Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Margo
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Widma'' - Łukasz Orbitowski



Wejście: Strumień



1944


Ostatniego dnia lipca dziewczynka, która miała zostać Jaszczurką, spotkała pewnego człowieka.
Mieszkała w Gnojniku pod Warszawą. Przyjechali tu dwa tygodnie temu — to znaczy mama mówiła o tych dwóch tygodniach — samochodem wypożyczonym od przyjaciela. Silnik pyrkał, dziewczynka strasznie wierciła się na tylnym siedzeniu, nie wiedząc, dokąd i po co jadą. A jechali, jak się okazało, do piętrowego domku z oknami o framugach z ciemnego drewna, z dachem niby czapa czarodzieja, nad którym nocą wisiały rozsypane gwiazdy i hak półksiężyca. Na parterze mieszkał ktoś, z kim ojciec przywitał się serdecznie, ten ktoś miał wysuszoną skórę i oczy tak poważne, że wzbudzał strach dziewczynki — takie oczy biorą się z patrzenia w to, w co patrzeć nie wolno, uznała. Człowiek wskazał im dwa pokoje na piętrze, małe i marne, za to z oknami wychodzącymi na pole i rzekę. Mieli tam łóżko, na którym spali we trójkę, stół i zagubione krzesła, brakowało zaś elektryczności, do której dziewczynka zdążyła już przywyknąć. Po zmroku pokój rozświetlały lampy naftowe, rozsiewając smród, z dołu słychać było jakieś szuranie, a z góry ptasi świst. Ojciec krążył po pokoju, patrząc zatroskanym wzrokiem, dotykał to karku, to brzucha, często też, gdy mama i dziewczynka spały, wsadzał nos w książkę, znacząc ostrym paznokciem wybrane wersy.
Tak jak dziewczynce na początku nie podobał się Gnojnik, tak też szybko zdołała go polubić, a przynajmniej zaakceptować. Wieś pozyskiwała ją swym miękkim ciepłem. Najpierw koty, całe ich mnóstwo: rude i jednookie, strachliwe i przerażone, całe futrzane królestwo czaiło się w okolicach domu. Pozornie żadna łapa czy ogon nie mąciły spokoju traw i piwnic, wystarczyło jednak przycupnąć, zaufać własnej cierpliwości, by dostrzec miękkie kształty i zdobyć klucz do mruczącego królestwa. Koty przynosiły myszy, chcąc w ten sposób zasłużyć na podziw, zwyczajnie pochwalić się, odnaleźć drobną rękę. Niektóre tylko na nią patrzyły, zbyt dumne, by podejść, inne wręcz domagały się pieszczot, a jeszcze inne nie wiedziały, jak się zachować wobec tak niezwykłego małego gościa, dla którego same były małe i niezwykłe. Te koty zbliżały się do dziewczynki na dwa, trzy metry, siadały, rozkraczając łapy, gnąc karki, przewalając się na plecy, z pazurami przy pysku, stygnąc wreszcie w jej dłoniach. Ożywiały dom i łąkę, przemykały wśród wysokich traw, obsiadały płoty i parapety, a ona uczyła się je rozróżniać, nadawała im imiona. Gdyby nie koty, byłoby smutniej, choć Gnojnik dopiero zaczynał odsłaniać swoje tajemnice.
Była tam żwirowana droga, dość szeroka, by dwa samochody mogły się minąć, były leśne kępy pełne borówek, a nade wszystko był strumień, jakiego dziewczynka nie widziała wcześniej. Nie znaczy to, że odznaczał się czymś niezwykłym, że w wodzie płynął złoty kruszec, czy też błyszczały drogocenne kamienie, w gruncie rzeczy był najzwyklejszym strumieniem pod słońcem, tyle że pięknie je odbijał i był pierwszym strumieniem, jaki w życiu widziała.
Uważaj na żmije, ostrzegała matka, choć gdyby zeszła choć raz po skarpie nad płytką wodę, zobaczyłaby, że owszem, są raki, żaby, jaszczurki i traszki, lecz żadnej żmii spotkać tam nie można. Żmije bywały gdzie indziej, w miejscach, o których dziewczynka nie miała pojęcia, co nie znaczy, że się ich nie obawiała. Wychodząc z domu, już na żwirowanej drodze uważnie patrzyła pod nogi, wypatrując wężowych kształtów, potem nie zbaczała z niej w kierunku strumienia, dopóki nie znalazła kijka właściwej długości i tym kijkiem nie rozgarnęła przed sobą trawy.
Koniki polne, żuczki, motyle uciekały przed nią, przyspieszała, nie porzucając kijka, aż ukazywał się kamienisty brzeg. Należało się po nim zsunąć, najlepiej na tyłku, i już nogi lądowały w wodzie po kostki. Dziewczynka chodziła boso, więc prócz żmij bała się też ostrych kamieni, o których opowiadał ojciec. Nogi zawsze stawiała bardzo ostrożnie, na wypadek gdyby noc przemieniła strumień, wyposażyła go w ostrza, spieniła i uczyniła wściekłym. To byłoby straszne, myślała, gdyby strumień się zezłościł i chciał mnie przegnać, raniąc w piętę, wzbudzając w sobie wiry i rwące prądy. Dziewczynka potrzebowała przyjaźni strumienia, a on ją dawał i oferował nawet dużo więcej: własną szerokość, możliwą do przebycia w pięciu skokach, bezpieczną płytkość — woda, jak okiem sięgnąć, sięgała jej najwyżej do ud — małe zatoczki, raki, ławice drobnych rybek, co rozpierzchały się pod powierzchnią, pobudzając wyobraźnię. Przecież strumienie wpadają do rzek, rzeki prą ku morzom, morza przemieniają się w oceany, ryby zaś z małych stają się ogromne.
Dziewczynka rozpędzała te łuskowate błyski, pragnąc, by odpłynęły ku przyszłej wielkości, żeby ten drobiazg rozrósł się, przemienił w wieloryby, foki, tuńczyki i rekiny ludojady, Boże, tak właśnie czuła, bijąc ręką w wodę, rozganiała ławice przyszłych potworów, zarodki zębów i ostrych płetw.
Strumień ofiarował także raki, zbyt szybkie i sprytne, by mogła je złapać, kijanki, dla których robiła specjalne zatoczki z kamieni, zamierzając przyjrzeć się im przez szkło, jak przemieniają się w żaby. Niestety, kijanki zawsze znajdowały drogę ucieczki z nieudolnie wzniesionego więzienia i choć dziewczynka próbowała uszczelniać konstrukcję żwirem, umykały, by przemienić się z dala od jej oczu. Na szczęście było ich całe mnóstwo, dziewczynka zawsze mogła nałapać nowych, a strumień ofiarowywał jej coś jeszcze, jakby chcąc przeprosić za nieforemne kamienie, niezdatne do budowy więzień. Drewno opłukane przez wodę, gładkie i obłe, oraz kawałki szkła, bezpieczne, o zachwycającej matowej barwie.
Dziewczynka najpierw znosiła je do domu, gdzie szybko zrozumiała, że drewno i szkło wyjęte z wody tracą swoje niezwykłe piękno. Naszykowała im zatem specjalne miejsce w zatoczce, tuż przy brzegu. Strumień dał jej też jaszczurki — choć żyły poza wodą, dziewczynka nie wątpiła, że są darem od strumienia — całe mnóstwo jaszczurek, gnieżdżących się w trawie, grzejących na kamieniach. Szybko zrozumiała, że łapanie ich nie ma sensu, lepiej podejść ostrożnie i się przyglądać. Jaszczurki były inne niż koty, wcale nie chciały zostać znalezione, do tego ich skóra niewiele różniła się barwą od kamieni, dostrzeżenie którejś z nich, stanowiło więc nagrodę, wartą cierpliwego wędrowania z nosem przy ziemi. Tylko czasem dziewczynce robiło się smutno, rozumiała bowiem, że w Gnojniku nie będą zawsze, że pozostawi traszki, ryby i jaszczurki, bo prędzej czy później wyruszą, byle dalej od miasta; tak życzył sobie ojciec, no a wtedy byłoby czymś niedobrym, bardzo niewdzięcznym, zabierać je strumieniowi.
Bawiąc się w jego nurcie, dziewczynka pozostawała niewidoczna, mogąc zarazem patrzeć to na dom, to na drogę. Czyniła to rzadko, na drodze i przy domu z reguły nie działo się zbyt wiele. Tego dnia — ostatniego lipca — coś się jednak zmieniło, drżenie przeszło z powietrza na ludzi i zwierzęta. Zabrzmiał warkot silnika samochodu i dziewczynka postanowiła zobaczyć, kto jedzie, wyszła więc ze strumienia i położyła się na brzegu, na brzuchu, w ten sposób, by jej głowa ledwo wystawała nad trawę. Za plecami szumiała woda, słońce stało wysoko, a jej oczom ukazał się samochód, długi i czarny, z czterema niemieckimi żołnierzami. Dwóch musiało być oficerami, nosili zielone, przekrzywione czapki i nieustannie, nerwowo rozglądali się na boki. Mieli poważne twarze, nosy o wydatnych nozdrzach i nerwowe szyje. Dwaj pozostali żołnierze, jeden w hełmie, drugi bez, tkwili na siedzeniach, jakby byli ich częścią. Silnik warczał i kaszlał, samochód sunął i dziewczynce przyszło do głowy, jak to dobrze, że ci czterej Niemcy nie mają pojęcia o niej, o traszkach i strumieniu. Może Niemcy są jak ryby, przecież też podążają, powinni się więc w końcu przemieniać, czy nie jest tak, że gdy dojadą na to dalekie miejsce, do którego zdążają — a zdążali na pewno, takie twarze mają ludzie na początku długiej podróży — czy więc jeśli dotrą tam, gdzie chcą, to będą zupełnie inni? Staną się olbrzymami lub rekinami? Lub odwrotnie, jeśli Niemcy, którzy przybyli do Warszawy, byli źli, to czy nie powinni stać się dobrzy, wróciwszy na niemiecką ziemię? Takie myśli zaprzątały jej głowę, tymczasem samochód zniknął, a na drodze pojawili się ludzie.
Szli lub jechali w nieregularnej kolumnie, w wyraźnym pośpiechu i bez oglądania się za siebie, co najwyżej spoglądając ku sobie nawzajem. Część siedziała na wozach zaprzęgniętych w konie i pełnych najróżniejszego sprzętu, upchniętego tak, że zajmował zbyt wiele miejsca; włazili na te rupiecie i na siebie, spychali się i musiało im być strasznie niewygodnie. Dzieci płakały w ramionach matek, chłopcy z trudem wytrzymywali na miejscach, mężczyzna z przodu wozu nie bardzo wiedział, co zrobić z biczem. Byli też piesi, objuczeni, z ciężkimi torbami niesionymi najczęściej we dwoje, w grubych ubraniach, mimo ciepłej pogody, które razem z tobołami musiały im bardzo ciążyć, ledwo powłóczyli nogami. Dziewczynce zrobiło się jakoś dziwnie, domyślała się, że to są Niemcy, słyszała słowa po niemiecku, a przecież rzadko kiedy widywała Niemca z tobołami, przeciwnie, tych rozpoznawało się po swobodnym kroku i wolnych rękach, co odróżniało ich od Polaków, którzy suwali nogami i zawsze coś nieśli. Czyli coś się zmieniło, nie wiedziała tylko co, za to przeczuwała słusznie, że zmiana ma jakiś związek z tym, że ojciec wybrał Gnojnik zamiast Warszawy. Niemcy nadciągali właśnie od Warszawy, ale kierunek ich wędrówki był tajemniczy.
Dziewczynka leżała i z zapartym tchem przyglądała się tym ludziom. Starali się iść daleko od siebie, tylko rodziny trzymały się razem, nikt nikogo nie wyprzedzał ani też nikomu nie pomagał. Kobiety same ciągnęły swoje wózki, mężczyźni garbili się pod plecakami na metalowych stelażach i warczeli na dzieci. Co jakiś czas kolumna rozchodziła się na boki, by przepuścić samochód, wojskowy lub cywilny, jeśli cywilny, to załadowany ponad wszelkie wyobrażenie. Piesi odprowadzali pojazd zazdrosnym wzrokiem, niektórzy machali, próbowali go zatrzymać, wołając do siedzących w nim jak do znajomych. Niekiedy znów ktoś przystawał, ocierał czoło, pił, wyjmował chleb z papierka, toboły lądowały na ziemi, wzniecając tumany kurzu, a człowiek w wielkim pośpiechu jadł; nim kurz opadł, obracał jeszcze ostatni kęs w gębie, a już chwytał swój skurczony majątek i lazł, zrezygnowany, wściekły, uchodząc wśród swoich. Dziewczynka bardzo nie chciała, by ją zobaczyli, nie dlatego że mogliby zrobić jej krzywdę, po prostu chciała tych ludzi oglądać tylko na drodze, nie bliżej, te oczy, zmęczone, miękkie ciała, wolała ich oglądać z daleka.
Odwróciła na chwilę głowę i zobaczyła, że tuż obok wygrzewa się zielona jaszczurka, obojętna na dzieci i uciekających Niemców. Dziewczynka delikatnie dotknęła jej grzbietu, jaszczurka drgnęła i popędziła w stronę strumienia, zamiatając żwir ogonkiem. Tam się zatrzymała. Dziewczynka wróciła do obserwowania drogi. Szedł nią teraz mężczyzna, który wzbudził jej niepokój, i jeśli którykolwiek Niemiec miał odpuścić drogę, podejść do strumienia i ją zobaczyć, to wybrałaby każdego, tylko nie jego. Nie wiedziała, ile może mieć lat, w jej świecie istnieli tylko dorośli, dzieci oraz starcy, ów mężczyzna nie był dzieckiem ani starcem, czyli to dorosły — tak rozumowała. Wąski w ramionach, cały był jakby wydłużony, miał ogromne stopy wciśnięte w ciasne wojskowe buty, ubrany był w brązową marynarkę. Jasne włosy opadały mu na czoło, wąs miał rzadki, za to zwisający niemal do podbródka, wokół twarzy krzaczyły się baki. Mężczyzna niósł skórzany neseser i co było najdziwniejsze, wędrował w stronę przeciwną niż pozostali. Ci najwyraźniej nie wiedzieli, co z nim uczynić: kobieta w berecie usunęła mu się z drogi, ale mężczyzna za nią szedł uparcie, zmuszając tamtego, by skręcił. Neseser obijał się o uda uchodźcy.
Mężczyzna przystanął, wsadził bagaż między nogi, podparł się pod boki i zadarł głowę, zupełnie jakby chciał powiedzieć: „Piękny dzień dzisiaj mamy”. Niemcy patrzyli na niego z nieskrywaną nienawiścią, lecz mężczyzna nic sobie z tego nie robił, więcej, uśmiech rosnący na wąskiej twarzy wskazywał, że niechęć tłumu mu odpowiada. Stał tak chwilę i zamiast pójść dalej swoją drogą pstrąga, pod ludzki prąd, wyłamał się i z neseserem pod pachą podreptał na przełaj, przez trawę, prosto w stronę strumienia. Dziewczynka nie chciała, by ją dostrzegł, tylko nie wiedziała, jak tego uniknąć. Wcisnęła twarz w trawę, aż do ziemi, tak mocno, i nasłuchiwała złowieszczych kroków, łudząc się, że kimkolwiek jest ów dziwny człowiek, nie wybierze tego samego miejsca co ona, albo nawet do strumienia nie dotrze, tylko zachwyci się innym kawałkiem łąki i tam zostanie. Właściwie nawet mogłaby go ugryźć żmija; nad strumieniem, wbrew obawom matki, żmij raczej brakowało, lecz jeśli kiedykolwiek jakaś miałaby się tu pojawić, to najlepiej właśnie w tej chwili.
Dziewczynka leżała bez ruchu, wyobrażając sobie węże ratujące ją przed niebezpieczeństwem, a mężczyzna przeszedł tuż obok, poświęcając jej krótkie, lecz pełne skupienia spojrzenie. Zsunął się nad samą wodę, zzuł buty, wepchał w nie skarpetki, spodnie zawinął za kolana, a stopy wsadził w strumień. Coś było nie tak z tymi stopami, ale dziewczynka nie wiedziała co, dotąd oglądała tylko stopy ojca, a te, które niosły przez świat obcego, były inne: chude, poskręcane, z samych żył okrytych błoną skóry, włochate jak u małpy, z czarnymi paznokciami. Dziewczynka przyjrzała się paznokciom i zrozumiała, co się nie zgadza. Mężczyzna miał sześć palców u każdej stopy, ten szósty sterczał śmiesznie, bardziej pazur niż palec, maleńki, z ciemnym szponem, dziewczynka wprost nie mogła zrozumieć, jak ktoś może nałożyć buty na coś takiego. Zorientowała się jednocześnie, że już nie leży, ale siedzi po turecku, i patrzą na siebie, poważnie, spokojnie — ona i ten człowiek.
— Cześć — powiedział, a ona skinęła głową.
Z kieszeni na piersiach wydobył metalową fifkę o pociemniałych brzegach, potem w jego dłoni pojawiły się bibułka oraz tytoń i po chwili już palił, wydmuchując dym nosem. Jakby koń parskał, tak to wyglądało. Dym był ciemniejszy i gęstszy niż ten z ojcowskiej fajki, układał się także inaczej, dziewczynka miała wrażenie, że wędrują w nim zamazane sylwetki, podobne tym na drodze, za nimi rosną ruiny, łopoczą flagi, jęczą gąsienice czołgów, a dym układa się w ciemne niebo i spaloną ziemię, w jary zrujnowanych kamienic, groby w bocznych uliczkach, ludzi skulonych na dnie piwnic, poczerwieniałą rzekę, aż dziewczynka jęknęła i dym znowu był tylko dymem, najzwyczajniej w świecie rozwiewał się nad strumieniem.
Mężczyzna palił spokojnie, wreszcie zmiął resztkę papierosa w palcach, przedmuchał fifkę i złożył ją na kamieniu. Drugą ręką schwycił coś, czego dziewczynka nie dostrzegła, schował to w wielkiej pięści i kiwnął, by podeszła. Rysy jego twarzy, widziane z bliska, wydawały się jeszcze ostrzejsze, jakby wycięto je z mięsa z wściekłością i w wielkim pośpiechu, za to oczy były zdumiewająco łagodne — takimi oczyma spogląda się na rozbawione dzieci, szczęśliwe matki lub na strumień właśnie, dziewczynka stwierdziła, że człowiek o takim spojrzeniu nie uczyni jej żadnej krzywdy, i zbliżyła się. Usiadła metr od niego i także zanurzyła nogi w wodzie. Mężczyzna miał uśmiech równie łagodny jak spojrzenie. Wysunął zaciśniętą pięść w jej stronę, bardzo ostrożnie, jakby wkładał ją między węże, i rozprostował palce.
Na środku dłoni siedziała jaszczurka wielkości naboju — nie wiedzieć czemu przyszło jej do głowy właśnie takie skojarzenie — z cieniutkim ogonkiem i kwadratowym łebkiem. Nie bała się wcale, więcej nawet, wydawała się zadowolona, że siedzi akurat na tej ręce, wierciła się, rozczapierzała pazurki i wyginała kark, zupełnie jak kot. Dłoń dziewczynki powędrowała w jej stronę, znieruchomiała, bo czy tak można, mężczyzna poczerwieniał, policzki mu się wydęły, aż nie wytrzymał, zakrztusił się, zaśmiał, zatrząsł się cały, z wyjątkiem rozwartej dłoni, łzy radości napłynęły mu do oczu.
— Zobacz! Jaszczurka!
Strach opuścił dziewczynkę i jej dłoń złączyła się z dłonią mężczyzny. Jaszczurka poruszyła główką, tak śmiesznie jak mechaniczna zabawka, jedna z tych, które dziewczynka widywała w sklepie na Nowogrodzkiej, a potem, już zupełnie nie mechanicznie, za to z życiem, przepełzła na dziecięcy nadgarstek i tam zastygła, z główką złożoną na poduszeczce pod kciukiem. Dziewczynka przyglądała się zachwycona i trochę przestraszona, że drobny ruch wystraszy zwierzątko, a mężczyzna wciąż się śmiał. Dziewczynka poczuła, że powinna coś powiedzieć, podziękować, bo to tak nieładnie, gdy ktoś próbuje być miły i w odpowiedzi otrzymuje milczenie, poszukała słów, lecz słowa wymykały się jej, jak jaszczurki właśnie. Im intensywniej myślała, tym było jej gorzej, tak dziwnie, bo powinna, a nie potrafi, aż w końcu zebrała się w sobie, uznając, że wcale tutaj nad strumieniem nie musi być mądra, nawet wychowana, że temu mężczyźnie wystarczy tylko zwykłe słowo.
— Lubi pan jaszczurki? Prawda?
Teraz nieznajomy powinien zapytać ją, jak ma na imię, dorośli zazwyczaj tak robią: jak masz na imię, dziewczynko? Tymczasem mężczyzna interesował się głównie własnym śmiechem, pytanie tylko wzmogło jego wesołość, dławił się, krztusił, ocierał łzy i płakał na nowo. Zabrał rękę, nachylił się i delikatnie pogłaskał zwierzątko po główce.
— Uwielbiam — rzekł. — Powiem ci więcej, jestem prawdziwym ekspertem od jaszczurek. Od lat wędruję po świecie w najróżniejszych sprawach, no i między innymi badam właśnie jaszczurki. Widziałem je w Indiach i Ameryce, jestem zaznajomiony z jaszczurkami kanadyjskimi i chińskimi, a z tymi w Japonii nawet się przyjaźnię. — Dostrzegł, że dziewczynka wsłuchuje się pilnie, opowiadał więc dalej: — Są jaszczurki skrzydlate i podziemne, czarne i wielobarwne, wściekłe i przyjazne, jadowite i takie jak ta, co nie mają prawa cię ugryźć. Nie chwaląc się, mało kto wie o jaszczurkach tyle co ja. Ta na przykład to jest całkiem mała jaszczurka zwyczajna, której nie trzeba się bać. Są jednak także takie ogromne, większe nawet niż ty.
Tak opowiadał, a oczy dziewczynki rozszerzały się z ciekawości. Zazdrościła miłemu nieznajomemu tych podróży i tego, że widywał różne jaszczurki, bo tutaj w Gnojniku jaszczurka była zjawiskiem powszechnym, nie wyróżniała się wyglądem ani barwą skóry, była stworzeniem skromnym w porównaniu ze swoimi wspaniałymi kuzynami z dalekich krajów. Dziewczynce nagle zrobiło się przykro, chciała bowiem jakoś się odwdzięczyć, pójść na przykład w trawę po drugiej stronie strumienia i wrócić z jaszczurką, wielką i kolorową, jakiej ten miły człowiek jeszcze nie widział. Zdecydowała, że przeprosi go prawdą, nawet jeśli mężczyzna obrazi się i odejdzie. Kto wie, może jednak widział już tyle cudów na świecie, że rzeczy zwykłe stały się dla niego właśnie niezwykłe.
— U nas są tylko takie jaszczurki. Takie jak ta.
— A to niekoniecznie musi być prawda — wszedł jej w słowo, jakby tylko na nie czekał. — Wyczuwam, że chciałabyś zobaczyć to, co widziałem ja, tylko boisz się zapytać. Zupełnie niepotrzebnie. Siedzę tutaj, zaraz pójdę dalej i wówczas nie zdążysz zadać swojego pytania. Więcej nawet, mnie się wydaje, że w tych trawach czają się sprawy daleko ciekawsze niż te w trawach meksykańskich bądź azjatyckich, wystarczy tylko, moja mała, uważnie patrzeć i uzbroić się w cierpliwość. Myślę jednak, że najpierw powinnaś puścić tę jaszczurkę, żeby zobaczyć następną. Wystarczy potrząsnąć ręką. O, tak właśnie.
Jaszczurka zsunęła się gładko, by bez oglądania się popędzić przed siebie. Nim jej ogonek zniknął wśród traw, mężczyzna przysiadł się do dziewczynki, stawiając neseser między nimi. Nic nie mówił, tylko patrzył ponad strumieniem, w gęstą kępę krzaków pochylonych nad wodą, i z tej kępy, zupełnie niespodziewanie, wysunął się język większy od całej jaszczurki, która jeszcze przed chwilą siedziała na nadgarstku dziewczynki. Język zniknął na moment, wyłonił się znowu, a z nim potężna łapa zakończona pazurami, za łapą łeb i kark, pokryty pofałdowaną skórą, za karkiem potężny tors sunący po ziemi, tylne łapy stały w rozkroku, ruchliwy ogon bił o kamienie. Zwierz nie zajmował sobie łuskowatej głowy siedzącymi na drugim brzegu, zainteresowany głównie sobą i własnym pragnieniem — trójkątny pysk zanurzył się w wodzie. Dziewczynka nie miała pojęcia, jak duże może być to zwierzę, wiedziała tylko, że jest ogromne, gdyby chciało przejść przez strumień, mogłoby polizać ją po twarzy; gdyby miała oceniać, było dłuższe od jakiegokolwiek kota, którego widziała, długie może nie jak samochód, ale jak rower. Taki dla dorosłych, nie trzykołowy. Albo jak dyszel od wozu. Długie jak pół konia, krępe niczym duży pies.
Zwierzę wciąż chłeptało, nabierając wodę strzałką języka, zaspokoiło pragnienie, zastygło na dobrych parę minut, podczas których dziewczynka zdążyła przyjrzeć się konstrukcji twardych łap, szyi przechodzącej w plecy, a nade wszystko głowie, na takiej głowie można by miecze kruszyć, niczym w bajkach. Mężczyzna znów palił, dziewczynka wytrzeszczała oczy, jaszczur zaś znudził się towarzystwem, rozkiwał na boki i zniknął w trawach.
— Powinienem powiedzieć ci wcześniej, że to nie będzie jaszczurka, tylko prawdziwy jaszczur — powiedział mężczyzna. — Skąd miałem wiedzieć, kto tu do nas przyjdzie. O! — zdumiał się. — Cóż to takiego?
Szybkim ruchem wskoczył do strumienia, rozstawiając szeroko nogi. Pochylił się nad więzieniem z kamieni, gdzie kijanki miały swój karcer, teraz akurat trzy, bujające się wesoło tuż przy dnie. Dziewczynka nie znalazła powodu do kłamstwa i opowiedziała o swoich kłopotach, o tym, że jakkolwiek by się starała, każda z tych kijanek znajdzie drogę między kamieniami, wypatrzy jamkę niewypełnioną żwirem i wyjdzie na wolność. A ona oprócz jaszczurek chciałaby zobaczyć też przemianę kijanki, nie widziała dotąd żadnej przemiany poza tą w kościele, a i tej należało wierzyć na słowo. Mężczyzna chyba odczytał jej myśli, zerknął na neseser — musiał trzymać tam coś wyjątkowo cennego — pochylił się nad wodą, wydobył kijankę, zamknął w pięści jak wcześniej jaszczurkę, dmuchnął, coś szepnął i cisnął ją w strumień. Wodził w nim palcem, kijanka nie mogła wyjść ze zdziwienia, za to wyszła z siebie, zaczęła puchnąć, ogon się cofnął, raptem wyrosły łapy, podgardle, głowa nad tym podgardlem, zabrzmiało skrzeknięcie i pojawiła się zieleń. Żaba, prawdziwe żabsko wielkości szmacianej piłki — w tym wypadku dziewczynka nie miała trudności ze znalezieniem porównania — zarechotała, strzeliła językiem i tyle ją widzieli.
Dziewczynka patrzyła oniemiała, dopiero po długiej chwili pojęła, że umknął jej jeszcze inny cud, być może najważniejszy, lecz zbyt subtelny, by zostać zaraz dostrzeżonym. Jeśli wcześniej strumień płynął od Warszawy w tym samym kierunku, w którym wędrowali niemieccy uciekinierzy, to teraz pędził ku miastu, niosąc trawę i drewno, żeby dziewczynka nie miała żadnych wątpliwości.
— A ci ludzie? — Dziewczynka wyprostowała się na brzegu, uciekinierzy mogli ją zobaczyć, ale wiedziała, że przy mężczyźnie jest bezpieczna, i nie bała się ani trochę. — Tych ludzi umiałby pan zawrócić? Żeby szli gdzie indziej? Jak strumień?
— Ale po co? — Mężczyzna stanął obok niej. — Niech sobie idą, gdzie chcą. Po co chcesz ich zawracać? Mało kto by chciał. Ale słuchaj, pomyślałem sobie, że mogłabyś mi pomóc. W rzeczy samej, potrzebuję pomocy. Nic trudnego, dobrze? — zapytał i uklęknął przy niej w ten sposób, że jego twarz znalazła się dokładnie na wysokości jej twarzy.
Polubiła jego oczy, spokojne i pewne, skinęła więc głową, a wtedy mężczyzna wrócił po neseser i wydobył z niego drewniane pudełko oraz klucz. Klucz włożył w dziurkę, spróbował przekręcić, było zamknięte, poklepał ledwo wyheblowane, surowe drewno, w jego ręce pojawił się papier pakowy. Klucz położył na wieczku i jął owijać pudełko, dociskając starannie, aż całe znikło, przykryte szarą masą. Dziewczynka bardzo chciała wiedzieć, co znajduje się w środku, zdjęcia albo skarby, uznała jednak, że mężczyzna powie jej, jeśli będzie miał na to ochotę. Tymczasem on sięgnął po postrzępiony sznurek, owinął pakunek, wyraźnie szykował się do zrobienia węzła.
— Mogłabyś tu przycisnąć? O tutaj — poprosił i wskazał miejsce, gdzie miał powstać węzeł. Nie bez wahania przyłożyła palec dokładnie tam, gdzie sobie życzył, papier był ciepły jak kamień przy ognisku, zdziwiła się, nie gorący, lecz ciepły właśnie, przyjemnie grzał skórę.
Podniosła zdumione oczy i jej spojrzenie zetknęło się ze spojrzeniem mężczyzny, ten mrugnął i skrzyżował dwa końce sznurka, dość szybko, by powstający węzeł nie poluzował się, i dość wolno, by dziewczynka zdążyła cofnąć rękę. Zaśmiał się, więcej, sprawiał wrażenie prawdziwie uradowanego, poklepał się po udach z tej radości, a z jego rękawów posypały się jaszczurki, całe ich wielobarwne mnóstwo: żółte, złote i tęczowe, zbiegły po płóciennych spodniach, otoczyły dziewczynkę i przepadły, tylko ogonki błyszczały między kamieniami.
— Co pan ma w pudełku?
— Och, na pewno nie jaszczurki. Różne rzeczy i miejsca, które muszą zostać zaniesione do samej Warszawy. Nie mogę powiedzieć ci, co tam jest, choć mogę powiedzieć wiele innych rzeczy. Wydaje mi się to nawet uczciwe. Możemy się tak umówić? Tajemnicę pudełka powierzę komuś innemu, a tobie dam inną. — Paczka znikła w neseserze. Mężczyzna zaraz wsadził go sobie między kolana, przyklęknął. — Na pocieszenie powiem ci jeszcze, że tajemnica w pudełku jest raczej nudna, przykra, nie musi cię wcale obchodzić, za to ta, którą tu przygotowałem, jest specjalnie dla twoich uszu, w dodatku wydaje mi się interesująca, barwna, słowem, nie mógłbym ofiarować ci niczego ciekawszego. — Delikatnie dotknął jej twarzy, pozwoliła mu, ułożył się na plecach i przyciągnął dziewczynkę do siebie, patrzyli w niebo, w strzępy chmur szarpiące się pod słońcem. — Umówmy się więc, że zdradzę ci moją tajemnicę, pudełko wezmę ze sobą, a tobie wcale nie będzie smutno. To jak, może tak być?
Trącił czubek noska dziewczynki, twarz jej poczerwieniała. Mężczyzna obejmował ją delikatnie, tak że mogła wyśliznąć się spod ramienia, gdyby tylko chciała, po co jednak chcieć, skoro ciepło aż wibruje, prawie że ma wąsy, a przynajmniej włoski, mile drażniące skórę. Obcy nie zostanie tu na zawsze, choć może mógłby, dziewczynka to wiedziała i poprosiła o tajemnicę.
Mężczyzna odsunął ją od siebie, kucnął znowu naprzeciwko, a ona usiadła, milcząca i poważna, z ciałem skręconym w postronek, przygotowana na nieznane. Twarz mężczyzny dawała nadzieję, usta miał łagodne, oczy ciepłe, pierwsze zmarszczki splatały się przyjaźnie, od nosa szły dwie płytkie bruzdy.
— Lubisz jaszczurki, prawda? — powiedział.
Skinęła głową.
— W takim razie muszę ci powiedzieć, że sama kiedyś zostaniesz jaszczurką. Nie taką jak te tutaj, ani nawet jak ten jaszczur, którego widzieliśmy przed chwilą, będziesz bowiem jaszczurką najprawdziwszą, najbardziej prawdziwą ze wszystkich — mówił i śmiał się jednocześnie, jakby miał nie jedno, ale dwa gardła. Dziewczynka pomyślała, że właściwie mogłaby być jaszczurką, lecz ważniejsze od bycia prawdziwą, najprawdziwszą nawet jaszczurką jest to, by jaszczurka taka była szczęśliwa od noska po ogonek. Mężczyzna musiał to usłyszeć, znał widać drzwi do jej głowy. — Jeśli teraz wydaje ci się, że jesteś szczęśliwa, to dopiero wtedy, gdy zostaniesz jaszczurką, zrozumiesz, co to naprawdę jest szczęście. — Ujął jej twarz w gorące dłonie, mówił szybko, wyraźnie się spieszył. — Wszystko inne wyda ci się snem, poza naszą rozmową. Ta oczywiście do tego czasu zginie w tobie, aż ktoś powie ci, że jesteś jaszczurką.
— Powie?
— Przecież jaszczurki nie rozpoznają samych siebie. Myślą nawet, że są zupełnie kimś innym, może ptakiem lub drzewem, dlatego trzeba im o tym mówić. Mógłbym to zrobić, ale jeszcze nią nie jesteś, więc trzeba poczekać na kogoś innego. A teraz wybacz. Muszę iść.
Pocałował ją w czoło, właściwie musnął wargami, dmuchnął jeszcze ciepłem i odszedł, nie oglądając się za siebie. Dziewczynka zrozumiała, że na czas rozmowy zapomniała o całym świecie, który przecież toczył się w miodowym rytmie lipca. Niemcy wciąż snuli się drogą, markotni lub wściekli, ich stopy wciąż wzbudzały kurz, wozy terkotały, warczały silniki samochodów, tak samo jak przedtem szumiał strumień i falowała trawa. Dziewczynka nie chciała, żeby mężczyzna odchodził, nie wiedziała tylko, w jaki sposób go zatrzymać.
— A ta osoba, proszę pana? Proszę pana, ta dziewczyna, co pan tę paczkę jej niesie… Ona też jest jaszczurką?
Nie zwolnił, nie odwrócił głowy, ale usłyszała wyraźnie:
— Ona jest zupełnie kimś innym.
I zostawił ją samą. Pragnęła za nim pobiec, wiedziała jednak, że byłoby to niewłaściwe, ten miły mężczyzna poświęcił jej tyle czasu, ile mógł, może nawet więcej, może gdyby go nie zaczepiała, już dawałby paczkę tamtej dziewczynie i mówił jej rzeczy inne, obce, przeznaczone dla uszu dorosłych. Spoglądała za nim, chłonąc widok smukłej sylwetki, wąskich ramion i niemal dziewczęcego karku, by zaraz ze zdumieniem stwierdzić, że mężczyzna zwyczajnie niknie, roztapia się w tłumie idących Niemców, niewyraźny i blady rozdawca własnego ciała.
Dziewczynka, która miała zostać Jaszczurką, patrzyła w zdumieniu na zapyloną drogę, którą wędrowali ludzie, konie i koty. Konie nie miały głów, a koty pluły ogniem.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-03-13 (821 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej