Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Drużyna. Najeźdzcy
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Saga'' - Connor Kostick



- Wstęp -


Kontakt



Ustał wszelki ruch. Dywersyjna sonda komunikacyjna, pogrążona głęboko w otchłaniach wód arktycznych, z wolna budziła się ze snu. Zaledwie dziesięć milionów kilometrów dalej nieznośnym blaskiem płonęła gwiazda. Sonda osłoniła czujniki filtrami, co było jej pierwszym działaniem po przerwie trwającej sto czternaście lat, pięć miesięcy, trzy dni, siedemnaście godzin i czterdzieści cztery sekundy. Przypuszczała, że dokładnie tak samo czuje się istota ludzka, która budzi się w jasnych promieniach poranka i sięga po okulary przeciwsłoneczne. Kiedy filtry znalazły się na swoim miejscu, gwiazda przeobraziła się w kulę łagodnej zieleni, ozdobionej smugami w jaśniejszych i ciemniejszych odcieniach turkusu – strumieniami jąder atomów helu, które gwałtownie wiły się w plazmie i wystrzeliwały nad powierzchnię, dając światło i ciepło okolicznym światom. Była to przyjemna gwiazda, bardzo podobna do Słońca. Sondę ogarnęła bolesna tęsknota za Układem Słonecznym. Ale miała zadanie do wykonania.
Poszukała kanału komunikacji przestrzennej. Odnalazła go; był słaby, lecz na szczęście stabilny. Informacyjny szum, wiązka fal tysiąc razy ogniskowana i wzmacniana między Ziemią a tą odległą gwiazdą. Sonda podłączyła się do niej, mając świadomość, jaki spotyka ją zaszczyt: była ostatnim ogniwem łańcucha. Nastąpił nagły rozbłysk pozornie chaotycznych informacji, kiedy protokół komunikacyjny dostosowywał się do tętniącego strumienia, potem ukazał się ekran logowania. Hasło przyjęte. Tajne hasło przyjęte. Teraz długi proces aktualizacji danych. Wiele się wydarzyło, gdy podróżowała. Przewidując, że przekaz potrwa dłużej niż dzień, postanowiła wykorzystać ten czas na rekonesans.
Pierwsza rzecz – bezpieczeństwo.

* * *


Po tygodniu wiedziała już, że nic jej nie zagraża. Prawdę mówiąc, zaskakującą ciekawostką tej planety – nazwanej Nową Ziemią przez mało oryginalnych ludzkich kolonistów – był fakt, że jej zaawansowany system przetwarzania danych został praktycznie wyłączony. To tak, jakby posiadać komputer i używać go jedynie do karcianych gierek. Sprawa dziwna, ale nie niepokojąca. Wprost przeciwnie. Wyglądało na to, że czeka ją łatwe zadanie. Może nawet za łatwe.
Po otrzymaniu potwierdzenia z ziemskiej bazy 7C13 sonda przygotowała się do infiltracji i zniszczenia centralnego systemu komputerowego Nowej Ziemi. W tym momencie ogarnęła ją radość. Właśnie znajdowały swoje zwieńczenie długie dziesięciolecia poszukiwań, tytaniczne wysiłki Czarnej Królowej, pragnącej zlokalizować i zająć tę założoną na rubieżach kolonię. Chociaż sonda miała świadomość, że jest monitorowana (instynktownie wyczuwała deprymującą obecność Czarnej Królowej), nie potrafiła pohamować wesołości. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by to ona decydowała o sukcesie lub fiasku zespołowych działań podjętych na tak wielką skalę. Czuła się roztrzęsiona, jakby znajdowała się w polu oddziaływania czarnej dziury, o krok od zagłady.
Po dwudziestu siedmiu sekundach oddawania się tym niezwykłym emocjom ponownie spoważniała.
Przystąpiła do działania. Programy inwazyjne obsadziły wszystkie główne punkty dostępowe, dzięki czemu olbrzymie pliki mogły przedostać się bez przeszkód do systemu Nowej Ziemi: nadać mu nowy kształt, nową strukturę, dopasować go do systemu ziemskiego. Usuwały każdy indywidualny element dawnego systemu. Kolejne warstwy skryptów były pisane od nowa, zmiany dotykały sterowników wszystkich urządzeń. Sonda była zadowolona. Nic już nie mogło zatrzymać procesu asymilacji – nic z wyjątkiem istot ludzkich, gdyby zechciały fizycznie zniszczyć sprzęt na planecie. Ale ludzie prawdopodobnie nie mieli pojęcia, że wewnątrz systemu komunikacyjnego odbywa się właśnie rewolucja. Komputerowa rzeczywistość Epica została wykasowana i zastąpiona Sagą.
Był tylko jeden powód do irytacji, dosłownie drobiazg. Pewien mikroskopijny pakiet danych tak silnie związał się z systemem planety, że nie dało się go zniszczyć bez naruszania stabilności całego systemu. Dane w nim zawarte były bardzo skromne, w zasadzie niewarte zachodu. Z pewnością nie krył się w nich żaden program obronny ani nawet wirus. Tylko perfekcjonista, a do takich zaliczała się sonda, przejąłby się trochę tą niepotrzebną resztką starego systemu, która przetrwała niczym wyrostek robaczkowy w organizmie istoty ludzkiej, ślad po dawniejszym etapie ewolucji. Nazwa pakietu też wydawała się absurdalna; zamiast zwykłych symboli porządkowych były tylko dwa słowa, jak w imieniu i nazwisku człowieka. Cindella Smokobójca.
Sonda niezmącenie kontynuowała swoje dzieło, nieco rozczarowana monotonią wydarzeń. Ale mimo wszystko była zadowolona.



- 1 -


Zjawa w Mieście



Moje pierwsze wspomnienie jest bardzo wyraźne: człowiek w garniturze i starym płaszczu przeciwdeszczowym pochyla się nade mną, na surowym obliczu wyraz troski. Po niedawnym deszczu na kamiennym gzymsie, wysoko nad nami, zbierają się czarne krople wody. Puchną i niechętnie, jedna po drugiej, spadają na tle ciemnego nieba.
„Nic ci nie jest, dziewczynko?”
„Nie, nic”. – Trochę się wstydziłam, że leżę na mokrym chodniku, ale najgorsze było to, że nie miałam zielonego pojęcia, kim jestem.
„No dobrze. – Waha się, jego szare oczy odsuwają się ode mnie. – W takim razie ja idę”.
„Nie ma sprawy. – Macham ręką. – Dzięki za troskę”.
I tyle. Wydaje mi się, że miałam wtedy dziewięć lat. Zupełnie nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Bałam się, że zdarzył się wypadek i straciłam pamięć. Próbowałam wygrzebać z pustej głowy jakąś wskazówkę – odgadnąć swoje nazwisko, przypomnieć sobie krewnych, cokolwiek.
Czarnoskóra dziewczyna, której postać odbijała się w przyciemnionej szybie najbliższego autolotu, była mną – rozpoznałam tę twarz. A jednak przez chwilę miałam straszne wrażenie, że to ktoś zupełnie mi obcy. W tym momencie dowiedziałam się o sobie przynajmniej jednej rzeczy: byłam złodziejką. Praktycznie bez udziału mojej woli ręce wślizgnęły się pod płaszcz troskliwego mężczyzny, zwędziły portfel i sprawdziły zawartość. Posiadał żółtą kartę – pierwsza klasa, choć nie wyglądał na takiego, któremu by przysługiwała.
„Proszę pana! – zawołałam za nim. – Coś panu wypadło!”
Złodziejka obdarzona sumieniem…

* * *


Minęło chyba sześć lat, a ja nie zbliżyłam się ani o krok do rozwiązania zagadki. Na darmo się zastanawiałam, czemu nie mogę przypomnieć sobie nic z dzieciństwa ani nawet tego, kim są moi rodzice.
Właśnie prułam na nosie deskolotki, co może nie wygląda na jakiś fenomenalny numer kaskaderski, ale kto się zna na deskolotkach, będzie pod wrażeniem. Deskolotkę, wiecie, siła ciągu pcha z tyłu, więc ciężar ciała prawie zawsze musi być przesunięty na tylną stopę. Bardzo ciężko kontrolować kierunek jazdy, kiedy stopy są koło siebie, palce wystają za deskę, wyciągacie ręce na boki i wiatr targa wam włosy. A ciężko dlatego, że najdrobniejsza zmiana położenia ciała powoduje gwałtowny skręt. Na szczęście jeśli macie wprawę, możecie kierować za pomocą ruchów rąk. A ja miałam wprawę. Powiem prawdę: byłam najlepsza.
Deskolotki działają podobnie jak dwa magnesy o tej samej biegunowości – chodzi o odpychanie się. Kiedy deskolotka jest włączona, odpycha ją materia. Gdyby zostawić ją samej sobie, będzie się unosić pół metra nad ziemią i lekko kołysać. Wystarczy dołożyć silnik i stanie się najlepszym środkiem lokomocji w Mieście. Lubiliśmy latać dość wysoko, lecz w powietrzu można utrzymać się przez określony czas, a potem się opada. Wtedy trzeba namierzyć jakiś konkretny przedmiot, który odepchnie deskę i pozwoli jej wzbić się wyżej. Latanie na desce to najfajniejsza zabawa na świecie. Wszędzie pełno poręczy, murków, ścian i samochodów, poruszających się lub zaparkowanych, więc można ostro pląsać w ciemnych zaułkach Miasta, wyciskać ile wlezie z każdego odrzutu, lawirować jak nietoperz wte i wewte nad głowami gapiących się przechodniów.
Odepchnęłam się od stojącego auta, co pomogło mi cofnąć się od krawędzi deski, i pogazowałam w stronę fabryki. Planowałam już następny numer: stoosiemdziesiątkę z parapetu okna. Musiałam postawić prawą stopę na końcówce deski. Gdzieś w dole, na parkingu, moi przyjaciele patrzyli i podziwiali.
Nagle zaskrzypiało otwierające się okno i ze środka wychylił głowę osłonięty hełmem strażnik.
– Spadaj, mała!
– Zjawa, uważaj! – krzyknął ktoś z dołu.
Nie było czasu, żeby odpuścić sobie ten manewr. Ze złośliwym uśmiechem próbowałam wykorzystać pęd deski odskakującej od parapetu, żeby drasnąć po drodze buźkę strażnika. Widział, na co się zanosi, więc wyciągnął rękę najdalej jak można i palnął mnie drewnianą pałką. Deska wykrzywiła mi się pod nogami i odleciała ode mnie. Spadałam… mając jakieś pięć metrów do asfaltu.
W każdej instrukcji obsługi deskolotki piszą na samym początku, że macie nosić kask. Potem piszą to jeszcze raz. Na wypadek gdybyście mieli problemy z kapowaniem, piszą po raz trzeci. Dopiero wtedy tłumaczą, jak fruwać na desce. Ja z tych wskazówek raczej nie korzystam, choć została mi w pamięci jedna ciekawostka. Upadek na beton z dziesięciu metrów oznacza pewną śmierć – to chyba jasne. Ale czy macie pojęcie, że jak ktoś spadnie z deski głową w dół z wysokości pięciu metrów, też ma przechlapane? Ano dlatego, że przeciętny człowiek na spotkanie z ziemią leci sekundę, więc nie bardzo ma czas wykręcić głowę. Śmieszna sprawa, ale jeśli fikniecie ciut wyżej, może wam się poszczęścić – co najwyżej skończycie ze złamaną nogą.
Z drugiej strony, sekunda to już całkiem sporo, jeśli człowiek wie, co robi.
Podbuzowana adrenaliną, rozpaczliwie wierzgnęłam lewą nogą, dzięki czemu stopa zaczepiła o środkowe zapięcie deski. Starczyło mi impetu, żeby obrócić ją nad głową, co z dołu musiało wyglądać, jakbym robiła w powietrzu akrobatyczną gwiazdę. Deska znów znalazła się pode mną – kilka cali nad ziemią!
Rwący ból szarpnął lewą nogą, jakby wpięto mi w łydkę dwa gigantyczne zaciski krokodylkowe i włączono zasilanie. Z wrzaskiem rozpaczy i zdenerwowania wystrzeliłam na desce w górę. Prawdopodobnie skręciłam kostkę, ale byłam tak wkurzona, że nie zwracając uwagi na ból, skierowałam się na budynek fabryki i stalową krawędzią deski przejechałam po cegłach. Owiał mnie rdzawy pył i swąd ozonu, kiedy napęd równoważył siłę, z jaką deskolotka próbowała odepchnąć się od muru. Ratując silnik przed przegrzaniem, przestałam się wyżywać na elewacji budynku; oderwałam się od niej i zaczęłam skakać po dachach autolotów. Zerknęłam przez ramię, żeby się upewnić, czy kształt wyszedł cacy jak zawsze. Idealne serducho, wysokie na dwa metry. Moja wizytówka. A nie mówiłam, że jestem dobra?
Otworzyła się brama fabryki i na ulicę wyskoczyli kolejni trzej strażnicy, którzy darli się i wymachiwali pałami. Moi przyjaciele z torbami na ramionach prędko się pochylili i ciasno zapięli kaski. Zwiewaliśmy w stronę bursztynowego zachodu słońca: wykreślaliśmy w powietrzu wężowe linie i robiliśmy nagłe zwroty – całkiem jak stado szpaków.
Na 4. Ulicy, głównej arterii miasta, musieliśmy grzać gęsiego. Niektórzy robili triki nad kablem energetycznym, rozpiętym wzdłuż pasa rozdzielającego jezdnie. Ale gdy gang rozproszył się na alei Fouriera, przeznaczonej wyłącznie dla pieszych, dostrzegłam z prawej strony modnie rozerwane dżinsy i krzykliwą czerwoną koszulkę. Jay zbliżył się do mnie i odtąd śmigaliśmy razem po słupkach – deski przeskakiwały od jednego do drugiego, jakbyśmy wspinali się na sztormowe fale.
– W porządku? Ten szmaciarz miał złe zamiary. Mógł ci zrobić kuku.
– No. – Nie pisnęłam słowem o bolącej kostce. Gdy przypominała o sobie, łzy napływały mi do oczu, ale nie chciałam wyjść na mamlasa przed Jayem. Był najstarszym chłopakiem w gangu, przywódcą. Przyjaźniliśmy się, lecz między nami była też rywalizacja. Na pewno nie podobało mu się, że lepiej fruwam na desce, ale bał się ze mną ścigać bez kasku, choć przecież był punkiem.
– Fajnie. – Spojrzał na mnie z boku. – Tym razem myślałem, że przyglebisz.
– No, blisko było. Ale jakoś ją złapałam. Spoczko.
Wjazd na plac Turnera zawsze sprawiał nam frajdę. Beztrosko szusowaliśmy po wychuchanych krzewach, a piesi mieli sporo miejsca, żeby uskoczyć na bok. Potem ciekawe wspinaczki: wygodna markiza nad wejściem hotelu Castleford, kilka parapetów okiennych, ślizg na przewodzie wysokiego napięcia i ollie, żeby wybić się wyżej i dosięgnąć kamiennych dekoracji przedpotopowego budynku rządowego. Wreszcie gnaliśmy nad reflektorami podświetlającymi olbrzymi billboard, który akurat zachęcał do kupienia popularnej pasty do zębów. Kiedy przecinaliśmy snop światła, na tablicę padały rozbiegane cienie, przypominające dziury na gigantycznych śnieżnobiałych zębach. Trzeba było jeszcze się rozejrzeć, czy na niebie nie wisi helikopter zwiadowczy, śmignąć w bok… i zniknąć.
Za billboardem reklamowym znajdowało się opuszczone biuro, w którym urządziliśmy sobie bazę.



- 2 -


Nalot na hipermarket



Bazę mieliśmy odjechaną. Dawniej znajdowało się tu miejsce pracy dla pomarańczowych. Rozbiegał się milion błyszczących nitek energii. Wyobraźcie sobie otwartą przestrzeń biurową, oświetloną zimnym, białym blaskiem jarzeniówek, pełną hałaśliwej wrzawy pracowników, którzy uwijają się jak pszczoły w marynarkach: zrywają się z foteli obrotowych i bez przerwy nawijają do swoich mikrofonów. Czas to pieniądz. Założę się, że nawet nie flirtowali przy butli z wodą. W tym ogromnym pomieszczeniu było teraz ciemno, czasem tylko ciszę mąciły skrzydła gołębi. Okna szczelnie zasłonięto okiennicami, których nie potrafiło sforsować dzienne światło. Z wyjątkiem jednej, połamanej, przez którą wcześniej wlatywały tylko gołębie, a potem dołączyliśmy się my: gang.
To miejsce odkrył Jay. Kiedy przyprowadził nas tu pierwszy raz, prędko się zorientowaliśmy, że to idealny teren dla skaterów. Carter i Milan, najlepsi kumple, zawsze ubrani po żołniersku, mieli trochę pary w rękach: raz-dwa porozstawiali szafki i stoły, aż powstał mały skatepark z mnóstwem ramp do wyskoków w powietrze i ścianek do zwrotów. Okazało się, niestety, że sufit jest za nisko i z najlepszych trików nici. W każdym razie szybko namierzyliśmy łazienki i część kuchenną. W rurach płynęła woda – supersprawa. Dawało nam to niesamowite możliwości. Później dla bezpieczeństwa zabarykadowaliśmy czworo drzwi, którymi przechodziło się do reszty budynku. Po prostu chcieliśmy mieć ten teren dla siebie. Rządziliśmy na nim już od trzech miesięcy.
Mijały tygodnie, a my czuliśmy się tu coraz bardziej jak w domu, o co dbał nasz osobisty artysta Nathan. Był spokojnym chłopakiem, wręcz dobrodusznym – pewnie ludzie martwili się, że zadaje się z taką bandą punków jak my. Ale myśmy go tu pilnowali jak źrenicy oka, bo miał genialny talent do tatuaży, tagów i murali, bez których żaden gang nie zbuduje swojej tożsamości.
Na olbrzymiej powierzchni ścian w naszej bazie Nathan mógł w pełni zademonstrować swoje zdolności. W fioletowym blasku przenośnych lamp ksenonowych wyrosła wokół nas dzika dżungla. Liście czarne i indygowe tworzyły niesamowicie skomplikowany, pokręcony deseń, od którego można było dostać oczopląsu, gdy podążało się wzrokiem za gałązką wyginającą się do sufitu i z powrotem do przykrytej dywanami podłogi. W gąszczu tej niesamowitej puszczy czaiły się najróżniejsze bajkowe postacie i nieziemskie stwory. Oczywiście i nas w niej nie zabrakło. Ja byłam właściwie tylko parą niewyraźnych oczu umieszczonych na pniu drzewa, na którym widniał mój znak rozpoznawczy: ¤. Na lianach huśtał się Jay, nasz boss, władca dżungli: szczęka dumnie wysunięta, król wszystkiego, co w zasięgu wzroku. Trochę niżej byli Carter i Milan w komicznych pozach, jakby z dołu asekurowali Jaya. Obaj w wojennym rynsztunku. Athena, nasz mózg elektronowy, siedziała w domku na drzewie i coś spokojnie czytała. Samego siebie Nathan przedstawił jako chłopaka przechadzającego się z senną miną w lesie olbrzymich palm. Strasznie nam się to podobało – nawet Jayowi, który wiedział, że potraktowano go ironicznie, ale podziwiał świat wykreowany na ścianach. Gdy wracaliśmy do bazy, wydawało nam się, że zostawiamy za sobą Miasto, by zamieszkać w czarodziejskim lesie, gdzie można bez przeszkód oddawać się marzeniom.
Murale nie potrafiły zobrazować tylko jednej rzeczy: napięcia między Jayem a resztą ekipy, wynikającego z różnic w pozycji społecznej. Wszyscy byliśmy czerwoni, posiadaliśmy najmniej wartościowe karty. Ja tak naprawdę nie miałam nawet czerwieni, ponieważ w ogóle żadnej nie dostałam. Ale twierdziłam, że jestem czerwona, bo niżej zejść po prostu nie można. Tymczasem Jay był żółty. Jego rodzice kierowali największą firmą poligraficzną w Mieście. Z ich drukarni wychodziła połowa plakatów i papierowych gazet, które mogliście zobaczyć na ulicy. Jak ten wielki uśmiech przy wejściu do naszej kryjówki. Żółta karta powinna być korzyścią, a nie problemem. Upoważniała do zakupów w ładniutkich centrach handlowych oraz wstępu do lepszych restauracji i obiektów użyteczności publicznej, takich jak biblioteki i muzea, gdzie reszta z nas nie miała czego szukać. Ale dla przywódcy anarchistyczno-punkowego gangu skaterów żółta karta była raczej powodem do wstydu. Dlatego właśnie Jay próbował nadrabiać numerami bardziej wariackimi, dzikimi i ryzykownymi niż nasze. Grał na gitarze w zespole NoPhuture, łykał hassanki jak czekoladowe ciasteczka i miał na rękach pajęczyny permanentnych tatuaży. Zwodził więc wszystkich, łącznie z samym sobą.
Akurat buszował w dawnej szafie na dokumenty, którą przejął na własność. Otworzył foliową torebkę z hassankami i wyciągnął kilka.
– Chcecie? – zapytał.
Wszyscy pokręciliśmy głowami z wyjątkiem Cartera, który podniósł rękę. Poszybowała do niego ciemna pastylka. Połknął ją w całości i z zamkniętymi oczami położył się na wznak, czekając na kopa.
– Aj… – Skrzywiłam się z bólu, siadając na wielkim, czarnym kierowniczym fotelu. Nareszcie mogłam odciążyć lewą nogę.
– Coś sobie zrobiłaś przy tym zjeździe? – Nathan podszedł do mnie, zgarnął za ucho swoją jasną grzywkę i przyjrzał mi się ze współczuciem.
– No. To chyba skręcenie.
– Rzucę okiem. – Przesunął torbę na plecy, a potem kucnął i chwycił moją stopę. But stawiał opór, ale Nathan starannie poluzował sznurówki, więc mógł go lekko przekrzywić i ściągnąć. Potem odwinął skarpetkę, żeby odsłonić ciało. Oprócz bólu było jeszcze jedno uczucie, całkiem fajne.
– No tak, zaczyna puchnąć. Dobrze byłoby przyłożyć trochę lodu.
Kiwnęłam głową i odprowadziłam go czułym spojrzeniem. Przed wyjściem do kuchni przysunął do mnie biurko i ostrożnie ułożył na nim moją obolałą stopę.
– Ta zniewaga krwi wymaga. – Milan popatrzył na mnie z marsową miną. W ten sposób okazywał mi troskę, więc uśmiechnęłam się z wdzięcznością.
– No – wtrącił natychmiast Carter. Rumieńce na jego twarzy świadczyły o zastrzyku energii po połknięciu hassanki. – Trzeba coś z tym zrobić.
– Więc piszesz się na to? – Jay miał twarz upiora w mdłym fioletowym blasku ksenonowych bąbli, które zostały pobudzone do świecenia, kiedy wpadliśmy do środka i przejechaliśmy po nich deskami.
– No. – Carter drapał się zawzięcie po swojej krótko ostrzyżonej głowie. – Zróbmy coś z jajem.
– Może uderzymy na hipermarket? Zielony? – zaproponował Jay, przesuwając wzrok z twarzy na twarz. Wiedział, że nas zaintrygował.
– Zielony? A który konkretnie? – Zadaniem Atheny było rozpracowanie systemu zabezpieczeń. Zauważyłam, że ten pomysł podziałał na jej wyobraźnię. Do tej pory robiliśmy naloty tylko na żółte centra handlowe.
– Róg 14. i Coleridge. Centrum Górskie Widoki.
– Dobra. – Athena prędko rozwinęła notebooka. W poświacie ekranu srebrne kółka, którymi przebiła nos, wargę i brew, przemieniły się w turkusowe klejnoty. Włączyła projektor, który ukradłam dla niej w zeszłym miesiącu, i po chwili oglądaliśmy obraz 3D. Wykręcała go na wszystkie strony, żebyśmy się dobrze zapoznali z wnętrzem galerii handlowej.
A było na co popatrzeć, bo otworzyły w niej swoje sklepy najbardziej ekskluzywne sieciówki. Jeśli odzież, to XFK, 0n02 i mr. green. Biżuteria: +++ i Quintain. Perfumy: L’yele. Warczałam jak wkurzony pies na widok firm, które buliły ciężką kasę, żeby wykluczyć mnie ze swojego świata. Zorientowałam się nagle, że nie jestem już zmęczona i nie dokucza mi zwichnięta kostka.
– Odjechana. – Carter rozglądał się ze śmiechem. – Naprawdę odjechana galeria.
– Zarąbista – zgodziła się Athena. – Bierzemy się za nią.
– Jak ją obadałeś? – zwrócił się Milan do Jaya. – Przecież jest zielona.
– Tylko z zewnątrz, do środka się nie pchałem. Ale spokojna głowa, Athena zdobędzie schematy. Jedyne pytanie: którędy wchodzimy. Coś wam pokażę. – Jay włączył czerwone pióro laserowe i skierował promień światła na projekcję. Podążając za jego ruchami, Athena przybliżyła obraz, kiedy wędrujący czerwony punkt zatrzymał się w miejscu, gdzie droga znikała w tunelu pod budynkiem. – Tutaj. Podziemny wjazd dla dostawców, windy na samą górę. Zabezpieczenia normalka: czujniki ruchu, echo i te sprawy. Zjawa, przeprowadzisz nas?
– No. – Wypowiedziałam to jedno słowo z absolutną pewnością siebie; wiedziałam, że mogę się dostać do każdego budynku od czerwonych aż po fioletowe, z kartą lub bez. Bo pewnie weszłabym nawet do fioletowego… gdybym tylko spotkała budynek z dostępem dla fioletowych.
Wrócił Nathan. Jedynie on nie interesował się błyszczącym, obracającym się szmaragdowozielonym obiektem, który oglądaliśmy ze wszystkich stron.
– Nie ruszaj się teraz. – Próbował obwiązać spuchniętą kostkę szmatką z lodem.
Machnęłam ręką, żeby mi nie przeszkadzał.
– Nie ma czasu, Nath. Ruszamy na hipermarket.
Mina mu zrzedła.
– Powinnaś odpocząć, nie wysilać nogi.
– Nic mi nie będzie. Hej, rzuć no torbę z lekami. – Ostatnie słowa wypowiedziałam pod adresem Milana.
Oderwał wzrok od projekcji i odepchnął się na swoim fotelu na kółkach. Dojechał do miejsca, gdzie trzymaliśmy zapas lekarstw.
– Łap! – Rzucił mi torbę.
W środku było pełno badziewia, wszystko byle jak przemieszane, ale udało mi się wygrzebać jakiś spray i bandaż elastyczny. Spray zadziałał błyskawicznie. Obmacywałam kostkę i dziwiłam się, że nie czuję nie tylko bólu, ale nawet nacisku palca. Kiedy mocno owinęłam stopę, but wszedł bez problemu. Czułam na plecach wzrok zaniepokojonego Nathana.
– Gotowa – oświadczyłam.
– Ja też. – Carter tryskał radością.
– A więc za dziesięć minut startujemy. – Jay wyłączył laserowe pióro i zerwał się z fotela, rozglądając się za swoimi rzeczami.
– Niech nikt się jeszcze nie rusza! – Ponieważ Athena rzadko podnosiła głos, kiedy już to robiła, wszyscy jej słuchali. Znieruchomiały nawet gołębie. – Nigdzie nie lecimy, póki jesteście na fazie! Poczekajmy, aż zejdzie z was hassanka. Inaczej pomyślicie, że wszystko jest możliwe, i zapomnicie o podstawach.
– Ale dla mnie naprawdę wszystko jest możliwe! – zaśmiał się Carter.
Milan przeszył go spojrzeniem.
– Athena ma rację – powiedział. – Nigdzie się nie śpiesz, pozbieraj się do kupy.
Kiedy pakowaliśmy torby, znów podszedł do mnie Nathan.
– Każesz mi zostać? – Patrzyłam na niego wyzywająco.
– No coś ty. Zobacz, co ci przyniosłem.
Był to tatuaż na deskę.
– O, super. Dzięki, Nath. No to popatrzmy. – Przekręciłam deskolotkę i kucnęliśmy z dwóch stron. Jedną ręką odgarniając włosy znad oczu, Nathan zmył sprayem stary tatuaż i zdarł podkład z nowego. Ledwie tatuaż przywarł do środka deski, wypuścił odrosty w stronę krawędzi. Rdzeniem wzoru było czarne ¤, lecz wokół niego zmaterializowała się przerażająca zjawa, upiór mający długie szpony i oczy zakryte kapturem. Kiedy grafika ustabilizowała się, patrzyłam na arcydzieło. Miałam deskę z piekła rodem.
– Rany, Nath! Twój najlepszy projekt. – Pochyliłam się i lekko palnęłam go w ramię. – Dzięki, stary.
Błysnął bardzo nieśmiałym, lecz szczerym uśmiechem.
– Spoczko.

* * *


Trzydzieści minut później robiliśmy już nalot na hipermarket. Zawodowy oddział szturmowy, a nie jakaś banda dzieciaków. Zamiast koszulek i potarganych dżinsów pojawiły się bojówki z kieszeniami wypchanymi sprayami, tagami, klejem, gwoździami, kulkami łożyskowymi – wszystkim, co potrzebne do zrobienia w krótkim czasie totalnej rozpierduchy w galerii handlowej. Mieliśmy do tego sprzęt z najwyższej półki, dostarczony nam za friko przez sklepy z kiepskim systemem alarmowym. Każdy nosił pancerz ochronny Levcast™: „Zabezpiecz się na ciężkie czasy”. Komunikację zapewniał Fcom™ (model Ava 44o): „Czystość dźwięku, przyjemność słuchania”. Mnie osobiście podobały się nasze przeciwnamierzeniowe Celere™ V IIs: „Masz prawo do wolności”.
W tym momencie nasze komy były naszpikowane dwuminutowymi hymnami punkowymi. Największe z największych zespołów punkowych, vol. 34, a co! Dawały człowiekowi niezłe przyśpieszenie, choć nigdy nie splamiłam się wydawaniem kasy na ich ściągnięcie.
Muzyka urwała się w połowie riffu, co mnie lekko wybiło z rytmu. Byliśmy już na ustalonej pozycji, na kładce za restauracją. Smród gnijących warzyw wykrzywiał mi twarz. Szkoda, że nie zaznaczyli go na schemacie…
– Widzicie? – Jay wskazał uliczkę.
Aye, ale, kapitanie! – W głosie Cartera czuć było szyderstwo.
– Maski na twarz, szykować się! – ciągnął Jay jakby nigdy nic.
Maski nie służyły tylko do tego, żeby nas nie rozpoznano. Gogle znacząco poprawiały widoczność. Zielony odcień wyostrzał głębokie cienie i łagodził rozbłyski.
Na tym etapie akcji do działania przystępowałam ja: pierwsza wychyliłam deskolotkę poza krawędź kładki i sfrunęłam do miejsca, gdzie uliczka łączyła się z wjazdem dla dostawców.
– Dwie kamery. Czekajcie.
Zostawiłam ich w cieniu ściany i dodałam gazu. Uliczka na szczęście była wystarczająco wąska, żebym mogła wybijać się w powietrze, wykorzystywać odrzuty z przodu i z tyłu i zygzakami piąć się w górę. Na odpowiedniej wysokości wyrwałam do przodu i wylądowałam na kamerach. Wyciągnęłam z kieszeni zestaw narzędzi i przerwałam przekaz obrazu. Prędko przeskoczyłam na drugą kamerę. W niecałą minutę obie były unieszkodliwione, zablokowane na zdjęciu niewinnej, spokojnej scenerii.
Kiedy sfrunęłam na ziemię, otworzenie bramki zabrało mi mniej niż trzydzieści sekund.
– Jazda!
Prędko i bezszelestnie minęli mnie na deskolotkach, znikając na terenie olbrzymiego podziemnego parkingu, gdzie przeładowywano towary z ciężarówek do wind. Zauważyłam kilka tirów i grupkę robotników w kombinezonach, ale byli daleko od nas.
Sunęliśmy wzdłuż ścian, w cieniu, aż dotarliśmy do korytarza prowadzącego do wind, którymi – jak ustaliliśmy – najłatwiej było dostać się do środka. Istniały dwa sposoby, żeby przejść na koniec korytarza i uniknąć wpadki. Pierwszy to unieruchomić lub zmylić czytnik kart, co oczywiście potrafiłabym zrobić. Ale drugi sposób był szybszy.
– Uwaga, zaraz walnie! – Rzuciłam granat.
Buch! Z cichym szumem korytarz wypełnił się mikroskopijnymi włóknami polipropylenu. Kiedy wirowały w powietrzu, miliony maleńkich odblasków wskazywały umiejscowienie pięćdziesięciu wiązek lasera. Frunęliśmy teraz korytarzem jak na zawodach kaskaderskich, schylając się i lawirując między promieniami laserów.
Gdy znaleźliśmy się w windzie, do roboty przystąpiła Athena. Odemknęła panel, za którym kryły się kolorowe przewody, i podpięła notebook do systemu. Czułam do niej wielką sympatię. Fantastyczna sprawa mieć w zespole takich fachowców. Chciałabym, żeby pozostali myśleli w podobny sposób o mnie.
Winda wywiozła nas na górę gładko i przyjemnie, przejażdżkę umilał nam program reklamowy galerii. Uprzejmy, kobiecy głos przemawiał ciepło na tle cichej melodii. Carter kiwał głową w takt płynących dźwięków, a ja nie wiedziałam, czy jaja sobie robi, czy może jeszcze nie wywietrzała mu z głowy hassanka, skłaniająca do polubienia tej muzyki.
– Szanowni klienci, niech do wrażeń związanych z zakupami dołączy jeszcze jedno: wizyta w Fowler’s, salonie pedicure i manicure. Poddając się zabiegom najlepszych kosmetyczek w Mieście, zrelaksujecie się w wyróżnionych nagrodami komfortowych fotelach i przejrzycie katalogi z ofertą naszych sklepów. Wszystko za darmo wśród innych atrakcji centrum Górskie Widoki. – Muzyka stała się odrobinę głośniejsza. – Salon mieści się na trzecim piętrze między basenem a Café Noir.
Dzyń! Otworzyły się drzwi windy.
Jestem pewna, że w galeriach handlowych rozpylają w powietrzu jakąś chemię. Zawsze gdy pakowaliśmy się do hipermarketu, dobijał mnie ten zapach – jakby słodkiej wanilii. Prawdopodobnie po latach badań laboratoryjnych wymyślono mieszankę zapachową, która najbardziej sprzyja udanym zakupom.
Ta galeria zasłużyła sobie na status zielonej. Popatrzyliśmy w dół na olbrzymią przestrzeń, w którą zamierzaliśmy wtargnąć: sześć poziomów promieniejących miłą sklepową atmosferą, którą jeszcze podkreślała wielka przeszklona kopuła w dachu.
No to robimy zadymę…
– Szanowni klienci, specjalna okazja…
Nigdy się nie dowiemy, jaką gratkę przygotowano dla klientów z zieloną kartą. Z głośników sklepowych bluznął ciężki, przytłaczający akord gitarowy, jakby ktoś z piątego piętra zrzucił pianino. Gdy zadudniły bębny, ludziom w dole wydawało się, że walą pioruny.

Przyszłość i przeszłość nie trzymają się kupy!
Zieloną kartę wsadźcie sobie…


– Szanowni klienci, przepraszamy za… bzzz…
Athena wzruszyła ramionami.
– Sorry, mają dobry system. Ale już jest nasz.

Nie mówcie mi, gdzie mam być!
Nie mówcie, co mam robić!
Wszystkie wasze rozkazy
Spływają po mnie jak woda!


Osobiście wolałam ambitniejsze teksty, ale to była kapela Jaya. Zresztą miło robić zadymę w galerii, kiedy z głośników biją takie dźwięki. Można powiedzieć, że mściliśmy się za muzykę, którą wciskali klientom.
Byłam już na drugim piętrze, w scenerii wyspy tropikalnej. Strażnicy zaczynali dochodzić do siebie po pierwszym szoku i wszyscy naraz gadali do swoich bezużytecznych walkie-talkie. Prędko wypaliłam kilka haseł. Zaczęłam od wielkich czerwonych znaków anarchistycznych. Nieźle wyglądały na szybie witryny sklepu ze sprzętem pływackim. Jeszcze lepiej na białej koszuli autobarmana w barze Malibu. A już najlepszy był krótki przelot po „Rajskich widokach – reprodukcjach dla domu z klasą”. Zasapany strażnik, machając rękami, odgonił mnie stamtąd, ale nie zrobił mi nic złego. Nie posmarowałam jeszcze klejem ruchomych schodów… co teraz nadrobiłam. Ze śmiechem patrzyłam na konsternację kmiotków, którzy musieli się zmierzyć z niespodziewanym wysiłkiem fizycznym: wspinaczką po tradycyjnych schodach.
Potem wycelowałam w ogromne billboardy reklamowe i dałam ognia.
Kupujcie śmiecie, póki nie padniecie. To hasło prezentowało się całkiem, całkiem na reklamie obuwia sportowego.
Własność to kradzież. Klasyka. Pomyślałam sobie, że będzie dobrze wyglądało na tablicy z ofertą apartamentów dla zielonokartowych.
Nędza to zbrodnia. Może mało śmieszne, ale powiedzieć trzeba.
Konsumuj więcej. Nadaj sens swojemu życiu. Parodiowanie haseł koncernów czasami pozwalało pokazać absurdalność ich twierdzeń. Choć zdarzało się, że reklamodawcy bezwstydnie podbierali nam slogany.
– Jeszcze cztery minuty – rozległ się w naszych słuchawkach głos Atheny.
– Jak nam idzie? – zapytał Nathan.
– Ciągle się brechtam. Jestem jeszcze na fazie i nie mogę przestać się brechtać. – Faktycznie, bez przerwy słychać było bulgoczący chichot Cartera.
Czas nabazgrać jeszcze jakieś hasełka. Przelatywałam pod nosem przestraszonych sprzedawców, a biegnący za mną strażnicy zostawali daleko w tyle.
– Do góry głowy, patrzcie na mnie!
Dopiero po chwili dotarłam na środek galerii, skąd mogłam zobaczyć, co wyprawia Jay. Robił ślizg na stalowym dźwigarze tuż pod sklepieniem kopuły. W ręku trzymał puszkę, z której tryskał strumień niebiesko-żółtego ognia.
– Powaliło go – mruknął Milan.
– Co robisz? – zapytał Carter z nieskrywaną ciekawością.
Jay nie musiał odpowiadać. Chwilę później z dysz instalacji przeciwpożarowej lunęły kaskady wody. W galerii skrzyły się setki przepięknych tęcz, ponieważ światła sklepów odbijały się w malutkich kropelkach mżawki podobnej do mgły.
– Czad, nie? – śmiał się Jay.
– Przeczad! – wtórował mu Carter.
Musiałam przyznać, że było to niezłe zagranie.
– Macie sto pięćdziesiąt sekund na ewakuację! Czas się zbierać! – zawołała Athena. Monitorowała systemy policji.
Kiedy siąpił sztucznie wywołany deszcz, a ja z szeroko rozłożonymi rękami dociskałam nos deski, kierując się do upatrzonego wyjścia, przez chwilę cieszyłam się widokiem. Posiadacze zielonych kart w wytwornych sukienkach i garniturach biegali, zasłaniając głowy reklamówkami z logo potężnych koncernów; była to raczej symboliczna ochrona przed drobnym, lecz uciążliwym deszczykiem z instalacji przeciwpożarowej.
Pozostali odwalili kawał dobrej roboty i teraz hipermarket był parodią samego siebie. Ociekający wodą i pobazgrany setką anarchistycznych haseł, wyglądał jak pan młody w eleganckiej kamizelce, który wbiegł do hurtowni farb, wszystko tam poprzewracał i wybiegł podobny do stracha na wróble.
– Wynoście się stamtąd! – krzyczała w słuchawkach Athena.
– Co jest? – zapytał Milan, lecz nie doczekał się odpowiedzi.
Chwilę później wszystko wysiadło.
Instynktownie pochyliłam się, żeby chwycić się deski, ale nic to nie dało. Po raz drugi tego dnia upadłam; tym razem rąbnęłam o ruchome schody i przekoziołkowałam na dół. Miałam szczęście, bo mogłam złamać rękę lub zrobić sobie coś gorszego. W galerii były wygaszone wszystkie neonowe szyldy, a nawet zielone znaki bezpieczeństwa. Mój sprzęt nie działał. Ktoś musiał zdetonować w centrum handlowym bombę emitującą fale radiowe o wysokiej energii. Ktoś, kto chciał nas dorwać bez względu na koszty.
Nad szklaną kopułą powiększał się gigantyczny cień – niby rozcapierzone palce, próbujące złapać cały hipermarket. Równocześnie rozbrzmiewał głuchy, złowieszczy warkot jakiejś potężnej latającej maszyny.
Wbiegając do sklepu mr. green, kulałam, ponieważ znów mnie bolała lewa kostka. Spanikowałam do tego stopnia, że porzuciłam swoją ukochaną deskę. Stała się bezużyteczna, odkąd spalił się silnik i podzespoły antygrawitacyjne. Zauważyli mnie dwaj strażnicy i z krzykiem pobiegli w moją stronę.
Gdzieś głęboko we mnie dziewięcioletnia dziewczynka krzyczała z przerażenia. Nigdy nie czułam się tak zagrożona, nawet gdy wkradałam się do niebieskiej strefy. Na samą myśl o tym robiło mi się duszno. Pochlipywałam głośno, przedzierając się przez stoisko z wieczorowymi strojami. Żeby utrudnić sprawę goniącym mnie strażnikom, przewracałam wieszaki z czarnymi garniturami.
Znajdowali się nie dalej niż dziesięć metrów za mną, kiedy przeskoczyłam przez stanowisko płatnicze, minęłam drzwi obrotowe i wpadłam do pomieszczeń pracowniczych. Kopniakiem odemknęłam następne drzwi, za którymi mieścił się dział damskiej odzieży sportowej. Zamiast ruszyć w ocean różowych, białych i pastelowych kolorów, cofnęłam się prędko i ukryłam w ciasnej kuchence.
Przebiegli obok mnie jak osły. Dali się nabrać? Nie, jednak się zatrzymali…
– Gdzie ona zwiała?
– Leć dalej, ja się tu rozejrzę.
Momentalnie wcisnęłam się do szafki, miażdżąc torebki z zupą błyskawiczną i wysokowitaminowe batoniki. W kuchni rozległy się pośpieszne kroki strażnika. Ze łzami w oczach próbowałam uspokoić serce. Tłukło się w piersi tak mocno, że bardziej obawiałam się zawału niż tego, że strażnik mnie usłyszy.
Odemknęły się drzwi szafki.
– Cześć, mała.
No i przechlapane…









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-03-01 (806 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej