Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Miasteczko Nonstead
 
Katalog - dodano
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 Battlefront: Oddział Inferno
- Christie Golden
 Krwawe róże
- Dot Hutchison
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Smocza Droga'' - Daniel Abraham



„Wstęp do taksonomii ras”



(Fragment manuskryptu przypisywanego Malasinowi Calvahowi, taksonomowi Klerona Nuasti Cau, piątego tego imienia)


„Próba uporządkowania oraz usystematyzowania trzynastu ras ludzkich podług pokrewieństwa, hierarchii ważności, możliwości łączenia się w pary czy też ich przeznaczenia to przedsięwzięcie, na które siłą rzeczy trzeba by poświęcić całe życie. Nie powinno jednak być powodem do zmartwienia, że co misterniejsze niuanse wielkiego i skomplikowanego dzieła stworzenia mogą czasem wydawać się zawiłe i niejasne. Celem tego eseju jest wprowadzenie laika na piękną i wielce satysfakcjonującą ścieżkę taksonomii.

Rozpocznę od krótkiego przewodnika, do którego czytelnik będzie mógł odnosić się na dalszych etapach.


PIERWORODNI:

Pierworodni, dzicy i nieomal nieróżniący się od zwierząt, są pierwowzorem, od którego wzięła się cała ludzkość. Gdyby nie smoki, które z tej pierwotnej gliny wyrzeźbiły dwanaście ras, jedynymi przedstawicielami ludzi byliby właśnie Pierworodni. Nawet teraz stanowią najliczniejszą z ras, wykazując najmniejsze trudności z rozmnażaniem i rozprzestrzeniając się po całym znanym świecie niczym chwasty opanowujące ogród różany. Proszę nie poczytać mi tego porównania za grubiaństwo. Prawda jednakowożnie zna etykiety.


TRIADA WSCHODNIA:

Najstarsze z powołanych do życia ras tworzą Triadę Wschodnią. Należą do niej Jasurowie, Yemmurowie oraz Tralgurowie.

Często przyjmuje się, że pierwszą spośród wyższych ras byli Jasurowie. Rozmiarami i sylwetką przypominają oni Pierworodnych, jednak posiadają metaliczne łuski typowe dla pomniejszych smoków. Najprawdopodobniej mieli stanowić kastę brutalnych wojowników, kontrolującą pierworodnych niewolników.

Yemmurowie niewątpliwie stanowią przykład wprowadzonych w późniejszym czasie ulepszeń. Ich wielkie rozmiary oraz potężne kły musiały powstać jako narzędzia mające na celu wzbudzenie grozy u pomniejszych ras. Jednak podobnie jak w przypadku innych stworzonych ras, zwiększenie rozmiarów oraz siły odbyło się kosztem innych cech. Spośród wszystkich ras ludzkich, Yemmurów cechuje najkrótsza długość życia.

Tralgurowie to najprawdopodobniej najmłodsi przedstawiciele Triady Wschodniej. Ze względu na ich wzrost, którym przewyższają Pierworodnych, a także ostre kły oraz doskonały słuch typowe dla mięsożerców, powszechnie uważa się, iż rasa ta została stworzona raczej do polowań niż do regularnych walk. Przypuszczalnie jedynie trudności z wydawaniem na świat szczeniąt powstrzymały Tralgurów przed podbojem innych ras po upadku smoków.


TRIADA ZACHODNIA:

Podczas gdy Triada Wschodnia stanowi odbicie czasów wojen, kiedy to rasy miały stanowić niejako oręż do walki, ich zachodnie odpowiedniki wyznaczają okres, w którym smoki zaczęły tworzyć subtelniejsze narzędzia. Cinnejczycy, Dartinejczycy oraz Timzinejczycy posiadają cechy pozwalające twierdzić, iż stworzono ich dla określonych celów.

W porównaniu do wszystkich innych ras, Cinnejczycy są szczupli i bladzi niczym pędy kiełkujące pod przykryciem. Niemniej jednak posiadają wyraźny talent do zadań wymagających wysiłku umysłowego, choć rzadko kiedy potrafią poradzić sobie z zagadnieniami zmuszającymi do większej wnikliwości. Tak jak Jasurowie stanowią pierwszą próbę stworzenia kasty wojowników, Cinnejczyków można postrzegać jako pierwszy szkic ras, które powstały po nich.

Dartinejczyków, choć zostali powołani do życia w mniej więcej tym samym okresie co Cinnejczycy, nie charakteryzuje typowa dla tych drugich inteligencja, nieco wyższa od przeciętnej. Rasa ta niewątpliwie powstała natomiast jako siła robocza do pracy w kopalniach. Ich świecące oczy nie przypominają w swej budowie narządów żadnej innej rasy, ani nawet żadnego zwierzęcia. Ponadto, Dartinejczycy świetnie orientują się w zupełnie ciemnych jaskiniach, a także posiadają delikatną budowę, pozwalającą im na przeciskanie się przez wąskie, podziemne tunele. Stąd zapewne wzięły się niecichnące plotki mówiące o dartinejskiej twierdzy, ukrytej głęboko pod powierzchnią ziemi, jednak nikt nigdy nie natknął się na podobną konstrukcję, a jej istnienie jest raczej wątpliwe, jako że jej mieszkańcy nie mogliby uprawiać roli.

Timzinejczycy to jedyna rasa, której miejsce w porządku stworzenia można jednoznacznie określić. Najmłodsi spośród ludzi, powstali w okresie ostatniej wojny smoków. Ich ciemne, owadzie łuski nie są w stanie zapewnić im takiej ochrony jak w przypadku Jasurów, mogą jednak zakryć całą powierzchnię ich ciała, z osłonięciem oczu i uszu włącznie. Nieznana jest ich dokładna funkcja jako narzędzi, choć niektórzy sugerują, że mogło to być pszczelarstwo.


RASY RZĄDZĄCE:

Rasy rządzące, zwane również zbiorczo Triadą Wysoką, stanowią przykład najwspanialszych dzieł smoków, powstałych tuż przed ich nieuniknionym upadkiem. Należą do nich Kurtadamowie, Raushadamowie i Haunadamowie.

Kuradamowie, do których sam się zaliczam, łączą w sobie wszystkie zalety poprzedzających ich ras. Wysoka inteligencja, której zaczątki zaobserwować można u Cinnejczyków, idzie u nich w parze z instynktem wojownika cechującym Triadę Wschodnią. Ponadto, jest to jedyna z ras obdarzona grubym futrem pokrywającym całe ciało, a także umiejętnością przystrajania go koralikami i ozdobami, co stanowi najdoskonalszy przykład etykiety oraz zmysłu artystycznego.

Haunadamowie, zamieszkujący głównie Daleki Syram oraz podległe mu terytoria, świadczą o udoskonaleniu myśli wojowniczej stojącej za stworzeniem Yemmurów. Choć są od nich nieco mniejsi, Haunadamowie posiadają grubą warstwę mineralnej skóry, pozwalającą odpierać ataki, oraz błyskotliwe umysły, dzięki którym zyskali całkowitą dominację nad zachodnim kontynentem. Wstręt do podróżowania szlakami wodnymi ogranicza ich rolę w handlu zamorskim i zapewne powstrzymał ich przed podbojem innych terenów, odgrodzonych akwenami wodnymi.

Raushadamów, podobnie jak Haunadamów, spotkać można głównie w Dawnym Syramie. Wydaje się, że te dwie rasy zostały stworzone do współistnienia. Raushadamowie posiadają najdelikatniejszą budowę ze wszystkich ras i jako jedyni zostali obdarowani umiejętnością lotu.


RASY SCHYŁKOWE:

Kiedy smocze sztuki osiągnęły najwyższy punkt swojego rozwoju, nieuchronnie musiał nadejść ten moment, kiedy ich twory stały się nadmiernie wymyślne. Schyłkowe wysiłki smoków powołały do życia nadmiernie udziwnione rasy: Haavirkinów, Południowców oraz Utopionych.

Stulecia po upadku smoków Haavirkinowie spędzili trzymając się mroźnych portów na północy. Ich groźna i agresywna natura nie świadczy o przeznaczeniu do walki, lecz stanowi świadectwo faktu, że zwierzę pozbawione pana podda się swoim dzikim instynktom. Choć rozmiarom dorównują Yemmurom, osiągają je dzięki zwałom tłuszczu, chroniącego ich przed chłodami północy, zaś ich szerokie ogony ułatwiają im pływanie w lodowatych wodach, które zabiłyby przedstawicieli innych ras. Tatuaże na twarzach Haavirkinów bywają niekiedy porównywane do rytualnych koralików Kurtadamów, jednak podobne teorie wysuwają jedynie ci, którzy najwyraźniej nie poznali dogłębnie ani jednych, ani drugich.

Południowcy, których cechą charakterystyczną są wielkie, czarne oczy pozwalające im widzieć w ciemnościach, są przykładem pewnych wypaczeń. Rozrzuceni po południowych rubieżach Lyoneii, stworzyli cywilizację przypominającą po części kolonię termitów i koczowniczą wspólnotę plemienną. Mimo zdolności do rozrodu, ci wielkoocy półludzie wolą pozostawić tę czynność centralnej przedstawicielce o cechach królowej, podczas gdy sami wykazują zachowania typowe dla trutni. Wciąż pozostaje tematem debat, czy stworzono ich z myślą o zasiedleniu pustyń na południu, czy też sami przenieśli się na te tereny po upadku smoków, nie potrafiąc konkurować z wyższymi rasami.

Utopieni stanowią ostateczny dowód schyłkowej tendencji sztuki smoków. Choć swą budową i rozmiarami przypominają Pierworodnych, to żyją wyłącznie pod wodą we wszystkich strefach klimatycznych. Komunikacja z nimi, jeśli już uda się takową nawiązać, przebiega bardzo powoli, zaś przez ich tendencję do zbierania się w płytkich basenach pływowych, Utopieni przywodzą na myśl ludzkie wodorosty. Sugestie, jakoby byli oni narzędziami powołanymi do istnienia w ramach jakiegoś wielkiego, smoczego planu realizowanego wciąż pod powierzchnią wody, należy włożyć między bajki.

Przyjmując powyższe informacje za podstawę dalszych rozważań, możemy przejść do pięciu tez filozoficznych, które określają w jaki sposób uczony umysł dokonuje uporządkowania, uszeregowania oraz ostatecznie oceny ras…”



Prolog

Apostata



Apostata przypadł do ziemi w cieniu skały, modląc się do dowolnego z bóstw, by istoty, jadące na mułach przez przełęcz poniżej, nie spojrzały w górę. Bolały go dłonie, a mięśnie nóg i grzbietu drżały z wycieńczenia. Cienki materiał ceremonialnej togi łopotał na zimnym wietrze niosącym ze sobą zapach ziemi. Zaryzykował jedno spojrzenie w kierunku szlaku.
Pięć mułów przystanęło, ale kapłani pozostali w siodłach. Ich szaty były grubsze, cieplejsze. Starożytne miecze przewieszone przez ich plecy pochwyciły promienie porannego słońca i zalśniły jadowitą zielenią. Smocze ostrza. Niosły śmierć każdemu, kogo raniły. Z czasem trucizna miała zabić nawet tych, którzy je nosili. To kolejny powód, przemknęło przez myśl apostaty, dla którego jego bracia chcieli zgotować mu szybki koniec i wrócić do domu. Nikt nie chciał nosić tych mieczy zbyt długo. Używano ich jedynie w wyjątkowych sytuacjach lub w śmiertelnym gniewie.
Cóż, schlebiało mu, że przynajmniej brali go na poważnie.
Kapłan jadący na czele pościgu uniósł się w strzemionach, mrużąc oczy w silnym świetle. Apostata rozpoznał jego głos.
– Pokaż się, mój synu – krzyknął arcykapłan. – Nie ma dla ciebie ucieczki.
W piersi apostaty zamarło serce. Przeniósł ciężar ciała, zamierzając zejść na dół. Powstrzymał się.
Prawdopodobnie, powtarzał sobie. Prawdopodobnie nie ma dla mnie ucieczki. Może jednak jest.
Na szlaku postaci odziane w ciemne szaty zwróciły się ku sobie i zaczęły rozmawiać. Nie słyszał słów. Mógł tylko czekać, czując jak jego ciało sztywnieje i marznie. Niczym zwłoki, które nie miały dość rozsądku, by umrzeć. Wydawało mu się, że narada zabrała łowcom większą część dnia, choć słońce prawie nie zmieniło swojej pozycji na jasnoniebieskim niebie. Zaledwie dwa tchnienia później muły ponownie ruszyły przed siebie.
Nie ważył się ruszyć w obawie, że strąci jakiś kamień w dół stromego zbocza. Próbował skryć uśmiech. Bardzo powoli, istoty, które kiedyś były ludźmi, dotarły na swoich mułach na skraj doliny, po czym skręciły na południe. Gdy ostatnia z nich zniknęła mu z oczu, mężczyzna wstał, wspierając ręce na biodrach. Nie mógł się temu nadziwić. Wciąż żył. Czyli jednak wcale nie wiedzieli, gdzie go szukać.
Wbrew wszystkiemu, czego go nauczono, wszystkiemu w co jeszcze niedawno wierzył, dary pajęczej bogini nie ujawniały prawdy. Owszem, obdarzały czymś swoje sługi, ale na pewno nie była to prawda. Żywił coraz silniejsze przekonanie, że udało mu się wyplątać z misternej sieci wiarygodnie brzmiących kłamstw. Powinien czuć się zagubiony. Załamany. Zamiast tego miał wrażenie, jakby wyszedł z dusznego lochu na świeże powietrze. Jego twarz rozpromienił szeroki uśmiech.
Wspinaczka na resztę zachodniego stoku przysporzyła mu nowych sinia-ków. Jego sandały ślizgały się. Z trudem znajdował punkty oparcia dla palców i stóp. Lecz gdy słońce stanęło w zenicie, dotarł wreszcie na grzbiet wzniesienia. Na zachodzie ciągnęło się pasmo gór, nad którymi wisiały skłębione chmury. Szalejące burze tworzyły półprzezroczysty całun szarości. Przez najdalsze przełęcze dostrzegł, że dalej teren staje się bardziej płaski. Odległość sprawiała, że równinę spowijała szaroniebieska mgła. Wiatr na szczycie góry kąsał jego ciało niczym szpony. Niebo na horyzoncie przecięła błyskawica. Odgłosowi gromu odpowiedział krzyk jastrzębia.
Samotnie i pieszo, podróż ta zajęłaby mu całe tygodnie. Nie miał przy sobie żywności i, co gorsza, nie miał też wody. W ciągu ostatnich pięciu dni sypiał w jaskiniach i pod krzewami. Jego byli bracia i przyjaciele – ludzie, których znał i kochał całe swoje życie – przepatrywali szlaki oraz wioski, pałając żądzą mordu. W górach z kolei grasowały górskie lwy i wilki.
Przeczesał palcami gęste, szorstkie włosy, westchnął i zaczął schodzić w dół zbocza. Prawdopodobnie przyjdzie mu umrzeć nim dotrze do Keshet i miasta na tyle dużego, by w nim zniknąć.
Ale tylko prawdopodobnie.

W ostatnich promieniach zachodzącego słońca, znalazł skalny nawis w pobliżu wąskiego, błotnistego strumienia. Poświęciwszy rzemień z prawego sandała, wykonał prymitywny łuk do rozpalania ognia i, gdy z nieba zstąpiło okrutne zimno, kucał już wewnątrz pierścienia wysokich głazów, które skrywały jego niewielkie ognisko. Suche krzewy płonęły jasno i dawały niewiele dymu, ale paliły się za szybko. Wpadł w rytm dorzucania do ognia kolejnych witek, nie pozwalając, by płomień stał się na tyle duży, by wyjawić jego kryjówkę nocnym łowcom, ale uniemożliwiał mu też zgaśnięcie. Ciepło wydawało się docierać jedynie do łokci.
Gdzieś z oddali dobiegł go zwierzęcy skowyt. Próbował go zignorować. Jego ciało znajdowało się na skraju wyczerpania, ale umysł, uwolniony od nieustannych utrapień podróży, nabrał niebezpiecznej bystrości. Ciemność wyostrzyła pamięć mężczyzny. Wrażenie wolności i ogromnych możliwości zastąpiło poczucie zagubienia i osamotnienia. Zaczął podejrzewać, że prędzej zabije go właśnie to, niż grasujący dziki kot.
Urodził się na wzgórzach podobnych do tych. Całe dzieciństwo spędził bawiąc się mieczem z patyka i biczem z plecionej kory. Czy naprawdę miał ambicje wstąpić w szeregi mnichów z ogromnej, ukrytej świątyni? Musiało tak być, choć w lodowatym chłodzie kamiennego schronienia trudno było mu to sobie wyobrazić. Pamiętał, jak z zachwytem spoglądał na wysokie, kamienne mury. Na wykutych w skale strażników z trzynastu ludzkich ras, smaganych wiatrem i deszczem dopóki wszyscy – Cinnejczycy i Tralgurowie, Południowcy i Pierworodni, Timzinejczycy, Yemmurowie i Utopieni – nie posiedli tych samych, pustych wyrazów twarzy i bezkształtnych dłoni. Stali się nie do odróżnienia. Jedynie skrzydła i ostre jak noże zęby smoka wygiętego w łuk ponad ich głowami były wciąż dobrze widoczne. A także wyryte w żelaznej bramie czarne litery, ułożone w słowa w języku, którego nie znał nikt w wiosce.
Gdy został nowicjuszem, dowiedział się, że głosiły one: NAGIĘTE NIE JEST ZŁAMANE. Uwierzył w nie, gdy tylko zrozumiał, co oznaczały.
Wiatr zmienił kierunek, rozdmuchując rozżarzone węgle niczym świetliki. Drobina popiołu wpadła mu do oka, które potarł wierzchem dłoni. Krew szybciej popłynęła mu w żyłach, a jego ciało odpowiedziało na wezwanie czegoś obcego. Bogini, pomyślał. Razem z innymi chłopcami z wioski udał się pod wielką bramę. Oddał im wszystko – swoje życie i ciało – a w zamian...
W zamian wyjawiono mu tajemnice. Początkowo była to jedynie wiedza: znajomość liter, pozwalająca odczytać święte księgi i cyfr do pro-wadzenia świątynnych rejestrów. Czytał opowieści o Smoczym Cesarstwie i jego upadku. O pajęczej bogini, która miała przynieść światu sprawiedliwość.
Powtarzano mu, że nie można było jej oszukać.
Sprawdził to, rzecz jasna. Wierzył im, ale mimo wszystko chciał się upewnić. Okłamywał kapłanów tylko po to, by sprawdzić, czy to możliwe. Wybierał rzeczy, o których tylko on mógł wiedzieć: klanowe imię ojca, ulubione potrawy siostry, własne sny. Kapłani karali go chłostą, gdy mówił nieprawdę i oszczędzali, kiedy był prawdomówny, ale nigdy, nigdy się nie mylili. Nabierał coraz większej pewności. I wiary. Gdy arcykapłan awansował go na nowicjusza, był przekonany, że czekają go wielkie rzeczy, ponieważ tak twierdzili inni kapłani.
Gdy koszmar inicjacji dobiegł końca, czuł moc pajęczej bogini krążącą w jego krwi. Kiedy po raz pierwszy poczuł, że ktoś kłamie, miał wrażenie, że posiadł nowy zmysł. Za pierwszym razem, gdy rozmawiał z głosem bogini, wydawało mu się, iż jego słowa niosą tak silny ładunek wiary, że niemal goreją żywym ogniem.
Teraz jednak wypadł z łask, a wszystko, czego się dowiedział mogło okazać się kłamstwem. Miejsce o nazwie Keshet mogło w ogóle nie istnieć. Wierzył w nie na tyle, by ryzykując życiem podjąć próbę ucieczki, ale nigdy wcześniej tam nie był, a mapy mogły kłamać. Jeśli o to chodziło, mogło nie być też żadnych smoków, żadnego cesarstwa ani żadnej wielkiej wojny. Nigdy nie widział oceanu – on też mógł być kłamstwem. Wiedział jedynie to, co sam zobaczył, usłyszał lub poczuł.
Nie wiedział nic.
Wiedziony impulsem wgryzł się głęboko w skórę dłoni. Kilka kropel krwi wezbrało i skapnęło na drugą rękę. W słabym świetle ogniska wydawały się niemal czarne. Czarne z małymi, ciemniejszymi węzełkami. Jeden z nich wyciągnął swoje maleńkie odnóża. Pająk przez chwilę chodził bezmyślnie po jego dłoni. Chwilę później dołączył do niego inny. Mężczyzna obserwował je: wysłanników bogini, w którą przestał wierzyć. Ostrożnie, powoli przechylił dłoń nad niewielkim płomieniem. Jeden z pająków wpadł do ognia, a jego cienkie niczym włosy odnóża natychmiast spopieliły się.
– Cóż – powiedział. – Możecie umrzeć. To wiem.

Góry wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Każdy szczyt stanowił nowe wyzwanie, każda dolina najeżona była niebezpieczeństwami. Unikał małych wiosek, zbliżając się do nich jedynie na tyle, by móc ukraść trochę wody z kamiennych zbiorników. Żywił się jaszczurkami i ma-leńkimi orzechami w cielistym kolorze rosnącymi na skarlałych sosnach. Omijał miejsca, gdzie szerokie, pazurzaste łapy zostawiły ślady w ziemi. Pewnej nocy natrafił na krąg kolumn tworzących niewielką komnatę, która oferowała schronienie i miejsce, gdzie mógłby odzyskać siły, lecz podczas krótkiego odpoczynku dręczyły go koszmary tak brutalne i obce, że zamiast tego postanowił wyruszyć w dalszą drogę.
Schudł tak bardzo, że pleciony, skórzany pasek zawisł mu nisko na bio-drach. Podeszwy sandałów stały się cienkie, a łuk do rozpalania ogniska szybko zniszczał. Czas przestał mieć znaczenie. Mijał dzień za dniem. Każdego ranka myślał: To prawdopodobnie ostatni dzień mojego życia. Ale tylko prawdopodobnie.
Owo prawdopodobnie zawsze wystarczało. W końcu, pewnego późnego ranka, wdrapał się na szczyt skalistego pagórka i zobaczył, że za nim nie było już następnego. Przed nim rozciągały się szerokie, zachodnie równiny, na których połyskiwała rzeka w otoczeniu zielonych traw i drzew. Widok był zwodniczy. Zgadywał, że dotarcie tam zajmie mu jeszcze przynajmniej dwa dni marszu. Mimo to usiadł na dużym, szorstkim kamieniu, spoglądając z góry na świat i pozwolił, aby łzy płynęły mu po policzkach niemal do południa.
Znalazłszy się bliżej rzeki, poczuł w trzewiach nowy niepokój. Tamtego dnia, kilka tygodni temu, gdy przesadził mury świątyni i uciekł, idea dotarcia do miasta stanowiła jedynie odległe zmartwienie. Teraz zobaczył dym unoszący się z setek palenisk pomiędzy drzewami. Rzadziej napotykał ślady dzikich zwierząt. Dwukrotnie widział w oddali mężczyzn jadących na ogromnych koniach. Brudne szaty, zniszczone sandały i smród niemytego ciała przypomniały mu, że to, co zamierzał uczynić było równie trudne i niebezpieczne, jak wszystko, czego dotychczas doświadczył. Jak mężczyźni i kobiety z Keshet mieli zareagować na widok dzikiego człowieka z gór? Może z miejsca będą chcieli go zabić?
Okrążył miasto, idąc wzdłuż rzeki, nie mogąc nadziwić się wielkości tego miejsca. Nigdy wcześniej nie widział czegoś tak ogromnego. Długie, drewniane budynki pokryte strzechą były w stanie pomieścić tysiące ludzi. Drogi wybrukowano kamieniami. Mężczyzna trzymał się buszu niczym złodziej, obserwując.
Odwagi dodał mu widok yemmurskiej kobiety. To i ssący głód w żołądku. Na skraju miasta, tam gdzie domy wzniesiono między traktem a rzeką, kobieta pracowała w swoim ogrodzie. Była o połowę wyższa od niego i szeroka w barach jak byk. Kły sterczały jej z dolnej szczęki tak, że wydawały się grozić przebiciem policzków, gdyby zaczęła się śmiać. Jej piersi wisiały wysoko ponad chłopskim pasem, bardzo podobnym do tych, które nosiły jego matka i siostra, tyle że wykonanym z trzykrotnie większej ilości tkaniny i skóry.
Była pierwszą osobą niepochodzącą od Pierworodnych, którą w życiu zobaczył. Pierwszym namacalnym dowodem na to, że trzynaście ludzkich ras naprawdę istniało. Kryjąc się w krzakach i obserwując jak kobieta nachyla się nad miękką glebą, wyrywając chwasty olbrzymimi palcami, poczuł coś w rodzaju zachwytu.
Wyszedł na otwartą przestrzeń nim na nowo zdążył ogarnąć go strach. Kobieta poderwała szeroką głowę, a jej nozdrza rozdęły się. Apostata uniósł dłoń w przepraszającym geście.
– Proszę mi wybaczyć – powiedział. – Jestem... mam kłopoty. I miałem nadzieję, że mi pomożesz.
Kobieta zmrużyła oczy w wąskie szparki. Przyjęła niską postawę niczym polujący kot w gotowości do walki. Zrozumiał, że rozsądniej byłoby sprawdzić, czy kobieta mówi tym samym językiem co on, zanim zaczął z nią rozmawiać.
– Przyszedłem z gór – powiedział, słysząc nutę desperacji we własnym głosie. I coś jeszcze. Niemal niesłyszalny szum krwi w żyłach. Dar pajęczej bogini nakazał kobiecie mu uwierzyć.
– Nie handlujemy z Pierworodnymi – warknęła Yemmurka. – A przynajm-niej nie z tymi z po dwakroć zasranych gór. Odejdź stąd i zabierz swoich ludzi.
– Nikogo ze mną nie ma – odparł. Stworzenia w jego krwi ożywiły się, podekscytowane, że potrzebuje ich pomocy. Kobieta przechyliła głowę, gdy zadziałała na nią skradziona magia. – Jestem sam. Nie mam broni. Podróżuję od... tygodni. Jeśli chcesz, mogę ci pomóc. Za odrobinę jedzenia i ciepłe miejsce do spania. Tylko na tę jedną noc.
– Sam i nieuzbrojony. Przez góry?
– Tak.
Kobieta prychnęła. Miał wrażenie, że go ocenia. Osądza.
– Jesteś głupcem – powiedziała.
– Tak – przyznał. – Jestem. Ale przyjaźnie nastawionym. I bezbronnym.
Minęła bardzo długa chwila zanim kobieta parsknęła śmiechem.
Kazała mu nosić wodę z rzeki do zbiornika, podczas gdy sama wróciła do pracy w ogrodzie. Wiadro zostało wykonane dla yemmurskich dłoni. Był w stanie napełnić je jedynie do połowy, zanim stawało się zbyt ciężkie, by mógł je unieść. Jednak mężnie dźwigał je od małego domku na prosty, drewniany pomost i z powrotem. Uważał, aby nie zedrzeć sobie skóry, a przynajmniej nie do krwi. Jego gościna stała pod znakiem zapytania i bez konieczności wyjaśniania, skąd brały się pająki.
O zachodzie słońca przygotowała mu miejsce przy swoim stole. Ogień w palenisku wydał mu się trochę zbyt jasny i musiał przypominać sobie, że istot, które kiedyś nazywał braćmi, nie było w pobliżu. Kobieta napełniła miskę gulaszem z kotła wiszącego nad ogniem. Potrawa miała bogaty, głęboki i złożony smak charakterystyczny dla długotrwałego gotowania; kociołka nigdy nie zdejmowano z ognia, co jakiś czas dorzucając do niego nowe kawałki mięsa i warzyw, które akurat były pod ręką. Niektóre kawałki ciemnego mięsiwa pływające w tłustej polewce mogły dusić się od czasu, gdy uciekł ze świątyni. Był to najwspanialszy posiłek, jakiego kiedykolwiek skosztował.
– Mój mężczyzna jest w karawanseraju – powiedziała. – Podobno miał tam zjechać jeden z książąt i prawdopodobnie będą głodni, dlatego zabrał wszystkie świnie. Przy odrobinie szczęścia je sprzeda. Zarobi dość srebra, byśmy mogli przetrwać czas burz.
Słuchał jej głosu i szumu własnej krwi. Ostatnia część była kłamstwem. Kobieta nie wierzyła, że wystarczy im srebra. Zastanawiało go, czy ją to martwi i czy istniał sposób, by ulżyć jej w potrzebie. Mógł przynajmniej spróbować. Zanim odejdzie.
– A co z tobą, biedny durniu? – spytała głosem spokojnym i miłym. – Czyją owcę wychędożyłeś, że błagasz teraz o pracę u mnie?
Apostata zachichotał. Ciepła strawa w brzuchu, ogień w palenisku i myśl o tym, że na zewnątrz czekał na niego siennik okryty cienkim, wełnianym kocem wystarczyły, aby się odprężył. Yemmurka nie spuszczała z niego spojrzenia złotawych oczu. Wzruszył ramionami.
– Odkryłem, że wiara w coś nie sprawia, że staje się to prawdą – odparł ostrożnie. – Istniały rzeczy, które zaakceptowałem, w które wierzyłem całym sercem, ale... myliłem się.
– Oszukano cię? – spytała.
– Oszukano – przytaknął, po czym zamilkł. – A może nie. Przynajmniej nie celowo. Niezależnie od tego, jak bardzo się mylisz, nigdy nie będzie kłamstwem to, w co naprawdę wierzysz.
Kobieta gwizdnęła przeciągle – był to niezwykły wyczyn, biorąc pod uwagę jej kły – i zamachała rękami w udawanym podziwie.
– Cóż za filozof z tego nosiwody – powiedziała. – Jeszcze trochę i zaczniesz prawić kazania, a potem zażądasz dziesięciny.
– Nie ja – odparł ze śmiechem.
Yemmurka wysiorbała część polewki ze swojej miski. Ogień trzaskał na palenisku. Coś – szczury być może, lub owady – szeleściły w strzesze nad głową.
– Pokłóciłeś się z babą, prawda? – spytała.
– Z boginią – poprawił ją.
– Racja. Zawsze to samo, co? – mruknęła, spoglądając w ogień. – Pojawia się jakaś nowa miłość, zupełnie jakby różniła się czymś od innych. Jakby sam Bóg przemawiał jej ustami. A potem...
Znów prychnęła, na wpół z rozbawienia, na wpół z goryczy.
– A co jest nie tak z tą twoją boginią?
Apostata uniósł do ust coś, co kiedyś mogło być ziemniakiem. Przeżuł miękki miąższ i twardą skórę, z trudem układając w myślach słowa, których nigdy nie powinien był wypowiadać. Drżącym głosem rzekł tylko:
– Zamierza pożreć świat.



Kapitan Marcus Wester


Marcus potarł podbródek zgrubiałą dłonią.
– Yardem?
– Sir? – zamruczał Tralgur u jego boku.
– Ten dzień, w którym wrzucisz mnie do rowu i przejmiesz dowodzenie nad kompanią...
– Tak, sir?
– To jeszcze nie dzisiaj, prawda?
Tralgur skrzyżował na piersi masywne ramiona i zastrzygł pobrzękującym uchem.
– Nie, sir – odparł w końcu. – Jeszcze nie dzisiaj.
– Szkoda.
Publiczne więzienie w Vanai służyło kiedyś jako menażeria. W zamierzchłych czasach same smoki kąpały się w wielkiej fontannie umiejscowionej na środku olbrzymiego placu. Na jego skraju ziała głęboka jama, za którą wznosiły się trzy piętra ogromnych klatek. Fasadom ze smoczego jadeitu nadano kształty stworzeń, dawno temu zajmujących przestrzeń za żelaznymi kratami: lwów, gryfów, długich, sześciogłowych węży, wilków, niedźwiedzi i okazałych ptaków o kobiecych piersiach.
Pomiędzy nimi ustawiono kolumny ukształtowane na podobieństwo trzynastu ludzkich ras: spiczastouchych Tralgurów, chitynowych Timzinejczyków, obdarzonych kłami Yemmurów i tak dalej. Posąg Dartinejczyka posiadał nawet niewielkie, ukryte w oczodołach koksowniki, które naśladowały blask oczu charakterystyczny dla jego pobratymców, choć obecnie nikt ich już nie zapalał. Rzeźby nie nosiły żadnych śladów upływu czasu, a ich powierzchnię szpeciły jedynie czarne, wilgotne smugi w miejscach, gdzie kraty przeżarła rdza – erozja nie imała się smoczego jadeitu. Mało co było w stanie go naruszyć. Zniknęły jedynie same zwierzęta. Ich miejsce zajęli ludzie.
Ponurzy, źli lub znudzeni goście vanajskiego wymiaru sprawiedliwości wystawiani byli na widok publiczny, stając się obiektem kpin, na czas oczekiwania na wyrok wymierzany przez wskazanego sędziego. Prawi obywatele mogli paradować po placu, gdzie kilka miedziaków wystarczało do nabycia na straganie odpadków, zazwyczaj owiniętych w szmaty. Młodzi chłopcy robili widowisko, rzucając odchodami, martwymi szczurami i zgniłymi warzywami w więźniów. Kilka zapłakanych żon i mężów przynosiło zazwyczaj ser i masło, które mieli zamiar przerzucić przez otchłań, ale nawet, gdy podarki docierały do właściwych rąk, w więzieniu było niespokojnie. Z wysokości niskiego murku umiejscowionego na krawędzi wykrotu, Marcus dostrzegł jednego takiego szczęśliwca – Kurtadama z postukującymi koralikami wplecionymi w gęstą sierść, przypominającą gładkością futro wydry – którego pobito za bochen białego chleba, podczas gdy grupa pierworodnych chłopców śmiała się, wytykając go palcami i wywrzaskując w kółko: stukacz, stukacz, owiec-ruchacz oraz inne wyzwiska o równie rasistowskim wydźwięku.
W najniższym rzędzie cel siedziało siedmiu mężczyzn. Większość z nich posiadała budowę ciała i blizny charakterystyczne dla żołnierzy. Tylko jeden trzymał się na uboczu, chude nogi zwieszając pomiędzy kratami i machając stopami nad przepaścią. Sześciu wojskowych pochodziło z oddziału Marcusa. Ostatni służył w kompanii jako wiedzący. Teraz wszyscy należeli do księcia.
– Jesteśmy obserwowani – rzekł Tralgur.
– Wiem.
Wiedzący uniósł rękę w smutnym geście. Marcus odpowiedział fałszywym uśmiechem i odrobinę mniej uprzejmym ruchem dłoni. Jego były podkomendny odwrócił wzrok.
– Nie o nim mówię, sir. Tam.
Marcus odwrócił spojrzenie od klatek. Zaledwie ułamek sekundy zajęło mu wypatrzenie mężczyzny, o którym mówił Yardem. Niedaleko od miejsca, gdzie ulica przechodziła w szeroki plac, stał rozluźniony młodzieniec w pozłacanej zbroi książęcej gwardii. Chwilę zajęło Marcusowi przypomnienie sobie jego imienia.
– No proszę, cóż za zrządzenie losu – rzucił kwaśno.
Gwardzista, widząc, że został zauważony, zasalutował sztywno, po czym ruszył w ich stronę. Miał okrągłą twarz i wąskie barki. Bił od niego zapach cedrowego olejku do kąpieli, zupełnie jakby cały się w nim wymoczył. Marcus wzruszył ramionami, tak jak miał w zwyczaju przed każdą bitwą.
– Kapitan Wester – rzekł gwardzista, robiąc krótki ukłon. – I Yardem Hane. Jak widzę wciąż wszędzie podążasz za kapitanem?
– Sierżant Dossen, mam rację? – rzekł Marcus.
– Teraz już tercjusz Dossen. Książę woli trzymać się starych tytułów. To twoi ludzie?
– Którzy? – spytał kapitan z udawaną niewinnością. – Pracowałem z wieloma ludźmi, tego czy owego dnia. Nie byłbym zdziwiony, gdybym znał bywalców każdego więzienia we wszystkich Wolnych Miastach.
– Wiesz o kim mówię. Zgarnęliśmy ich zeszłej nocy za pijaństwo i wszczynanie burd.
– To się zdarza.
– Więc nie wie pan nic na ten temat?
– Wolałbym nie mówić nic, co mogłoby dotrzeć do uszu sędziego – rzekł Marcus. – Mógłby opacznie zrozumieć moje słowa.
Dossen splunął w przepaść.
– Szanuję, że stara się pan uchronić ich od kłopotów, kapitanie. To jednak nie ma znaczenia. Nadciąga wojna, a książę potrzebuje ludzi. Ci zostali już przeszkoleni. Mają doświadczenie. Zostaną wcieleni do armii. Może nawet dostaną oficerskie szlify.
Marcus poczuł narastający gniew, ciepło w piersi i w żołądku, uczucie, że właśnie stał się o cal wyższy. Podobnie jak wszystkim przyjemnym uczuciom, temu również nie ufał.
– Wygląda pan, jakby miał coś do powiedzenia.
Dossen uśmiechnął się niczym wąż rzeczny.
– Wciąż cieszy się pan nie lada reputacją. Kapitan Wester, bohater spod Gradis i Wodford. Książę potrafiłby to docenić. Mógłby pan pobierać ładny żołd.
– Książęta, baronowie, diukowie. Wszyscy są jak mali królowie – rzekł Marcus, odrobinę ostrzej niż zamierzał. – A ja nie pracuję dla królów.
– Dla tego króla będziesz musiał – skwitował Dossen.
Yardem podrapał się po brzuchu i ziewnął. Był to sygnał dla Marcusa, by ten powściągnął trochę gniew. Kapitan zdjął rękę z rękojeści swego ostrza.
– Dossen, stary druhu, dobra połowa obrońców tego miasta to najemnicy – rzekł w odpowiedzi. – Widziałem Karola Danniana i jego chłopców. Merrisana Koke’a. Twój książę straci ich, jeśli wyda się, że wciela do armii zawodowych żołnierzy, którzy już podpisali z kimś kontrakt...
Gwardzista otworzył szeroko usta z niedowierzania.
– Nie macie podpisanego kontraktu – powiedział.
– Wprost przeciwnie – odparł Marcus. – Mamy chronić karawanę jadącą do Carse na Północnym Wybrzeżu. Opłacone z góry.
Tercjusz spojrzał ponad rozpadliną na uwięzionych mężczyzn, przygnębionego wiedzącego i spływający rdzą jadeit. Gołąb przysiadł na rzeźbionej stopie gryfa, nastroszył perłowo-szare pióra na ogonie, po czym nasrał wiedzącemu na kolano. Jakiś starzec za ich plecami ryknął śmiechem.
– Nie masz dość ludzi – powiedział Dossen. – Twoi strażnicy karawany siedzą za kratkami. Ty i ten twój kundel nie zdołacie chronić całej kolumny we dwóch. Dokumenty mówiły o ośmiu piechurach z łukami i wiedzącym z kompanii.
– A więc jednak czytałeś nasz kontrakt – rzekł Yardem. – I nie nazywaj mnie kundlem.
Dossen zacisnął usta i zmrużył oczy z poirytowaniem. Jego zbroja brzęknęła, gdy wzruszył ramionami, ale dźwięk był zbyt słaby, by świadczyć o czymś innym, niż to, że cały ten metal był jedynie na pokaz.
– Tak, czytałem.
– Jestem jednak przekonany, że nie ma to nic wspólnego z aresztowaniem tych konkretnych ludzi – powiedział Marcus.
– Lepiej będzie, jeśli pójdzie pan ze mną, kapitanie. Miasto Vanai pana potrzebuje.
– Karawana wyrusza za trzy dni – odparł mężczyzna. – A ja wraz z nią. Z kontraktem w kieszeni.
Dossen nawet nie drgnął, ale jego twarz napłynęła krwią. Marcus podejrzewał, że członek książęcej gwardii nie przywykł do tego, że ktoś mu odmawia.
– Myślisz, że jesteś ponad ludźmi takimi jak ja? – spytał Dossen. – Myślisz, że możesz dyktować warunki, a świat cię posłucha? Obudź się, Wester. Jesteś bardzo daleko od pól Ellis.
Yardem charknął, jakby ktoś go czymś zdzielił i pokręcił masywną głową.
– Na twoim miejscu nie wspominałbym Ellis – warknął niskim głosem.
Dossen obrzucił Tralgura pełnym pogardy spojrzeniem, potem przeniósł je na Marcusa, aż w końcu nerwowo odwrócił głowę.
– Nie chciałem okazywać braku szacunku pana rodzinie, kapitanie – powiedział.
– Odejdź stąd – warknął Marcus. – W tej chwili.
Dossen postąpił kilka kroków w tył. Znalazłszy się tuż poza zasięgiem pchnięcia ostrzem, zatrzymał się.
– Macie trzy dni zanim karawana wyruszy – powiedział.
Reszta była jasna. Znajdźcie sposób, by nie wypełnić warunków kontraktu i stawcie się u księcia. Czy to się wam podoba czy nie. Marcus nie odezwał się ani słowem. Tercjusz odwrócił się i ruszył w stronę placu.
– To może być problem – rzekł Yardem.
– W rzeczy samej.
– Potrzebujemy ludzi.
– Istotnie.
– Ma pan jakiś pomysł, skąd ich weźmiemy?
– Nie.
Marcus rzucił ostatnie rozpaczliwe spojrzenie w stronę ludzi, którymi jeszcze niedawno dowodził, pokręcił głową, po czym zostawił menażerię za plecami.
Vanai stanowiło kiedyś port morski u ujścia rzeki Taneish, ale wieki osadzania się mułu sprawiły, że rzeka wpadała teraz do morza w odległości kilku godzin drogi na południe. Miasto oplatała sieć kanałów i dróg wodnych. Płaskodenne łodzie wciąż przypływały i odpływały do mniejszego, młodszego miasta Newport, przewożąc zboże, wełnę, srebro i drewno z północnych krain.
Podobnie jak wszystkie Wolne Miasta, Vanai miało za sobą historię konfliktów. Było już republiką, której przewodziła rada wyłoniona w drodze losowania, prywatną własnością monarchy, a także sprzymierzeńcem lub wrogiem Birancour albo Rozdartego Tronu, w zależności od tego, z której strony wiał wiatr. Stanowiło zarówno centrum kultu religijnego, jak i zarzewie buntu przeciw niemu. Każde z tych wcieleń zostawiło po sobie jakiś ślad w białym drewnie budynków, obskurnych kanałach, wąskich uliczkach i otwartych placach.
Tu wciąż stała na straży starożytna brama, gotowa bronić dostępu do sal Wspólnej Rady, choć ostatni z jej przedstawicieli nie żyli już od kilku pokoleń. Tam znów wznosił się szlachetny posąg z brązu przedstawiający mądrą i pełną powagi postać biskupa w szatach liturgicznych i mitrze, pokryty patyną i ptasimi odchodami. Na budynkach wisiały drewniane i kamienne tabliczki, które umieszczono tam na przestrzeni tysiąca lat historii, sprawiając, że jedna uliczka mogła nosić tuzin nazw. Żelazne bramy znaczyły granice dwudziestu maleńkich dzielnic politycznych, pozwalając księciu na zmianę dróg podług własnego uznania, ale i na obronę przed zamieszkami i spiskami.
Jednak o wiele bardziej niż na architekturze, historia Vanai odcisnęła swoje piętno na charakterze jego mieszkańców.
Timzinejczycy i Pierworodni stanowili tu najczęstszy widok, ale płomiennoocy, pozbawieni owłosienia Dartinejczycy, patykowaci i bladzi Cinnejczycy, a także pokryci brązowymi łuskami Jasurowie również posiadali własne dzielnice za szerokimi, białymi murami miasta. Czas i doświadczenia nadały im wszystkim wyrafinowanego cynicznego szlifu. Idąc wąskimi uliczkami wzdłuż kanałów o barwie intensywnej zieleni, Marcus dostrzegał całe mnóstwo świadczących o tym, drobnych sygnałów. Pierworodni kupcy, lojalni księciu, oferowali żołnierzom zniżki na towary, których cena została celowo zawyżona. Pijalnie piwa i cyrulicy, garbarze i szewcy, i wszyscy inni rzemieślnicy przygotowywali nowe szyldy w języku Cesarskiej Antei, by interes mógł kręcić się nieprzerwanie nawet po przegranej wojnie. Starzy Timzinejczycy, których ciemne łuski zszarzały i spękały, siedzieli ze skrzyżowanymi nogami przy stolikach na nabrzeżu, rozmawiając o poprzedniej rewolucji, kiedy to ojciec księcia obalił republikańskie rządy. Ich wnuczki spacerowały grupkami, ubrane w cienkie białe sukienki o niemal imperialnym kroju, a czarne, pokryte łuskami nogi dziewczynek poruszały się pod tkaniną na podobieństwo cieni.
Tak, zginie kilku żołnierzy. Tak, spłonie kilka budynków. Kilka kobiet zostanie zgwałconych. Ktoś straci całą fortunę. Miasto było w stanie przetrwać to wszystko, podobnie jak wcześniej. Nikt nie spodziewał się, że nieszczęście dotknie go osobiście. Ducha tego miejsca można by podsumować wzruszeniem ramion.
Na zielonych błoniach trupa teatralna rozstawiała podniszczony wóz. Opuszczono jeden z jego boków, tworząc niską scenę obwieszoną brudnymi, żółtymi wstążkami. Stojący przed nią niewielki tłumek gapiów sprawiał wrażenie równie zaciekawionego, co sceptycznego. Gdy Marcus przechodził obok, zza zasłony ze wstążek wyszedł starzec. Miał nastroszone włosy, a jego broda sterczała na wszystkie strony.
– Stójcie! – zawołał mężczyzna głębokim, rezonującym głosem. – Przerwijcie swe zajęcia i zbliżcie się! Wysłuchajcie opowieści o Alerenie Zabójcy i Mieczu Smoków! Lecz jeśli jesteście słabego serca, idźcie dalej. Jest to bowiem opowieść o niezwykłej przygodzie. Miłość, wojna, zdrada i zemsta zagoszczą teraz na tych wysłużonych deskach, ale ostrzegam was...
Aktor wydawał się teraz zaledwie szeptać, choć jego głos niósł się wyraźnie, jakby wciąż krzyczał.
– ...nie wszyscy dobrzy bohaterowie dobrze kończą. Nie każde zło spotyka zasłużona kara. Podejdźcie bliżej, przyjaciele, ale pamiętajcie, że w naszej opowieści, podobnie jak w życiu, wszystko może się zdarzyć.
Marcus nie zdawał sobie sprawy z tego, że przystanął, dopóki nie odezwał się Yardem.
– Dobry jest.
– Prawda?
– Ma pan ochotę obejrzeć kawałek, sir?
Marcus nie odpowiedział, ale wraz z resztą tłumu zbliżył się do sceny. Sztuka opowiadała w miarę standardową historię. Starożytne proroctwo, zło z samych czeluści piekieł i artefakt ze Smoczego Cesarstwa przeznaczony bohaterowi. Kobieta odgrywająca postać pięknej dziewicy była może trochę za stara, natomiast mężczyzna grający rolę bohatera nieco zbyt miękki, ale kolejne partie tekstu recytowano z przekonaniem, zaś cała trupa sprawiała wrażenie profesjonalnie przygotowanej. Marcus wypatrzył w tłumie długowłosą kobietę oraz chudego jak szczapa młodzieńca, którzy śmiali się we właściwych momentach i uciszali krzykaczy – para ta była zapewne podstawionymi aktorami. Jednak za każdym razem, gdy na scenę wychodził mężczyzna zapowiadający przedstawienie, Marcus zupełnie gubił bieg myśli.
Staruszek wcielał się w rolę Orcusa, Króla Demonów, ale robił to w sposób tak promieniujący złem i patosem, że łatwo było zapomnieć, iż to jedynie przedstawienie. Gdy Aleren Zabójca ciął Mieczem Smoków, a z piersi Króla Demonów trysnęła jucha, Marcus musiał powstrzymywać się przed sięgnięciem po własne ostrze.
Ostatecznie, mimo ostrzeżeń narratora, dobro zatriumfowało, zło zostało pokonane, natomiast aktorzy wyszli na scenę, by ukłonić się widowni. Marcusa zaskoczył aplauz; tłum urósł dwukrotnie, a on nawet tego nie zauważył. Nawet Yardem klaskał w dłonie ogromne jak talerze i szeroko się uśmiechał. Marcus wyłowił srebrnika z sakiewki ukrytej pod koszulą, po czym rzucił go na scenę. Moneta wylądowała na deskach z głośnym stuknięciem, a już w chwilę później Król Demonów Orcus machał i kłaniał się publiczności w małym deszczu pieniędzy. Mężczyzna podziękował wszystkim za ich hojność i uprzejmość w taki sposób, że nawet odchodząc, Marcus wciąż miał wrażenie, że wszyscy ludzie rzeczywiście są hojni i uprzejmi.
Wczesnojesienne słońce opadało ku horyzontowi. Blade miasto zalśniło na złoto. Widownia zaczęła znikać spod sceny, zbijając się w dwu, trzyosobowe grupki przemierzające trawiaste błonia. Marcus usiadł na kamiennej ławie pod żółknącym dębem, obserwując aktorów składających swój dobytek. Sfora roześmianych pierworodnych dzieci opadła trupę i została przegnana z uśmiechami na twarzach. Kapitan oparł się plecami o pień, kontemplując ciemniejące niebo pomiędzy konarami drzewa.
– Ma pan plan – powiedział Yardem.
– Mam?
– Tak, sir.
To była niezła sztuka. Z niewielką obsadą. Aleren Zabójca i jego towarzysz. Piękna dziewica. Król Demonów Orcus. I jeszcze jeden mężczyzna odgrywający pomniejsze role wieśniaka, demona albo szlachcica, w zależności od noszonego akurat nakrycia głowy. Pięcioro aktorów obsadzających całą sztukę. A do tego dwójka klakierów w tłumie...
Siedem osób.
– Ach – mruknął Marcus. – W rzeczy samej.

Siedem osób siedziało przy szerokim, okrągłym stole, popijając piwo i zajadając się serem oraz kiełbasą, za które Marcus wysupłał zapłatę z malejącego w oczach trzosa. Dwójką z tłumu okazali się być chudy Mikel i długowłosa Cary. Młodzieniec grający bohatera miał na imię Sandr, podstarzałą dziewicą była Opal, towarzyszem bohatera Hornet, natomiast aktorem od wszystkiego – Smit. Yardem siedział wraz z nimi, z szerokim, łagodnym uśmiechem na twarzy, przypominając troskliwą sukę w otoczeniu szczeniaków.
Marcus usiadł przy oddzielnym stoliku z Orcusem, Królem Demonów.
– A mnie – rzekł staruszek – nazywają Kitap rol Keshmet, między innymi. Najczęściej jednak mawia się o mnie mistrz Kit.
– Raczej nie spamiętam wszystkich tych imion – odparł najemnik.
– Będziemy ci przypominać. Wątpię, by ktoś brał to do siebie – powiedział mistrz Kit – szczególnie, jeśli dalej zamierzasz stawiać napitki.
– Słuszna uwaga.
– Co prowadzi nas do kolejnego pytania, nieprawdaż, kapitanie? Śmiem twierdzić, że nie sprowadził nas pan tutaj przez wzgląd na swoją niepohamowaną miłość do sztuki?
– Nie.
Mistrz Kit uniósł brwi w niemym pytaniu. Poza sceną i bez charakteryzacji wyglądał na interesującego mężczyznę. Miał pociągłą twarz i stalowo-szare włosy. Ciemnooliwkowy ton jego skóry przypominał Marcusowi pierworodnych mężczyzn zamieszkujących pustynie po drugiej stronie Wewnętrznego Morza, natomiast jego oczy były tak ciemne, że Wester podejrzewał wpływ południowej krwi w niedalekiej przeszłości.
– Książę chce siłą wcielić mnie do swojej armii – rzekł kapitan.
– Rozumiem – odparł starzec. – Sami straciliśmy w ten sposób dwóch naszych. Standr to dubler. Wstaje jeszcze przed świtem, by przećwiczyć kwestie.
– Wolałbym nie pracować dla księcia. A dopóki jestem związany prawomocnym kontraktem, problem ten nie będzie mnie dotyczył.
– Problem?
– Unikając branki, skończę na polu bitwy albo na cmentarzu. A nie zamierzam walczyć dla Vanai.
Mistrz Kit zmarszczył krzaczaste brwi, które wygięły się niczym gąsienice.
– Proszę mi wybaczyć, kapitanie. Czy właśnie usłyszałem z pańskich ust, że ta sprawa jest dla pana kwestią życia lub śmierci?
– Tak.
– Wydaje się pan nieporuszony tym faktem.
– To nie pierwsza taka sytuacja.
Aktor opadł plecami na oparcie krzesła, splatając palce na płaskim brzuchu. Wyglądał na pogrążonego w myślach i spokojnego, ale jednocześnie zaciekawionego. Marcus pociągnął łyk piwa. Smakowało drożdżami i melasą.
– Nie sądzę, by udało się ukryć was obu – rzekł starzec. – Pana, być może. Mamy sposoby na to, by człowiek przestał przypominać samego siebie, ale Tralgur tak daleko na zachodzie? Jeśli książę będzie wiedział kogo szukać, to obawiam się, że podróżowanie z pańskim przyjacielem będzie przypominać wywieszanie flagi. Schwytają nas.
– Nie chcę dołączać do waszej trupy – powiedział Marcus.
– Nie? – zdziwił się mistrz Kit. – Więc o czym mówimy?
Przy drugim stoliku długowłosa kobieta wdrapała się na krzesło, przyjęła szlachetną pozę i zaczęła deklamować „Obrządek Św. Anciana”, komicznie przy tym sepleniąc. Pozostali śmiali się, za wyjątkiem Yardema, który jedynie rozciągnął usta w rozbawieniu, strzygąc przy tym uszami. Cary. Miała na imię Cary.
– Chcę, by wasza trupa do mnie dołączyła. Wkrótce wyrusza stąd karawana do Carse.
– Istotnie, nazywamy siebie zespołem wędrownym – przyznał mistrz Kit. – Myślę też, że Carse to dobre miejsce na występy. Poza tym nie byliśmy tam od lat. Ale wciąż nie rozumiem, w jaki sposób przyłączenie nas do karawany miałoby wam pomóc.
– Książę odebrał mi ludzi. Chcę, byście ich zastąpili. Odegracie role strażników.
– Mówi pan poważnie.
– Tak.
Mistrz Kit parsknął śmiechem, kręcąc głową.
– Nie jesteśmy wojownikami – powiedział. – Na scenie to tylko taniec i odrobina aktorstwa. Wątpię, byśmy poradzili sobie w starciu z prawdziwymi żołnierzami.
– Nie potrzebuję, byście stali się strażnikami – rzekł Marcus. – Proszę jedynie, byście odegrali ich role. Bandyci nie są głupi. W pierwszej kolejności oceniają swoje szanse, podobnie jak wszyscy. Karawany padają ich łupem, ponieważ nie dysponują odpowiednią liczbą uzbrojonych ludzi lub przewożą coś wartego ryzyka. Jeśli ubierzemy twoich ludzi w skórzane zbroje i damy im łuki, nikt nie będzie zastanawiał się, czy umieją się nimi posługiwać. Ładunek z kolei nie jest wart takiego zachodu.
– Nie?
– To jedynie cyna i żelazo. Niefarbowana wełna. Trochę wyrobów skórzanych – wyjaśnił Wester. – Mężczyzna ze Starej Dzielnicy zwany mistrzem Willem założył towarzystwo kupieckie gotowe wysłać swoje towary tak blisko frontu, jak to możliwe, mając nadzieję, że walki dobiegną końca, zanim otrzymają zapłatę. To niewielkie przedsięwzięcie o niskim ryzyku. Na miejscu bandytów nawet bym się nie zastanawiał.
– Dobrze płacą?
– Bardzo dobrze – odparł Marcus.
Mistrz Kit skrzyżował ręce na piersi, marszcząc brwi.
– Cóż, przyzwoicie – poprawił się najemnik. – Jak na taką robotę. Poza tym dzięki temu twoi ludzie znajdą się z dala od kłopotów. Nawet podczas niewielkich, dżentelmeńskich wojenek takich jak ta, dochodzi do rozlewu krwi, a w waszej trupie są kobiety.
– Myślę, że Cary i Opal umieją o siebie zadbać – rzekł starszy mężczyzna.
– To nie wystarczy, jeśli miasto zostanie splądrowane. Książęta i cesarstwa nie dbają o to, czy kilka aktorek zostanie zgwałconych i zabitych. Ludzie waszego pokroju nic dla nich nie znaczą i szeregowi żołnierze dobrze o tym wiedzą.
Aktor spojrzał w kierunku większego stołu. Wyglądało na to, że równocześnie toczy się przy nim kilka dyskusji. Część uczestników zdawała się brać udział we wszystkich naraz. Spojrzenie mistrza Kita złagodniało.
– Wierzę panu, kapitanie.
Przez chwilę siedzieli w ciszy, przerywanej trzaskaniem ognia w palenisku, głosami pozostałych, którzy prowadzili ożywione rozmowy albo postukiwaniem drzwi i okiennic szarpanych chłodnym, wieczornym wiatrem. Komin miał słaby ciąg, przez co od czasu do czasu do pomieszczenia wpadał ciemniejszy kłąb dymu. Aktor pokręcił głową.
– Mogę o coś spytać? – rzekł w końcu.
– Słucham.
– Znam pańską reputację. Odnoszę też wrażenie, że jest pan człowiekiem po wielu przejściach, któremu życie nie szczędziło razów. Praca strażnika małej karawany z Wolnych Miast wydaje mi się dość dziwnym zajęciem, dla kogoś takiego jak pan.
– To nie jest pytanie – rzekł Marcus.
– Dlaczego pan to robi?
Wester wzruszył ramionami.
– Jestem zbyt uparty, by umrzeć – odparł, starając się, by zabrzmiało to jak dowcip.
Uśmiech mistrza Kita można byłoby uznać za litościwy, gdyby nie kryło się za nim jakieś cierpienie.
– W to również jestem skłonny uwierzyć, kapitanie. Cóż, potrzebuje pan dziewięciu żołnierzy do ochrony ostatniej karawany z wolnego Vanai?
– Ośmiu – powiedział Marcus. – Ośmiu żołnierzy i wiedzącego.
Mistrz Kit wbił spojrzenie w pokryty sadzą sufit.
– Zawsze chciałem zagrać wiedzącego – skwitował.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-03-05 (877 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej