowił w nieodpowiednim momencie odkręcić kurek. Już lepiej by było, gdyby poległ podczas walki.
„No tak, ale oni tam myśleli, że nie żyjemy” – stwierdziła gorzko. „Psiakrew, nie możemy być jedynymi, którzy nie zdążyli się ewakuować...”
Cała ta ich dumna twierdza była już tylko wspomnieniem. Rozszalały żywioł nie oszczędzał niczego. Budynki jeden po drugim zapadały się w głąb przepastnych jam, tworząc ogromne wiry, te zaś połykały wszystko, co tylko znalazło się w ich zasięgu. Ona, Bernie, miała być następna w kolejce. Ręce już dawno temu zdrętwiały jej z zimna i z trudem trzymała się jakiejś blaszanej rynny opadającej do wody niczym przewrócony maszt. Większość dachu, do którego była przymocowana, dawno temu porwał nurt, zostawiając w całości tylko spiczasty szczyt wystający wysoko ponad toń. Spojrzała nań w poszukiwaniu jakiegoś uchwytu, ale nie znalazła niczego sensownego. Niczego poza kwiatonem w kształcie dwugłowego orła, który jednak był poza jakimkolwiek zasięgiem, nie mówiąc o tym, że pewnie i tak by jej nie utrzymał.
Dwie minuty. Wystarczą tylko dwie minuty w takich warunkach, żeby umrzeć z wychłodzenia organizmu. A ona była tu już o wiele dłużej. Jak to w ogóle możliwe?
Nagle, nie wiedzieć kiedy i skąd, na powierzchni wokół niej pojawiły się tęczowe, tłuste plamy. To nie wróżyło niczego dobrego.
„Nie wolno mi się poddawać... Cholerne radio...”
Bernie ustabilizowała oddech, a potem postanowiła sprawdzić, czy uda jej się złapać łączność z kimkolwiek. Gdy tylko puściła się rynny i sięgnęła dłonią do słuchawki zamontowanej w uchu, wartki nurt szarpnął nią wściekle. Tylko cudem nie poszła od razu na dno. Zaciekle walczyła o oddech, a sytuacji nie ułatwiał fakt, że miała na sobie najnowocześniejszy rynsztunek – o wiele cięższy od standardowego wyposażenia – który z oczywistych względów kompletnie nie nadawał się do tego rodzaju kąpieli. Najgorsze, że nie mogła się go pozbyć, bowiem do tego potrzebowała obydwu rąk. Szybko wróciła do poprzedniego, podwójnego chwytu. Dysząc ciężko, uświadomiła sobie grozę sytuacji – była zbyt wyczerpana i za ciężka, a suchy ląd znajdował się zbyt daleko, by popłynąć wpław. W dodatku szybko słabła i każda chwila przybliżała ją do porażki.
Wszystko, co teraz słyszała, to huk morza, skrzypienie wyginanego metalu przypominające jakiś potworny ludzki jęk i odległy świergot rotorów ostatnich Kruków znikających gdzieś za bursztynowym horyzontem. Do tego coraz intensywniej czuła zapach paliwa, a tuż nad wodą dostrzegła ledwie widoczną mgiełkę jakiegoś gazu.
„Błagam, niech tylko nie pojawi się teraz żaden ogień” – modliła się w duchu. „Nie chcę spłonąć w tej cholernej wodzie. To byłaby jakaś pieprzona ironia losu. Szkoda czasu – trzeba działać. Jeden... dwa... trzy...”
Bernie znów oderwała rękę od rynny i pomachała nią zamaszyście, ale zaraz zrozumiała, że to tylko strata czasu – śmigłowce odleciały już za daleko, żeby ktokolwiek mógł ją dostrzec. Nawet dla załóg jachtów i motorówek była ledwie maleńkim punktem w spienionej zupie pełnej gruzu i śmieci. Ale teraz, skoro już oswobodziła dłoń, a zarazem nie wciągnęło jej w głębinę, postanowiła czym prędzej obrócić się i rozejrzeć za innymi ocalałymi.
Wokół siebie ujrzała tylko martwe ciała. Szybki prąd nił je tuż obok niej, kierując w sam środek rozszalałego wiru.
„Czy o nich też zapomniano? A może świadomie wybrali śmierć, nie chcąc stąd odchodzić?”
Ludzie robią w takich sytuacjach najdziwniejsze rzeczy, także te niemądre. Bernie jednak zawsze szczyciła się tym, że przeszła prawdziwe piekło i przetrwała. Przycisnęła mocno palec do słuchawki i poruszyła nią, chcąc się upewnić, że ma ją prawidłowo zainstalowaną. Wyraźnie usłyszała w uchu jednostajny, daleki szum. A więc mimo nasączenia wodą urządzenie nadal działało. Tylko czy poprawnie?
– Sierra-jeden do dowództwa. Tu Mataki. Odbiór.
Czas – to było jedyne, czego nie miała. Nawet jeśli ktoś ją usłyszy i zawróci, dotrze tu pewnie na tyle późno, że znajdzie tylko jej zwłoki. Nie powinna liczyć na żaden cholerny cud. Jeśli przeżyje, to tylko dzięki samej sobie.
– Sierra-jeden do dowództwa. Tu Mataki. Słyszycie mnie? Odbiór.
Radio wciąż milczało. Ale może ją słyszeli? Może tylko nie mogli odpowiadać? Powinna przekazać im swoje położenie, tak na wszelki wypadek. Tylko jak rozeznać się w tym odmienionym przez powódź krajobrazie? Zwłaszcza jeśli oczy co chwila zalewają fale. Cały czas próbowała sobie przypomnieć, gdzie widziała w Jacinto kamienny kwiaton w kształcie głowy orła.
– Sierra-jeden, tu sierżant Bernadette Mataki... Proszę o natychmiastowy transport. Powtarzam, proszę o natychmiastowy transport... Moja pozycja to... to...
„Cholera, myśl, kobieto! Co to za kopuła tam, w oddali?”
I nagle olśniło ją.
– Biblioteka Ojców Założycieli, południowa część dachu. Znajduję się nieopodal Mauzoleum Ginnet. Potrzebna pilna ewakuacja. Odbiór.
Kończąc komunikat, wiedziała, że teraz nastąpi najtrudniejsza część zadania – czekanie. Ciekawe, ile czasu minie, zanim uzna, że nikt nie przyjdzie jej z pomocą?
Spojrzała na wschód, chcąc sprawdzić, czy którakolwiek z małych wysepek w pobliżu portu przetrwała katastrofę. Gdyby udało jej się zrzucić choć część rynsztunku, mogłaby uczepić się jakiejś belki czy płyty i spróbować popłynąć tam z jej pomocą. Ku swojemu zdumieniu dostrzegła tylko majaczące na horyzoncie zewnętrzne mury portu oraz granitowy kikut będący kiedyś latarnią morską. Jedno i drugie za daleko – nie dotarłaby tam nawet w normalnych warunkach.
– Tu Mataki – odezwała się jeszcze raz. – Spróbuję trzymać się jak najdłużej. Bez odbioru.
Wyłączyła radio, chcąc oszczędzić baterie. Jeśli ją usłyszeli i wyślą pomoc, będzie musiała przecież dać jakiś sygnał do szczegółowego namierzenia swojej pozycji.
„Ile jeszcze do zmierzchu?”
Na oko oceniła, że jakieś dwie, trzy godziny.
Może jednak powinna spróbować dostać się na pozostałości dachu? Jeśli cała konstrukcja wytrzyma jej ciężar i nie zawali się, przetrwa tam kolejne cenne minuty, a może nawet godziny. Gdyby przesunęła się wzdłuż rynny, w końcu dotarłaby do szczytu ściany frontowej, a stamtąd mogłaby wspiąć się po skosie aż na samą górę.
Poczuła, jak rozpiera ją duma. Woda była najgorszym jej koszmarem, a mimo to nie poddała się strachowi. Nawet w tak trudnych warunkach potrafi ła zapanować nad swoimi emocjami i zachować trzeźwość umysłu. Jeśli to jej się udało, wszystko było możliwe.
– Nie dostaniesz mnie – powiedziała głośno.
Zanurzyła rękę i sięgnęła do pasa, gdzie obok torby miała przytroczoną także linę. Ostrożnie, bez zbędnego pośpiechu zaczęła odwiązywać tę ostatnią zgrabiałymi z zimna palcami.
„Tylko jej nie wypuść” – upominała się w myślach. „I nie otwórz niechcący torby. Te rzeczy nie pływają”.
Po chwili z ulgą wyciągnęła linę na powierzchnię. Połowa zadania wykonana. Teraz kolejny etap – utworzenie na końcu niewielkiej pętli. Jedną ręką. Na szkoleniach z survivalu takie ćwiczenie nie stanowiło najmniejszego problemu, ale w obecnych warunkach, kiedy nie miała pod nogami żadnego oparcia, musiała nieźle się natrudzić, zanim dopięła swego. Wreszcie wiązanie było gotowe, a Bernie pochwyciła sznur w zęby, żeby przypadkiem nie zgubić swojego prowizorycznego lassa.
„Piratka z zatoki!” – zaśmiała się w duchu. „Cholera, muszę wyglądać jak kompletna idiotka”.
Przesuwając ręce po rynnie, powoli zaczęła zbliżać się do krawędzi dachu – dokładnie do miejsca, gdzie pomiędzy zalaną po sam szczyt ścianą a poszyciem z dachówek ziała sporej wielkości wyrwa. Trwało to niemal wieki i zabrało jej prawie całą energię, ale wreszcie dotarła do celu. Ostatkiem sił dźwignęła nogę i usiadła okrakiem na murze, przez który cały czas z impetem przelewało się morze. Nie widząc swoich ud i nie mając pewności co do punktu zaczepienia, zachwiała się niebezpiecznie, zaraz jednak odzyskała równowagę. Potem wyjęła linę z ust, zwinęła ją i rzuciła w stronę kwiatonu.
„Szlag by to trafił...” – zaklęła w duchu, kiedy chybiła.
Spróbowała ponownie, a potem jeszcze raz – ale albo polimerowe lasso było zbyt lekkie, albo ona miała za mało sił, by nim celnie rzucać.
„Nie poddawaj się. Dopóki walczysz, żyjesz. Poza tym w ten sposób się rozgrzejesz”.
Wreszcie pętla opadła na szyję dwugłowego orła.
Bernie owinęła linkę wokół ręki i kilkoma mocnymi szarpnięciami sprawdziła, czy zaczep jest bezpieczny. Płaszczyzna dachu pochylona była pod kątem pięćdziesięciu stopni i wszystko, co musiała teraz zrobić, to jedynie wejść na samą górę, choćby i na kolanach, zwieszając cały swój ciężar na sznurze.
To niesamowite, z jaką łatwością mózg potrafi oszukać człowieka. Niebezpieczeństwo, które w normalnych warunkach dostrzegłby już na pierwszy rzut oka, w ekstremalnych sytuacjach często jawi się jako drobna przeszkoda lub zgoła w ogóle nie jest zauważane. Bernie przypomniała sobie o tej zasadzie zaraz po tym, jak się podniosła. W jednej chwili odkryła, że ściana, na której do tej pory siedziała, wcale nie stoi w pionie; więcej nawet – że cały budynek jest solidnie przechylony, co dodatkowo potęgowało złudzenie, że wszystko znajduje się w najlepszym porządku. Było już jednak za późno. Mataki, która wcześniej wyciągnęła nogę z wody i wcisnęła but w szczelinę w murze, zabezpieczając się w ten sposób przed ewentualnym ześlizgnięciem, po gwałtownym poderwaniu się niemal natychmiast straciła równowagę. Zamachała rękami, rozpaczliwie ratując się przed upadkiem, a już po chwili wisiała nad wrzącą kipielą, z jedną stopą wciąż zakleszczoną w pułapce, a drugą – zanurzoną w morzu, absurdalnie szukającą nieistniejącego punktu podparcia.
Ratunkiem okazała się lina, którą Bernie wciąż trzymała w dłoniach. Tylko dzięki niej nie wpadła na powrót w ciemne, kotłujące się niczym spieniony kwas odmęty.
Uczucie zmęczenia odeszło w jednej chwili, a w ciele rozlało się znajome ciepło. W porządku, jeszcze raz się udało. Wszystko, co musiała teraz zrobić, to wrócić do pionu i wspiąć się wreszcie na szczyt, do kwiatonu.
„Bułka z masłem” – pocieszyła się w duchu.
Naprawdę w to wierzyła. I nie zamierzała analizować dlaczego. Zamiast tego wolała skupić się na tu i teraz. Postanowiła potraktować wspinaczkę po dachu jak bieg przełajowy – wtedy nie myślisz o całości, tylko o tym, jak minąć najbliższą przeszkodę. A późiej drugą, trzecią, czwartą i tak aż do samego końca.
Kiedy dotarła do połowy drogi, zatrzymała się i przewróciła na plecy. Zamierzała obejrzeć skaleczenia i otarcia, ale ostatecznie zdecydowała, że zrobi to dopiero na samym szczycie. Przywiąże się tam do kwiatonu, dzięki czemu uwolni obydwie ręce. W ten sposób będzie mogła także sprawdzić Lancera i ocenić stan zapasów w torbie.
„A potem spróbuję nadać kolejny komunikat” – obiecała sobie. „Cholera, przecież nasz sztab musi w końcu odzyskać łączność”.
Wciąż leżała, wsłuchując się w otoczenie. Jacinto ciągle
krzyczało, rozgniatane masami płynnego chaosu. Ale to było trochę dalej. Bliżej zaś coś rytmicznie uderzało o wodę. Znała ten rodzaj plusku. Ktoś płynął wpław.
„Boże, nie jestem sama! To pewnie Sorrens! Udało mu się!”
dźwięk wciąż się zbliżał. Wzięła kilka głębokich oddechów, żeby zebrać resztę sił.
– Dowództwo, tu Mataki – jęknęła do radia, dźwigając z wysiłkiem tułów do pionu. – Proszę o natychmiastową ewakuację. Znajduję się na...
Umilkła, uświadamiając sobie, że plusk nagle ustał.
Rozejrzała się po okolicy. Byłe centrum Jacinto znajdowało się teraz po drugiej stronie biblioteki, nie zobaczyła więc przed sobą resztek budynków, które dokonywały swego żywota, ale zwykłe wzburzone morze, nad którym – jak się zdawało – zaległy gęste, burzowe chmury. I to wszystko.
Nikogo żywego w zasięgu wzroku.
– Sorrens, to ty?! – zawołała w pustkę.
Przez moment zastanawiała się, czy nie miała przypadkiem halucynacji, ale ostatecznie odrzuciła tę myśl. Szarpnęła kilka razy za linę, chcąc się upewnić, że wciąż mocno trzyma, a następnie zawiązała jej koniec wokół talii. Straciła sporo ciepła, a noc zapowiadała się na długą i zimną, więc każdy ocalały – jeśli będą się wzajemnie ogrzewać – oznaczał większe szanse na przeżycie.
Hamując obcasami butów, zaczęła na powrót zsuwać się do wyrwy. Dotarłszy na dół, miała już plan, jak wyciągnąć tonącego z wody i co zrobić potem. znów się rozejrzała. Z tej perspektywy kipiel poniżej zdawała się gęsta niczym olej. Przez kilka długich sekund z uwagą wypatrywała głowy pomiędzy falami. Nic.
A potem nagle morze u jej stóp eksplodowało.
Jakieś potężne cielsko wystrzeliło na powierzchnię, niczym morświn wyskakujący na ląd. Bernie wciągnęła raptownie powietrze i szarpnęła za linę, dostrzegając kątem oka, że to nie Sorrens, tylko Truteń. Odruchowo usiłowała zawrócić, jednak zanim cokolwiek zrobiła, znalazła się oko w oko ze swoim najgorszym wrogiem.
W jej głowie zaczęły się kłębić dziesiątki myśli.
To cholerstwo potrafi pływać! Gnojek, powinien być martwy, a zamiast tego wspinał się na dach! Na jej dach!
– Walę cię – rzuciła i sięgnęła po nóż ukryty w cholewie.


KRÓLEWSKI KRUK KK-239 W DRODZE DO PORT FARRALL

Słuchawka w uchu Doma wciąż głucho trzeszczała.
– KK-dwa-trzy-dziewięć do dowództwa – powtórzył ktoś głośno w kabinie. – Czy mnie słyszycie?
To Sorotki, pierwszy pilot Kruka, który od jakiegoś czasu usiłował skontaktować się ze sztabem. Santiago wyraźnie słyszał każde jego słowo, ale teraz nie miało to dla niego żadnego znaczenia.
„O Boże, zrobiłem to” – powtarzał w duchu. „Zabiłem ją... Naprawdę ją zabiłem...”
Jego ciało zdrętwiało i czuł się tak, jakby zażył ogromne ilości środka uspokajającego. Wola przetrwania, która do tej pory trzymała go w kupie, teraz powoli słabła, zostawiając Doma sam na sam z paraliżującym przerażeniem. Mógł znieść wszystko, ale nie wspomnienie ostatniego spojrzenia Marii, które wciąż tkwiło mu przed oczami.
„Zabiłem ją. Zabiłem własną żonę. A może to był tylko sen? Koszmar? Czy to zdarzyło się naprawdę? O Boże, ja oszaleję...”
– KK-dwa-trzy-dziewięć, jesteście tam? – usłyszał nagle w słuchawce. – Na moment złapaliśmy sygnał Mataki. Siedzi gdzieś na dachu Biblioteki Ojców Założy cieli. Przejmiecie ją?
– Może nie starczyć nam paliwa – odparł krótko pierwszy pilot.
– W porządku, w takim razie szukamy dalej...
– Zaraz – wtrącił się Marcus. – Zgadzamy się. Sorotki też, prawda?
– A co, jeśli odmówię?
– Wtedy będziesz musiał podrzucić mnie, jak daleko dasz radę, a ja po prostu popłynę po nią wpław – stwierdził twardo Fenix, ale w jego głosie nie było ani krzyny wrogości.
– Baird, jesteś ze mną?
Damon skinął głową. Zazwyczaj dodawał jeszcze jakąś głupawą uwagę, zwłaszcza kiedy chodziło o Bernie, ale tym razem tak się nie stało.
– Cholera, naprawdę mamy mało paliwa – burknął pod nosem Sorotki, a potem cmoknął i pokiwał ugodowo głową.
– W porządku, ale pod jednym warunkiem. Na miejscu wciągamy ją na pokład i od razu spadamy. Żadnych rekonesansów i misji ratunkowych, zrozumiano? Do punktu zbornego i tak dolecimy na oparach... Mitchell, kończ tę sesję zdjęciową i zabieraj stamtąd swój tyłek. Potrzebuję cię tutaj.
– Już się robi, szefie – zawołał drugi pilot, wygrzebując się z kopuły obserwacyjnej i chowając aparat fotograficzny do futerału. – Z chęcią znów zobaczę, jak Mataki rozkwasza Bairdowi nos.
– Dom? – Marcus położył rękę na ramieniu przyjaciela.
– Tak... – odparł ten na wpół machinalnie. – Pewnie, zróbmy to.
W duchu Santiago cały czas powtarzał sobie, że powinien wziąć się w garść. Powinien to zatrzymać, przerwać ten cholerny film, który w kółko ukazywał mu ostatnie chwile z Marią. Ale nie potrafi ł. A do tego miał świadomość, że to ledwie początek i że prawdziwe katusze dopiero przed nim. Chciał zniknąć, rozpłynąć się w pustce.
A jednak, kiedy spojrzał w bok i napotkał wzrok Marcusa, w jednej chwili wrócił do realnego świata – do miejsca, gdzie otaczali go przyjaciele, od których zależało jego życie i którzy dla niego narażali swoje. Jednym z nich była także Bernie. Jak mógł o tym zapomnieć?
Mitchell zajął swoje miejsce w kokpicie, a wtedy Sorotki przechylił Kruka mocno w prawo i zaczął zawracać w stronę Jacinto. Dom, wciąż stojąc w otwartych drzwiach, patrzył, jak ich helikopter zatacza ogromny łuk nad niezwykłą fl otą składającą się w większości ze zwykłych poduszkowców, pordzewiałych trawlerów i tankowców. Potem za nimi zobaczył grupę mocno wysłużonych okrętów wojennych, którą prowadziło kilka niewielkich lotniskowców. A jeszcze dalej – jakiś ledwie widoczny cień, który zdawał się przemykać tuż pod powierzchnią wody. Spojrzał w tę stronę uważniej i po chwili dostrzegł obły zarys kiosku wystającego ponad fale oraz antenę sonaru na dziobie.
– Ale jaja! – krzyknął stojący tuż za jego plecami Baird. – Wciąż mamy okręt podwodny! Cholera, z chęcią bym się nim pobawił. Wiecie, w to całe: „odpalić torpedy”, „pełne zanurzenie” i w ogóle...
Najwyraźniej Damon chciał go rozweselić, tymczasem on czuł się jak dziecko, które właśnie z krzykiem obudziło się z koszmaru i potrzebowało raczej ukojenia niż głupawych żarcików. Wyglądało na to, że choć wcześniej mechanik słyszał radiową rozmowę z Cole’em, kompletnie nie załapał jej sensu i chyba wciąż nie zdawał sobie sprawy, co się tak naprawdę tam, na dole, stało.
Dom znów wrócił myślami do chwili, kiedy jego żona umierała mu w ramionach.
„I tak będzie już zawsze – na każdym kroku będę sobie o tym przypominał i nic na to nie poradzę”.
Patrząc wciąż w dół, za wszelką cenę próbował skupić się na czymś innym.
– To obok to Sovereign – powiedział do Bairda, rozpoznając wyblakły, na wpół złuszczony znak kodowy wymalowany na kadłubie okrętu. – Nadawał się na złom jeszcze przed Dniem Wyjścia.
Wkrótce w polu widzenia pojawiły się także mniejsze jednostki – pontony, łodzie ratunkowe, motorówki desantowe, a nawet niewielkie kutry rybackie, na których wciąż jeszcze zalegały sieci i wiklinowe kosze. Santiago nigdy wcześniej nie widział tylu statków naraz. Nawet nie domyślał się ich istnienia. Musiano trzymać je w ukryciu – część w prywatnych przystaniach, a część w opuszczonych dokach – czekając na taką właśnie sytuację. Zresztą pewnie nie tylko dlatego. Ludzie chwytali się każdego sposobu, żeby w sekrecie przed innymi jakkolwiek wzbogacić swoją dietę, a połów ryb, nawet jeśli niósł ze sobą ryzyko utonięcia, idealnie zaspokajał tę potrzebę. Nie wątpił też, że byli tacy, którzy w pogoni za iluzją potajemnie szykowali się do rejsu na odległe wyspy, nie przejmując się niebezpieczeństwami czekającymi ich na pełnym morzu.
„Tak jak Bernie – pomyślał – która w poszukiwaniu lepszego życia postanowiła do nas przybyć z drugiego końca Sery. Szalona kobieta!”
Dom doświadczył potęgi oceanu jeszcze w czasach Wojen Wahadłowych, kiedy służył jako komandos. Od tamtej pory sama świadomość, że gdzieś żyją ludzie, którzy dobrowolnie zgadzają się spędzać na okrętach całe miesiące, przyprawiała go o mdłości.
– W sumie powinniśmy być dumni, że potrafiliśmy to wszystko tak sprawnie przeprowadzić – oznajmił Baird. – Od Dnia Wyjścia ani razu nie ćwiczyliśmy schematów ewakuacyjnych, a przecież w tej operacji biorą udział także cywile.
– Widać mamy już to we krwi – odparł Santiago, zastanawiając się jednocześnie, ilu ludzi płynie tam, w dole. – Od lat posłusznie wykonujemy rozkazy, więc całość poszła gładko...
„Nie wszystko...” – odezwał się w nim wewnętrzny głos. „Ją przecież straciłeś, na zawsze...”
Zacisnął szczęki. Przez krótką chwilę jakimś cudem udało mu się nie myśleć o Marii, ale teraz koszmar znów powrócił. Podniósł wolną rękę, żeby rozmasować zdrętwiały kark, i dostrzegł, że drży mu dłoń. Szybko sięgnął do drugiej poręczy i zacisnął palce na chłodnym metalu. Jedyne, czego pragnął, to zapomnieć o ostatnich wydarzeniach. Opróżnić umysł do czysta i wytrwać w tym stanie chociaż pięć minut. Tak, pięć pieprzonych minut – dokładnie tyle by mu wystarczyło, żeby znów stanąć na nogi. Zamiast tego po raz kolejny ujrzał w wyobraźni moment śmierci swojej żony. Przymknął oczy i odwrócił głowę, by nikt z wnętrza kabiny nie mógł zobaczyć jego twarzy. Czuł się tak samo jak tamtej nocy na pokładzie Pomeroya, gdy najpierw usłyszał, że urodziła mu się córka, i zaraz potem, że jego brat, podobnie jak połowa kumpli z oddziału, poległ na polu bitwy. Ta niezwykła mieszanina radości i rozpaczy była wówczas nie do zniesienia. Nie miał pojęcia, jak sobie z tym poradzić, jak przetrwać następną godzinę. Tak jak teraz. Podczas akcji myślał tylko o tym, żeby przeżyć, ale gdy walka się skończyła, dojmująca świadomość straty wypełniła go po brzegi.
Szarańcza wreszcie przepadła w zimnych odmętach oceanu i mogli zacząć wszystko od nowa. Ale Maria także odeszła. I to nie tak jak dziesięć lat temu. Tym razem zniknęła na zawsze – a on jej w tym pomógł.
„Może mogłem ją uratować? Dlaczego nie spróbowałem? Dlaczego pociągnąłem za spust?”
Znał odpowiedzi. Wiedział, że to było dla niej najlepsze rozwiązanie. Tak jak wiedział, że dręcząc się podobnymi pytaniami, nie przywróci jej życia.
Niespodziewanie Baird trącił go łokciem, jakby szóstym zmysłem odgadł, co Domowi chodziło po głowie. Czyżby jednak dotarł do niego sens rozmowy z Cole’em? W przeciwieństwie do Marcusa Damon nigdy nie potrafił w takich sytuacjach znaleźć odpowiednich słów, ale tym razem Santiago był mu wdzięczny, że nie próbuje go pocieszać. Żeby tylko jeszcze przestał udawać, że nic się nie stało.
– Za dziesięć minut będziemy na miejscu – usłyszeli w słuchawkach głos Sorotkiego. – Cholera, w dole jest pełno dymu. Mam nadzieję, że odnajdziemy ją już przy pierwszym podejściu... Fenix, ty obsługujesz wciągarkę. Jeśli Mataki będzie nieprzytomna, zejdziesz do niej i załadujesz ją na siedzisko.
Marcus sięgnął po uprząż i kolejno sprawdził wszystkie klamry.
– Gdzie się przypina linę? – zapytał.
– Z przodu. Pasy zakłada się na barki, a drugie ciągnie pod pachami. Potem najlepiej skrzyżować ręce na piersiach i czekać. Kiedy Bernie zrówna się z pokładem, wciągnijcie ją po prostu do środka. To wszystko.
Fenix skinął głową i usiadł na ławeczce obok wciągarki, z uprzężą na kolanach i z miną, jakby medytował nad czymś głęboko. W przeciwieństwie do niego Baird wyglądał jak ktoś, kto nie bardzo wie, co ze sobą począć. A najbardziej doskwierał mu chyba fakt, że nie ma z kim pogadać.
– Widzę już budynek – oznajmił Sorotki. – Dwieście metrów przed nami, na lewo.
Dom przeszedł do drugich drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Jacinto wyglądało tak, jakby ktoś wrzucił zestaw domków dla lalek do ogromnej, głębokiej kałuży. To niezwykłe zniekształcenie skali potęgował dodatkowo fakt, iż wiele punktów orientacyjnych – charakterystycznych wież i kopuł – nagle zmieniło położenie lub w ogóle zniknęło. Nawet gdy helikopter zniżył wysokość lotu do dwudziestu metrów, wszystko wciąż zdawało się nienaturalnie małe.
– Jasna cholera – zaklął pierwszy pilot.
Marcus stanął obok Doma i też wyjrzał na zewnątrz, chcąc sprawdzić, co się dzieje, ale gęsty, gryzący dym zasnuł cały widok przed nimi, a w chwilę później wpadł także do kabiny.
– No co jest? – zawołał Baird, zakładając gogle. – Nie ma jej tam?
– Nie, chodzi o coś innego – odparł Sorotki przez radio.
– Kto z was najlepiej strzela?
Ostatnie słowa nie wróżyły nic dobrego i Dom poczuł nagły uścisk w żołądku. Wyobraźnia natychmiast zaczęła mu podsuwać koszmarne wizje, otrząsnął się z nich jednak, uznając, że nie ma się co martwić na zapas.
– Kto najlepiej strzela? – powtórzył jak echo Marcus, wciąż ściskając w ręku uprząż. – Mataki. W końcu jest snajperem. A w czym problem?
– Nasza przyjaciółka ma towarzystwo. I wcale nie piją herbatki...
Na chwilę wiatr rozwiał dym i wszyscy dostrzegli w dole dwie sylwetki. Pierwsza z nich – Gear w pełnym rynsztunku – siedziała na skraju dachu, kopiąc zawzięcie drugą, która próbowała na ten dach się wspiąć. Truteń?
– No, czas się zabawić – powiedział głośno Fenix. – Sorotki, podejdź najbliżej jak możesz.


BIBLIOTEKA OJCÓW ZAŁOŻYCIELI

Bernie już od jakiegoś czasu słyszała zbliżającego się Kruka, ale wolała nie odrywać wzroku od napastnika.
Stwór cały czas napierał, starając się wydostać z wody. Dobrze wiedziała, że kiedy tylko mu się to uda, dobierze się do niej. Przedstawiciele Hordy byli silniejsi od ludzi i w walce wręcz człowiek nie miał z nimi najmniejszych szans – zwłaszcza jeśli był wyczerpany, tak jak ona. Spojrzała prosto w bladoszare źrenice i dostrzegła, że podobnie jak ona Truteń też czuje się kompletnie zaskoczony całą sytuacją, a głównie pewnie tym, że chwilowo przegrywa ten pojedynek.
Ale to tylko iluzja. Miała świadomość, że znalazła się w potrzasku.
Wciąż leżała płasko na skraju dachu, uwiązana na cienkiej linie. Ponieważ wiszący na jej piersiach Lancer już wcześniej się zaciął, odsunęła go nieco na bok, aby mieć większą swobodę ruchów. Jedyną bronią, jaką dysponowała, był teraz nóż myśliwski. I nienawiść do wszystkiego, co chciało ją skrzywdzić.
Truteń po raz kolejny chwycił za krawędź ściany nośnej i usiłował się podciągnąć, ale Bernie błyskawicznie kopnęła go w ramię.
– Spieprzaj! – krzyknęła, przygotowując się do kolejnego ciosu.
Gdyby jej przeciwnik nie był tak czujny, już dawno dźgnęłaby go w ręce albo w tułów. Inna sprawa, że to i tak nie gwarantowało natychmiastowego zwycięstwa. Powinna raczej celować w główną arterię na szyi lub w oczy.
– Mówiłam, spieprzaj! To mój dach!
Helikopter musiał być już naprawdę blisko – hałas wydawał się ogłuszający, a na policzku wyraźnie czuła silny podmuch od łopat wirnika. Mimo to wciąż nie odrywała wzroku od stwora ani nie dawała załodze żadnych sygnałów. Jeśli pilot nie dostrzegł jej do tej pory, nic już na to nie poradzi.
W przeciwieństwie do niej Truteń spojrzał w górę. Kiedy ponownie opuścił łeb, w jego oczach dostrzegła desperację. W jednej chwili zrozumiała, że był zbyt zmęczony, aby gdzieś odpłynąć, zaś tutaj, gdzie czekał go ratunek, na drodze stała mu ona. Nie miał innego wyjścia, jak zebrać w sobie wszystkie siły i znalazłszy choćby najmniejszy punkt podparcia, wciągnąć się na dach pomimo jej ataków.
I tak właśnie zrobił.
W końcu natrafi ł gdzieś pod wodą na jakiś występ w murze, bo nagle wystrzelił w górę, lądując głową na udach kobiety. Błyskawicznie sięgnął łapami do jej pasa i uczepiwszy się go, zaczął się podciągać.
Jego oddech cuchnął niemiłosiernie.
W jednej chwili zapach stwora i jego ciężar wywołały wspomnienia, które Bernie starała się ukryć nawet przed samą sobą – niezliczone chwile słabości, bezradności, beznadziei. Ale nie zamierzała się poddawać. Wszystkie jej myśli i cała energia skupiły się teraz na jednym pragnieniu. „Dalej, załatw go!” – zdawała się krzyczeć w duchu. Uniosła wysoko nóż i uderzyła w potężny, opancerzony bark napastnika. Przez moment miała wrażenie, że trafiła ostrzem w beton.
Truteń ryknął. Czyżby go jednak zraniła?
Nadal trzymał ją w pasie, miażdżąc swoim ciężarem, więc zamachnęła się mocno i uderzyła ponownie. A potem znów i znów, za każdym razem ze ślepą furią, aż w końcu klinga zakleszczyła się o coś, a ona nie wiedziała, czy nareszcie przecięła grubą skórę i wbiła się w kość, czy po prostu zahaczyła o jakąś część pancerza. Szarpiąc rękojeścią na wszystkie strony, rozpaczliwie starała się oswobodzić broń. Ledwie sobie uświadamiała, że wokół niej rozpętało się prawdziwe piekło. Wściekłe podmuchy zapierały dech w piersiach i chłostały ją po twarzy wirującymi ziarenkami piasku, a hałas był tak potężny, że zagłuszył nawet szum rozszalałego morza.
Tak, to na pewno był Kruk. I unosił się tuż nad nią. Nie wytrzymała i zerknęła w górę. Przez moment wydawało jej się, że na pokładzie helikoptera dostrzegła kogoś, kto mierzył w jej stronę z karabinu pokładowego. Ale nie mógł przecież strzelać. Truteń wciąż na niej leżał, jedną ręką trzymając się jej rynsztunku, a drugą drapiąc dachówki i szukając dodatkowego punktu podparcia. Musiała sama sobie z tym poradzić. Uwolniła w końcu nóż i spojrzała w dół – na tę koszmarnie brzydką twarz z ustami rozwartymi w niemym krzyku. znów poczuła wstrętny odór. Mimo to wzięła głęboki oddech i z całej siły wbiła stalowe ostrze prosto w ucho napastnika.
„To powinno wystarczyć...”
Truteń zawył przeciągle. Wciąż wisząc na Mataki, bezskutecznie próbował sięgnąć wolną ręką do przeciwległej skroni, ale jego wysiłki z każdą chwilą słabły. Nagle uświadomiła sobie, że kiedy puści rękojeść, stwór razem z jej pamiątkowym orężem zsunie się z dachu i przepadnie na zawsze gdzieś w ciemnej otchłani. Nie mogła do tego dopuścić. Nie chciała. W ferworze walki człowiekowi przychodzą do głowy różne głupie pomysły i ten, jak uznała, z pewnością do nich należał. Nie zamierzała jednak oddawać morzu czegoś tak dla siebie cennego. Oparła drugą dłoń na opancerzonym barku Trutnia i przekręciła ostrze, wykręcając je z ucha niczym śrubę.
Stwór krzyknął jeszcze donośniej, szykując się do ostatniego ataku.
Dokładnie w tej samej chwili jej pas pękł i stwór zjechał w stronę spienionych fal, by zaraz potem zniknąć pod powierzchnią wody.
Teraz wreszcie mogła spojrzeć w górę, na helikopter. Podmuch powietrza na chwilę ją oślepił, więc osłoniła twarz ręką. Kruk cofnął się trochę, a ona dojrzała kogoś, kto kucał obok wciągarki i krzycząc coś, wskazywał na zjeżdżającą do niej uprząż ratowniczą.
„Marcus!”
Bernie nie słyszała, co do niej wołał, ale wiedziała, co robić. Nie miała tylko pewności, czy znajdzie w sobie dość siły, by podołać kolejnemu wyzwaniu. Jakiś metalowy element wyposażenia na końcu liny uderzył ją w głowę, ale nawet nie poczuła bólu. Chwyciła jasnopomarańczowe taśmy za pierwszym podejściem i... na tym skończyło się jej szczęście. Choć próbowała kilkakrotnie, z powodu Lancera na plecach i opasłego pancerza nie mogła przeciągnąć pasów pod pachami i dopiąć wszystkich klamer. Powinna była zdjąć cały swój rynsztunek, ale nie miała już na to siły. W pewnym momencie lina wymknęła jej się z dłoni i odleciała gdzieś na bok. Zaklęła w duchu, zastanawiając się, czy dostanie jeszcze jedną szansę.
„To przecież Delta” – pomyślała. „Na pewno mnie tutaj nie zostawią”.
Zacisnęła powieki i wzięła głęboki wdech. Jednocześnie coś ciężkiego opadło na dach obok niej. Wiedziała, że jeśli to znów Truteń, to miała przechlapane. Na szczęście, kiedy otworzyła oczy, ujrzała przed sobą Marcusa, który wyciągał ku niej rękę.
– Wstawaj, pomogę ci – wrzasnął mężczyzna, usiłując przekrzyczeć warkot rotora. – No już, nie mamy czasu!
Chwyciła mocno jego dłoń, a potem przecięła swoje prowizoryczne lasso, dzięki któremu utrzymywała się na spadzistym dachu. Nie do końca była pewna, czy podniosła się sama, czy też w całości wyręczył ją Fenix, ale w sumie nie miało to żadnego znaczenia. Ważniejsze, że po chwili miała na sobie swoją uprząż i wciąż kurczowo trzymając się swojego wybawcy, wjeżdżała na górę.
– Cholera, jak to dobrze znowu cię widzieć – zawołała. Była tak zziębnięta, że miała kłopot z wysławianiem się. – Mam u ciebie dług.
– Nie, nie masz – odparł.
Gdy oboje znaleźli się na wysokości pokładu, Dom i Baird wciągnęli ich do środka. Dwa splecione ze sobą ciała runęły ciężko na podłogę. Zaraz po tym, jak Damon wypiął ich uprzęże z wciągarki, Fenix poderwał się na nogi – w przeciwieństwie do Bernie, która wciąż leżała w zwojach lin, ciężko łapiąc powietrze. Kruk zaczął zataczać koło, kierując się z powrotem na północ.
– Jesteś cała sina – powiedział Dom, zamknąwszy drzwi po obu stronach kabiny, dzięki czemu poziom hałasu natychmiast spadł o połowę. – Musisz jak najszybciej się rozgrzać.
– Dzięki, stary – odparła. – Dam sobie radę.
Chciała wstać, ale wciąż była za słaba, więc tylko podparła się na łokciu i machnęła drugą ręką, żeby się nią nie przejmowali. Santiago przez kilka długich sekund przyglądał jej się badawczo, a potem przeszedł do stanowiska działonowego.
– Hej, blondasku – rzuciła, spoglądając na Bairda. – Tobie też dziękuję.
Damon nie odezwał się ani słowem; zamiast tego pomógł jej usiąść i okrył kocem. Jego zachowanie zaskoczyło ją do tego stopnia, że w pierwszej chwili nie wiedziała, co powiedzieć. Może faktycznie było z nią o wiele gorzej, niż sądziła.
– Sorrens się nie odezwał? – spytała. – Zgubiłam go gdzieś na dole.
– Złapaliśmy tylko twój sygnał, babciu – odparł mechanik, a Bernie ucieszyła się, że znów słyszy w jego głosie dawną złośliwość. – A tak przy okazji, to całkiem niezła sztuczka z tym nożem. Bardzo inspirujące.
– Z chęcią to powtórzę, jeśli tylko nadarzy się okazja – oznajmiła, starając się jednocześnie nie pokazać, że walka na dachu wydobyła z niej wspomnienia, o których wolałaby zapomnieć. Mimo wszystko nie chciała, żeby Baird widział ją słabą i zalęknioną. – Załatwiliśmy ich raz na zawsze, ale przecież zostali jeszcze jacyś maruderzy, prawda? Więc spokojnie możesz ich do mnie wysyłać. Mam z nimi kilka niedokończonych spraw.
– Jasne, babciu – odparł Damon, wciąż zachowując swój ironiczny uprzejmy ton. – Następny gnojek, jakiego spotkamy, jest twój. Masz to jak w banku.
Wyciągnęła szyję, żeby zobaczyć, co robi Dom. Przez wąski prześwit dostrzegła jego sylwetkę majaczącą za działkiem pokładowym. Milcząco wpatrywał się w ciemności i zdawał się kompletnie nieobecny. Podobnie jak Marcus. Nawet Baird był jakiś inny. To mogło oznaczać tylko jedno – złe wieści. Czuła to całą sobą. Komuś coś się stało, może nawet zginął. Ktoś, kto powinien z nimi tutaj być.
– Cole? – spytała, a jej żołądek skurczył się nagle do rozmiarów pięści. Augustus zawsze imponował jej swoją siłą, ale także poczuciem humoru i mądrością. Miała do niego słabość i uważała, że był niezastąpiony w trudnych sytuacjach.
– Gdzie jest Cole? Wszystko z nim w porządku?
– Tak, leci z Hoffmanem i Anyą – uspokoił ją Damon.
„Bez kpin? Bez sarkazmu?” – zastanawiała się w duchu. „To do ciebie niepodobne, blondasku. O co chodzi?”
Bernie nie lubiła zabaw w zgadywanki. Spojrzała na Marcusa, który siedział po drugiej stronie kabiny, ale z wyrazu jego twarzy odgadła, że nie ma za bardzo ochoty na rozmowę. I to ją jeszcze bardziej przestraszyło. Podobnie jak Doma, znała go od lat – od czasu gdy jako młody Gear rozpoczął służbę w Królewskiej Piechocie Tyrańskiej; na długo przedtem, zanim pojawiła się Szarańcza. Dobrze wiedziała, co wcześniej przeszedł i ile wycierpiał. A jednak teraz dostrzegła w nim coś nowego, jakiś wyjątkowy smutek.
– Gadajcie wreszcie, co się stało – powiedziała.
– Tai... odszedł... – zaczął Marcus i zaraz urwał.
Tai Kaliso? Ten wyspiarz z południa? Jej rodak? Przypomniała sobie, jak ramię w ramię walczyli na Polach Aspho.
– Nie wiem, czy znałaś Benjamina Carmine’a – dodał. – On też nie żyje.
Dowódca Delty wstrzymał oddech. Było jasne, że jeszcze nie skończył. Zawsze był powściągliwy, ale zbyt dobrze go znała, żeby nie dostrzec w jego oczach tego dziwnego wyrazu. Ostatni raz widziała go w takim stanie, kiedy zginął jego kumpel z oddziału i zarazem przyjaciel – Carlos Santiago, brat Doma.
– Marcus, kochanie! – niemal szepnęła. Świadomie tak się do niego zwróciła. Była od niego o dwadzieścia parę lat starsza, więc mogła sobie pozwolić na to, żeby przez chwilę przestać być zwykłym sierżantem. – Powiedz, cokolwiek to jest.
– Chodzi o... niego – odparł w końcu, wskazując głową przyjaciela; jego głos był tak cichy, że słowa te bardziej wyczytała z ruchu jego warg, niż je usłyszała. – Znalazł Marię...
Cierpiała, więc... Chciał jej pomóc... Musiał... Cholera, Bernie, on ją zastrzelił. Była jak jakiś pieprzony bezmózgi zombie. Próbowałem go pocieszyć, ale...
Przez lata nauczyła się niczemu nie dziwić, ale to, co przed chwilą usłyszała, przerosło jej odporność. Przez kilka następnych sekund z niedowierzaniem wpatrywała się w Feniksa, a potem przeniosła spojrzenie na Doma i nagle z całych sił zapragnęła przytulić go jak małego chłopca, którego trzeba pocieszyć i wesprzeć.
Ale ten gest i tak w niczym by mu nie pomógł. Znała to uczucie aż za dobrze. Wciąż pamiętała tamten dzień, kiedy Carlos wykrwawiał się na moście – ostrzeliwany przez wroga, bez szansy na ratunek – a ona zastanawiała się, czy skrócić jego męki. Nie miała wtedy złudzeń, że jeśli posłucha próśb rannego i pociągnie za język spustowy swojej snajperki, do końca życia będzie śniła o tym w swoich koszmarach. I tak się stało.
Nie pytała o szczegóły. Uznała, że dowie się wszystkiego w stosownym czasie. Kątem oka dostrzegła zdezorientowany wzrok Bairda, który spoglądał to na nią, to na Marcusa.
– Czy inni już o tym wiedzą? – zapytała.
– Nie... – Fenix wyprostował się. Zauważyła, że jego oczy stały się nieco bardziej szkliste. – I chcę, żeby tak zostało... O ile to tylko możliwe...
– Rozumiem – zgodziła się.
A jednak problem istniał. Każdy Gear, który znał Doma, wiedział, że ten szuka żony. Zresztą większość Odrzuconych także słyszała jego historię. Nie mogło być inaczej, skoro przez dziesięć lat chodził ze zdjęciem Marii i wypytywał o nią każdego, kogo napotkał.
– W porządku – dodała. – Możemy przecież mówić, że znalazł ją martwą, i tyle. Ludzie po jakimś czasie zapomną.
– Brzmi sensownie. – Marcus poklepał ją po ramieniu. – Dzięki, Bernie. Za wszystko.
Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy. Zmęczenie znowu dało o sobie znać i poczuła, jak ogarnia ją senność.
Przeklęty świat. Zawsze myślała, że kiedy już pokonają Szarańczę, nastąpią jakieś huczne uroczystości czy coś w tym rodzaju – ale widać życie miało inne plany. Nie była już podlotkiem i powinna wiedzieć, że kiedy kończą się wojny, przychodzi czas na żałobę, a nie na zabawę. A potem na ciężką pracę. Upłyną całe stulecia, zanim ludzkość dźwignie się z ruin i znów odzyska dawną świetność. Najgorsze, że wkrótce odczują brak wspólnego wroga, który do tej pory ich jednoczył. Bo jedyne, co teraz będzie ich trzymać razem, to walka o przetrwanie.
„Walka, w której nie obowiązują żadne reguły. Wiem to. Widziałam na własne oczy”.
Jakie to zresztą miało teraz znaczenie. W porównaniu z Domem jej traumatyczne doświadczenia były przecież niczym.
„Biedny mały drań. Los naprawdę go nie oszczędza”.
Otworzyła oczy i zdecydowała, że jednak spróbuje wstać, a potem pójdzie do stanowiska działonowego i usiądzie koło Santiago, żeby wiedział, że nie jest sam i że może na nich liczyć. Zanim cokolwiek zrobiła, spojrzała w tamtą stronę i dostrzegła, że Marcus już wpadł na ten pomysł – stał tuż za przyjacielem i razem z nim wpatrywał się w mrok.
„Jeśli cokolwiek może sprawić, że uda nam się odbudować ludzkość, to tym czymś jest właśnie braterstwo. Takie, jakie łączy nas, Gearów”.
Patrząc na dwójkę mężczyzn, pomyślała, że dokładnie wie, jak powinna wyglądać nowa cywilizacja.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-02-24 (816 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej