Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Upiorne zagrożenie
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Epic'' - Connor Kostick



- 1 -


Śmierć w rodzinie



Morska mgła osadziła na kuchennym oknie mikroskopijne kropelki wilgoci. Erik próbował nie myśleć o straszliwym ryzyku, na jakie zdecydowała się jego matka. Wpatrywał się w kropelki z niejakim roztargnieniem. Siedział jak skamieniały, obserwując wodniste plamki, które łączyły się z sąsiednimi, coraz większe i większe, póki nie urosły tak bardzo, że nie mogąc już dłużej utrzymać się na szkle, zsuwały się w dół chwiejnym kursem; po drodze zbierały wodę i poruszały się szybciej. W świecie milionów drobinek mgły był to prawdziwy kataklizm. Obok Erika siedział jego ojciec, który sprawiał wrażenie, jakby z wielką uwagą oglądał wyblakłe słoje drewna na wytartym blacie stołu. Żaden się nie odezwał od ponad godziny. Siedzieli w kiepskim nastroju, lekko przygarbieni. Aż wreszcie rozległy się głuche kroki, które zmieniły natężenie po przejściu z drewnianych schodów na posadzkę. Klamka w drzwiach uniosła się i do środka weszła matka.
– I co? – zapytał Erik, choć gdy tylko postawiła nogę w kuchni, wyczytał z jej bladej, wychudzonej twarzy, że nie usłyszy dobrych wiadomości.
– Zginęłam – odpowiedziała Freya cichym, drżącym głosem.
Harald wstał i podsunął jej krzesło. Chwyciła je drżącą ręką i osunęła się na nie, unikając ich badawczego wzroku.
– Chcesz powiedzieć, że na nic się zdała trucizna? – dopytywał się łagodnie Harald.
– Na nic. – Pokręciła głową. – Nie przeniknęła zbroi.
Ujął jej dłonie, próbując ją pocieszyć.
– Robiłaś co mogłaś. Wiedzieliśmy, że to praktycznie niemożliwe.
– Przynajmniej walczyła. – Erik wstał gwałtownie. Po tak długim znieruchomieniu teraz rozsadzała go energia. Jego ojciec był porządnym człowiekiem, lecz Erik nie potrafił ukryć rozgoryczenia, które przyszło nie wiadomo skąd, żeby zatruć mu serce. Mama przynajmniej wyszła na arenę w ich imieniu; to ona miała najwięcej odwagi. Harald podwinął ogon… jak to on.
– Jakoś z tego wybrniemy. – Harald z rozmysłem ignorował Erika. Otoczył ramieniem Freyę.
– Tak sądzisz? – Z jej piersi wyrwało się ciche łkanie, co uświadomiło wstrząśniętemu Erikowi, że ona też czuje się przegrana.
– Nie oszukujmy się wzajemnie. Przynajmniej tyle. – Łzy napływały jej do oczu. – Zostaniemy przesiedleni.
Przesiedlenie. Życie na farmie było ciężkie, ale nie tak męczące jak harówka w kopalniach lub na solniskach – lub przy wielu, wielu innych pracach, którym trzeba było się poświęcić na planecie Nowa Ziemia. Przesiedlenie oznaczało wyjazd z Osterfjordu, pożegnanie przyjaciół, a może nawet rozstanie z rodzicami. Nie byli już panami swego życia.
– Czemu nie rzucisz wyzwania, tato?
– Przestań! – burknął ze złością Harald. – I tak mi nie uwierzysz.
– Pewnie, że ci nie uwierzę. Już nie! Przecież to nie ma sensu. – Erik czuł, że jego głos staje się coraz bardziej piskliwy, więc przerwał dla zaczerpnięcia oddechu. – Może być coś gorszego niż przesiedlenie?
– Są gorsze rzeczy – odparł złowieszczo Harald.
– Daj spokój, Erik. Przerabialiśmy to już tysiące razy. – Po raz pierwszy odkąd weszła do kuchni, Freya uniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. – Tata nie może za nas walczyć i koniec dyskusji!
– Ale czemu? – nie ustępował Erik.
– Nie mogę ci tego powiedzieć – rzekł Harald z ponurą miną.
– Do krwi utoczonej! Mam czternaście lat, nie jestem już dzieckiem. Powiedz.
– Nie.
Nie mogąc powstrzymać emocji, Erik rzucił o ścianę glinianym kubkiem, który dotąd trzymał w ręku. Kubek pękł z trzaskiem i rozsypał się na drobne kawałeczki, padające z brzękiem na posadzkę z płytek. Na pobielonej ścianie pozostał czerwonawy ślad. Cała trójka w milczeniu przyglądała się skorupkom. Wiedział, o czym myślą: choć nad rodziną zawisło widmo strasznej katastrofy, smuciło ich coś tak trywialnego jak strata kubka. Niemal natychmiast ochłonął z gniewu. Było mu wstyd i miał wyrzuty sumienia. Taki kubek to przecież nie byle co…
Kiedy tak siedzieli bez słowa, nie wiedząc, co w tej sytuacji powiedzieć, z podwórka doleciał odgłos biegnących nóg. Freya prędko wstała z krzesła i zaczęła zbierać potłuczone resztki glinianego naczynia. Rozległo się pukanie do drzwi.
– Proszę! – Albo Harald nie przejmował się tym, że gość zobaczy skorupy, albo wręcz przeciwnie: chciał, aby je zobaczył.
Do kuchni wbiegła złotowłosa dziewczyna, za nią zaś jej tęgi braciszek. Zawiało chłodnym powietrzem.
– O, Injeborg i Bjorn. Jak się macie? – Harald powitał młodych sąsiadów.
Freya ukryła za koszykiem gliniane kawałki i wyprostowała się.
– Cześć. Przykro nam, że tak się zakończył pojedynek – powiedziała Injeborg poważnym tonem. Trzymający się z tyłu Bjorn kiwnięciem głowy dołączył się do tych kondolencji.
Freya ze sztucznym uśmiechem założyła za ucho niesforny kosmyk włosów.
– To miło z waszej strony. I podziękujcie rodzicom za miecz i eliksir. Pewnie trudzili się miesiącami, by je zdobyć. Szkoda, że na darmo.
– Niech się pani nie martwi, niczego nie żałują. Przysłużyły się dobrej sprawie. Będziemy za wami strasznie tęsknić, jeśli każą wam odejść. – Na ożywionej twarzy dziewczyny pojawiła się nagle pochmurna mina, jakby przyłapała się na tym, że powiedziała za dużo.
– Erik, weź płaszcz i idź z nimi. Mam trochę spraw do obgadania z mamą. – Harald wskazał drzwi.
– Jak zwykle wszystko za moimi plecami.
Wychodząc, Erik rąbnął drzwiami, ale się nie zamknęły – tylko zamek zgrzytnął. Zauważył, że Bjorn i Injeborg spoglądają na siebie z zakłopotaniem, lecz nikt nic nie mówił. W milczeniu oddalali się od farmy, każde z głową schowaną pod wełnianym kapturem kurtki, pogrążone w swoim własnym świecie. Erik narzucił ostre tempo, mimo że Injeborg musiała od czasu do czasu podbiegać, aby nie zostać zbyt daleko w tyle. Bjorn jednak drałował za nim równym krokiem. Dopiero kiedy wspięli się na szczyt wzgórza i ukazał im się widok morza, Erik otrząsnął się z podłego nastroju. Nie było sensu unosić się gniewem i rozpaczać – zwłaszcza w towarzystwie przyjaciół, którzy przecież chcieli mu pomóc.
Za nimi rozciągały się nieprzebrane sady oliwne. Drzewa rosły prościutkimi, lecz monotonnymi rzędami, rozchodzącymi się promieniście w bezkresną dal od maleńkiej osady, którą stanowiło sześć gospodarstw i duży, okrągły budynek tłoczni. Tak wyglądał jego dom: wioska Osterfjord. Zwrócony w stronę morza, miał przed sobą jałowe, piaszczyste zbocze wzgórza. Nieopodal leżał olbrzymi głaz, dający osłonę przed wiatrem wiejącym od morza. Usiedli pod nim, jak siadali już wiele razy.
– Nie martw się, Erik – odezwała się Injeborg, ostrożnie wsuwając swoją ciepłą rękę w jego dłoń. – Nie musi być aż tak źle. Nawet jeśli was przesiedlą, może traficie na solnisko. Zamieszkacie w Nadziei, a to niedaleko stąd.
– A poza tym – dodał Bjorn – Biuro Alokacji niczego nie zrobi przed zaliczeniami. Może wam się upiecze.
– Oglądaliście? – Erik zmienił temat.
– No. Wszyscy byli na arenie, a przynajmniej wszyscy z Osterfjordu i kupa ludzi z Nadziei. – Bjorn popatrzył z wahaniem na Erika swoimi zielonymi oczami. W jego szerokiej, mięsistej twarzy czaiło się pytanie.
– Nie mógłbym znieść czekania. Zresztą chciałem być w domu ze względu na mamę. – Zawahał się. – Dobrze walczyła?
– I to jak! – wykrzyknęła Injeborg. – Mało kto tak umie wymachiwać bułatem. Ale sam wiesz, jakie miała szanse. Ragnok pewnie wydał dziesięć tysięcy bizantów na samą zbroję.
– To niesprawiedliwe. – W normalnych okolicznościach Erik w użalaniu się widział oznakę słabości, więc nawet w myślach starał się być twardy, a już przenigdy nie wylewał swoich żalów przed kolegami. Ale te okoliczności nie były normalne. Wiedział, że prawdopodobnie znajdzie się wśród zupełnie obcych ludzi, którzy zapędzą go do jakiejś męczącej, niewolniczej roboty; i nie dość na tym – własna matka i ojciec patrzyli na niego jak na dziecko. Nie traktowali go jak osoby godnej zaufania, równorzędnego partnera do rozmowy o przyszłości, która przecież miała być udziałem ich wszystkich. Osobiście uważał, że jest lojalny, że można na nim polegać i że w razie konieczności potrafi trzymać język za zębami.
– Masz rację, to niesprawiedliwe. Totalnie niesprawiedliwe i bezsensowne. Chyba nie wasza wina, że pękło ogniwo słoneczne. Mogło paść na każdego. Czemu was spotyka kara? – Kiedy Injeborg wpadała w złość, jej blade policzki płonęły czerwienią. Dopiero wtedy zaznaczało się podobieństwo między szczupłą dziewczyną a jej tłustym braciszkiem.
– Właśnie. Przecież bez prądu nowa rodzina i tak nie wyrobi normy. Przesiedlanie was nie ma sensu. – Bjorn związał pod szyją kurtkę, broniąc się przed zimnym, wilgotnym powietrzem.
– Czy oni w Biurze Alokacji w ogóle wiedzą, co to znaczy rozdzielić rodzinę i przyjaciół? Ale nic na to nie poradzimy. Jeśli sprzeciwimy się choćby najdrobniejszej decyzji, zginiemy na arenie jak twoja mama. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby ktoś zaproponował naprawdę duże zmiany. – Injeborg była wzburzona: mówiła w równej mierze do siebie i do Erika.
– Marzysz czasem o pojedynku z Biurem Alokacji, o zwycięstwie? – zapytał, dając wyraz uczuciom wydobywającym się z głębi serca, gdzie na co dzień były skrzętnie ukryte, odsłaniane jedynie w chwilach, kiedy leżał i rozmyślał o przyszłości.
– Zawsze. – Gdy popatrzyła na niego i spotkały się ich spojrzenia, zauważył, że ona świetnie go rozumie. Teraz cieszył się, że zdradził jej swoje marzenie.
– A ja nie – rzekł Bjorn i wzruszył ramionami dla podkreślenia swojego zniechęcenia. – Mówmy o rzeczach realnych.
Obok nich wylądowała zięba szukająca schronienia. Kręciła główką na wszystkie strony, żeby spojrzeniem swoich maleńkich czarnych oczu ogarnąć całe otoczenie. Ciepła dłoń, przykrywająca rękę Erika, zacisnęła się, kiedy Injeborg mimowolnie znieruchomiała, aby nie wystraszyć ptaszka. Erik w tym momencie doświadczał szczęścia – co wobec ponurej rzeczywistości wydawało się szczególnie cenne. Przyjaciele dawali mu poczucie więzi braterskiej, która była mu wielką pociechą, toteż perspektywa ich utraty dręczyła go bardziej niż myśl o harówce w kopalni.
Wietrzyk, który ledwie wichrzył piórka zięby – wyglądającej przez to, jakby nosiła na szyi futrzany kołnierz – nagle dmuchnął silniej. Ptak zniknął.
W tej krótkiej chwili coś się w Eriku przełamało: powziął decyzję, w dodatku taką, która sprawiła mu prawdziwą frajdę. Zamierzał bowiem – wbrew zdrowemu rozsądkowi – wyzwać w szranki Biuro Alokacji i pomścić śmierć matki.



- 2 -


Ku czci piękna



Znowu śmierć.
Erik westchnął głośno i z irytacją podrapał się po uchu, wyobrażając sobie zrozpaczony głos matki, kiedy się o tym dowie. Postanowił wszelkimi sposobami doprowadzić do pojedynku z Biurem Alokacji, podejmował więc ryzyko, na jakie nie odważył się w Epicu nigdy wcześniej. Był przygotowany na śmierć w pogoni za zemstą i potrzebnymi mu informacjami. Ale podejrzewał, że matka tego nie zrozumie. Nadzieję pokładała już tylko w tym, że Erik wymiga się od przesiedlenia dobrą postawą w dorocznym turnieju zaliczeniowym. W tym kontekście każda śmierć była tragedią, ponieważ pozbawiała go bogactw i ekwipunku, które zdobył jego bohater. Jeśli nie będzie uważał, przystąpi do turnieju z pustymi rękami – stanie się łatwym łupem nawet dla dziesięciolatka, który wojuje zardzewiałym sztyletem.
Akurat gdy zamierzał odłączyć się z Epica, przyszło mu do głowy, że powinien przynajmniej przygotować nowego bohatera. Dzięki temu odsunie w czasie chwilę, kiedy będzie trzeba oznajmić rodzicom złą wiadomość.
płeć: kobieta
Dokonał wyboru praktycznie nieświadomie i zdziwił się niepomiernie. Po raz pierwszy wybrał kobietę. Zazwyczaj ludzie pozostawali przy swojej płci; próbowali nadać postaci wygląd jak najbardziej zbliżony do własnego – być może dlatego, że spotkania w grze bardzo często skutkowały małżeństwem. W każdym razie cieszył się, że tak to wyszło. Może szczęście uśmiechnie się do niego, jeśli będzie kobietą?
Przemknął przez olbrzymią bibliotekę kobiet i wybrał figurę. Zdecydował się na niewysoką pieguskę o jasnej cerze, rudych włosach i zielonych oczach. Pod względem budowy ciała bohater przypominał Erika, on jednak odziedziczył po matce czarne włosy i brązowe oczy. Na koniec, przewrotnie, wszystkie punkty startowe przeznaczył na urodę.
Poważni gracze – a z takich składał się świat – nie marnowali na urodę nawet punktu, który można było przeznaczyć na ważniejsze cele, takie jak umiejętności bojowe, zdolności rzemieślnicze, broń, przedmioty magiczne i zaklęcia. W efekcie wspólnotę graczy tworzyli wyłącznie przeciętni, nudni humanoidzi.
Jego przyjaciele będą w szoku. W żaden sposób nie zdoła im wytłumaczyć, co skłoniło go do takiej decyzji, tak samo jak żaden rozsądny argument nie przemawiał za rezygnacją ze wszystkich praktycznych korzyści na rzecz urody. Może po prostu powie, że stworzył atrakcyjną dziewczynę dla kaprysu, bo wiedział, że i tak nie pożyje za długo. Takie wyjaśnienie nie odbiegałoby zbytnio od prawdy, lecz Erik czuł, że ona znakomicie odzwierciedla nastrój, który go ogarniał – sprzeciw i bunt wobec skostniałych reguł gry.
Niech sobie mówią, co chcą – robiła wrażenie. Więcej nawet: powalała. Brakowało jej zbroi, stała więc w samej tunice i spodniach, gibka i pewna siebie. Czuć było energię, która z niej promieniowała.
#uśmiechnij się
Uśmiechnęła się zadziornie do Erika i serce w nim podskoczyło. Animacja mimiki twarzy była perfekcyjna. Gdyby polecił uśmiechnąć się któremukolwiek z poprzednich bohaterów, przesuwające się szare wielokąty głowy utworzyłyby tylko nieczytelny grymas. Zachichotał głośno. Zły humor po niedawnej śmierci prędko go opuścił. Szykowała się niezła zabawa. Pewnie nie pożyje dłużej niż tydzień – biorąc pod uwagę, co sobie zaplanował – ale już teraz łączyła go nić sympatii z jego alter ego. Będzie się odróżniał od innych, wywoła mnóstwo pytań. Przypominał bardziej NPC, postać generowaną i sterowaną przez komputer, niż gracza.
#pomachaj na pożegnanie
Pomachała.
Po odpięciu od komputera hełmu i rękawic Erik wstał i przeciągnął się. Znowu podrapał się za uchem, które swędziało go w miejscu, na które przez cztery godziny naciskał sprzęt. Podarowano mu te bezcenne godziny, żeby podgonił w Epicu inne postacie ze swojej grupy wiekowej.
W czasie gdy zmagał się z rzeczywistością gry, na dworze zapadł zmierzch. Prawdopodobnie rodzice i sąsiedzi wrócili już z pól i teraz starannie czyścili żelazne narzędzia, żeby nie chwyciła ich rdza. Może nawet przygotowywali kolację. Migotliwe światło w korytarzu świadczyło o tym, że na dole rozpalono już ogień. Czas przyznać się do porażki. Erik zaczął schodzić po surowych drewnianych schodach – wolno i cicho.
– Jasna cholera! – doleciał z kuchni głos matki.
– Co się dzieje, mamo? – Erik zjawił się przy niej.
– O! Nie wiedziałam, że tu jesteś. – Westchnęła. – Piec nam się psuje. Nie mamy ciepłej wody.
Wyglądała na zmęczoną, lecz nagle na jej twarzy zajaśniała nadzieja.
– Zrobiłeś dziś jakieś postępy?
– Hm, tak i nie. – Nie chcąc jej rozczarować, Erik usiadł przy stole i wbił wzrok w słomianą podkładkę.
– Tak i nie?
– Zginąłem. Ale nauczyłem się…
– O, nie! Znowu to samo? Eriku, czemu tak ciężko ci idzie w świecie? Turniej zaliczeniowy lada dzień, a ty nie masz najmniejszych szans. – Pohamowała się wreszcie. Oboje wałkowali ten temat wiele razy. Usiadła przy stole i popatrzyła na niego, aż łzy zaświeciły jej w oczach.
Unikając wzroku Freyi, Erik wpatrywał się w swoje dłonie, totalnie przybity. Doskonale ją rozumiał, lecz nie zamierzał zmieniać swojego nowego buntowniczego podejścia do gry.
– Posłuchaj mnie dla własnego dobra. Ja i tata niedługo zostaniemy gdzieś przesiedleni, ale ty masz jeszcze szansę wybrać dla siebie przyszłość. Nie mieści mi się w głowie, że możesz być taki uparty.
Erik wolał nic nie mówić, żeby nie doprowadzać matki do rozpaczy, ale nie chciał zaakceptować jej spojrzenia na rzeczywistość.
– Zobaczymy, co powie tata. – Freya wstała i otworzyła drzwi na podwórko. – Możesz przyjść, Harald? – zawołała.
– Co, już kolacja? – Ojciec przyniósł z szopy drewno na opał. Uśmiechnął się do Erika, ale szybko wyczuł ciężką atmosferę. – O co chodzi?
– Erik znowu zginął.
– Chwila, moment.
Czekali bez słowa, kiedy Harald przenosił drewno. Erik, zaniepokojony, czuł ucisk w żołądku. Ojciec w końcu wrócił, strzepując kawałeczki kory ze swetra.
– Kto cię załatwił? – zapytał obojętnie.
– Czerwony Smok, jak zwykle – wyznał niechętnie. Wychodził na jakiegoś matoła. Nie wiedział, jak się wytłumaczyć.
– Znowu? Który to już raz? Trzeci? – Harald usiadł naprzeciwko niego.
– Czwarty.
Ojciec wolno pokiwał głową.
– Ile ci trzeba, żebyś dał sobie z nim spokój?
– Nie wiem… – odparł cierpko Erik. – Słuchaj, dopiero wtedy się poddam, kiedy będę na sto procent pewny, że on jest nie do przejścia. Ale mam jeszcze parę pomysłów. Dam radę.
– Skoro tak, czemu nikomu jeszcze nie udało się przejść Inry’aata, Czerwonego Smoka? – Matka stanęła przy stole ze skrzyżowanymi ramionami.
– Bo wszyscy zajmowali się walką i nikt nie zauważył tego co ja.
– Niby czego? – zapytał Harald.
Erik oderwał wzrok od podkładki, którą się bawił. W głosie ojca, do tej pory surowym, pojawiła się nuta szczerego zainteresowania.
– Czerwony Smok atakuje według ustalonych zasad – wyjaśnił prędko Erik. – Nie rzuca się wcale na najbliższego przeciwnika, ale na tego, który robi mu najwięcej szkody.
Harald pokiwał głową.
– Tak się zachowują wszystkie inteligentne stwory.
– Zgoda, ale on przerywa atak, jeśli zobaczy, że nowy bohater stanowi większe zagrożenie.
– Mów dalej…
– Trzeba by się idealnie zgrać i punktować go w sposób przemyślany. Gdyby trzy- lub czteroosobowa grupa odpowiednio się rozstawiła, smok co chwila zmieniałby cel ataku i nikogo by nie dopadł.
Harald pokręcił głową.
– Rozumiem, o czym mówisz. Ale Epic jest świetnie zaprojektowany. Nie zostawiliby luki umożliwiającej zapętlenie smoka. Marzenia ściętej głowy, synu.
– Gdybym ci pokazał, może byś mi uwierzył.
Matka ze złością rąbnęła kubkiem o stół.
– Nie przeginaj, Erik. Wiesz, że tacie nie wolno wchodzić do Epica.
– Znowu mnie podpuszczasz, synu. – Harald westchnął, ale nie wyglądał na zdenerwowanego. Wyciągnął rękę i poklepał Erika po dłoni. – Posłuchaj, jesteś świetnym graczem. Widać to było już wtedy, gdy pierwszy raz założyłeś hełm. Masz znakomity refleks i potrafisz się ustrzec sztuczek i pułapek, których pełno jest w świecie. Ale teraz masz tyły. Popatrz no tylko na Bjorna…
Erik przerwał mu szyderczym prychnięciem.
Harald ściągnął brwi.
– Na Bjornie można polegać. W każdej drużynie ktoś taki to skarb. Potrafi ciężko harować. Systematyczną pracą dochodzi do celu. Teraz ma silnego bohatera, może najlepszego w szkole.
– Może i jest najlepszy w maleńkim okręgowym liceum rolniczym. Ale w porównaniu z graczami z Mikelgardu jest zerem. W Biurze Alokacji nikt go nie wysłucha. Dobra, macie: chcą nas przesiedlić. Obronimy się jakoś? Musimy mierzyć wyżej.
– Cóż, Erik ma sporo racji. Kiedy ostatnio zginął smok? – Harald zerknął na syna i uśmiechnął się niespodziewanie. Obaj znali odpowiedź.
– Trzydzieści lat temu. Grupa z Uniwersytetu Mikelgardzkiego zabiła M’nana Sortha, Czarnego Smoka z Gór Śnieżnych Szczytów.
– I gdzie oni teraz są? Nie zdziwię się, jeśli większość robi w Biurze Alokacji – wyraził przypuszczenie Harald.
Wyraźnie poirytowana tym, dokąd zmierza rozmowa, matka wstała. Po chwili trzaskały szufladki ze sztućcami.
Harald popatrzył na Erika uważnym spojrzeniem swoich niebieskich oczu, jakby brał z niego miarę.
– Słuchaj no – szepnął. – Mama źle się czuje, nie może spać w nocy. – Po tych słowach podniósł głos, żeby usłyszała go również Freya. – A teraz poważnie, Erik. Jeśli wejdziesz do gry co wieczór po pracy, może podciągniesz się na tyle, żeby dobrze wypaść na turnieju zaliczeniowym.
– Moglibyśmy nawet dać mu więcej czasu za dnia – dodała Freya, odwracając się do stołu. – Tak czy owak normy nie wyrobimy.
– Fakt – zgodził się Harald. – Co ty na to, synu? Koniec z umieraniem, koniec ze smokiem.
– Jak chcecie. – Erik wyobrażał już sobie, zdołowany, długie godziny nudnego rozwijania bohatera. Musiał nazbierać kupę miedziaków, żeby mieć choć podstawowe, najprostsze wyposażenie.
– Słowo? – Freya zmrużyła oczy, wyczuwając niechęć w głosie Erika.
– Słowo – odparł.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-02-29 (796 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej