Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
A.D.XIII, t.2
 
Katalog - dodano
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 Ostatni
- Charlie Fletcher
 84 000
- Claire North
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Klątwa tygrysa'' - Colleen Houck



William Blade

Tygrys


Tygrysie! Łuną dzikiej mocy
W ogromnych świecisz borach nocy!
Twą przeraźliwą piękność jakież
Stworzyły ręce, jakież oczy?
W jakich głębinach czy niebiosach
Zażegła się twych ślepi siła?
Jaka ją burza tu przyniosła?
Jaka ją śmiałość pochwyciła?
Czyja to sztuka, czyje dzieło,
Potworne mięśni twoich sploty?
Kiedy twe serce bić zaczęło,
Jakie tam pracowały młoty?
Jakie prężyły się powrozy?
Jakie tam piece ogniem ziały,
Gdy mózg śmiertelnej pełen grozy
Straszliwe palce kształtowały?
Włócznie gwiazd kiedy spadły Bożych
I płacz gwiaździsty skrzył się w niebie,
Czy On polubił cię? On stworzył
Jagnię! Czy stworzył także ciebie?
Tygrysie! Łuną dzikiej mocy
W ogromnych świecisz borach nocy!
Tę straszną piękność jakież śmiały
Kształtować ręce, jakież oczy?

tłum. Zygmunt Kubiak



PROLOG

Klątwa



Więzień stał z rękoma związanymi z przodu, zmęczony, poobijany i brudny, ale wyprostowany dumnie jak przystało na potomka królewskiego rodu Indii. Lokesh spoglądał na niego z wyższością z bogato zdobionego, złoconego tronu. Wysokie białe kolumny podpierały sufit, rozmieszczone wokół komnaty niczym strażnicy. Przezroczystych kotar nie poruszał nawet najmniejszy podmuch wiatru z dżungli. Jedynym dźwiękiem, jaki dochodził do uszu więźnia, było miarowe postukiwanie wysadzanych klejnotami pierścieni na palcach Lokesha o złocony tron. Nikczemny władca spojrzał na pojmanego zmrużonymi oczyma, pełnymi pogardy i triumfu.
Więzień był księciem indyjskiego królestwa Mudźulain. Technicznie rzecz biorąc, jego obecny tytuł brzmiał: Książę i Najwyższy Protektor Imperium Mudźulain, ale on wolał myśleć o sobie po prostu jako o synu swojego ojca.
To, że Lokesh, radża niewielkiego sąsiedniego królestwa Bhrinam, zdołał pojmać księcia, nie było aż tak wstrząsające jak to, kto siedział w tej chwili u boku okrutnego władcy: byli to Yesubai, córka radży oraz narzeczona księcia, a także młodszy brat więźnia – Kishan. Pojmany bacznie przyglądał się każdemu z nich, ale tylko Lokesh odwzajemnił jego śmiałe spojrzenie. Na piersi, pod koszulą, książę czuł chłodny dotyk kamiennego amuletu, a jego ciało opanowywał gniew.
Więzień przemówił pierwszy, z trudem powstrzymując w głosie gorycz zdrady.
– Czemu ty, mój przyszły ojciec, traktujesz mnie tak… niegościnnie?
Na twarz Lokesha powoli wypłynął lekceważący, prowokacyjny uśmiech.
– Mój drogi książę, masz coś, czego pożądam.
– Nic, czego możesz pragnąć, nie usprawiedliwia twego czynu. Czyż nasze królestwa nie mają się wkrótce połączyć? Wszystko, co mam, jest do twojej dyspozycji. Wystarczyło tylko poprosić. Czemu tak postępujesz?
Lokesh potarł dłonią podbródek, a jego oczy zalśniły.
– Plany się zmieniają. Wygląda na to, że twój brat chciałby wziąć moją córkę za żonę. Złożył mi pewne obietnice w zamian za pomoc w osiągnięciu tego celu.
Książę przeniósł wzrok na Yesubai, która, z płonącymi policzkami, przyjęła skromną, pełną uległości pozę i skłoniła głowę. Ich zaaranżowane małżeństwo miało zagwarantować trwały pokój między dwoma królestwami. Książę przez ostatnie cztery miesiące nadzorował operacje militarne na drugim końcu imperium i na straży królestwa pozostawił brata.
Najwyraźniej Kishan miał oko na coś więcej niż tylko królestwo.
Więzień śmiało wystąpił naprzód, stanął przed Lokeshem i zawołał:
– Oszukałeś nas wszystkich! Jesteś jak zwinięta kobra, która czeka na właściwy moment, by zaatakować. – Obrzucił wzrokiem brata i narzeczoną. – Nie rozumiecie? Wasze działanie uwolniło węża, który pokąsał nas wszystkich. Jego jad krąży w naszych żyłach i niszczy wszystko, co napotka na swej drodze.
Lokesh roześmiał się z pogardą, po czym przemówił:
– Jeśli zgodzisz się oddać swój kawałek amuletu Damona, być może pozwolę ci żyć.
– Żyć? Sądziłem, że stawką jest moja narzeczona.
– Obawiam się, że twoje prawa jako przyszłego małżonka zawłaszczył kto inny. Być może nie wyraziłem się jasno. Twój brat dostanie Yesubai.
Więzień zacisnął zęby, po czym spokojnym tonem odrzekł:
– Armia mojego ojca zniszczy cię, jeśli mnie zabijesz.
Lokesh parsknął śmiechem.
– Twój ojciec nie zaatakowałby nowej rodziny Kishana. Bądź pewien, że ugłaszczemy twego drogiego rodziciela, wmawiając mu, iż padłeś ofiarą nieszczęśliwego wypadku. – Pogładził się po krótkiej, szorstkiej brodzie, po czym dodał, tonem wyjaśnienia: – Rozumiesz oczywiście, że nawet jeśli pozwolę ci żyć, to ja przejmę władzę nad obydwoma królestwami. – Lokesh uśmiechnął się. – Jeżeli mi się sprzeciwisz, twój fragment amuletu odbiorę ci siłą.
Kishan nachylił się ku Lokeshowi i chłodnym tonem zaprotestował:
– Myślałem, że zawarliśmy umowę. Przyprowadziłem ci mojego brata, ponieważ przysiągłeś, że go nie zabijesz! Miałeś tylko zabrać amulet. To wszystko.
Ręka Lokesha wystrzeliła w powietrze szybko jak wąż i chwyciła nadgarstek Kishana.
– Powinieneś był się już domyślić, że biorę to, na co mam ochotę. Jeżeli wolisz spoglądać na mnie z tego samego miejsca, co twój brat, z radością ci w tym pomogę.
Kishan poruszył się na swoim tronie, ale zachował milczenie.
Lokesh mówił dalej.
– Nie? To znakomicie, właśnie zmieniłem warunki naszej umowy. Twój brat zginie, jeśli nie postąpi wedle mojej woli, a ty nie poślubisz mojej córki, jeżeli nie oddasz mi również swojej części amuletu. Nasz prywatny kontrakt można łatwo anulować, a ja zawsze mogę oddać Yesubai innemu mężczyźnie, którego sam wybiorę. Być może jakiś stary sułtan ochłodzi jej gorącą krew. Jeśli pragniesz pozostać blisko Yesubai, będziesz mi posłuszny.
Lokesh ściskał nadgarstek Kishana, aż rozległ się chrzęst. Kishan nawet nie mrugnął.
Rozciągając palce i powoli kręcąc dłonią, Kishan odchylił się na tronie i dotknął rzeźbionego fragmentu amuletu ukrytego pod koszulą, po czym porozumiał się wzrokiem z bratem.
Porachunki między sobą załatwią później. To, co zrobił Lokesh, oznaczało wojnę, a dobro królestwa było dla obu braci priorytetem. Obsesja tętniła w szyi Lokesha, pulsowała w jego skroniach i wyglądała z czarnych oczu, podobnych do ślepi węża. Te właśnie oczy sondowały teraz twarz więźnia, usiłując wyłapać słabe punkty. Przepełniony gniewem, Lokesh skoczył na równe nogi.
– A więc niech tak będzie!
Dobył z fałd swej szaty lśniący nóż z wysadzaną klejnotami rękojeścią i brutalnie podciągnął rękaw brudnej, niegdyś białej kurty pojmanego. Sznur zacisnął się wokół nadgarstka księcia, który jęknął z bólu, gdy Lokesh przejechał ostrzem po jego przedramieniu.
Rozcięcie było na tyle głębokie, że natychmiast wypełniło się krwią, która rozlała się poza krawędź rany i spłynęła na kafle podłogi.
Lokesh zerwał z szyi drewniany talizman i umieścił go pod ramieniem więźnia. Krew spłynęła z noża na amulet, a rzeźbiony symbol rozbłysnął ognistą czerwienią, po czym zaczął pulsować nienaturalnym białym światłem.
Jasny promień wystrzelił, przeszył pierś księcia i objął go całego swoimi mackami. Mimo swej siły pojmany nie był gotowy na tak wielki ból. Gdy jego ciało ogarnął palący żar, książę krzyknął i upadł.
Obronnym gestem wyciągnął przed siebie ręce, ale jedynie przejechał słabo palcami po zimnych, białych kaflach. Pozostało mu tylko bezradnie przyglądać się bratu i Yesubai, którzy skoczyli w stronę Lokesha. Władca odepchnął ich brutalnie. Yesubai upadła i mocno uderzyła głową o kamienny podest. Książę widział rozpacz Kishana, gdy życie uciekało z wątłego ciała jego ukochanej. A potem nie czuł już nic prócz bólu.



1

Kelsey



Stałam na krawędzi. Dokładniej rzecz biorąc, była to kolejka do pośredniaka w Oregonie, ale czułam się jak nad przepaścią. Dzieciństwo, szkołę średnią i iluzję, że życie jest dobre, a czasy są łatwe, pozostawiłam za sobą. Przede mną majaczyła przyszłość: studia, rozmaite wakacyjne prace, które pomogą opłacić czesne, oraz prawdopodobieństwo spędzenia dorosłego życia w samotności.
Ogonek powoli posuwał się do przodu. Zdawało mi się, że czekam tu już od wielu godzin, usiłując znaleźć wakacyjne zajęcie. Gdy w końcu nadeszła moja kolej, znudzona kobieta za biurkiem rozmawiała przez telefon. Przywołała mnie gestem i wskazała mi krzesło. Gdy odłożyła słuchawkę, wręczyłam jej swoje formularze, a ona mechanicznym tonem rozpoczęła wywiad.
– Imię i nazwisko, proszę.
– Kelsey. Kelsey Hayes.
– Wiek?
– Siedemnaście, prawie osiemnaście. Niedługo mam urodziny.
Kobieta podstemplowała formularze.
– Skończyła pani szkołę średnią?
– Tak, kilka tygodni temu. Jesienią mam zamiar zacząć studia w Chemeketa.
– Imiona rodziców?
– Madison i Joshua Hayes, ale moimi opiekunami są Sara i Michael Neilson.
– Opiekunami?
Znów się zaczyna, pomyślałam. Jakimś cudem tłumaczenie się ze swojego życia z czasem wcale nie staje się prostsze.
– Tak. Moi rodzice… zmarli. Zginęli w wypadku samochodowym, gdy byłam w pierwszej klasie liceum.
Kobieta za biurkiem pochyliła się nad papierami i długo coś notowała. Skrzywiłam się, myśląc, co takiego pisze, że zajmuje jej to tyle czasu.
– Panno Hayes, czy lubi pani zwierzęta?
– Jasne. Hmm, wiem, jak je karmić… – Widzieliście kiedyś większą frajerkę? Po takich słowach na pewno mnie nie zatrudnią.
Odchrząknęłam. – Jasne, uwielbiam zwierzęta.
Kobieta nie zwróciła szczególnej uwagi na moją odpowiedź i wręczyła mi ogłoszenie.

POSZUKIWANY PRACOWNIK
NA DWA TYGODNIE
ZAKRES OBOWIĄZKÓW:
SPRZEDAŻ BILETÓW, KARMIENIE ZWIERZĄT
I SPRZĄTANIE PO WYSTĘPACH.
Ponieważ tygrys i psy pot r zebuj ą całodobowej opieki ,
zapewniamy zakwaterowanie oraz wyżywienie.

Ogłoszenie dał niewielki rodzinny Cyrk Maurizio. Przypomniało mi się, jak w spożywczaku dostałam kupon na bilet i nawet pomyślałam, że zabiorę na występ dzieci moich przybranych rodziców, sześcioletnią Rebekę i czteroletniego Samuela, żeby Sara i Mike mogli mieć chwilę dla siebie. Ale w końcu zgubiłam kupon i o wszystkim zapomniałam.
– Chce pani tę pracę czy nie? – rzuciła kobieta niecierpliwie.
Jeszcze raz przywołałam w myślach treść ogłoszenia.
– Tygrys, co? Brzmi ciekawie! A czy są tam też słonie? Bo mimo wszystko nie mam zamiaru sprzątać słoniowych kup. – Cicho zachichotałam z własnego dowcipu, ale kobieta za biurkiem nawet się nie uśmiechnęła. A ponieważ nie miałam żadnych innych możliwości, powiedziałam jej, że biorę tę pracę. Dała mi kartkę z adresem i poinstruowała, bym zjawiła się na miejscu jutro o szóstej rano.
Zmarszczyłam nos.
– Potrzebują mnie już od szóstej rano?
Kobieta tylko na mnie spojrzała, po czym zawołała: „Następny!”, w stronę niecierpliwie wiercącej się za moimi plecami kolejki.
W co ja się wpakowałam? pomyślałam, wsiadając do samochodu, który pożyczyłam od Sary, po czym ruszyłam w stronę domu. Westchnęłam. Mogło być gorzej. Mogłabym od jutra przewracać hamburgery na patelni. Cyrki są zabawne. Mam tylko nadzieję, że nie będzie słoni.



* * *



Życie w domu Sary i Mike’a było całkiem niezłe. Dawali mi o wiele więcej wolności, niż rodzice większości moich rówieśników dawali swoim dzieciom, i myślę, że mamy do siebie nawzajem zdrowy szacunek – oni w każdym razie szanowali mnie na tyle, na ile dorośli ludzie mogą szanować siedemnastolatkę. Pomagałam w opiece nad ich dziećmi i nigdy nie wpadałam w kłopoty. Nie udało im się w pełni zastąpić mi rodziców, ale w pewien sposób stanowiliśmy rodzinę.
Starannie zaparkowałam samochód w garażu i weszłam do domu, gdzie zastałam Sarę atakującą dużą miskę za pomocą drewnianej łyżki. Rzuciłam torbę na krzesło i nalałam sobie szklankę wody.
– Widzę, że znów robisz wegańskie ciasteczka. Co to za okazja? – spytałam.
Sara zaczęła wbijać łyżkę w gęste ciasto, jakby to był szpikulec do lodu.
– Jutro kolej Sammy’ego, żeby przynieść przekąski do przedszkola.
Udałam, że odkasłuję, by zdusić drwiący chichot.
Sara spojrzała na mnie przenikliwie.
– Kelsey Hayes, to, że twoja matka piekła najlepsze ciasteczka na świecie, nie znaczy, że ja sobie nie poradzę.
– Nie wątpię w twoje umiejętności, tylko w twoje składniki – odparłam, podnosząc jeden ze słoików. – Substytut masła orzechowego, siemię lniane, białko w proszku, agawa i serwatka. Dziwię się, że nie dorzuciłaś papieru z recyklingu. A gdzie czekolada?
– Czasem używam karobu.
– Karob to nie czekolada. Smakuje jak brązowa kreda. Jeśli pieczesz ciasteczka, to powinnaś zrobić…
– Wiem, wiem. Dyniowo-czekoladowe albo orzechowe z podwójną czekoladą. Takie rzeczy są naprawdę szkodliwe, Kelsey – odparła Sara z westchnieniem.
– Ale tak dobrze smakują…
Patrzyłam, jak oblizuje palec, po czym oznajmiłam:
– A tak w ogóle, to mam pracę. Będę karmić zwierzęta i sprzątać w cyrku.
– Wspaniale! To może być dla ciebie świetne doświadczenie – ożywiła się Sara. – O jakie zwierzęta chodzi?
– Ee, głównie psy. No i zdaje się, że jest jeszcze tygrys. Ale nie sądzę, żebym musiała robić coś niebezpiecznego. Na pewno mają specjalnych opiekunów dla tygrysa. W każdym razie zaczynam bardzo wcześnie rano i będę tam spać przez najbliższe dwa tygodnie.
– Hmm – zadumała się Sara. – Cóż, gdybyś nas potrzebowała, zawsze możesz zadzwonić. Czy mogłabyś wyjąć zapiekankę brukselkową a la „gazeta z recyklingu” z piekarnika?
Ustawiłam podejrzanie pachnącą zapiekankę na środku stołu, a Sara włożyła blachę z ciastkami do piekarnika i zawołała dzieci na kolację. Do kuchni wszedł Mike, odłożył teczkę i ucałował żonę w policzek.
– Co to za… woń? – zapytał nieufnie.
– Zapiekanka brukselkowa – odpowiedziałam, zdziwiona, że zapragnął poznać źródło nieciekawego zapachu.
– Zrobiłam też ciasteczka dla Sammy’ego do przedszkola – oznajmiła Sara z dumą. – Najlepsze zostawię dla ciebie.
Mike rzucił mi porozumiewawcze spojrzenie. Niestety, Sara to zauważyła. Trzepnęła go ścierką w udo.
– Jeśli ty i Kelsey macie zamiar tak się zachowywać, to dziś zmywacie.
– Och, kochanie, nie gniewaj się. – Mike pocałował Sarę i objął ją, robiąc wszystko, by wymigać się od uciążliwego obowiązku.
Uznałam, że to dobry moment, żeby wyjść z kuchni. Już za progiem doszedł do mnie chichot Sary. Uśmiechnęłam się i pomyślałam, że chciałabym, żeby kiedyś jakiś facet wymigiwał się w podobny sposób od zmywania, które ja mu zadałam.
Najwyraźniej Mike okazał się zdolnym negocjatorem, ponieważ przypadło mu w udziale położenie dzieciaków spać, a ja zostałam z naczyniami sama. Nie przeszkadzało mi to, ale kiedy tylko skończyłam, postanowiłam, że i ja pójdę już do łóżka. Szósta rano to bardzo wczesna pora.
Po cichu wspięłam się po schodach do swojego pokoju. Był mały i przytulny, z prostym łóżkiem, toaletką z lustrem, biurkiem do odrabiania lekcji, na którym stał komputer, koszykiem różnobarwnych wstążek do włosów i pikowanym pledem mojej babci.
Babcia uszyła go, gdy byłam mała, ale i tak pamiętam, jak nad nim pracowała, zawsze z tym samym metalowym naparstkiem na palcu. Przesuwając palcem po motylu wyhaftowanym na moim zużytym pledzie o postrzępionych krawędziach, przypomniałam sobie, jak pewnej nocy wykradłam tamten naparstek z pudełka babci tylko po to, żeby poczuć jej bliskość. Choć jestem już nastolatką, nadal co noc śpię pod pikowanym pledem mojej babci.
Przebrałam się w piżamę, potrząsnęłam głową, by uwolnić włosy z warkocza, i rozczesałam je, wspominając, jak robiła to za mnie mama i jak przy tym rozmawiałyśmy.
Wśliznęłam się pod ciepły pled i nastawiłam budzik na uff… wpół do piątej rano. Zastanawiałam się przy tym, co, na Boga, można o tak wczesnej porze robić z tygrysem i jak poradzę sobie w tym cyrku, który nagle wkroczył w moje życie. Zaburczało mi w brzuchu.
Zerknęłam na dwa zdjęcia ustawione na komódce przy łóżku. Pierwsze przedstawiało całą naszą trójkę – mamę, tatę i dwunastoletnią mnie – świętującą Nowy Rok. Pamiętałam, że tamtego dnia mama zakręciła moje długie brązowe włosy, ale na fotografii są już przyklapnięte, ponieważ awanturowałam się, że nie chcę używać lakieru. Na zdjęciu byłam szeroko uśmiechnięta, chociaż na zębach lśnił mi srebrzysty aparat. Teraz jestem wdzięczna za swoje proste zęby, ale wtedy z całego serca go nienawidziłam.
Dotknęłam szklanej szybki, muskając kciukiem własną bladą dwunastoletnią twarz. Zawsze chciałam być smukła, jasnowłosa, opalona i błękitnooka, ale miałam piwne oczy swego ojca i skłonność do tycia odziedziczoną po matce.
Drugie zdjęcie pochodziło ze ślubu rodziców, zrobione było znienacka, nieupozowane. W tle widać przepiękną fontannę, a mama i ojciec są na nim młodzi, szczęśliwi i uśmiechają się do siebie. Pragnęłam kiedyś być częścią takiej sceny, chciałam, żeby w przyszłości ktoś patrzył na mnie w ten sam sposób.
Przewróciłam się na brzuch, wcisnęłam poduszkę pod policzek i już wkrótce odpłynęłam w sen, myśląc o ciasteczkach mojej mamy. Tamtej nocy śniłam, że ktoś ściga mnie przez dżunglę, a gdy się obejrzałam, ze zdumieniem ujrzałam wielkiego tygrysa.
Kelsey ze snu roześmiała się, obróciła do przodu i pobiegła jeszcze szybciej, cały czas słysząc za sobą delikatny, stłumiony odgłos kocich kroków, rozbrzmiewający w tym samym rytmie, co bicie jej serca.



2

Cyrk



Budzik wyrwał mnie z głębokiego snu o wpół do piątej rano. Wszystko wskazywało na to, że na dworze było ciepło, ale nie za gorąco. W Oregonie nigdy nie jest zbyt gorąco. Gubernator stanu chyba już dawno, dawno temu ustanowił prawo, że będą tu zawsze umiarkowane temperatury.
Świtało. Słońce nie wyłoniło się jeszcze sponad gór, ale niebo rozjaśniało się, nadając chmurom nad wschodnim horyzontem wygląd różowej waty cukrowej. W nocy musiało padać, ponieważ czułam w powietrzu cudowny zapach mokrej trawy i sosnowych igieł.
Wyskoczyłam z łóżka, odkręciłam prysznic, poczekałam, aż łazienka będzie ciepła i zaparowana, po czym wskoczyłam pod strumień gorącej wody, który bębnił mi po plecach, budząc do życia rozespane mięśnie.
Jak powinna wyglądać pracownica cyrku? Nie wiedziałam, jaki strój będzie odpowiedni, wciągnęłam więc na siebie koszulkę z krótkimi rękawami i robocze dżinsy. Stopy wsunęłam w tenisówki, wytarłam włosy ręcznikiem, zaplotłam je szybko w dobierany warkocz i związałam błękitną wstążką. Nałożyłam błyszczyk na usta i voila, cyrkowy image gotowy.
Czas się spakować. Stwierdziłam, że nie muszę brać ze sobą wiele, tylko kilka podstawowych rzeczy, w końcu będę w cyrku zaledwie dwa tygodnie i zawsze mogę wpaść do domu. Wyciągnęłam z szafy trzy zestawy strojów, które wisiały tam starannie rozmieszczone według koloru, a potem otworzyłam szufladę komody. Chwyciłam kilka zwiniętych par skarpetek, również uporządkowanych kolorystycznie, i wcisnęłam wszystko do swojego wiernego szkolnego plecaka. Dorzuciłam jeszcze kilka kosmetyków i książek, pamiętnik, pióro, ołówek i parę kredek, portfel i zdjęcia rodziny. Zwinęłam w rulon babciny pled, wetknęłam na sam wierzch i z pewnym wysiłkiem zaciągnęłam zamek.
Przewiesiłam plecak przez ramię i zbiegłam na dół. Sara i Mike już nie spali, jedli w kuchni śniadanie. Każdego ranka zrywali się o absurdalnie wczesnej porze i szli biegać. Wariactwo. O wpół do piątej rano codzienną przebieżkę mieli już za sobą.
– Hej, dzień dobry – wymamrotałam.
– Hej, dzień dobry – odpowiedział Mike. – Gotowa zacząć nową pracę?
– Aha. Będę przez dwa tygodnie sprzedawać bilety i kumplować się z tygrysem. Świetnie, co?
Mike zachichotał.
– Brzmi super. W każdym razie lepsze to niż praca na budowie. Podwieźć cię? Mam po drodze.
Uśmiechnęłam się do niego.
– Jasne. Dzięki, Mike. Bardzo chętnie – powiedziałam.
Obiecałam co parę dni dzwonić do Sary, chwyciłam batonik z ziarnami i łykając szybko, zmusiłam się do wypicia połowy szklanki mleka sojowego – z trudnością powstrzymując odruch wymiotny – po czym wraz z Mikiem skierowaliśmy się do wyjścia.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, naszym oczom ukazał się wielki niebieski szyld zapowiadający nadchodzące atrakcje.

HRABSTWO POLK
WITA
CYRK MAURIZIO
występują AKROBACI MAURIZIO
oraz wielka sława – DHIREN!


No to zaczynamy. Westchnęłam i ruszyłam żwirową ścieżką w stronę głównego budynku. Zabudowania placu wyglądały jak lotnisko albo wojskowy bunkier. Popękana farba miejscami odpadała ze ścian, a okna były brudne. Duża amerykańska flaga trzepotała na wietrze, a łańcuch, do którego była przymocowana, z lekkim brzękiem obijał się o metalowy maszt.
Teren, na którym rozstawił się cyrk, był dziwnym zbiorowiskiem starych budynków z parkingiem i niewyasfaltowaną ścieżką, która wiła się w głębi i naokoło placu. Dwie ciężarówki z płaskimi platformami zaparkowały obok kilku namiotów z białego płótna. Afisze cyrkowe wisiały wszędzie; przynajmniej po jednym na każdym budynku. Niektóre przedstawiały akrobatów, inne żonglerów. Na żadnym afiszu nie dostrzegłam słonia, odetchnęłam więc z ulgą. Gdyby były tu jakieś słonie, z pewnością już bym je poczuła.
Rozdarty afisz łopotał na wietrze. Złapałam naderwaną krawędź i przyłożyłam ją do słupa, na którym wisiał. Na plakacie widniało zdjęcie białego tygrysa. Proszę, proszę, pomyślałam. Witaj, mam nadzieję, że nie ma was więcej… i że pożeranie nastolatek nie sprawia ci szczególnej przyjemności.
Otworzyłam drzwi do głównego budynku i weszłam do środka. Ujrzałam przed sobą cyrkową arenę. Wyblakłe czerwone krzesełka ustawione były jedne na drugich pod ścianami. W kącie rozmawiało ze sobą dwoje ludzi. Wysoki mężczyzna, który wyglądał na szefa, stał z boku, notując coś i sprawdzając zawartość pudeł leżących nieopodal. Ruszyłam w jego stronę po czarnej, gumowej podłodze i przedstawiłam się.
– Dzień dobry, jestem Kelsey, wasza pracownica na najbliższe dwa tygodnie.
Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, żując coś jednocześnie, po czym splunął na podłogę.
– Wyjdź tylnymi drzwiami i skręć w lewo. Kieruj się w stronę czarno-srebrnej przyczepy.
– Dzięki! – Spluwanie tytoniem napawało mnie obrzydzeniem, ale mimo to udało mi się uśmiechnąć do nieznajomego. Wyszłam z budynku, odnalazłam przyczepę i zapukałam do drzwi.
– Moment! – rozległ się donośny męski głos. Drzwi otworzyły się nadspodziewanie szybko, a ja aż odskoczyłam, zdumiona. Stojący nade mną mężczyzna w ozdobnej szacie zaśmiewał się serdecznie z mojej reakcji. Był bardzo wysoki. Ze swoim metrem siedemdziesiąt wyglądałam przy nim jak krasnal. Miał okrągły brzuch, jego głowę pokrywały kręcone czarne włosy o lekko cofniętej linii. Z uśmiechem podniósł rękę i poprawił tupecik. Nad górną wargą sterczał mu cienki czarny wąsik z nawoskowanymi końcówkami. Mężczyzna miał również niewielką kozią bródkę.
– Ty się nie bój mój wygląd – rzucił na wstępie.
Spuściłam oczy i zaczerwieniłam się.
– Nie boję się. Po prostu przyszłam chyba w złym momencie. Przepraszam, jeśli pana obudziłam.
Nieznajomy roześmiał się.
– Lubię le sorprese. Dzięki nim jestem młody i bardzo przystojny.
Zachichotałam, ale zaraz umilkłam, gdyż przypomniałam sobie, że najprawdopodobniej rozmawiam ze swoim szefem. Kurze łapki okalały jego lśniące błękitne oczy. Ciemna karnacja podkreślała biel szerokiego uśmiechu. Wydał mi się typem człowieka, który przez cały czas śmieje się z jakiegoś zrozumiałego tylko dla siebie żartu. W końcu zapytał gromkim, teatralnym głosem z silnym włoskim akcentem:
– A pani to kto, młoda damo?
Uśmiechnęłam się nerwowo.
– Dzień dobry. Jestem Kelsey. Mam tu pracować przez najbliższe parę tygodni.
Mężczyzna nachylił się i uścisnął mi rękę. Jego wielka łapa całkowicie pochłonęła moją dłoń, którą potrząsał tak entuzjastycznie, że aż zadzwoniły mi zęby.
– Aa, fantastico! Bardzo udatnie! Witaj w Cyrku Maurizio! Mamy, jak to mówią, pewne braki w personel i potrzebna nam assistenza, póki zostajemy w waszym magnifica citta, hę? Splendido, że jesteś! Zaczynajmy immediatamente.
Spojrzał na przechodzącą obok ładną jasnowłosą dziewczynkę, na oko czternastoletnią.
– Cathleen, weż giovane donna do Matta i informare go, że ja desido… chcę, żeby razem pracowali. Będzie ją dzisiaj uczył. – Znów zwrócił się do mnie. – Miło cię poznacz, Kelsey. Mam nadzieję, że ty piaci, ee, że będzie się tobie podobacz praca w nasza piccola tenda di circo!
– Dziękuję. Mnie też miło pana poznać – powiedziałam.
Mężczyzna puścił do mnie oko, po czym odwrócił się i zniknął w przyczepie, zamknąwszy za sobą drzwi. Cathleen uśmiechnęła się i poprowadziła mnie tyłem głównego budynku w stronę cyrkowych sypialni.
– Witaj w naszym wielkim… hmm, no dobrze, niewielkim cyrku. Chodź za mną. Jeśli chcesz, możesz spać w moim namiocie. Mamy kilka wolnych łóżek. Mieszkam razem z mamą i ciocią. Podróżujemy z cyrkiem. Moja mama jest akrobatką, ciocia też. W naszym namiocie jest miło, tylko musisz się przyzwyczaić do kostiumów, które wiszą wszędzie.
Zaprowadziła mnie do przestronnego namiotu i wskazała wolne miejsce. Wetknęłam plecak pod łóżko i rozejrzałam się dookoła. Miała rację co do kostiumów. Były wszędzie. Koronki, cekiny, pióra i lycra pokrywały każdy kąt namiotu. Poza tym dostrzegłam oświetlony stolik z lustrem. Przybory do makijażu, szczotki do włosów, zapinki i lokówki zagracały każdy centymetr kwadratowy blatu. Następnie odnalazłyśmy Matta. Wyglądał na jakieś czternaście-piętnaście lat. Miał brązowe włosy, obcięte krótko jak to u chłopaka, piwne oczy i beztroski uśmiech. Usiłował właśnie samodzielnie ustawić budkę biletową – i nie wychodziło mu to ani trochę.
– Cześć, Matt – powiedziała Cathleen, gdy chwyciłyśmy dolną część budki, by mu pomóc.
Zaczerwieniła się. Urocze.
– Hmm, to jest Kelsey – mówiła dalej. – Będzie z nami przez najbliższe dwa tygodnie. Masz jej pokazać co i jak.
– Nie ma sprawy – odparł Matt. – Na razie, Cath!
– Na razie! – Uśmiechnęła się i już jej nie było.
– No to, Kelsey, będziesz dziś moją pomocnicą. Zobaczysz, spodoba ci się – powiedział Matt przekornym tonem. – Moja działka to sprzedaż biletów, budka z pamiątkami, sprzątanie śmieci i nadzór nad rekwizytami. Czyli generalnie jestem chłopcem do wszystkiego. Mój tata jest tu treserem.
– Fajna praca – odparłam, po czym dodałam żartem: – Brzmi lepiej niż sprzątanie śmieci.
Matt roześmiał się.
– W takim razie do roboty – powiedział.
Następne kilka godzin spędziliśmy, dźwigając pudła, ustawiając budkę z przekąskami i przygotowując wszystko na przybycie publiczności. Ech, brak mi kondycji, pomyślałam, gdy po jakimś czasie moje mięśnie jakby sprzysięgły się przeciwko mnie. Tata zawsze mówił: „ciężka praca sprawia, że stąpasz twardo po ziemi”, gdy tylko mama wymyślała nam jakieś ambitne zadanie, na przykład sadzenie kwiatów w ogródku. Był bezgranicznie cierpliwy, a gdy narzekałam na dodatkową pracę, uśmiechał się tylko i powtarzał: „Kells, kiedy kogoś kochasz, uczysz się dawać i brać. Któregoś dnia się o tym przekonasz”. To chyba jednak nie była tego typu sytuacja.
Gdy wszystko było już gotowe, Matt wysłał mnie do Cathleen z poleceniem przebrania się w cyrkowy kostium, który okazał się złoty i błyszczący. Na co dzień nie dotknęłabym czegoś podobnego trzymetrowym kijem.
– Lepiej, żeby ta robota była tego warta – wymamrotałam pod nosem, wciągając przez głowę połyskliwą szatkę.
Odziana w nowy mieniący się strój, ruszyłam w stronę budki z biletami. Matt wywiesił już cennik i czekał na mnie z instrukcjami, kasetką na pieniądze oraz stosem biletów. Przyniósł mi również papierową torebkę z lunchem.
– Przedstawienie czas zacząć. Zajadaj szybko, kolonijne autokary są już w drodze.
Zanim skończyłam jeść, dzieciaki obskoczyły mnie hałaśliwą, gwałtowną chmarą drobnych ciał. Poczułam się jak tratowana przez rozpędzone stado miniaturowych bizonów. Mój „zawodowy” uśmiech prawdopodobnie przypominał bardziej wystraszony grymas. Nie miałam dokąd uciec. Dzieci były wszędzie i każde z nich krzykliwie domagało się mojej uwagi.
Do budki podeszli opiekunowie, więc z nadzieją w głosie spytałam:
– Czy płacą państwo razem czy osobno?
Jeden z nauczycieli powiedział:
– Ach, nie. Postanowiliśmy, że każde dziecko będzie mogło samo kupić sobie bilet.
– Świetnie – wymamrotałam ze sztucznym uśmiechem.
Zaczęłam sprzedawać bilety i wkrótce dołączyła do mnie Cathleen, aż w końcu usłyszałyśmy pierwsze takty muzyki dobiegające z namiotu. Posiedziałam w budce jeszcze dwadzieścia minut, ale nikt więcej się nie zjawił, zamknęłam więc na klucz kasetkę z pieniędzmi i weszłam do namiotu. Przy wejściu zastałam Matta, który przypatrywał się spektaklowi.
Mężczyzna, którego poznałam rano, był konferansjerem.
– Jak on się nazywa? – szepnęłam do Matta.
– Agostino Maurizio – odpowiedział. – Jest właścicielem cyrku, a wszyscy akrobaci to członkowie jego rodziny. Pan Maurizio wprowadzał na scenę klaunów, akrobatów i żonglerów, a ja odkryłam, że dobrze się bawię, oglądając przedstawienie. Jednak już wkrótce Matt szturchnął mnie łokciem i powiódł w stronę budki z pamiątkami. Niedługo miał zacząć się antrakt.
Razem nadmuchaliśmy helem dziesiątki kolorowych balonów. Dzieciaki oszalały! Biegały od budki do budki i wyliczały monety tak, żeby je wydać co do centa. Z baloników największym powodzeniem zdawały się cieszyć czerwone. Matt przyjmował pieniądze, a ja nadmuchiwałam balony. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, więc kilka pękło, co na początku przestraszyło maluchy. Starałam się obrócić głośny trzask w żart, krzycząc „Ojoj!” z każdym pęknięciem. Wkrótce dzieciarnia wołała już „Ojoj!” razem ze mną.
Znów rozbrzmiała muzyka i dzieci szybko wróciły na miejsca, ściskając w ramionach swoje zdobycze. Kilkoro z nich kupiło świecące plastikowe miecze i machały nimi teraz w ciemnościach, z uciechą strasząc się nawzajem.
Gdy i my zajęliśmy miejsca, na arenie pojawił się ojciec Matta ze swoimi psami. Po nim ponownie wyszli klauni i wciągnęli do sztuczek osoby z widowni. Jeden z nich obrzucił dzieciaki wiadrem konfetti. Wybornie! Zapewne to mnie przypadnie w udziale sprzątanie.
Na arenie znów pojawił się pan Maurizio. Rozbrzmiała dramatyczna muzyka rodem z safari, a światła zgasły tak szybko, jakby zostały w tajemniczy sposób zdmuchnięte. Światło punktowego reflektora padło na konferansjera na środku areny.
– A teraz… główny punkt programu! Wyrwany z brutalnej, dzikiej indyjskiej giungla i przywieziony tu, do Ameryki. Zawzięty myśliwy, cacciatore bianco, który wszród dziczy tropi swą ofiarę, zaczajony czeka na właściwy moment, aż wreście… daje susa! Movimento!Gdy pan Maurizio mówił, kilku mężczyzn wniosło na arenę dużą, okrągłą klatkę. Miała kształt wielkiej miski ustawionej do góry dnem, a z boku przymocowany był tunel z metalowej siatki. Mężczyźni ustawili klatkę w centrum areny i przykuli ją do metalowych obręczy zatopionych w blokach cementu.
Pan Maurizio cały czas przemawiał. Zaryczał do mikrofonu, aż wszystkie dzieci podskoczyły na swoich miejscach. Śmieszyła mnie jego teatralna maniera. Był zdolnym gawędziarzem.
– Nasz tire to jeden z najbarżej pericoloso… niebezpiecznych drapieżczów na całym świecie! – oznajmił. – Patrzcie pańsztwo uważnie, jak nasz treser ryzykuje życie, by przedstawicz wam… Dhirena! – Zarzucił głową w prawą stronę, po czym wybiegł z areny, a tymczasem światło reflektora powędrowało ku tylnej części namiotu. Dwóch mężczyzn wciągało do środka staromodną klatkę na kołach. Wyglądała jak pojazd wymalowany na stylizowanym na retro pudełku herbatników. Miała biały, lekko wypukły dach ze złoconymi krawędziami oraz czarne koła z białymi obwódkami i ozdobnie rzeźbionymi szprychami, pomalowanymi na złoty kolor. Czarne metalowe pręty na górze wygięte były w łuk.
Mężczyźni przynieśli rampę i jeden koniec przymocowali do klatki, drugi zaś – do tunelu z siatki. Do klatki wszedł ojciec Matta i rozstawił trzy stołki. Miał na sobie efektowny złoty kostium i potrząsał krótkim pejczem.
– Wypuścić tygrysa! – zakomenderował.
Drzwi klatki się otworzyły i stojący obok mężczyzna szturchnął kijem ukryte w środku zwierzę. Wstrzymałam oddech na widok ogromnego białego tygrysa, który wyłonił się z pojazdu, zszedł po rampie i wkroczył do tunelu z siatki. Chwilę później był już z ojcem Matta w wielkiej klatce pośrodku areny. Rozległ się trzask bata i tygrys wskoczył na stołek. Kolejny trzask i zwierz stał na tylnych łapach, a przednimi, uzbrojonymi w pazury, przebierał w powietrzu. Na widowni wywołało to aplauz.
Tygrys skakał po stołkach, które ojciec Matta rozsuwał coraz szerzej. Przy ostatnim skoku wstrzymałam oddech. Nie byłam pewna, czy zwierz doskoczy do taboretu, ale treser wykonał zachęcający gest. Tygrys zebrał się w sobie, skulił, ostrożnie ocenił odległość i w końcu dał susa. Przez kilka chwil całe jego rozciągnięte ciało płynęło w powietrzu. Był niesamowity. Dosięgnąwszy stołka łapami, przeniósł ciężar ciała do przodu i z gracją wylądował na tylnych nogach. Z łatwością obrócił swoje ogromne cielsko na stosunkowo niewielkim stołku i usiadł przodem do tresera.
Długo biłam brawo, zachwycona tą niezwykłą bestią. Tygrys zaryczał na komendę, stanął na tylnych łapach i zaczął młócić pazurami powietrze. Ojciec Matta wykrzyknął kolejny rozkaz. Drapieżnik zeskoczył ze stołka i puścił się biegiem dookoła klatki. Treser podążał za nim, ze wzrokiem utkwionym w zwierzęciu. Trzymał pejcz tuż za ogonem tygrysa, motywując go, by nie zwalniał kroku.
Następnie młody asystent podał mu przez pręty klatki dużą obręcz. Tygrys przeskoczył przez nią, po czym szybko się odwrócił i wykonał skok w drugą stronę, i jeszcze raz, i jeszcze. Ostatnim numerem tresera było wsadzenie głowy do tygrysiej paszczy. Przez widownię przeszedł szmer. Matt zesztywniał. Tygrys otworzył paszczę niemożliwie szeroko. Dostrzegłam jego ostre zęby i ze zdenerwowania aż wychyliłam się do przodu. Ojciec Matta powoli zbliżył głowę do pyska bestii. Tygrys zamrugał oczami, ale się nie poruszył, a jego mocne szczęki rozwarły się jeszcze szerzej. Ojciec Matta wsunął mu głowę do paszczy tak głęboko, jak się tylko dało. Wystarczyłoby jedno kłapnięcie. W końcu powoli wyciągnął głowę. Gdy był już poza zasięgiem ostrych zębisk, odsunął się, a publiczność wybuchła hałaśliwym aplauzem. Treser ukłonił się kilka razy. Wokół pojawili się pomocnicy, by rozmontować klatkę.
Nie mogłam oderwać wzroku od tygrysa, który siedział teraz na jednym ze stołków. Patrzyłam, jak się oblizuje. Marszczył pysk, zupełnie jakby poczuł jakiś dziwny zapach. Wyglądał prawie jak kot, który usiłuje wykrztusić kłaczek sierści. Po chwili otrząsnął się i dalej siedział już spokojnie.
Ojciec Matta uniósł ręce do góry. Widownia klaskała i wznosiła okrzyki. Znów rozległ się trzask bicza i tygrys szybko zeskoczył ze stołka, ruszył tunelem i zniknął w mobilnej klatce. Ojciec Matta zbiegł ze sceny i ukrył się za płócienną zasłoną.
Pan Maurizio zakrzyknął dramatycznym głosem:
– Brawo Dhiren! Mille grazie! Dziękujemy za przybicze do Cyrku Maurizio!
Gdy klatka z tygrysem przetaczała się obok mnie, nagle zapragnęłam pogłaskać zwierzę po głowie i pocieszyć je. Nie wiedziałam, czy tygrysy okazują emocje, ale zdawało mi się, że w jakiś dziwny sposób wyczuwam jego nastrój. Sprawiał wrażenie smutnego.
W tej właśnie chwili owiał mnie delikatny wietrzyk, niosący zapach jaśminu i drzewa sandałowego, który całkowicie stłumił unoszącą się w namiocie silną woń prażonej kukurydzy z masłem i waty cukrowej.
Serce zabiło mi szybciej, a ramiona pokryły się gęsią skórką. Ale cudowny zapach zniknął równie szybko, jak się pojawił, a ja z jakiegoś tajemniczego powodu poczułam pustą, czarną dziurę na samym dnie żołądka.
Zapalono światła. Dzieci pędem ruszyły do wyjścia. Ja wciąż jeszcze do końca się nie otrząsnęłam. Powoli wstałam, obróciłam się i wbiłam wzrok w zasłonę, za którą zniknął tygrys. Nadal czułam niezrozumiały niepokój i leciutki zapach drzewa sandałowego w powietrzu. Uff! Chyba cierpię na nadwrażliwość.
Przedstawienie się skończyło, a ja najwyraźniej zwariowałam.



3

Tygrys



Dzieciaki z hałasem wybiegły z cyrku. Autobus na parkingu odpalił silnik i obudził się do życia, warcząc, sycząc i sapiąc z rury wydechowej. Matt wstał i przeciągnął się.
– Gotowa na prawdziwą pracę?
Jęknęłam. Już teraz bolały mnie mięśnie ramion.
– Jasne, do roboty.
Matt zaczął sprzątać śmieci z siedzeń, a ja szłam za nim i ustawiałam krzesełka pod ścianą. Gdy skończyliśmy, Matt podał mi miotłę.
– Musimy pozamiatać cały namiot i zapakować wszystko do pudeł, które później schowamy. Zacznij tutaj, a ja zaniosę kasetki z pieniędzmi panu Maurizio.
– Nie ma sprawy.
Zaczęłam powoli i systematycznie przesuwać miotłą po podłodze. Przemieszczałam się po sali tam i z powrotem, jak pływaczka w basenie. Myślami wróciłam do spektaklu. Najbardziej podobały mi się psy, ale to w tygrysie było coś przyciągającego. Nie mogłam przestać o nim myśleć.
Ciekawe, jaki jest z bliska. I czemu pachnie drzewem sandałowym?
Na temat tygrysów nie wiedziałam nic prócz tego, co widywałam czasem późnym wieczorem na Nature Channel, a także w starych numerach National Geographic. Wprawdzie nigdy wcześniej nie interesowałam się zbytnio wielkimi kotami, ale i nigdy wcześniej nie pracowałam w cyrku.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-03-01 (1206 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej