Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ucieczka cienia
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Rycerskie (Nie)Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe - John Moore



Był sobie zły mag. Naprawdę zły. Niezrównanie zły. Zły złem najgorszej próby. Tworzył zarazy, które kaziły powietrze okolicznych wiosek oraz choroby zatruwające źródła wody w osadach leżących poniżej jego zamku. Mordował samotnych podróżnych, których kości ścierał później na proszek, a krew gotował i wykorzystywał do swoich eliksirów. Dręczył małe puszyste zwierzątka, robiąc na nich osobliwe eksperymenty wiwisekcyjne. Wyrywał skrzydełka motylom. Nie z jakichś powodów natury magicznej. Po prostu, dla zabawy. Nigdy nie pisał do swojej matki, nie wysyłał jej nawet kartek na urodziny. Na targu zawsze ściskał owoce zbyt mocno i odkładał je potem uszkodzone, nienadające się już do sprzedaży. Nie płacił, gdy przegrał zakład, zaś kiedy zachodził do miejscowych karczm (oczywiście w przebraniu), pił na koszt innych, a sam nigdy nie stawiał kolejek.
Królewna Gloria, w przeciwieństwie do niego, była słodka, czysta, cnotliwa i niewinna. Była także przykuta do drewnianego stołu stojącego w zamkniętym pokoju na szczycie najwyższej wieży zamku maga. Królewna Gloria nie płakała. Dotąd robiła to bez przerwy przez cztery dni i nareszcie doszła do wniosku, że płacz w niczym jej nie pomoże. Jedyną nadzieją na ocalenie była odsiecz z zewnątrz. A w takim wypadku nie chciała, by znaleziono ją z czerwonymi, zapuchniętymi oczami. Jeśli zaś zostałaby zabita... cóż, wtedy nie miałoby to znaczenia.
W zamku przebywało także dwóch pachołków — głupich, szpetnych zbirów, wystarczająco jednak efektywnych, jeśli chodzi o wykonywanie zadań wymagających stosowania przemocy fizycznej. Teraz, gdy z powodzeniem przeprowadzili akcję porwania królewny, nie byli tak naprawdę potrzebni, ale mag lepiej się czuł w obecności goryli. Poza tym kręcił ich widok zakutej w łańcuchy nagiej dziewczyny. Uwielbiali takie rzeczy.
Mag Magellan kręcił się po komnacie, rozkładając noże, zlewki i buteleczki. Planował wytoczyć krew z żywej Glorii — krew dziewic z królewskiego rodu miała szerokie zastosowanie przy tworzeniu nikczemnych zaklęć, szczególnie jeśli pozyskano ją między północą a świtem. Noc była ciepła, więc czarnoksiężnik otworzył okienko. Płomyki świec zadrżały na lekkim wietrze, a na kamiennych ścianach zatańczyły cienie.
— Nie, żebym lubił słuchać płaczu dzieci. Och nie, absolutnie. Jestem człowiekiem o miękkim sercu i płacz wyprowadza mnie z równowagi. Denerwuje. A co dopiero krzyki! Pomiędzy północą i świtem... To daje nam niemal pięć godzin krzyków. Bo będziesz krzyczeć, prawda? Nie kręć tak głową. Od razu widać, że z ciebie wrzaskun. Już jestem cały w nerwach. Wolałbym cię zakneblować, ale to osłabia siłę magii. — Magellan miał zwyczaj gadać, gdy robił coś wyjątkowo paskudnego.
Królewna zadrżała. Mag zaśmiał się złowieszczo. Oprychy zachichotały. Scena była teraz gotowa, aby pojawił się na niej książę Zbajki.
A ten swoje wejście wycyrklował idealnie.
Zegar — kiczowaty, bogato zdobiony przedmiot z miedzi i mosiądzu — wybił północ. Magellan nie spieszył się. Zawsze przestawiał wskazówki swoich zegarów nieco do przodu, żeby się nie spóźniać. Wziął do ręki nóż — wąskie, zakrzywione ostrze, którego złowrogie lśnienie mówiło o przeszłości pełnej zadanych tortur i ran. (Właściwie był to nóż wędkarski i na jego trzonku znajdowała się podziałka, która umożliwiała zmierzenie wielkości zdobyczy.) Mag sprawdził ostrość narzędzia, robiąc na nadgarstku dziewczyny niewielkie cięcie (wzdrygnęła się znowu), a potem powoli, delikatnie, niemal czule przyłożył ostrze do jej skóry. Królewna Gloria zamknęła oczy. Draby wyciągnęły szyje, żeby lepiej widzieć. Rozległo się pukanie do drzwi.
Wszyscy zamarli na chwilę, a potem spojrzeli w stronę wejścia.
Pukanie nie było właściwie pukaniem. Odgłos był donośniejszy i bardziej stanowczy. Głośny i dojmujący. Właściwie brzmiał jak dźwięk potężnych ciosów podwójnego topora w dębinę. Jego ostrze przebiło nawet trochę drewno, ostatecznie rozwiewając wszelkie wątpliwości. Podczas gdy oprawcy stali oniemiali, ostrze zniknęło. Moment później uderzyło ponownie, gruchocząc drzwi, których resztki zawisły na zawiasach. Potem nastąpiło silne kopnięcie, a na koniec, z odwagą podbudowaną prawymi i szlachetnymi zamiarami, do komnaty wkroczyła wysoka, dobrze umięśniona postać.
— Książę Zbajki! — krzyknęła królewna Gloria tonem, w którym zachwyt mieszał się z ulgą.
— Książę Zbajki! — zawtórowały zbiry, aczkolwiek ich głosy nie pobrzmiewały podobną radością.
— Cholera — powiedział Magellan.
Książę Zbajki rzucił królewnie uśmiech, który miał być pokrzepiający. I taki też był. Książę miał wspaniały uśmiech. Na jego widok królewnę ogarnęła fala żaru. Zbajki był młodziutki, miał zaledwie siedemnaście lat. Jego złote włosy opadały swobodnie na ramiona kaskadą loków — efekt godziny spędzonej przed lustrem z żelazkiem do ondulacji. Buty, mocno natarte smalcem wieprzowym i wypolerowane, błyszczały jak zwierciadła. Prawą dłoń chłopak trzymał nonszalancko na rękojeści miecza, a na lewej lśnił złoty królewski pierścień pieczęciowy. Jedwabna koszula była nieco rozchylona, ukazując jasną, porośniętą blond włosami klatkę piersiową o wyraźnie zarysowanych mięśniach, a z szerokich barków księcia spływała podbita jedwabiem peleryna. Jego gładka twarz promieniała chłopięcym urokiem i entuzjazmem, ale zimne, szare jak zimowe niebo oczy wpatrywały się w maga przenikliwie.
— Cześć, Maguś. Co porabiasz?
— Nie mów do mnie: Maguś — warknął czarodziej i natychmiast wściekł się, że pozwolił rozwścieczyć się temu smarkaczowi.
— Nigdy nie zmyjesz tych krwawych plam z blatu. Jest z białej sosny.
— Co ty wygadujesz? To buk. Dałem za niego czterdzieści szylingów. — Magellan znów zawrzał z gniewu, że dał się wciągnąć w tę idiotyczną dyskusję.
— Sosna — upierał się książę. Podszedł niespiesznie do stołu i zarysował go swoim sztyletem, zostawiając jasny ślad. — Widzisz? To bejca. — Mrugnął do królewny, która zachichotała.
Tego było już za wiele dla Magellana. Był przecież wielkim, potężnym, wzbudzającym trwogę w całej krainie magiem i żaden nastoletni chłystek nie będzie robił z niego głupka w jego własnym zamku. Obojętne, książę czy nie książę.
— Zabić go — rzucił.
Dwaj goryle odruchowo dobyli mieczy, ruszając w stronę Zbajkiego. Jednak niemal natychmiast ostrożność wygrała z odwagą i obaj zatrzymali się w pół kroku.
— Um, szefie — powiedział jeden. — No, bo wiesz... To książę Zbajki.
Książę chuchnął na swoje paznokcie i otarł je o koszulę. Jego miecz nadal spoczywał w pochwie.
— Och, bierzcie go! — warknął mag. — Nie jest taki groźny. W końcu jest was dwóch.
Jeden z pachołków kiwnął głową, przełknął ślinę i skoczył do przodu, unosząc miecz do ciosu. Uderzenie nie dosięgło celu. Książę poruszał się jak żywe srebro. Jego ramię zatoczyło łuk tak płynnie i szybko, że było to niemal niedostrzegalne dla oka, a jednocześnie zupełnie bez wysiłku. Jednym błyskawicznym ruchem dobył miecza i wyciął cienką czerwoną kreskę na gardle oprycha, a potem odsunął się. Zbir przeleciał obok i runął na stół, a jego równo odcięta głowa upadła na podłogę ułamek sekundy później niż ciało.
Królewna była okropnie zniesmaczona. Towarzysz zabitego nagle zdecydował się wybrać inną drogę kariery. Rzucił miecz i skoczył do drzwi.
Łoskot jego kroków odbijał się wyraźnym echem na długiej spiralnej klatce schodowej. Potem zapadła cisza.
Magellan i Zbajki mierzyli się wzrokiem. Magellan znał wiele zaklęć, które spowodowałyby natychmiastowe wyparowanie księcia. Znał zaklęcia, dzięki którym przeciwnik przez rok konał w mękach, zanim w końcu umarł. Znał zaklęcia, czyniące rzeczy daleko straszliwsze od śmierci. Niestety, wszystkie te czary miały jedną wspólną cechę: wymagały skomplikowanych przygotowań. Niektóre nawet nie tak wielu, ale żadne nie mogło zostać rzucone natychmiast. Mag był zbyt zajęty organizowaniem upuszczania krwi i za bardzo polegał na swojej (aktualnie już nieistniejącej) ochronie, żeby przedsięwziąć jakieś inne środki bezpieczeństwa.
Książę trzymał miecz na wysokości ramienia. Czubek ostrza kierował lekko w dół, prosto w serce Magellana. Nie był to przyjazny gest. Czarodziej doszedł do wniosku, że w tej sytuacji najlepiej wykonać taktyczny odwrót.
— To nie koniec, Zbajki — powiedział znacząco i od razu stwierdził, że zabrzmiało to melodramatycznie, co też było prawdą. — Jeszcze się spotkamy — dodał, co zabrzmiało jeszcze bardziej melodramatycznie. — Pieprzyć to — zdenerwował się i wyskoczył przez okno.
— Och! — pisnęła królewna.
Książę spokojnie schował miecz do pochwy, po czym wychylił się, patrząc za magiem. Magellan opadał powoli, a za nim płynął jego płaszcz. Potem nagle jego ubranie jakby się zapadło, w chwilę później szata, buty, skarpetki i czapka zaczęły lecieć na ziemię osobno, każde w swoim tempie, a spośród nich wystrzelił czarny ptak. Rozpostarł skrzydła i pofrunął w bezchmurne niebo.
Książę nie okazał zaniepokojenia.
— Wendell! — zawołał. Do komnaty wszedł chłopiec, wyglądający na jedenaście lat. Uginał się pod brzemieniem wielkiego plecaka. W obu rękach niósł dodatkowo wypakowane po brzegi sakwy, które nie wydawały się lżejsze niż bagaż na plecach. Zrzucił ciężary na podłogę, spojrzał bez szczególnego zainteresowania na królewnę i usiadł na pakunkach, z trudem łapiąc oddech.
— Sto osiemdziesiąt jeden stopni — wydyszał.
— Sokół — rzucił książę.
— Już. — Pomimo zmęczenia, Wendell od razu zabrał się do roboty. Rozwiązał plecak i wydobył z niego niewielką osłoniętą klatkę. Otworzył ją, wyciągnął stamtąd ptaka, którego podał księciu, odbierając od niego jednocześnie miecz. Zbajki zdjął sokołowi kaptur, pogłaskał go i podszedł do okna. Ptak zerwał się do lotu, szybko znikając na nocnym niebie. Potem książę całą uwagę skupił na królewnie.
Gloria przeżywała konflikt wewnętrzny, a jej myśli biegły dwutorowo.
Po pierwsze: będzie żyła.
Po drugie: zaraz umrze ze wstydu. Oto zjawił się i patrzył nią odważny, przystojny, legendarny książę Zbajki (niech tylko opowie o tym koleżankom!), a ona była zupełnie naga. Mało tego, była rozczochrana, bez makijażu i (o Boże!) miała strasznie brudne paznokcie u stóp. Zapragnęła umrzeć, natychmiast.
Książę jednak nie patrzył na ponętne ciało Glorii. Olbrzymim wysiłkiem woli skupiał wzrok na jej twarzy.
Z wielką galanterią teatralnym gestem zerwał z ramion pelerynę i okrył dziewczynę od szyi do stóp. Królewna Gloria odetchnęła z ulgą.
— Dziękuję.
— To przyjemność móc ci służyć, o pani — rzekł książę podniośle. — Wendell!
Wendell, który właśnie skończył czyścić miecz księcia nasączoną tłuszczem szmatką, wyjął z sakwy młotek i dłuto. Mając odpowiednie narzędzia, przystąpił do rozbijania kajdan, w które zakuta była królewna. Tymczasem Zbajki podszedł ze srebrną szczotką i lustrem. Gdy tylko obręcze opadły, uwalniając ręce dziewczyny, książę podał jej oba przedmioty. Nie była to jego pierwsza misja ratunkowa, więc zdążył już poznać tajniki tej sztuki. Najpierw jednak sam zerknął w lusterko, upewniając się, że jego fryzura nadal znajduje się w doskonałym stanie.
Od strony okna dobiegł łopot skrzydeł. Sokół powrócił, niosąc w szponach martwego kruka. Książę spokojnie obejrzał truchło, wrzucił je do skórzanej sakwy, po czym nagrodził sokoła kawałkiem mięsa.
Uwolniwszy ręce Glorii, Wendell zajął się łańcuchami krępującymi jej nogi. Kiedy skończył, królewna stanęła o własnych siłach. Chociaż była niska, jej królewska postawa uczyniła na chłopcach wielkie wrażenie. Okutana peleryną, uczesana, z wysoko uniesioną brodą, stanowiła idealny przykład arystokratki. Dygnęła i zwróciła się do Zbajkiego.
— Wasza wysokość, czy możemy porozmawiać bez świadków?
— Wendell!
— Już wychodzę — zareagował Wendell, znikając na schodach.
Zbajki obdarzył królewnę swoim, jak miał nadzieję, najbardziej olśniewającym uśmiechem.
— Mów proszę, pani.
Dziewczyna odpowiedziała Zbajkiemu słabym uśmiechem, spuściła oczy i splotła palce.
— Książę, ocaliłeś mi życie.
— Cóż, cieszę się, że zdążyłem na czas. — Zbajki nie wspomniał, że już wcześniej zrobił rozpoznanie terenu i niemal trzy godziny czekał przy pobliskim drzewie, tylko po to, żeby odegrać dramatyczną scenę ratunku w ostatniej chwili.
— Winna ci jestem wdzięczność i nigdy nie będę
w stanie się odpłacić. Książę omiótł wzrokiem jej biust.
— No, nie powiedziałbym — mruknął z nadzieją.
— Pochodzę z małego królestwa, wasza wysokość i chociaż jestem prawdziwą królewną, jestem również najmłodsza z rodzeństwa. Mam wiele sióstr, które trzeba wyposażyć, zanim ja dostanę wiano. Nie mam biżuterii, ani skarbów, by cię wynagrodzić.
Puls Zbajkiego przyspieszył.
— Nie robię tego dla złota. Największą nagrodą dla mnie jest twoje szczęście.
— Jednak od dziecka uczono mnie, że honorowe długi należy spłacać, że należy odwdzięczać się za przysługi. Dlatego twoja odwaga i — zarumieniła się — cnota, zostaną wynagrodzone.
— Świetnie — odrzekł książę. — Znaczy, nie ośmielę się zaprotestować, jeśli tego właśnie chcesz.
Pod nosem wystąpiły mu maleńkie kropelki potu. Zbliżył się do królewny. Spojrzała na niego jasnymi błyszczącymi oczami. Jej oddech przyspieszył i stał się płytki.
— Ofiarować ci mogę tylko jedno, książę.
— Tak? — Zbajki ujął jej dłonie i spojrzał jej głęboko w oczy.
— Honor wymaga, by honor został poświęcony — wymruczała. — Wiesz, co mam na myśli?
— Tak, kochanie — szepnął książę, przyciągając ją do siebie. — Długo czekałem na tę chwilę.
— Dobrze. — I z tymi słowy, królewna zamknęła oczy, zacisnęła zęby, wspięła się na palce i pocałowała księcia Zbajki.
W policzek.
Błyskawicznie wywinęła się z jego objęć i pomknęła w stronę schodów, rzucając mu na odchodnym pełne satysfakcji spojrzenie kogoś, kto właśnie dokonał imponującego czynu. Jeszcze raz zarumieniła się mocno i zachichotała.
Z ust księcia nie wyrwało się ani jedno słówko rozczarowania. Niczym, ani najlżejszym skrzywieniem, ani najmniejszym zmarszczeniem brwi nie okazał, że liczył na coś bardziej konkretnego niż jeden siostrzany pocałunek. Nie, żadnym słowem ni gestem nie zdradził, że spodziewał się po królewnie Glorii czegoś innego niż słodyczy, czystości, cnoty i niewinności.
W końcu nie na darmo nazywał się książę Zbajki.

* * *

Nad zieloną krainą wschodziło słońce. A była to kraina pól i pastwisk, tereny bystrych potoków, rojnych od pstrągów; bujnych, gęstych, pełnych zwierzyny lasów; kraina gdzie brukowane drogi i zadbane wioski tętniły handlem i radosnym ożywieniem jej szczęśliwych mieszkańców. Miejscem tym była Illyria, może nie największe, ale zdecydowanie najbardziej kwitnące spośród wielu dominiów, leżących wzdłuż szerokiego pasa lądu pomiędzy morzem a górami. Było ono, jak i reszta z Dwudziestu Królestw, starożytnym krajem o długiej historii i wielu legendach. Dwadzieścia Królestw zamieszkiwały rody o korzeniach sięgających stu pokoleń wstecz, na ich terenach znajdowały się studnie, z których od tysiącleci czerpano wodę, i zamki o sypiących się ze starości kamiennych murach. Były to krainy przesiąknięte tradycją; państwa, gdzie mieszkańcy najbardziej cenili honor, sprawiedliwość i wartości rodzinne. Lubili odważnych i silnych mężczyzn, piękne i wierne kobiety, słodkie i puszyste kocięta, słodkie, czyste, cnotliwe i niewinne dziewczęta oraz nie za bardzo śliniące się psy. W każdym razie, Illyria nade wszystko była czarowną krainą, magiczną (podobnie jak wszystkie w tamtych czasach), pełną cudów i dziwów. I była także krainą, która rodziła bohaterów.
Gdyż poza ogólnym dobrobytem Illyrii, szczęściem i dobrym humorem jej obywateli, z ich mocnymi zasadami moralnymi, silnymi więzami rodzinnymi i społecznymi, zdarzali się tam także ludzie złej woli. Dewianci o spaczonych umysłach. Jednostki ogarnięte żądzą władzy i bogactwa. Osoby po prostu wkurzone na cały świat.
Książę Zbajki nie żywił żadnych złych intencji, ale tego ranka zaliczał się do kategorii „ludzi wkurzonych na cały świat”. Stukot jego butów na wyfroterowanej dębowej podłodze zamku odbijał się głośnym echem, a skórzana torba podskakiwała, uderzając gwałtownie o bok księcia. Przygotowywał się na kłótnię z ojcem i w myślach powtarzał sobie gorzkie odpowiedzi, w razie gdyby król odmówił jego prośbie. Na razie jednak czynił coś, co w jego oczach było bohaterskim wysiłkiem — starał się podtrzymać lekką i miłą rozmowę.
— Widziałeś piersi tej dziewczyny, Wendell? Były idealne. A jaki kształt utrzymywały, gdy szła! Założę się, że są twardsze od moich bicepsów. I, och mój Boże, jak sterczały jej sutki! Niemal przebijały się przez pelerynę.
— Panie — odezwał się Wendell — czy mogę mówić szczerze?
— Oczywiście, Wendell. Mów śmiało.
— Zamknij się! Od czterech dni, przez całą drogę do zamku nie mówisz o niczym innym, tylko o biuście królewny Glorii!
— To był wspaniały biust, Wendell. Jak będziesz starszy, nauczysz się doceniać takie biusty.
— Ble — skrzywił się Wendell. — Nienawidzę dziewczyn.
— Już niedługo.
— Zawsze chcą czochrać mnie po włosach. Nie cierpię tego.
— Zmienisz zdanie.
— Ha! Zresztą, porozmawiajmy o czymś fajnym. Na przykład o łowieniu ryb. Albo jedzeniu. Zaczyna się sezon na melony. Założę się, że Cooky zrobi dzisiaj na deser lody melonowe. Jak sądzisz?
— A mówiąc o dojrzałych melonach — zaczął książę ze śmiertelną powagą — widziałeś...
— No, jak rany... — jęknął Wendell. — Wal się, zboczeńcu!
Dotarli do końca ogromnego holu przed masywne dębowe rzeźbione wrota z mniejszymi świeżo rzeźbionymi drzwiczkami w jednym skrzydle. Wielkie wrota udekorowano reliefem ze sceną polowania. Przedstawiała ona jeźdźca, psy, łuczników, potężnego jelenia, dzika i niedźwiedzia. Natomiast mniejsze drzwi ozdobiono wizerunkiem armaty i sterty kul, ewentualnie syreny jedzącej żółwia morskiego — ciężko było to stwierdzić jednoznacznie. Podobne dzieła znajdowały się w całym zamku. Pewnego razu Zbajki uczynił na ich temat uwagę w rozmowie z dekoratorem i został uraczony wykładem o „twórczości niefiguratywnej”. W ten sposób dostał nauczkę, żeby nie wypowiadać się w dziedzinie sztuki.
Teraz bez pukania nacisnął klamkę w małych drzwiach i wszedł do środka. W komnacie siedziało sześciu mężczyzn (niemal połowa Rady Lordów), którzy wstali na jego widok.
— Książę Zbajki! — powiedzieli chórem, a ich ton wyrażał zachwyt i szacunek. Król nie podniósł się z krzesła, ale obdarzył księcia uśmiechem pełnym ojcowskiej czułości.
— Witaj w domu, synu. Dzień dobry, Wendell.
— Cześć, tato. Witajcie, panowie. Mam dla was mały prezent. — Zbajki rzucił niedbale na stół swoją torbę. Lord Issac Storm, najpotężniejszy z wasali jego ojca, wytrząsnął jej zawartość. Po nawoskowanym blacie (rzeźbiony dąb, a cóżby innego) potoczyło się truchło dużego ptaka. Sześciu lordów dokładnie obejrzało zwłoki.
— Magellan! — stwierdzili radośnie. — W końcu pozbyliśmy się tej zmory.
— Stary, dobry Maguś — rzekł król, szturchając ptaka tłustym palcem. — Kruk. Ech, pewnie chciał zbiec?
— Raczej zlecieć.
— Dziwne, że nie zamienił się w magota. Maguś Magiczny Magot. Zabawnie brzmi.
— Chyba po prostu nie miał poczucia humoru. Właściwie wydawał się trochę zdenerwowany. Nie zaoferował mi nawet drinka.
Słysząc tę próbę humorystycznego pomniejszenia własnych zasług, lordowie wymienili znaczące uśmiechy. Dowodziła ona, że książę jest nawet bardziej odważny i szlachetny, niż na to wygląda.
— Ocaliłeś królewnę?
— A czy kiedykolwiek mi się to nie udało? Najadła się trochę strachu, była nieco wyczerpana, ale odstawiłem ją całą i zdrową na łono kochającej rodzinki. Dlatego zajęło nam to tak dużo czasu. Wyprawili przyjęcie na moją cześć.
— Upiekli całego wołu — wspomniał Wendell z nabożeństwem. — Podlewali go sosem z miodu i rodzynek. To było niesamowite. Ale potem — jego ton sposępniał — wszystkie te rodziny zapraszały księcia na herbatę i po kolei ich odwiedzaliśmy. Cały czas musieliśmy nosić nasze wyjściowe stroje.
— Dziękuję ci za te istotne informacje, Wendell — powiedział król łaskawie. — Możesz teraz iść się pobawić.
Wendell wybiegł z sali jak strzała. Książę wzruszył ramionami.
— To była niezła chałturka, tato. Zarobiliśmy u nich kilka punktów na polu dyplomatycznym.
— Książę Zbajki — odezwał się lord Storm. — W imieniu wszystkich szlachetnych rodów i oczywiście reszty poddanych Illyrii, chciałbym ci podziękować za twoje oddanie w służbie królestwa. Twoja odwaga, uczciwość, poświęcenie oraz walka w imię sprawiedliwości i miłosierdzia tworzy obraz ideału, który nie ma sobie równych w całej historii naszego ukochanego kraju.
— Dziękuję lordzie Issacu. Ale ja robię tylko to, co do mnie należy.
— I robisz to wspaniale, wasza wysokość. Ale nie będę już o tym mówił, bo widzę, że wprawiam cię w zakłopotanie. Poza tym, słowa nie są w stanie wyrazić przepełniającej nas wdzięczności. — Wszyscy zebrani arystokraci przytaknęli. — Dlatego właśnie przybyliśmy tu dzisiaj z podarkiem dla ciebie. Wszystkie szlachetne rody przyczyniły się finansowo do jego powstania. Mamy nadzieję, że uczynisz nam ten honor i przyjmiesz nasz dar.
— O rany, naprawdę. Nie trzeba było. Co to jest?
— Sir Tayronie... — powiedział lord Storm.
Sir Tayron Boldstroke wystąpił naprzód, dzierżąc troskliwie w ramionach pięknie rzeźbioną skrzynkę z orzecha włoskiego. Lordowie odsunęli się, umożliwiając mu podejście do stołu i złożenie przedmiotu na blacie. Tayron z czcią odemknął złocone zatrzaski i ostrożnie uniósł klapę skrzynki. Gdy Zbajki zajrzał do wnętrza, w komnacie zapadła pełna napięcia cisza.
— Um — rzekł książę. — To miecz.
Faktycznie, był to miecz. W skrzynce leżało prawie metrowe stalowe ostrze ze zdobioną klejnotami głowicą. Okładzinę trzonu wykonaną z wytłaczanego wiekowego klonu owinięto natłuszczoną jagnięcą skórą. Grawerowany w zawiłe wzory jelec pokryto warstwą złota, a klingę ostrzono przez cały miesiąc tak, że jej krawędzie cięły przy najsłabszym nacisku.
— Posiada imię — odezwał się lord Storm. — Gnatokąs. Najznamienitsi płatnerze z Dwudziestu Królestw pracowali nad nim przez rok. Został specjalnie zaprojektowany i dopasowany do twego wzrostu, wagi, zasięgu i chwytu. Na całym świecie nie ma miecza, który mógłby się z nim równać.
— Fajny — stwierdził książę. Wziął miecz do ręki. — Dobrze leży w dłoni. Lubię czuć, że broń coś waży.
Potoczył wzrokiem po kręgu szlachciców i dostrzegł na ich twarzach cień rozczarowania. Słowo „fajny” najwyraźniej nie było reakcją, jakiej oczekiwali. Książę wziął głęboki oddech.
— Panowie, nigdy nie trzymałem w ręku równie wspaniałego miecza. Ani nawet nie widziałem. Od dzisiaj nie będę nosił żadnego innego.
Oblicza lordów opromieniły uśmiechy. Książę teatralnym gestem wyszarpnął z pochwy stary miecz i odrzucił go na bok. Ostrze zadźwięczało o kamienną posadzkę. Uniósł wysoko nowy, kierując czubek w stronę okna, żeby na klindze zabłysły promienie porannego słońca.
— Gnatokąsie — rzekł do miecza. — Od dzisiaj będziesz moim nieodłącznym towarzyszem. Od tej chwili będziemy walczyć wspólnie, ochraniając słabych, broniąc niewinnych, trzebiąc zło, gdziekolwiek się ono czai, oraz wspierać dobro i sprawiedliwość. — Opuścił miecz i włożył go do pochwy. Lordowie zaczęli klaskać.
— Dobrze powiedziane, mój synu — pochwalił go król. — I ja również wypowiem się w imieniu wszystkich, zapewniając, że nasze serca i modlitwy podążają za tobą za każdym razem, gdy wyruszasz na misję.
Zebrani nagrodzili króla aplauzem.
— Dzięki, tato. I dziękuję wam, panowie. Tato, możemy porozmawiać na osobności? Wiesz, jak mężczyzna z mężczyzną.
— Oczywiście. Wasze lordowskie mości, wybaczcie.
Szlachcice wyszli, a każdy po drodze zatrzymywał się, by uścisnąć księciu rękę. Storm położył mu dłonie na ramionach.
— Niech Bóg będzie z tobą, młody Zbajki.
— I z tobą, sir Issacu.Ostatni wychodził Boldstroke.
— Jeśli będziesz miał jakiekolwiek problemy z mieczem, wasza wysokość, przynieś go do mnie, a ja się wszystkim zajmę. Ma dożywotnią gwarancję na uszkodzenia wynikłe ze zmęczenia materiału i wad produkcyjnych. Wystarczy wypełnić kartę gwarancyjną i odesłać go w oryginalnym opakowaniu.
— Będę o tym pamiętał, sir Tyronie.
Kiedy komnata opustoszała, Zbajki zamknął drzwi na klucz, zaryglował je sztabą, po czym odwrócił się do ojca. Król właśnie nalewał sobie wina z ukrytego kurka, wbudowanego w podłokietnik tronu.
— Gnatokąs? — prychnął książę. — Miecz o imieniu Gnatokąs? Cały mój pokój jest pełen tego złomu, a teraz jeszcze mamy nadawać im imiona?
— To pomysł specjalistów od marketingu — odrzekł król. Podał kielich synowi i zaczął napełniać drugi dla siebie. — Wymyślne miecze z imionami świetnie działają na wyobraźnię społeczeństwa. Ludzie uwielbiają takie rzeczy. Pomyśl o Excaliburze i tych wszystkich legendach. Tak czy inaczej, będziesz go musiał czasem nosić. Jak zabijesz nim jakiegoś smoka albo coś w tym stylu, wystawimy go na widok publiczny i będziemy brać po dwa pensy od każdego, kto będzie chciał go zobaczyć.
— Ale Gnatokąs? To brzmi jak nazwa jakiegoś narzędzia tortur.
— Ciesz się, że tak, bo mogło być gorzej. Na początku chcieli go nazwać Dedragonator. I planowali zatrudnić grawera, żeby wyrył wzdłuż ostrza sceny walki ze smokami. Powiedziałem Issacowi, że to nieco ostentacyjne. Formę określa funkcjonalność, to jest to. No chłopcze, co cię tak naprawdę dręczy?
Zbajki krążył po komnacie, stukając paznokciami w rękojeść miecza.
— Chodzi o tę drogę rycerza. Musisz mnie z tego zwolnić. Już nie daję rady. Król zakrztusił się winem.
— Ale dlaczego? Przecież świetnie ci idzie. Nadzwyczajnie! Lud cię kocha. Twój lud. I za każdym razem, jak tylko uwolnisz kolejną wioskę od jakiegoś nieszczęścia, twoja popularność rośnie jeszcze bardziej. — Król wyjął z zanadrza zwój pergaminu. — Spójrz tylko na te wyniki badań opinii publicznej.
— Nie obchodzą mnie wyniki badania opinii publicznej! Mam tego dość! Nic tylko ratowanie i walka ze złem, walka ze złem i ratowanie. Nic innego nie robię. Już mi się rzygać od tego chce. Każdy najlichszy czarodziej, każdy rycerz-renegat, każdy smok, troll czy ogr, który się tu pojawia, pierwsze co robi, to porywa jakąś dupencję. A potem wszyscy mówią to samo: „Och, pozwólmy, żeby na ratunek pospieszył książę Zbajki. Ocali ją!” I tak robię. A czy kiedyś mi ktoś za to podziękował? Nieee!
— Królewna Gloria ci nie podziękowała? Jestem pewien, że wysłała odpowiednią notę. Jest bardzo dobrze wychowana. — Król upił wina.
— Nie, nie o to mi chodzi. Podziękowała. Nawet mnie pocałowała.
Tym razem król zachłysnął się mocniej i krztusił, nie mogąc nic powiedzieć, dopóki książę nie grzmotnął go w plecy.
— Co zrobiła?
— Pocałowała. W policzek.
— Ach. W policzek. — Jego wysokość postukał palcami z podłokietnik tronu. — Cóż. Więc chyba wszystko w porządku?
— Nie. Posłuchaj, pamiętasz tę małą księżniczkę, którą ocaliłem w zeszłym miesiącu? Musiałem się przedrzeć przez gniazdo olbrzymiego pająka, żeby do niej dotrzeć. A potem odpowiedzieć na idiotyczne zagadki, zadawane przez coś w rodzaju niedorobionego lwa. A ten smok na końcu niemal mnie upiekł żywcem. A po tym wszystkim, czy wiesz, co ona zrobiła, gdy w końcu ją uwolniłem? Szturchnęła mnie w ramię!
— Z Hilary zawsze była chłopaczyca — zachichotał król.
— Skoro ryzykuję życiem za te ślicznotki, należy mi się chyba coś ekstra?
— Na przykład? — Głos króla nabrał surowych nut.
— No, wiesz...
— Chyba wiem. I chyba nie podoba mi się to, co słyszę.
— Rany, tato. Mężczyzna ma swoje potrzeby.
— Czy naprawdę sugerujesz, że wolno ci deprawować najpiękniejsze córy Dwudziestu Królestw tylko dlatego, że...
— No dobra, dobra. Mniejsza o najpiękniejsze córy. Daj mi kilka wolnych nocy. Skoczę do Madam Lucy i...
— Książę Zbajki! Potomek rodu królewskiego, symbol cnoty i czystości, ucieleśnienie wszystkiego co dobre i szlachetne w młodzieńcu, nie może parzyć się w burdelach jak jakiś pospolity marynarz!
— Oj, tato.
— Poza tym, w zeszłym tygodniu kazałem zamknąć przybytek Madame Lucy. Fatalnie wpływał na moralność społeczeństwa.
— Tato!
— Dość tego, młody człowieku! Jako osoba publiczna i członek rodziny królewskiej masz pewne zobowiązania. Musisz dawać dobry przykład młodzieży w królestwie. Stosunki przedmałżeńskie zrujnowałyby kompletnie twój wizerunek. I nie chcę wyobrażać sobie, kim byłaby dziewczyna z królewskiego rodu czy z pospólstwa, która przystałaby na tak wszeteczny romans. A teraz zamelduj się u szefa wywiadu po wskazówki do kolejnej misji ratunkowej.
Tym razem pokonany, książę z rezygnacją wzruszył ramionami i skierował się do wyjścia.
— No dobrze, tato, ale uważam, że cała ta pogoń za popularnością wymyka ci się z rąk. Co zrobisz, gdy ludzie zaczną się domagać, żebym cię obalił i objął tron?
Wyszedł, nie zauważywszy błysku zaniepokojenia, który pojawił się w oczach króla.

* * *

Wendell dogonił wlokącego się przez dziedziniec Zbajkiego i zaczął iść obok. Giermek jadł jabłko, a drugie podał księciu. Zbajki wziął owoc, bez entuzjazmu zatapiając w nim zęby.
— Nie zgodził się, co?
— Uhm...
— Żadnego weekendowego tarzania się w rozpuście?
— Nie.
— Pozwolił ci zrezygnować z misji?
— Nie.
— Ach, cóż — powiedział Wendell. — Niechętny bohater. Tacy są najlepsi. Jeśli ktoś usilnie stara się wykazywać heroizmem, inni myślą, że robi to tylko na pokaz.
— Mmm?! — wymamrotał Zbajki. Przełknął pospiesznie kęs jabłka. — Co ty gadasz? Zawsze muszę się starać, żeby udawać bohatera. Muszę zważać na każde słowo, ubierać się jak wojownik na bal przebierańców, trenować walkę mieczem, kopią i strzelanie z łuku, muszę być szarmancki i uczynny wobec każdego, kogo spotkam. Myślisz, że to takie proste?
— Cóż...
— No dobra, przyznaję, ta fucha jest o całe niebo lepsza niż oranie czy walenie młotem w kowadło, ale mimo wszystko, to praca na trzy zmiany. Wolałbym wylegiwać się gdzieś na mchu z wędką w ręce.
— Właśnie o to mi chodziło — rzekł Wendell. — Ludzie czają takie rzeczy. Podejrzewają, że wolałbyś spokojne życie, więc tym bardziej doceniają twoje wyprawy i przygody. To tak samo jak z tą „zbajkowością”. Gdybyś bez trudu wypełniał zobowiązania, które nakłada na ciebie twoje imię, nie wzbudzałoby to takiego szacunku. Ale ponieważ wkładasz sporo wysiłku, aby zachowywać się jak przystało na prawdziwego bajkowego rycerza, czyni to z ciebie prawdziwego księcia-z-bajki.
Książę nie mógł się nie uśmiechnąć.
— Strasznie filozofujesz, jak na dzieciaka w twoim wieku, Wendell. Znowu przesiadujesz u Mandelbauma?
— No. Właśnie miałem do niego iść. Mówi, że jestem bardzo poważny jak na swój wiek. Mandelbaum pracuje teraz nad zaklęciem zapobiegającym przemarzaniu truskawek. Mówi, że przyniesie mu to fortunę.
— Muszę go zapytać o jakiś eliksir miłosny.
— Ma takie. Ale daje je tylko małżeństwom.
— Tak czułem.
— Gdzie idziemy?
— Do Norville’a. Mamy kolejne zlecenie.
— Dopiero co wróciliśmy!
— No i kto tu wykazuje się brakiem chęci?

* * *

Czekali na Norville’a w małej bibliotece, mieszczącej się za dużą biblioteką. W głównej bibliotece siedzieli zwykle dworscy prawnicy, którzy po kilka godzin dziennie ślęczeli, wertując zakurzone tomiszcza. W mniejszej nie było książek. Znajdowało się w niej natomiast wiele map. Całe ściany obwieszone były mapami, a setki innych zwiniętych w rulony spoczywało w przeszklonych szafkach. Mapy były różne, od wykonanych pospiesznie czarnym tuszem szkiców pól bitewnych do szczegółowych naniesionych skrupulatnie na pergamin albo welin planów Dwudziestu Królestw. Właśnie tego rodzaju dokładna mapa Illyrii wisiała na jednej ze ścian. Książę zabawiał się wyszukiwaniem na niej najmniejszych wiosek i rzucaniem w oznaczone punkty sztyletem, z odległości dwunastu kroków. Wendell siedział po turecku na podłodze i przesuwał po krawędziach Gnatokąsa kawałkiem hebanu. Książę nie lubił, gdy klinga była zbyt ostra. Uważał, że cięcie lekko tępym mieczem wywołuje większy szok.
— Jest perfekcyjny. Naprawdę idealny — powiedział Wendell. — To najlepszy miecz, jaki kiedykolwiek miałeś.
— Zbyt krzykliwy. Przy pierwszej okazji wydłub te rubiny, sprzedaj je, a pieniądze rozdaj ubogim.
— Dobra. Ej, spójrz na to ostrze. Na metalu są jakieś ciemne linie. Nie da się ich wypolerować.
— Znaczy, że to stal damasceńska. — Książę musiał przyznać, że jest pod wrażeniem. — Najlepszy gatunek stali.
— A zobacz rękojeść. Tu się wyciąga różne rzeczy. Patrz, jest korkociąg i cążki do paznokci, i pilniczek, i szydło. — Wendell otworzył ostatni przyrząd. — A to co? — Wskazał na sprężysty okrągły pręcik z lekko szpiczastą, zakrzywioną końcówką. — Czy to coś takiego do wydłubywania kamyków z kopyt końskich?
Książę przyjrzał się narzędziu z ciekawością.
— Nie mam pojęcia. To może być takie coś do splatania lin.
Do komnaty wszedł Norville, szef królewskiej agencji wywiadu i informacji — ubrany był na czarno, tak jak wypadało szpiegowi numer jeden w państwie. Niósł pod pachą grubą teczkę. Wyjął z niej plik papierów, które podał księciu, a następnie usiadł przy stole i zanotował coś na podręcznej tabliczce.
— Dzień dobry, wasza książęca mość. Co wiesz na temat sytuacji w Tyrovii?
— Niezbyt wiele — odparł książę. Rozwalił się na krześle, przewiesił nogę przez podłokietnik i zapatrzył w okno.
— Królowa Ruby Zła traktuje swoją córkę w okrutny sposób. A właściwie pasierbicę, nie córkę. Jest strasznie zarozumiała i potwornie zazdrosna o urodę swej podopiecznej.
— Zapomnij. Nie mieszam się w kłótnie rodzinne.
— Z naszych informacji wynika, że macocha ubiera pasierbicę w łachmany i zmusza ją do pracy w charakterze pomywaczki.
— Świetnie. Jestem wielkim zwolennikiem kształcenia zawodowego.
— Książę Zbajki, chciałbym, abyś wkładał więcej wysiłku w zachowanie postawy godnej swojego imienia. Królowa Ruby Zła dysponuje potężną magią. Stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa naszego królestwa. Ta sytuacja daje nam pretekst, jakiego szukał twój ojciec, aby wyeliminować niebezpiecznego przeciwnika. A kiedy młoda księżniczka zasiądzie na tronie Tyrovii, zyskamy na zachodzie uległego sojusznika, którym łatwo będzie manipulować.
— Proszę? — żachnął się książę. — Zagrożenie bezpieczeństwa? Sojusze? Mam teraz robić za zabójcę na usługach rządu? Jeszcze czego. Jestem bohaterem, a nie płatnym mordercą.
— Twoim zadaniem jest ratowanie dziewic z opresji.
— Ratuję dziewice od losu gorszego niż śmierć i śmierci gorszej niż los. Ochraniam słabych, bronię niewinnych, pomagam uciśnionym i tak dalej. Uwalnianie dziewic od prac domowych nie leży w zakresie moich obowiązków.
— Ach, ale królowa próbowała dokonać zamachu na życie dziewczyny.
— Czemu?
— A czemu nie? Księżniczka cieszy się popularnością, w przeciwieństwie do królowej. Kiedy osiągnie pełnoletność, niewątpliwie upomni się o prawa do tronu i zacznie się rywalizacja. O zamachu opowiedział nam drwal. Mówił, że królowa zaoferowała mu poważną kwotę za wycięcie serca pasierbicy.
Zbajki spojrzał na niego sceptycznie.
— Królowa dysponująca tak wielką mocą magiczną zleca pozbycie się rywalki drwalowi? I zupełnie przypadkiem zatrudniony przez nią człowiek okazuje się jednym z naszych informatorów?
— Faktycznie, może to wyglądać na dziwny zbieg okoliczności — przyznał Norville. — Ale takie sytuacje się zdarzają. No, miłościwy panie. Mała Księżniczka jest naprawdę piękna...
— Mała Księżniczka?
— Tak ją pieszczotliwie nazywają poddani — wyjaśnił Norville. — Cieszy się opinią oszałamiającej piękności. Cera jak krew z mlekiem, usta jak korale i te sprawy. Ma na imię Anna. Zastanów się, miłościwy panie. Słodkie, niewinne dziewczątko, którego życie może znajdować się w niebezpieczeństwie. Twa szlachetna dusza z pewnością aż wyrywa się, aby dokonać walecznych czynów.
— Heh... — Zbajki wskazał za okno. — Widzisz tam tę dojarkę? Tę z wielkimi cyckami? Kiedyś jej siostra wpadła do studni. Skoczyłem do wody i wyciągnąłem dziewczynkę. To była moja pierwsza rycerska misja ratunkowa. Miałem wtedy trzynaście lat. Dojarka płakała, obejmowała mnie i cały czas powtarzała, jaka to jest wdzięczna i czego to nie zrobi, żeby okazać jak bardzo.
— I co zrobiła?
— Wysłała mi pudełko ciasteczek.
— Bardzo dobrych ciasteczek — wtrącił się Wendell.
— To chyba bardzo miły gest? — stwierdził Norville. — Cieszę się, że lud wyznaje tak wysokie standardy moralne. Tym bardziej, że ostatnio zbierałem informacje
o zamorskich krajach i byłem absolutnie przerażony poziomem degeneracji tamtejszych społeczeństw. Kobiety chadzają tam po ulicach bez towarzystwa, dziewczęta pokazują kostki, a niektóre obcinają nawet włosy jak chłopcy.
— Straszne — powiedział Zbajki. — A może wyślesz mnie tam na jakąś misję ratunkową, żebym zobaczył to na własne oczy?
Norville wydał dziwny odgłos, który brzmiał jak chrumknięcie.
— No dobrze. — Zbajki opuścił nogę na podłogę i usiadł prosto. — Przejadę się do Tyrovii i przyjrzę sytuacji. Ale nic nie obiecuję. Setki razy mówiłem tacie, że nie będę brał udziału w żadnych ekspansjonistycznych planach. Dopóki królowa Ruby będzie się trzymała z dala od kłopotów, nawet palcem nie kiwnę.
— No cóż, chyba musi nam to wystarczyć. Ale jeśli się zawahasz, możesz to przypłacić życiem.
— Ta? To już sam ocenię. Jaki rodzaj środków bezpieczeństwa stosuje królowa? Jakieś złe smoki w obejściu? Najemna armia? Rycerze?
— Nic z tych rzeczy, według naszych informacji. Wydaje się, że jeśli chodzi o obronę, polega całkowicie na swojej magii.
— Hmmm. Wendell!
— Tak, panie?
— Weźmiemy tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Spakuj ten nowy miecz...
— Gnatokąs — powiedział Wendell, unosząc miecz.
— Tak, tak. Zapakuj Gnatokąsa, miecz ze stali sheffieldzkiej, miecz normański i kuszę.
— Mam.
— Tę nową tarczę z godłem, topór i dębową kopię z brązową osłoną.
— Jest.
Książę pomyślał przez chwilę, po czym zwrócił się do Norville’a.
— Mówisz, że ta księżniczka Anna to naprawdę niezła laska?
— Według naszych informacji jest ponoć przepiękna.
— Wendell, zabierz też tuzin róż, pudełko czekoladek i wino.
— Mam.
— I dużą miękką maskotkę.
— Dobrze.
— Przezorny zawsze ubezpieczony — mruknął książę. Oparł nogę o blat, odepchnął się mocno od stołu i odjechał krzesłem w tył po śliskiej drewnianej podłodze. Zbajki zapytał kiedyś dekoratora zamku, dlaczego wszystkie podłogi są z gołego kamienia lub drewna, podczas gdy na ścianach wisi tyle gobelinów. Architekt wnętrz wziął głęboki oddech, a książę pospiesznie zrejterował, zanim rozpoczął się kolejny wykład.
Teraz książę wstał i przypasał miecz, który podał mu giermek.
— Ruszamy o świcie, Wendell.
— Tak, panie.
— Powodzenia, wasza wysokość — powiedział Norville.
— Dziękuję — odrzekł książę i ruszył do drzwi. Zatrzymał się jeszcze z ręką na klamce i odwrócił. — Ach, jeszcze jedno, hrabio Norville.
— Tak, wasza wysokość?
— Macie coś nowego w sprawie tego pantofelka?
— Pracujemy nad tym, panie.
— No dobrze. W takim razie spadam. — Zbajki zatrzasnął za sobą drzwi, ale Norville nadal słyszał odgłos jego butów na wypastowanej posadzce.

* * *

Jechali konno brukowanym traktem prowadzącym na zachód. Nad nimi zwieszały się gałęzie dębów, orzeszników i cisów, a droga usiana była plamkami słońca.
— Istnieją kraje, gdzie nie musiałbym tego wszystkiego robić — powiedział książę. — W krainach za oceanem, dziewczyny ustawiałyby się w kolejce, żeby przespać się z księciem. I nie przeszkadzałoby im, gdyby ten nigdy w życiu nie zabił nawet jaszczurki rogatej.
— Dziewczyny — odezwał się Wendell. — Ble.
Zgodnie z ustaleniami Wendell obudził księcia jeszcze przed pierwszym brzaskiem. Gdy zaczynało świtać, książę był już gotowy do drogi — ubrany elegancko w wypolerowane na wysoki połysk czarne buty do konnej jazdy, czarne spodnie, białą jedwabną koszulę i lekki napierśnik. Miał także przypasany miecz i małą tarczę na ramieniu. Chłopcy przeszli pewnym krokiem korytarzami zamku, przecięli dziedziniec i przekroczyli most zwodzony. Spieszące do pracy kobiety obrzucały ich zachwyconymi, a mężczyźni pełnymi szacunku spojrzeniami. Gdy przejeżdżali przez centrum miasta, Wendell trzymał w ręku królewską flagę osadzoną na krótkim drzewcu. Ludzie, którzy już nie spali, wychodzili z domów i ustawiali się wzdłuż drogi. Kobiety machały księciu chusteczkami, mężczyźni salutowali, dziewczęta wpatrywały się w niego z rozmarzeniem, a chłopcy spoglądali z zazdrością. Książę trzymał się prosto w siodle, a promienie porannego słońca odbijały się od jego wypolerowanej zbroi. (Wendell powlekł ją cienką warstwą przeźroczystej emalii, żeby dodać jej jeszcze blasku). Koń Zbajkiego, biały ogier (Wendell oprószył jego sierść mąką), niecierpliwie tańczył i gryzł wędzidło, rzucając łbem i rwąc do przodu, jakby nie mógł się doczekać, gdzie zaprowadzi go nowa przygoda. Młodziutka twarz księcia odzwierciedlała skupienie oraz powagę. Wendell dosiadał czarnego lśniącego rumaka i wiódł dwa konie juczne obładowane sprzętem obozowym, darami i bronią. U bram miasta książę zatrzymał się, zawrócił konia i spiął go mocno ostrogami. Biegun stanął dęba, a młodzieniec pozdrowił ręką zebrany tłum. Ludzie zaczęli wiwatować. Zbajki i Wendell skierowali wierzchowce ku zamglonej złotej tarczy porannego słońca.
Zaraz za bramami miasta, gdy tylko zniknęli z widoku gawiedzi, zjechali natychmiast z drogi, rozciągnęli się w cieniu gęstego listowia i ucięli sobie dwugodzinną drzemkę. Potem bez szczególnego pośpiechu książę przebrał się w bardziej swobodny strój i napoił konie, a Wendell przygotował drugie śniadanie składające się z kurczaka na zimno, brązowego chleba, galaretki żurawinowej i cydru. Słońce stało już wysoko, gdy wznowili podróż.
— Uważam — powiedział Zbajki — że skoro i tak wszędzie gdzie jedziemy, trafiamy na kłopoty, to nie ma sensu szybko podróżować z miejsca na miejsce. Jeśli nawet spóźnimy się na ocalenie jednej królewny, niedługo zostanie porwana inna.
Wendell, który podobnie jak książę nie był rannym ptaszkiem, nie zaprotestował.
W tym tempie niemal tydzień zajęło im dotarcie na rubieże Illyrii i przekroczenie granicy z Tyrovią. Królestwo Tyrovii zaczynało się u podnóża gór i rozciągało na ich chłodne, otulone mgłą zbocza. W górnych partiach stoki porastał gąszcz drzew o czarnych chropawych konarach, w cieniu których kryły się dziwaczne kształty lub przy wtórze cichego szelestu przemykały pomiędzy pniami. Jednak niżej położone tereny oczyszczono z gęstej roślinności. Znajdowały się na nich starannie utrzymane poprzecinane bystrymi potokami wioski usiane niewielkimi krytymi strzechą chatkami. Dzień był bardzo przyjemny, świeciło słońce, a od gór wiał orzeźwiający wietrzyk. Książę powinien być w dobrym nastroju, ale niestety, trapiły go myśli nieszczególnie niezwykłe u siedemnastoletnich chłopców.
— Myślisz, Wendell, że w zamorskich krainach dziewczęta naprawdę pokazują kostki?
— Mam to gdzieś — zirytował się Wendell, który słuchał tym podobnych rozważań już od tygodnia. Jednak jego błyskotliwa odpowiedź została przerwana, bo zza drzew dobiegł ich niski, chrypliwy głos.
— Nikt tędy nie przejdzie!
Zbajki i Wendell spięli konie, szybko wydostali się na drogę prowadzącą ku brzegowi rzeki. Nad wodą przerzucony był drewniany most, tak wąski, że zmieściłby się na nim tylko jeden koń. Na moście, zajmując całą jego szerokość, stała w rozkroku wysoka, barczysta postać. Robiła wrażenie jeszcze potężniejszej, gdyż od stóp do głów zakuta była w czarną zbroję. W prawej ręce trzymała groźnie wyglądający miecz, zaś w lewej tarczę z godłem. Emblemat był niemal nieczytelny, ponieważ namalowano go czarną farbą na czarnym tle, ale jednak ogólny wygląd postaci nie budził wielkich wątpliwości, że na mostku stoi niesławny, budzący wielką trwogę, acz niewiele szacunku, Czarny Rycerz.
— Ty wielki blaszany sukinsynu — warknęła kobieta, niosąca na ramionach koromysło z zawieszonymi wiadrami pełnymi mleka. — To jak się mam dostać na targ? Przy takim słońcu starczy kilka godzin, żeby mleko skisło.
— Nikt tędy nie przejdzie! — wrzasnął rycerz ponownie. Jego miecz ze świstem przeciął powietrze tuż przed nosem kobiety, która cofnęła się gwałtownie, zachlapując sobie mlekiem spódnicę. — Nikt tędy nie przejdzie.
— Jakim cudem jego miecz wydaje taki dźwięk? — zainteresował się Wendell.
— Ma w rękojeść wbudowany gwizdek — wyjaśnił Zbajki, podając giermkowi wodze. — Stara sztuczka. Szczeniackie zagranie. — Zsiadł z konia i zaczął przepychać się przez zebrany na brzegu tłumek. Wyszedł do przodu, trzymając niedbale dłoń na rękojeści miecza. — Cze, Blacky. Niezły tekst. Sam go wymyśliłeś?
— To książę Zbajki! — zakrzyknęli wieśniacy jednym głosem, a mleczarka dodała: — Już on da nauczkę temu dupkowi.
— Spływaj, księciuniu! — huknął Czarny Rycerz. — Strzegę tego mostu w imieniu Złej Królowej. Postaw na nim nogę, a umrzesz.
— Świetnie — powiedział Wendell. — Norville znów nas wprowadził w błąd.
Książę zlustrował rzekę. Mimo że bystra, była płytka i bez trudu dałoby się ją przebyć w bród, gdyby pójść trochę w górę, poza zasięg wzroku tego młotka. Ale obserwowali go wieśniacy, więc musiał wziąć pod uwagę swoją reputację.
— Zeszłej wiosny rzuciłeś mi podobne wyzwanie, Blacky. I z tego co pamiętam, skopałem ci wtedy tyłek.
— Nie mów do mnie: Blacky — wymamrotał rycerz.
— Co mówisz?
— Zeszłej wiosny byłem pijany, Zbajki. — W jego tonie przebijała zimna furia. — Poza tym, sporo ćwiczyłem od tamtej pory. A co więcej, chociaż może i szybko wywijasz mieczem, to tym razem ja jestem w pełnej zbroi, a ty nie.
— Ach — uśmiechnął się książę. — No tak. Tylko ciekawe jak długo pozostaniesz w tej zbroi.
— To znaczy?
Powoli, ostrożnie, trzymając ręce z dala od broni, książę wstąpił na kładkę i zaczął zbliżać się do Czarnego Rycerza. Wieśniacy i Wendell z zainteresowaniem patrzyli, jak zatrzymuje się przed przeciwnikiem zaledwie na długość miecza. Zbajki pochylił się i rzekł przyciszonym tonem, tak, że tylko rycerz mógł go usłyszeć:
— Wcześniej czy później będziesz się musiał odlać. A kiedy zdejmiesz saczek, wystawisz się na, jakby to ująć, najpaskudniejsze ze wszystkich okaleczeń.
Czarny Rycerz poruszył się niespokojnie, zaciskając kolana.
— Nie ośmielisz się.
— Mmm. — Książę skrzyżował ramiona na piersi. — No, założę się, że jest ci gorąco, jak stoisz tu tak w pełnym słońcu przez cały dzień. Szczególnie w tej czarnej zbroi. Wiesz, na twoim miejscu pewnie zdążyłbym już do tej pory opróżnić parę manierek.
Zakryte kratką przyłbicy oczy rycerza mimowolnie podążyły ku wiszącemu na barierce pustemu bukłakowi.
— Wytrzymam — oznajmił chrapliwie.
— Ależ oczywiście. I podziwiam cię za to. Tym bardziej w tej sytuacji. Pilnujesz w końcu mostu i cały dzień musisz słuchać szumu płynącej wody.
Czarny Rycerz zaczął nagle bardzo wyraźnie słyszeć szemranie rzeki.
— Zamknij się. Zamknij.
— Sączącej się między kamykami, ciurkającej po skałach... Te odgłosy bieżącej wody, godzina po godzinie...
— Niech cię diabli! — Rycerz rzucił się naprzód na drżących nogach. Książę zwinnie uskoczył.
— Rany, nie chciałem cię zdenerwować. Już się zamykam. Nie powiem już słowa. — Oparł się łokciami o balustradę, skrzyżował nogi i uśmiechnął się promiennie do Czarnego Rycerza, który w odpowiedzi zmarszczył groźnie brwi. W ciszy, która nastała, odgłosy płynącej wody stały się głośniejsze i nabrały melodyjnych dźwięków. Zbajki zaczął cicho postukiwać palcami w barierkę. Spod mostu zaczęło dobiegać kapanie, dodając swój ton do muzyki wody.
Na czoło rycerza wystąpił pot. Spojrzał na wieśniaków wpatrujących się w niego w pełnym zdumienia milczeniu. Stara kobieta postawiła na ziemi wiadra. Mleko zachlupotało. Wendell wyjął z sakwy manierkę i zaczął pić. Kilku mężczyzn zaczęło podawać sobie bukłak. Czarny Rycerz popatrzył na obserwującego wodę Zbajkiego, rozważając, czy nie udałoby mu się znienacka przyskoczyć do smarkacza i uciąć mu głowy.
Zbajki zaczął nucić starą żeglarską piosenkę. Czarny Rycerz uczynił ostatni wielki wysiłek, żeby się skoncentrować, a potem puściły mu nerwy.
— No dobrze, możesz przejść, ćwoku. Dorwę cię, jak będziesz wracał. A teraz zejdź mi z oczu.
— Wielkie dzięki.
— I nie mów do mnie: Blacky.
— Jasne.
Zbajki mrugnął do tłumu, wziął wodze od Wendella i dosiadł konia. Książę ze swym giermkiem przeszli przez most na czele procesji zdumionych, lecz zachwyconych chłopów. Zerknęli za siebie akurat w porę, by ujrzeć jak Czarny Rycerz znika za drzewem.
— O co chodziło? — spytał Wendell.
— Powiem ci później.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-07-31 (1576 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej