Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wojownicy Nocy
 
Katalog - dodano
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 Pogrzeb na zamówienie
- Anthony Horowitz
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Okaleczony Bóg t.1'' - Steven Erikson



Rozdział pierwszy




Jeśli nigdy nie znaliście
światów mojego umysłu,
wasze poczucie utraty

będzie bardzo słabe
i zapomnimy o nim na szlaku.
Weźcie, co wam dano,
i odwróćcie skrzywione twarze.
Nie zasługuję na to,
choćby wasza prywatna plaża
była nie wiem jak wąska.
Jeśli dacie z siebie wszystko,
Spojrzę wam w oczy.
To pękowi strzał w dłoni
nie potrafię zaufać,
choć zbliżacie się z uśmiechem.
Nie spotykamy się w smutku
albo w jakimś innym szwie
ponad bliznami.
Nie tańczyliśmy na tym samym
cienkim lodzie
i współczucie dla waszych trudności
ofiaruję swobodnie, nie myśląc
o wzajemności ani równowadze szalek.
Tego wymaga przyzwoitość, to wszystko.
Nawet jeśli to pojęcie
dla wielu jest zupełnie obce.
Pozostaną jednak tajemnice,
których nigdy nie poznacie
i nie chciałbym, by było inaczej.

wszystkie moje strzały pochowano,

a piaszczysta połać jest szeroka
i wszystko, co prywatne,
stygnie przybite do ołtarza.
Nawet kapanie ustało,
to dziecko pragnień
o umyśle pełnym światów
oraz poczerwieniałych łez.
Tak bardzo nienawidzę dni, gdy czuję się śmiertelny.
Dni spędzone w moich światach
są tymi, w których żyję wiecznie,
i jeśli kiedyś nadejdzie świt,

przebudzę się z jego światłem,

narodzony na nowo.

Noc poety iii, iv
Malazańska księga poległych
Rybak kel Tath


Kotylion wyciągnął dwa sztylety i skierował spojrzenie na ich klingi. Poczerniałe żelazne powierzchnie wyglądały jak dwie szare rzeki przesączające powoli swe wody przez parowy i wąwozy. Brzegi miały wyszczerbione w miejscach, gdzie zbroja albo kość spowolniły pchnięcia. Gapił się przez chwilę na to złowrogie odbicie nieba o niezdrowej barwie.
– Nie mam zamiaru niczego wyjaśniać, do cholery – oznajmił wreszcie. Uniósł głowę, spoglądając wprost w oczy rozmówcy. – Zrozumiałeś?
Stojąca naprzeciwko niego postać nie była zdolna do mimiki. Do kości jej skroni, policzków i żuchwy przylegały nieruchome strzępy przegniłych ścięgien oraz paski skóry. Oczy były puste, całkowicie puste.
Lepsze to niż zblazowany sceptycyzm, pomyślał Kotylion. Tego naprawdę miał serdecznie dość.
– Powiedz mi, co twoim zdaniem widzisz? – podjął. – Desperację? Panikę? Utratę woli, jakiś nieunikniony schyłek wiodący do niekompetencji? Czy wierzysz w przegraną, Chodzący po Krawędzi?
Zjawa milczała przez dłuższą chwilę.
– Nie możesz być aż tak... śmiały – odparła wreszcie chrapliwym urywanym głosem.
– Pytałem, czy wierzysz w przegraną. Ja nie wierzę.
– Nawet gdyby ci się powiodło, Kotylionie. Ponad wszelkie oczekiwania, a nawet wszelkie pragnienia. I tak będą mówić, że przegrałeś.
– Wiesz, gdzie mogą sobie wsadzić swoje gadanie – odparł patron skrytobójców, chowając sztylety.
Głowa uniosła się nagle. Zwisający luźno kosmyk zakołysał się na wietrze.
– Arogancja?
– Kompetencja – warknął w odpowiedzi Kotylion. – Wątp we mnie na własne ryzyko.
– Nie uwierzą ci.
– Nic mnie to nie obchodzi, Chodzący po Krawędzi. Jest jak jest.
Ruszył w drogę. Nie zdziwił się, gdy nieumarły strażnik podążył za nim.
Robiliśmy to już przedtem.
Przy każdym jego kroku w górę wzbijały się obłoczki pyłu i popiołu. Wiatr zawodził, jak uwięziony w krypcie.
– Już prawie czas, Chodzący po Krawędzi.
– Wiem. Nie możesz wygrać.
Kotylion zatrzymał się i odwrócił w bok. Rozciągnął usta w złowrogim uśmiechu.
– Ale to nie znaczy, że muszę przegrać, prawda?



* * *



Za nią wzbijały się tumany kurzu. Z jej ramion zwisały dziesiątki upiornych łańcuchów: powyginane kości połączone w nieregularne ogniwa, starożytne gnaty o tysiącu odcieni – od bieli aż po głęboki brąz. Na każdy łańcuch składały się dziesiątki indywiduów: zniekształcone czaszki ze strzępami włosów, połączone w całość kręgosłupy, długie kości stukające o siebie. Wlokły się za nią jak dziedzictwo tyrana, zostawiając w wysuszonej ziemi splątany ślad ciągnący się przez wiele mil.
Nie zwalniała kroku, posuwała się naprzód miarowo niczym słońce opadające ku horyzontowi przed nią, niepowstrzymanie jak zbliżająca się z tyłu ciemność. Pozostawała obojętna na pojęcie ironii i gorzki posmak bezczelnej drwiny, potrafiący tak mocno razić podniebienie. Tutaj liczyła się tylko konieczność, najgłodniejszy z bogów. Zaznała uwięzienia. Wspomnienie raniło ją dotkliwie, ale nie było w nim murów krypty ani pogrążonych w mroku grobowców. Tak jest, była tam ciemność, ale także nacisk. Straszliwy i nieznośny.
Obłęd był demonem żyjącym w świecie bezsilnej potrzeby, tysiąca niespełnionych pragnień, w świecie pozbawionym rozwiązań. Obłęd, tak jest, znała tego demona – targowali się ze sobą o monety bólu, pochodzące ze skarbca, którego nic nie opróżni. Dysponowała kiedyś podobnym bogactwem.
Ciemność nie przestawała jej ścigać.
A ona szła wciąż przed siebie – istota o łysej czaszce, skórze barwy wyblakłego papirusu oraz wydłużonych kończynach poruszających się z niesamowitą gracją. Otaczający ją krajobraz był pusty i płaski ze wszystkich stron. Tylko przed nią horyzont naznaczył bezbarwny szereg zerodowanych wzgórz.
Przyprowadziła ze sobą przodków, grzechoczących w chaotycznym chórze. Nie zostawiła nikogo. Wszystkie grobowce jej rodu były teraz puste, zupełnie jak czaszki, które wyjęła z sarkofagów. Milczenie zawsze było świadectwem nieobecności. Wrogiem życia. Nie chciała milczenia. Jej doskonali przodkowie rozmawiali ze sobą w cichych pomrukach i przeciągłych zgrzytach. Byli głosami jej prywatnej pieśni, odstraszającymi demona. Skończyła już z targami.
Wiedziała, że dawno temu na światach – bladych wyspach w Otchłani – roiło się od rozmaitych stworzeń. Ich myśli były proste i bezpośrednie, a poza tymi myślami nie istniało nic oprócz mroku, czeluści ignorancji i strachu. Gdy w owej ciemności pojawiły się pierwsze przebłyski, rozjarzyły się bardzo szybko, przechodząc w pożary. Niestety, umysł nie budził się w imię chwały ani piękna, czy nawet miłości. Nie pobudzał go do życia śmiech ani triumf. Wszystkie owe nowo narodzone płomienie pragnęły tylko jednego.
Pierwszym słowem rozumności zawsze była sprawiedliwość. To słowo karmiło oburzenie. Rodziło wolę zmiany świata ze wszystkimi jego okrutnymi zasadami, odwoływało się do prawości, by położyć kres haniebnej brutalności. Sprawiedliwość budziła się w czarnej glebie obojętnej natury. Scalała rodziny, wznosiła miasta, wynajdowała i broniła, tworzyła prawa i zakazy, dyscyplinowała bogów i wykuwała religie. Wszystkie oficjalnie uznawane wierzenia wyrastały z tego jednego korzenia, rozgałęziając się i wznosząc ku oślepiającemu niebu.
Ona i jej pobratymcy trzymali się jednak podstawy tego ogromnego drzewa, zapomnianej i przygniecionej jego ciężarem. W owym miejscu, pod kamieniami, ukryci pośród korzeni i ciemnej ziemi, byli świadkami zepsucia sprawiedliwości, zdradzenia jej i odarcia ze znaczenia.
Bogowie i śmiertelnicy wypaczali prawdy. Kalali niezliczonymi uczynkami to, co ongiś było czyste.
No cóż, nadchodził ich kres. Koniec jest już blisko, moi drodzy. Nie będzie więcej dzieci wyłaniających się z kości i gruzu, by odbudować wszystko, co utracone. W końcu, czy było wśród nich choć jedno, które nie ssałoby piersi zepsucia? Och, wszystkie karmiły swój wewnętrzny ogień, ale jednocześnie zagarniały dla siebie światło i ciepło, jakby sprawiedliwość była ich wyłączną własnością.
Wypełniało ją oburzenie. Kipiała wzgardą. Sprawiedliwość gorzała w niej jasnym ogniem, który z dnia na dzień rozpalał się coraz goręcej, gdy z nieszczęsnego serca Przykutego bez końca sączyły się strumienie krwi. Zostało tylko dwunastu Czystych i wszyscy karmili się tą krwią. Być może byli też inni, zagubieni w jakichś odległych miejscach, ale nic o nich nie wiedziała. Nie, tylko tuzin ich będzie twarzami ostatniej burzy, a ona – jako najpotężniejsza z nich – stanie w samym centrum nawałnicy.
Dawno temu nadano jej imię w tym właśnie celu. Forkrul Assailom z pewnością nie brakowało cierpliwości. Cierpliwość jednak była tylko kolejną utraconą cnotą.
Cisza szła przez równinę, wlokąc za sobą łańcuchy z kości, a światło dnia gasło za nią powoli.


* * *



– Bóg nas zawiódł.
Aparal Forge zacisnął zęby, by zdławić odpowiedź. Drżał i dręczyły go mdłości. W jego żyłach krążyło coś zimnego i obcego.
Ta zemsta jest starsza niż wszelkie hasła, jakie mógłbyś wymyślić. Bez względu na to, jak często powtarzasz te słowa, Synu Światła, kłamstwa i obłęd otwierają się w nich jak kwiaty w promieniach słońca. Widzę przed sobą tylko pola krwi, ciągnące się we wszystkie strony.
To nie była ich bitwa. Nie ich wojna.
Kto ustanowił prawo mówiące, że dziecko musi podnieść miecz ojca? Drogi Ojcze, czy naprawdę tego właśnie pragnąłeś? Czyż nie porzuciła swego małżonka dla ciebie? Czyż nie rozkazałeś nam żyć w pokoju? Nie powiedziałeś, że dzieci muszą się stać jednym pod nowo narodzonym niebem waszego związku?
Jaka zbrodnia skłoniła nas do tego?
Nawet jej nie pamiętam.
– Czujesz to, Aparalu? Moc?
– Czuję, Kadagarze.
Odsunęli się od towarzyszy, ale nie aż tak daleko, by nie słyszeć krzyków bólu, warczenia Ogarów albo napływających od strony skruszonych skał upiornych strumieni, straszliwego tchnienia chłodu muskającego ich plecy. Przed nimi wznosiła się okrutna bariera. Ściana uwięzionych dusz. Opadająca przez całą wieczność fala rozpaczy. Gapił się na twarze widoczne za cętkowaną zasłoną, przyglądał się bezdennej grozie w ich oczach.
Niczym się nie różniliście od nas, prawda? Nie wiedzieliście, co począć ze swym dziedzictwem, masywne miecze zwracały się to w tę, to w tamtą stronę w waszych dłoniach.
Dlaczego mielibyśmy płacić za nie naszą nienawiść?
– Co cię gryzie, Aparalu?
– Nie znamy przyczyn nieobecności naszego boga, panie. Obawiam się, że to bezczelność mówić, że nas zawiódł.
Kadagar Fant milczał.
Aparal zamknął oczy. Nie powinien był się odzywać.
Nigdy się niczego nie uczę. Dotarł do władzy krwawą drogą. Kałuże w błocie nadal lśnią czerwienią. Kadagara wciąż jeszcze otacza drżąca aura. Ten kwiat trzęsie się na niedostrzegalnych wiatrach. On jest niebezpieczny, bardzo niebezpieczny.
– Kapłani opowiadali o oszustach i impersonatorach, Aparalu – odezwał się Kadagar spokojnym i pozbawionym wszelkiej intonacji głosem. Zawsze tak mówił, kiedy był wściekły. – Jaki bóg by na to pozwolił? Porzucił nas. Ścieżka przed nami nie jest czyjąś własnością. Sami możemy ją wybrać.
My. Tak jest, przemawiasz w imieniu nas wszystkich, nawet jeśli kulimy się trwożnie, słysząc własne wyznania.
– Wybacz mi te słowa, panie. Nie czuję się dobrze. Smak...
– Nie mamy wyboru, Aparalu. Gorzki posmak jego bólu przyprawia cię o mdłości. To minie. – Kadagar poklepał go z uśmiechem po plecach. – Rozumiem twą przejściową słabość. Zapomnijmy o twoich wątpliwościach, dobrze? Nigdy już więcej o nich nie mów. W końcu jesteśmy przyjaciółmi i bardzo bym nie chciał ogłosić cię zdrajcą. I rozpiąć na Białym Murze. Ukląkłbym i rozpłakał się, przyjacielu. Naprawdę.
Aparala wypełnił syczący spazm obcej furii.
Na Otchłań! Czuję cię, Grzywo Chaosu!
– Moje życie należy do ciebie, panie.
– Panie Światła!
Aparal odwrócił się. Kadagar również.
Iparth Erule podszedł do nich chwiejnym krokiem. Z ust płynęła mu krew. Spojrzenie szeroko rozwartych oczu wlepił w Kadagara.
– Panie, Uhandahl, który pił jako ostatni, przed chwilą skonał. Sam rozdarł sobie gardło!
– A więc dokonało się – odparł Kadagar. – Ilu?
Iparth oblizał wargi i wyraźnie się wzdrygnął, poczuwszy smak.
– Jesteś Pierwszym z Trzynastu, panie – odparł.
Kadagar ruszył przed siebie z uśmiechem, omijając mężczyznę.
– Kessobahn ciągle oddycha? – zapytał.
– Tak. Ponoć może krwawić przez stulecia.
– Ale jego krew jest teraz trucizną – stwierdził Kadagar, kiwając głową. – Rana musi być świeża, a moc czysta. Mówisz: Trzynastu? Znakomicie.
Aparal wbił spojrzenie w smoka. Olbrzymie włócznie, którymi przyszpilono go do stoku, zrobiły się czarne od posoki i zakrzepłej krwi. Czuł ból wypływający falami z Eleinta. Kessobahn raz po raz próbował unieść głowę, kłapał paszczą, a w oczach gorzały mu płomienie. Ogromna pułapka trzymała jednak mocno. Cztery ocalałe Ogary Światła krążyły w oddali, strosząc sierść, gdy spoglądały na smoka. Na ich widok Aparal oplótł się rękoma.
To było kolejne szalone ryzyko. Kolejna gorzka porażka. Panie Światła, Kadagarze Fant, nie radzisz sobie za dobrze w zewnętrznym świecie.
Za tym straszliwym widokiem, naprzeciwko pionowego oceanu niemogących umrzeć dusz, wznosił się Biały Mur, za którym kryły się żałosne pozostałości Saranas, miasta Liosan. Ciemne długie kreski widoczne tuż pod blankami były wszystkim, co pozostało z braci i sióstr skazanych za zdradę sprawy. Pod zmumifikowanymi ciałami można było dostrzec ciemne plamy po płynach, które wyciekły z nich na alabastrową fasadę.
Mówisz, że ukląkłbyś i rozpłakał się, przyjacielu?
– Panie, czy po prostu zostawimy Eleinta? – zapytał Iparth.
– Nie. Proponuję znacznie stosowniejsze rozwiązanie. Zbierz wszystkich. Zmienimy postać.
Aparal poderwał się nagle, ale nie odwrócił.
– Panie...
– Jesteśmy teraz dziećmi Kessobahna, Aparalu. Mamy nowego ojca w miejsce tego, który nas opuścił. Osserc jest martwy w naszych oczach i nic już tego nie zmieni. Nawet Ojciec Światło klęczy złamany, bezużyteczny i ślepy.
Aparal nie odrywał spojrzenia od Kessobahna.
Jeśli wygłasza się podobne bluźnierstwa wystarczająco często, przeradzają się one w banały. Przestają szokować. Bogowie tracą moc i sami zajmujemy ich miejsce.
Prastary smok płakał krwią. W jego ogromnych obcych oczach nie było nic poza gniewem.
Nasz ojcze, twój ból i twoja krew, to nasz dar dla ciebie. Niestety, nie rozumiemy innych darów.
– A co zrobimy w nowej postaci?
– Ależ rozszarpiemy Eleinta na strzępy, Aparalu.
Wiedział, jaką odpowiedź usłyszy. Pokiwał głową.
Nasz ojcze.
Twój ból, twoja krew, nasz dar. Ciesz się ponownymi narodzinami przez śmierć, nasz ojcze Kessobahnie. Dla ciebie nie będzie już powrotu.


* * *



– Nie mam ci nic do zaoferowania. Co cię do mnie sprowadza? Nie, rozumiem to. Mój złamany sługa nie zawędruje daleko, nawet w snach. Tak jest, moje drogocenne ciało i kości zostały okaleczone na tym nieszczęsnym świecie. Widziałeś jego trzodę? Jakie błogosławieństwa może zesłać? Ależ jedynie nędzę i cierpienie. Mimo to, tłumy wciąż napływają do niego. Głośne błagalne tłumy. Och, kiedyś patrzyłem na nie ze wzgardą. Napawałem się ich żałosnym stanem, ich błędnymi decyzjami i straszliwym pechem. Ich głupotą.
Ale przecież nikt nie wybiera, ile będzie miał rozumu. Każdy rodzi się ze swoim i nigdy nie zdobędzie go więcej. Za pośrednictwem mego sługi patrzę w ich oczy – jeśli się ośmielę – a oni obdarzają mnie dziwnym spojrzeniem, którego przez długi czas nie potrafiłem zrozumieć. Jest w nim głód, oczywiście, przelewający się przez brzegi. Ale przecież jestem Obcym Bogiem. Przykutym. Upadłym. A moje święte słowo to Ból.
Mimo to, ich oczy wciąż mnie błagały.
Teraz to rozumiem. O co mnie proszą? Ci nierozgarnięci durnie pełni strachu, ze swymi straszliwymi minami, na widok których świadkowie kulą się z obrzydzenia. Czego chcą? Odpowiem ci. Pragną mojej litości.
Rozumiesz, zdają sobie sprawę, że mają żałośnie mało monet w sakiewce rozumu. Wiedzą, że brak im inteligencji i że to właśnie jest przekleństwem ciążącym nad ich życiem. Walczyli i szarpali się, od samego początku. Nie, nie patrz tak na mnie. Twoje myśli są gładkie i subtelne, udzielasz współczucia za szybko i stąd właśnie bierze się twoje przekonanie o własnej wyższości. Nie przeczę, że jesteś bystry, ale wątpię w szczerość twych uczuć.
Pragnęli mojej litości. Dostali ją. Jestem bogiem, który odpowiada na modlitwy. Czy znasz jakiegoś innego boga, który mógłby to o sobie powiedzieć? Widzisz, jak się zmieniłem? Mój ból, którego tak samolubnie się trzymałem, sięga teraz ku innym jak złamana ręka. Dotykamy ze zrozumieniem i wzdrygamy się od tego dotyku. Jestem teraz jednym z nimi wszystkimi.
Zaskakujesz mnie. Nie wierzyłem, że to ma wartość. Co za pożytek ze współczucia? Ile kolumn monet zrównoważy szalki? Mój sługa marzył kiedyś o bogactwie. O skarbie pogrzebanym pod wzgórzami. Siedząc na uschniętych nogach, błagał o litość ulicznych przechodniów. Widzisz mnie teraz. Jestem tak połamany, że nie mogę się poruszać, otaczają mnie gęste opary, a wiatr targa bez chwili wytchnienia połami namiotu. Nie mam nic do zaoferowania. I mnie, i mojego sługę opuściło już pragnienie błagania. Pragniesz mojej litości? Dam ci ją za darmo.
Czy muszę ci opowiadać o bólu, który mnie dręczy? Spoglądam w twoje oczy i dostrzegam w nich odpowiedź.
To mój ostatni ruch, ale przecież to rozumiesz. Ostatni. Jeśli przegram...
Proszę bardzo. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Zgromadzę truciznę. W łoskocie swego bólu, tak jest. Gdzieżby indziej?
Śmierć? Odkąd to ona jest porażką?
Wybacz mi ten kaszel. To miał być śmiech. Idź więc, wypróbuj swe obietnice na tych parweniuszach.
No wiesz, to wszystko, czym jest wiara. Litość nad naszymi duszami. Zapytaj mojego sługę. On ci powie. Bóg zagląda wam w oczy i kuli się trwożnie.


* * *



Trzy smoki przykute za swoje grzechy. Kotylion westchnął na tę myśl. Nagle ogarnął go ponury nastrój. Stał dwadzieścia kroków od nich, zapadając się po kostki w miękki popiół. Nasunęła mu się myśl, że ascendencja jest odległa od zwyczajności o krok krótszy, niżby tego pragnął. Poczuł ucisk w gardle, jakby coś zapchało mu przewody oddechowe. Dręczył go ból w mięśniach barków i słabe rytmiczne pulsowanie za oczami. Gapił się na uwięzionych Eleintów, trzy śmiertelnie chude sylwetki spoczywające pośród ławic piasku, i czuł się... śmiertelny.
Niech mnie Otchłań, ależ jestem zmęczony.
Chodzący po Krawędzi podszedł do niego, milczący jak widmo.
– To niewiele więcej niż kości – mruknął Kotylion.
– Nie daj się nabrać – ostrzegł go martwiak. – Ciało i skóra to tylko strój. Mogą go wdziać albo odrzucić wedle woli. Widzisz te łańcuchy? Poddano je próbie. Unoszą łby... czują zapach wolności.
– A jak ty się czułeś, Chodzący po Krawędzi, gdy wszystko, co trzymałeś w dłoniach, rozpadło ci się w nich? Czy porażka przybyła jak ściana ognia? – Zwrócił się ku upiornemu towarzyszowi. – Te łachmany wyglądają na przypalone, jeśli się nad tym zastanowić. Czy pamiętasz tę chwilę, kiedy wszystko straciłeś? Czy świat odpowiedział echem na twoje wycie?
– Jeśli chcesz mnie dręczyć, Kotylionie...
– Nie, tego bym nie chciał. Wybacz.
– Jeśli to one budzą twój strach...
– Nie strach. W Żadnym wypadku. Są moją bronią.
Chodzący po Krawędzi zadrżał, a może to popiół pod jego zbutwiałymi mokasynami poruszył się lekko, pozbawiając na chwilę martwiaka równowagi. Pradawny znieruchomiał i przeszył Kotyliona spojrzeniem wyschniętych jam oczu.
– Nie jesteś uzdrowicielem, Panie Skrytobójców.
To prawda. Proszę, niech ktoś ukoi mój niepokój. Oczyści nacięcie, usunie wszystko, co chore, uwolni mnie od tego. Chorujemy od nieznanego, ale wiedza również może się okazać trująca. Dryfowanie między tymi dwiema opcjami też wcale nie jest lepsze.
– Istnieje więcej niż jedna ścieżka wiodąca ku zbawieniu.
– To ciekawe.
– Co jest ciekawe?
– Twoje słowa. Wypowiedziane... innym głosem przez... kogoś innego... uspokoiłyby słuchacza, dodały mu otuchy. Niestety, gdy płyną z twoich ust, wywołują w duszy śmiertelnika dreszcz przenikający do szpiku kości.
– Tym właśnie jestem – stwierdził Kotylion.
Chodzący po Krawędzi pokiwał głową.
– To prawda. Tym właśnie jesteś.
Kotylion postąpił jeszcze sześć kroków naprzód, wlepiając spojrzenie w najbliższego smoka. Między pasmami zbutwiałej skóry było widać błyszczące kości czaski.
– Eloth, chciałbym usłyszeć twój głos – odezwał się.
– Mamy wznowić targi, uzurpatorze?
Głos był męski, ale takie sprawy często się zmieniały pod wpływem chwilowego nastroju. Kotylion zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć poprzednią rozmowę.
– Kalse, Ampelas, zaczekajcie, aż nadejdzie wasza kolej. Czy mówię teraz z Eloth?
– Jestem Eloth. Co w moim głosie tak cię niepokoi, uzurpatorze? Wyczuwam twoje podejrzenia.
– Chciałem się upewnić – odparł Kotylion. – I osiągnąłem ten cel. Jesteś Mockra.
Inny drakoniczny głos wypełnił jego czaszkę śmiechem.
– Uważaj, skrytobójco, to mistrzyni oszustwa – oznajmił.
Kotylion uniósł brwi.
– Oszustwa? Błagam, tylko nie to. Jestem zbyt niewinny, by wiedzieć cokolwiek o takich sprawach. Eloth, widzę, że skuwają cię łańcuchy, a mimo to, w królestwie śmiertelników słyszano twój głos. Najwyraźniej mury twojego więzienia nie są tak nieprzeniknione jak niegdyś.
– Sen przemyka się przez najokrutniejsze łańcuchy, uzurpatorze. Moje sny rozpościerają skrzydła i jestem wolna. Próbujesz mi teraz powiedzieć, że owa wolność była czymś więcej niż tylko iluzją? Jestem wstrząśnięta. Nie wierzę w to.
Kotylion skrzywił się z niezadowoleniem.
– A o czym ty śnisz, Kalse?
– O lodzie.
Czy to mnie zaskakuje?
– A ty, Ampelas?
– O deszczu, który parzy, Panie Skrytobójców. Głęboko w cieniu. Cóż to za ohydny cień. Czy mamy wszyscy troje opowiadać ci szeptem wróżby? Wszystkie moje prawdy są tu przykute. Tylko kłamstwa latają swobodnie. Był jednak pewien sen, który nadal płonie świeżym ogniem w moim umyśle. Czy wysłuchasz mojego wyznania?
– Mój sznur nie jest jeszcze tak wystrzępiony, jak ci się zdaje, Ampelas. Lepiej by było, gdybyś opisała swój sen Kalse. Uznaj tę radę za mój dar. – Przerwał, obejrzał się na moment na Chodzącego po Krawędzi, a potem zwrócił się z powrotem ku smokom. – Przejdźmy do prawdziwych targów.
– To bezwartościowe – sprzeciwił się Ampelas. – Nie masz nam nic do zaoferowania.
– Ależ mam.
– Kotylionie... – odezwał się nagle za jego plecami Chodzący po Krawędzi.
– Wolność – rzekł patron skrytobójców.
Odpowiedziała mu cisza.
– To niezły początek – oznajmił z uśmiechem. – Eloth, czy zechcesz dla mnie śnić?
– Kalse i Ampelas podzielili się twoim darem. Popatrzyli na siebie, zwracając ku sobie kamienne twarze. Był tam ból. Był tam ogień. Oko się otworzyło i spojrzało w otchłań. Panie Noży, moi zakuci w łańcuchy kuzyni są... przerażeni. Będę dla ciebie śnić. Mów.
– Słuchaj uważnie ... – zaczął Kotylion. – Oto, co musi się wydarzyć.


* * *



W głąb kanionu nie docierało światło. Daleko pod powierzchnią oceanu panowała wieczna noc. W ciemności otwierały się rozpadliny. Cała śmierć i rozkład świata opadały z góry nieprzerwanym deszczem, a gwałtowne prądy wzbijały osady w górę, tworząc tańczące wiry, przypominające tornada. Między wyszczerbionymi podwodnymi turniami ścian wąwozu ciągnęła się płaska równina. W samym jej środku zapłonął krwawoczerwony ogień, samotny i niemalże zagubiony w pustce.
Mael przesunął na ramieniu nic prawie nieważące brzemię i zatrzymał się, przyglądając się z uwagą niewiarygodnemu ogniowi. Potem ruszył naprzód, kierując się prosto ku światłu.
Na morskie dno padał martwy deszcz, a gwałtowne prądy unosiły go z powrotem w jasność, gdzie żywe stworzenia karmiły się tą gęstą zupą, tylko po to, by z czasem umrzeć i opaść na dno. To była bardzo elegancka wymiana. Życie i śmierć, światło i ciemność, świat na górze i świat na dole. Mogłoby się niemal zdawać, że ktoś to zaplanował.
Dostrzegał już zgarbioną postać, która siedziała przy ognisku, wyciągając dłonie do jego wątpliwego ciepła. Maleńkie morskie stworzonka skupiały się w czerwonawym blasku niczym ćmy. Pulsujący ogień wypływał z pęknięcia w dnie kanionu. Ku górze unosiły się pęcherzyki gazu.
Mael zatrzymał się przed sylwetką i zrzucił z ramienia owiniętego w tkaninę trupa. Gdy ciało opadało na dno, maleńcy pożeracze odpadków podpłynęli bliżej, ale zaraz umknęli, nie dotykając go. Zwłoki spoczęły w ile, wzbijając maleńkie obłoczki.
Spod kaptura dobiegł głos K’rula, pradawnego boga grot.
– Jeśli cały byt jest dialogiem, jak to możliwe, że tak wiele pozostaje niewypowiedziane?
Mael podrapał się po pokrytej twardym zarostem szczęce.
– Ja mówię ze swoimi, ty ze swoimi i on też ze swoimi, a mimo to, wciąż nie udaje się nam przekonać świata o jego nieodłącznej absurdalności.
K’rul wzruszył ramionami.
– On ze swoimi. Tak jest. To dziwne, że ze wszystkich bogów tylko on zdołał odkryć ten szalony, przyprawiający o szaleństwo sekret. Nadchodzący świt... czy zostawimy go jemu?
– Najpierw musimy przeżyć noc – mruknął Mael. – Przyniosłem ci tego, o którego prosiłeś.
– Widzę to. Dziękuję, stary przyjacielu. Powiedz mi, co słychać u Starej Czarownicy?
– To samo, co zawsze – odparł bóg morza z kwaśną miną. – Próbuje znowu, ale ten, którego wybrała... no cóż, powiedzmy, że Onos T’oolan kryje w sobie głębie, których Olar Ethil nie ma szans pojąć. Obawiam się, że pożałuje swego wyboru.
– Jedzie przed nim mężczyzna.
Mael pokiwał głową.
– Jedzie przed nim mężczyzna. To... łamie mi serce.
– „Wobec złamanego serca nawet absurd jest bezradny”.
– „Ponieważ słowa odpadają”.
W słabym blasku poruszyły się palce.
– „Dialog ciszy”.
– „Która ogłusza”. – Mael wpatrzył się w mroczną dal. – Ślepy Gallan i jego cholerne wiersze. – Po bezbarwnym dnie maszerowały armie ślepych krabów, zwabionych obcym światłem i ciepłem. Przyjrzał się im uważnie. – Wielu zginęło.
– Errastas coś podejrzewa. Nie trzeba mu nic więcej. Straszliwy pech albo śmiercionośne trącenie. Tak jak powiedziała, nie będzie świadków. – K’rul uniósł głowę, kierując pusty kaptur w stronę Maela. – Czy to znaczy, że wygrał?
Bóg morza uniósł kosmate brwi.
– Nie wiesz tego?
– Tak blisko serca Kaminsoda groty są plątaniną ran i przemocy.
Mael spojrzał na owiniętego trupa.
– Brys tam był. Widziałem to przez jego łzy. – Milczał przez dłuższą chwilę, przeżywając wspomnienia kogoś innego. Nagle oplótł się rękoma i urywanie wypuścił ustami powietrze. – W imię Otchłani, zaiste warto było ujrzeć tych Łowców Kości!
W mroku pod kapturem ukształtowały się niewyraźne zarysy twarzy, błysnęły białe zęby.
– Naprawdę, Maelu? Naprawdę?
– To jeszcze nie koniec – warknął bóg morza przepojonym emocją głosem. – Errastas popełnił straszliwy błąd. Bogowie, oni wszyscy go popełnili!
Po długiej chwili K’rul westchnął i znowu wpatrzył się w ogień, unosząc blade dłonie nad pulsującym blaskiem wypływającym ze skały.
– Nie pozostanę ślepy. Dwoje dzieci. Bliźnięta. Maelu, wygląda na to, że sprzeciwimy się życzeniu przybocznej Tavore Paran, która pragnie na zawsze pozostać nieznana dla nas, nieznana dla wszystkich. Co właściwie znaczy ta chęć obycia się bez świadków? Nie rozumiem tego.
Mael potrząsnął głową.
– Jest w niej tak wiele bólu... nie, nie odważę się zbliżyć. Stała przed nami, w sali tronowej, jak dziecko ukrywające jakąś straszliwą tajemnicę, ponad wszelką miarę wypełnione wstydem i poczuciem winy.
– Być może mój gość potrafi nam odpowiedzieć.
– Czy dlatego o niego prosiłeś? Po prostu dla zaspokojenia ciekawości? Chcesz się bawić w podglądacza, K’rulu? Zajrzeć w zranione serce kobiety?
– Częściowo – przyznał K’rul. – Ale nie kieruje mną okrucieństwo ani wabik zakazanego owocu. Jej serce musi należeć tylko do niej, pozostać odporne na wszelkie ataki. – Bóg przyjrzał się owiniętemu trupowi. – Jego ciało jest martwe, ale dusza zachowała siły, choć więzi ją koszmar poczucia winy. Chciałbym ją uwolnić.
– Jak?
– Gotowy do czynu, gdy nadejdzie chwila. Gotowy do czynu. Życie za śmierć. To będzie musiało wystarczyć.
Z ust Maela wyrwało się urywane westchnienie.
– W takim razie ciężar spadnie na jej barki. Samotna kobieta. Armia, którą już zmasakrowano. Sojusznicy trawieni gorącym pożądaniem nadchodzącej wojny. A czekający na nich wróg pozostaje nieugięty, przesycony nieludzką pewnością siebie, gotowy zatrzasnąć bezbłędnie przygotowaną pułapkę. – Uniósł dłonie do twarzy. – Śmiertelna kobieta, która nie chce nic powiedzieć.
– A mimo to, idą za nią.
– To prawda.
– Maelu, czy rzeczywiście mają szanse?
Bóg morza spojrzał na K’rula.
– Imperium Malazańskie wyczarowuje ich z niczego. Pierwszy Miecz Dassema, Podpalacze Mostów, a teraz Łowcy Kości. Cóż mogę ci rzec? To jest tak, jakby zrodzili się w innej epoce, w dawno minionym złotym wieku. Najciekawsze, że wcale o tym nie wiedzą. Może właśnie dlatego pragnie, by wszystko, co uczynią, obyło się bez świadków.
– Nie rozumiem.
– Nie chce, żeby całemu światu przypomniano, czym on-giś był.
K’rul nadal wpatrywał się w ogień.
– W tych mrocznych wodach nie czuje się własnych łez – odezwał się po chwili.
– A jak ci się zdaje, dlaczego tu mieszkam? – odparł z goryczą Mael.





* * *



Jeśli nie stawiałem przed sobą wyzwań, nie dawałem z siebie wszystkiego, na co mnie stać, stanę z pochyloną głową przed osądem świata. Jeśli jednak miano by mnie oskarżyć o to, że jestem sprytniejszy niż w rzeczywistości – jak w ogóle miałoby to być możliwe? – albo, bogowie brońcie, o to, że jestem zbyt świadomy każdego echa, które umyka w noc, by odbijać się radośnie, dźwięczeć jak miecz uderzający o tarczę, jeśli, innymi słowy, miano by stawiać mi zarzuty dlatego, że słuchałem własnej wrażliwości, no cóż, w takim przypadku coś musiałoby rozpalić się we mnie niczym ogień. Zapłonąłbym, w dosłownym sensie tego słowa.
Udinaas prychnął pogardliwie. Poniżej karta była oderwana, jakby gniew autora przerodził się w apoplektyczny szał. Zastanowił się nad oskarżycielami nieznanego pisarza, prawdziwymi lub wyimaginowanymi, i znowu cofnął się myślą do tych dawnych czasów, gdy na jego zbyt ostry dowcip odpowiadała czyjaś pięść. Dzieci biegle potrafiły wyczuwać podobne rzeczy. Jeśli jakiś chłopak był za bystry dla własnego dobra, wiedziały, co w tej sprawie zrobić.
Spuśćcie mu łomot, chłopaki. Słusznie mu się należy.
Dlatego potrafił sympatyzować z duchem dawno zmarłego pisarza.
– Ale z drugiej strony, stary durniu, oni obrócili się w proch, a twoje słowa przetrwały. I kto się śmieje ostatni?
Otaczające go butwiejące drewno nie potrafiło mu odpowiedzieć. Udinaas odrzucił z westchnieniem fragment. Drobiny pergaminu opadały na ziemię niczym kurz.
– Ech, co mnie to obchodzi? Wkrótce z pewnością utraci wszelkie znaczenie.
Lampka oliwna już się dopalała i do wnętrza z powrotem zakradł się chłód. Udinaas nie czuł rąk. Dziedzictwa przeszłości, nikt nie zdoła się uwolnić od tych uśmiechniętych prześladowców.
Ulshun Pral zapowiadał dalsze opady śniegu, a Udinaas serdecznie znienawidził śnieg.
– To tak, jakby samo niebo umierało. Słyszysz, Fearze Sengar? Jestem już prawie gotowy kontynuować twoją opowieść. Któż mógłby sobie wyobrazić takie dziedzictwo?
Opuścił ładownię statku, skarżąc się jękiem na sztywność kończyn, i wyszedł na pochyły pokład. Zamrugał, oślepiony nagłą jasnością. Wicher smagał mu twarz.
– Biały świecie, co próbujesz nam powiedzieć? Że nie wszystko jest w porządku. Że los zaczął nas oblegać.
Często ostatnio mówił do siebie. Wtedy nikt nie musiał płakać, a on czuł się już zmęczony widokiem błyszczących łez na ogorzałych twarzach. To prawda, że mógłby je wszystkie ogrzać kilkoma słowami, ale ciepło, które nosił w sobie, nie miało dokąd pójść, prawda? Dlatego oddawał je zimnemu pustemu powietrzu. Nigdzie nie widział ani jednej zamarzniętej łzy.
Wdrapał się na burtę statku, zeskoczył w sięgający kolan śnieg i podążył nową drogą do ulokowanego w skalnym schronieniu obozu. Z powodu grubych, obszytych futrem mokasynów musiał kołysać się w biodrach, brnąc przez zaspy. Czuł już woń dymu z ognisk.
Zobaczył emlavy w połowie drogi do obozu. Para olbrzymich kotów przycupnęła na wysokich skałach. Ich srebrne grzbiety zlewały się z białym niebem. Zwierzęta go obserwowały.
– A więc wróciłyście. To niedobrze, prawda?
Wyczuwał, że śledzą go wzrokiem. Czas zwalniał. Choć wiedział, że to niemożliwe, potrafił sobie wyobrazić cały świat pokryty grubą warstwą śniegu, pozbawione zwierząt miejsce, w którym wszystkie pory roku zamarzły, przechodząc w jedną, trwającą bez końca. Potrafił sobie wyobrazić zdławienie wszystkich opcji, dopóki nie zostanie żadna.
– Człowiekowi może się to przydarzyć. Czemu by nie całemu światu?
Śnieg i wiatr nie udzieliły mu żadnej odpowiedzi poza brutalną obojętnością.
Skrył się między skałami. Okrutny wicher osłabł. W nozdrzach Udinaasa przebudziła się gryząca woń dymu. W obozie panował głód, a na zewnątrz cały świat skryła biel. Mimo to pieśni Imassów nie milkły.
– To nie wystarczy – mruknął Udinaas. Jego oddech zamieniał się w parę. – Nie wystarczy, przyjaciele. Zrozumcie, ona umiera. Nasze małe kochane dziecko.
Zastanawiał się, czy Silchas Ruin od samego początku wiedział, że porażka jest nieunikniona.
– Wszystkie marzenia z czasem się kończą. Kto jak kto, ale ty powinieneś o tym wiedzieć. Marzenia o śnie, o przyszłości. Prędzej czy później nadchodzi zimny bezlitosny świt.
Mijał przysypane śniegiem jurty, krzywiąc się na dźwięki pieśni dobiegających zza wiszących w wejściach skór, aż wreszcie wszedł na szlak wiodący do jaskini.
Skałę wokół jej wylotu pokrył brudny lód, jak zamarznięta piana toczona z pyska. W środku było cieplej. Parne powietrze przesycał zapach soli. Strząsnął śnieg z mokasynów i wkroczył do krętego kamienistego korytarza. Rozpostarł ręce, muskając koniuszkami palców wilgotną powierzchnię.
– Och, ależ z ciebie zimne łono – mruknął.
Usłyszał przed sobą głosy, czy raczej jeden głos.
Słuchaj swego instynktu, Udinaas. Ona się nie ugięła. Nigdy się nie ugnie. Oto, czego potrafi dokonać miłość.
Na skale pod jego stopami nadal widniały stare plamy, ponadczasowe przypomnienie o krwi przelanej w tej okropnej komorze, o tych, którzy tu zginęli. Słyszał niemalże stukot miecza i włóczni, a także rozpaczliwe oddechy.
Fearze Sengar, mógłbym przysiąc, że twój brat nadal tu stoi, Silchas Ruin cofa się krok po kroku, a grymas niedowierzania na jego obliczu jest nigdy dotąd niewidzianą tam maską. Z pewnością nie było mu w niej do twarzy!
Onrack T’emlava stał na prawo od Kilavy, a Ulshun Pral przykucnął kilka kroków na lewo od niej. Przed nimi wznosił się budynek o zwiędłym niezdrowym wyglądzie.
Umierający Domu, twój kocioł pękł. Była wadliwym nasieniem.
Kilava zwróciła się ku Udinaasowi. Przymrużyła powieki ciemnych zwierzęcych oczu, jak polujący kot gotowy do ataku.
– Myślałam, że mogłeś odpłynąć, Udinaas.
– Te mapy nie wskazują drogi donikąd, Kilavo Onass. Pilot z pewnością to sobie uświadomił, gdy nagle znalazł się pośrodku równiny. Cóż może być smutniejszego niż wyrzucony na brzeg statek?
– Z radością słyszę twą mądrość, mój przyjacielu Udinaasie – odezwał się Onrack. – Kilava mówi o przebudzeniu Jaghutów, głodzie Eleintów i ręce Forkrul Assailów, która nigdy nie drży. Rud Elalle i Silchas Ruin zniknęli. Nigdzie ich nie wyczuwa i obawia się najgorszego.
– Mój syn żyje.
– Nie możesz być tego pewien – sprzeciwiła się Kilava, podchodząc bliżej.
Udinaas wzruszył ramionami.
– Odziedziczył po matce więcej, niż Menandore się spodziewała. Kiedy stawiła czoło temu malazańskiemu czarodziejowi i próbowała zaczerpnąć swej mocy, no cóż, to była jedna z wielu śmiertelnych niespodzianek owego dnia.
Znowu spojrzał na poczerniałe plamy.
I co się stało z twym bohaterskim triumfem, Fear? Ze zbawieniem, za które oddałeś życie? „Jeśli nie stawiałem przed sobą wyzwań, nie dawałem z siebie wszystkiego, na co mnie stać, stanę z pochyloną głową przed osądem świata”. Rzecz w tym, że osąd świata jest okrutny.
– Rozważamy możliwość opuszczenia tego królestwa – oznajmił Onrack.
Udinaas spojrzał na Ulshuna Prala.
– Zgadzasz się z tym? – zapytał.
Wojownik uniósł dłoń i wykonał nią serię szybkich gestów.
Udinaas chrząknął.
Przed wypowiadanymi słowami, przed pieśniami, istniało to. Ale ta ręka przemawia złamanym językiem. Klucz kryje się w jego postawie. Przykucnął jak koczownik. Nikt nie boi się chodzenia ani odsłonięcia nowego świata. Niech mnie Zbłąkany, taka niewinność rozdziera serce.
– Nie spodoba się wam to, co znajdziecie. Nawet najstraszliwsze bestie z tego świata nie mają szans w starciu z moimi pobratymcami. – Spojrzał na Onracka. – Jak ci się zdaje, dlaczego przeprowadzono Rytuał? Ten, który ukradł śmierć waszemu ludowi.
– Udinaas mówi prawdę, choć jego słowa są bolesne – warknęła Kilava. Ponownie spojrzała na Azath. – Możemy obronić tę bramę. Możemy je powstrzymać.
– I zginąć – dodał były niewolnik.
– Nie – zaprzeczyła, ponownie zwracając się ku niemu. – Odprowadzisz stąd moje dzieci, Udinaas. Zawiedziesz je do swojego świata. Ja tu zostanę.
– Zdawało mi się, że przedtem mówiłaś w liczbie mnogiej.
– Wezwij swego syna.
– Nie.
W jej oczach zapłonął ogień.
– Znajdź kogoś innego, kto będzie ci towarzyszył w ostatniej bitwie – zażądał Udinaas.
– Ja z nią zostanę – zapewnił Onrack.
– Nie – wysyczała jego żona. – Jesteś śmiertelny...
– A ty nie, ukochana?
– Jestem rzucającą kości. Wydałam na świat Pierwszego Bohatera, który został bogiem. – Wykrzywiła twarz, ale w jej oczach błyszczał ból. – Mężu, zaiste przywołam sojuszników, którzy wesprą mnie w tej bitwie. Ty jednak musisz odejść z naszym synem i z Udinaasem. – Wskazała zakończonym długim paznokciem palcem na Letheryjczyka. – Zaprowadź ich do swojego świata. Znajdź dla nich miejsce...
– Miejsce? Kilava, w moim świecie będą jak zwierzęta. Tam już nie ma miejsca!
– Musisz im jakieś znaleźć.
Słyszysz, Fearze Sengar? A więc jednak nie stanę się tobą. Nie, mam być Hullem Beddictem, kolejnym skazanym na klęskę bratem. „Pójdźcie za mną! Słuchajcie wszystkich moich obietnic! Zgińcie”.
– Nie ma już żadnych miejsc – odparł przez ściśnięte z bólu gardło. – Na całym świecie. To prawda, Imassowie mogą zamieszkać na jakimś pustkowiu, ale prędzej czy później inni zwrócą na nie pożądliwe spojrzenia. I wtedy zaczną was zabijać. Zbierać wasze skóry i skalpy. Zatruwać waszą żywność. Gwałcić córki. A wszystko to w imię pacyfikacji, przesiedlenia czy jakiegoś innego gównianego eufemizmu, jaki zechcą wymyślić. Im prędzej wymrzecie, tym dla nich lepiej. Będą wtedy mogli zapomnieć, że kiedykolwiek istnieliście. Poczucie winy jest pierwszym chwastem, który wyrywamy, bo chcemy, by nasz ogród ładnie wyglądał i słodko pachniał. Tacy już jesteśmy. Nie zdołacie nas powstrzymać, tak samo jak poprzednim razem. Nikt nas nie powstrzyma.
– Można was powstrzymać i tak się stanie – oznajmiła Kilava z twarzą bez wyrazu.
Były niewolnik potrząsnął głową.
– Zaprowadź ich do swojego świata, Udinaas. Walcz za nich. Nie zamierzam tu zginąć, a jeśli ci się wydaje, że nie potrafię obronić własnych dzieci, to mnie jeszcze nie znasz.
– Gubisz mnie, Kilava.
– Wezwij swojego syna.
– Nie.
– W takim razie sam siebie gubisz.
– Czy będziesz przemawiać z takim chłodem, gdy mój los spotka również twoje dzieci?
Najwyraźniej nie zamierzała mu odpowiedzieć. Udinaas odwrócił się z westchnieniem i ruszył ku wyjściu, za którym czekały na niego zimno, śnieg, biel i zamarznięty czas. Jego serce przeszył ból, gdy zauważył, że Onrack podążył za nim.
– Przyjacielu.
– Przykro mi, Onrack. Nie potrafię ci rzec nic pomocnego. Nic, co dodałoby ci otuchy.
– Ale jesteś przekonany, że znasz odpowiedź – mruknął wojownik.
– Wątpliwą.
– Ale zawsze odpowiedź.
Zbłąkany trąć, sprawa jest beznadziejna. Och, spójrzcie, z jak wielką determinacją kroczę. Śmiały Hull Beddict powrócił, by raz jeszcze popełnić wszystkie swe zbrodnie.
Nadal szukasz bohaterów, Fearze Sengar? Lepiej odwróć wzrok.
– Poprowadzisz nas, Udinaas.
– Na to wygląda.
Onrack westchnął.
Za wylotem jaskini śnieg nie przestawał sypać.


* * *



Szukał drogi ucieczki. Próbował umknąć z pożaru. Ale nawet moc Azath nie zdołała przełamać Akhrast Korvalain. Runął w przepaść, a jego umysł rozpadł się na fragmenty tonące w morzu obcej krwi. Czy kiedykolwiek wróci do siebie? Cisza nie była tego pewna, nie zamierzała jednak ryzykować. Co więcej, uśpiona w nim moc nadal była niebezpieczna i mogła zagrozić wszystkim jej planom. Mógłby jej użyć przeciwko nim, a do tego nie można było dopuścić.
Nie, lepiej będzie ująć tę broń w rękę i zwrócić przeciwko wrogom, którym wkrótce będę musiała stawić czoło. A gdyby okazała się niepotrzebna, zabić go.
Nim jednak któraś z tych możliwości się ziści, Cisza będzie musiała tu wrócić.
I uczynić to co konieczne. Zrobiłabym to już teraz, ale ryzyko jest zbyt wielkie. Gdyby się przebudził, gdyby mnie zmusił do działania... nie, jest za wcześnie. Nie jesteśmy jeszcze gotowi.
Cisza stała nad nim, przyglądając się ostrym rysom twarzy, sterczącym z dolnej szczęki kłom i lekkiemu rumieńcowi sugerującemu gorączkę. Potem przemówiła do przodków:
– Pochwyćcie go. Spętajcie. Uplećcie sieć swych czarów. Musi pozostać nieprzytomny. Jego przebudzenie byłoby zbyt ryzykowne. Wkrótce wrócę. Pochwyćcie go. Spętajcie.
Łańcuchy z kości rozciągnęły się niczym węże, zagłębiły w twardą ziemię, owinęły wokół kończyn leżącego, wokół jego szyi i torsu, unieruchamiając go z rozpostartymi członkami na szczycie wzgórza.
Zauważyła, że kości drżą.
– Tak, rozumiem. Jego moc jest zbyt potężna. Dlatego właśnie nie wolno dopuścić, by odzyskał przytomność. Mogę jednak zrobić coś jeszcze.
Podeszła bliżej i przykucnęła. Błyskawicznym ruchem wysunęła prawą dłoń, prostując palce jak sztylety, i zrobiła głęboką dziurę w boku nieprzytomnego mężczyzny. Wciągnęła gwałtownie powietrze i omal nie zatoczyła się do tyłu. Czyżby posunęła się za daleko? Czy go obudziła?
Z rany wypłynęła strużka krwi.
Ale Icarium się nie ocknął.
Cisza wypuściła z drżeniem powietrze.
– Pilnujcie, żeby krew nie przestała płynąć – oznajmiła przodkom. – Karmcie się jego mocą.
Wyprostowała się i omiotła spojrzeniem horyzont. Kiedyś to były ziemie Elanów, ale pozbyli się ich już i pozostały tylko eliptyczne głazy, o które wspierały się niegdyś namioty oraz ścieżki i zasadzki, wywodzące się z jeszcze dawniejszych czasów. Nie ocalało ani jedno stado wielkich zwierząt wędrujących kiedyś po tej równinie, czy to dzikich czy udomowionych. Przyszło jej na myśl, że ten nowy stan rzeczy ma w sobie godną podziwu doskonałość. Bez zbrodniarzy nie może być zbrodni. A bez zbrodni nie ma ofiar. Wiatr zawodził i nikt nie zwracał ku niemu twarzy, by udzielić mu odpowiedzi.
Idealny osąd o smaku raju.
To ponowne narodziny. Raj rodził się na nowo. Najpierw ta pusta równina, a potem cały świat. Z tej obietnicy powstanie przyszłość.
Już niedługo.
Ruszyła w drogę, zostawiając za sobą wzgórze i leżące na nim ciało Icariuma, przykute do ziemi łańcuchami kości. Kiedy tu wróci, będzie ją niósł triumf. Albo rozpaczliwa potrzeba. W tym drugim przypadku obudzi go. W pierwszym ujmie głowę plugastwa w dłonie i jednym gwałtownym ruchem skręci mu kark.
Bez względu na to, jaka decyzja ją czekała, jej przodkowie zaśpiewają owego dnia z radości.


* * *



Tron fortecy płonął na dziedzińcu na dole, wsparty krzywo na stosie odpadków. Słup szaro czarnego dymu wzbijał się pionowo ku niebu, aż wreszcie wychodził nad blanki, gdzie wiatr rwał go na strzępy, unoszące się wysoko nad spustoszoną doliną na podobieństwo chorągwi.
Po szczycie murów biegały półnagie dzieci. Ich wysokie głosy przebijały się przez stukoty i zgrzyty dochodzące od głównej bramy, gdzie murarze naprawiali wczorajsze uszkodzenia. Właśnie zmieniały się warty i wielka pięść nasłuchiwał rozkazów, wydawanych ostrym tonem za jego plecami. Zamrugał, by usunąć z oczu pot i pył, a potem oparł się z pewną ostrożnością o zwietrzałe mury i przymrużył powieki, obserwując uporządkowany obóz nieprzyjaciela rozbity na dnie doliny.
Na płaskim dachu kwadratowej baszty po jego prawej stronie dziewięcio , góra dziesięcioletnie dziecko usiłowało puszczać stary latawiec sygnałowy. Po długiej walce skrzydła załopotały głośno i wystrzępiony jedwabny smok wzleciał w górę, wirując i zataczając kręgi. Ganoes Paran przyjrzał mu się z uwagą. Długi ogon bestii lśnił w jasnym blasku słońca. Paran przypomniał sobie, że ten sam ogon widział nad fortecą w dniu jej upadku.
Co próbowali przekazać wówczas jej obrońcy?
Niebezpieczeństwo. Pomocy!
Gapił się na wznoszący się coraz wyżej latawiec, aż wreszcie przesłoniły go kłęby niesionego wiatrem dymu.
Odwrócił się, słysząc znajome przekleństwo. Wielki mag Zastępu przedzierał się przez grupkę dzieci blokujących szczyt schodów. Wykrzywiał twarz w grymasie niesmaku, jakby otaczał go tłum trędowatych. Wreszcie się uwolnił i podszedł do wielkiej pięści. Rybia ość zatknięta między jego zęby aż podskakiwała z podniecenia.
– Przysięgam, że jest ich tu więcej niż wczoraj. Jak to możliwe? Chyba nie wyskakują z czyjegoś biodra już na wpół dorosłe?
– Cały czas wyłażą z jaskiń – wyjaśnił Ganoes Paran, ponownie spoglądając na szyki nieprzyjaciela.
Noto Czyrak chrząknął.
– Jest jeszcze i to. Komu przyszedł do głowy pomysł, że jaskinia to dobre miejsce do życia? Zaduch, wilgoć i mnóstwo szkodników. Będzie z tego epidemia, zapamiętaj sobie moje słowa, wielka pięści, a tego Zastęp z pewnością ma już dosyć.
– Przekaż pięści Bude, żeby powołała ekipę czyścicieli – odparł Paran. – Które drużyny włamały się do tego sklepu z rumem?
– Siódma, Dziesiąta i Trzecia z Drugiej Kompanii.
– Saperzy kapitan Słodkiejstrugi.
Noto Czyrak wyciągnął ość z ust i przyjrzał się jej różowemu czubkowi. Potem wychylił się za mur i splunął czerwoną śliną.
– Tak jest, wielka pięści. To jej saperzy.
– I bardzo dobrze – stwierdził z uśmiechem Paran.
– Ehe, słusznie im się należy. Ale jeśli wypłoszą więcej szkodników...
– To są dzieci, magu, nie szczury. Sieroty.
– Naprawdę? Na widok tych białych i kościstych przechodzą mnie dreszcze. Nie mam nic więcej do powiedzenia na ten temat, wielka pięści. – Znowu wetknął ość w zęby i zaczął nią poruszać w górę i w dół. – Wytłumacz mi, dlaczego tu jest lepiej niż w Arenie.
– Noto Czyrak, jako wielka pięść odpowiadam tylko przed cesarzową.
– Ale ona nie żyje – zauważył mag z pogardliwym prychnięciem.
– A to znaczy, że nie odpowiadam przed nikim. Nawet przed tobą.
– W tym właśnie problem, wielka pięści. Przybiłeś go gwoździami do drzewa. Gwoździami do drzewa. – Wyraźnie usatysfakcjonowany swymi słowami mag wskazał głową i sterczącą z zębów ością na nieprzyjaciela. – Kłębi się ich tam cała masa. Będzie nowy atak?
Paran wzruszył ramionami.
– Nadal są... wytrąceni z równowagi.
– Wiesz co? Jeśli kiedyś postanowią sprawdzić twój blef...
– A kto powiedział, że blefuję, Czyrak?
Mężczyzna przygryzł coś i skrzywił się z bólu.
– Wielka pięści, chodzi mi o to, że nikt nie wątpi, że nie brak ci talentów i tak dalej, ale jeśli tych dwoje dowódców znudzi się rzucaniem przeciwko nam Rozwodnionych i Wyspowiadanych i pomaszeruje tu osobiście... no cóż, rozumiesz, co mam na myśli, wielka pięści.
– Mam wrażenie, że przed chwilą wydałem ci rozkaz.
Noto skrzywił się.
– Ehe, pięść Bude. Jaskinie. – Odwrócił się i zaczął oddalać, ale nagle zatrzymał się i obejrzał za siebie. – No wiesz, oni cię widzą. Jak stoisz tu co dnia, rzucając im wyzwanie.
– Coś mi przychodzi na myśl – mruknął Paran, ponownie spoglądając na nieprzyjacielski obóz.
– A co, wielka pięści?
– Oblężenie Pale. Odprysk Księżyca po prostu wisiał nad miastem. Miesiącami, latami. Jego władca nigdy się nie pokazywał, dopóki Tayschrenn nie zdecydował, że jest gotowy zmierzyć z nim siły. Ale rzecz w tym, co by się stało, gdyby to zrobił? Gdyby każdego cholernego dnia stawał na skalnej półce? Gdyby Jednoręki i cała reszta mogli się zatrzymać, spojrzeć w górę i zobaczyć go tam? Srebrne włosy powiewające na wietrze i Dragnipura na jego plecach niczym czarną plamę boskiego gówna?
Noto Czyrak poruszał przez chwilę swą wykałaczką.
– No i co by się wtedy stało, wielka pięści? – zapytał wreszcie.
– Potrzeba czasu, by pojawił się strach, wielki magu. Prawdziwy strach, taki, który pożera odwagę i sprawia, że kolana się uginają. – Potrząsnął głową i spojrzał na Noto Czyraka. – Ale to nigdy nie było w jego stylu, prawda? No wiesz, brak mi go. – Chrząknął. – Kto by pomyślał?
– Kogo? Tayschrenna?
– Noto, czy ty w ogóle rozumiesz, co do ciebie mówię? Kiedykolwiek?
– Staram się nie rozumieć, wielka pięści. Bez obrazy. Chodzi o ten strach, o którym mówiłeś.
– Nie stratuj po drodze żadnych dzieci.
– To zależy tylko od nich, wielka pięści. Poza tym, przydałoby się trochę przerzedzić ich szeregi.
– Noto.
– Chciałem tylko zauważyć, że jesteśmy armią, nie żłobkiem. Armią oblężoną przez przeciwnika, który ma nad nami przewagę liczebną, a do tego żyjącą w tłoku, zdezorientowaną i znudzoną. Pomijając te chwile, gdy jesteśmy przerażeni. – Znowu wyciągnął ość i ze świstem wypuścił powietrze. – Jaskinie pełne dzieci. Co oni z nimi robili? Gdzie są ich rodzice?
– Noto.
– Chciałem tylko powiedzieć, że powinniśmy przekazać je nieprzyjacielowi, wielka pięści.
– Czy nie zauważyłeś, że dziś po raz pierwszy wreszcie się zachowują jak prawdziwe dzieci? Co ci to mówi?
– Nic, wielka pięści.
– Idź do pięści Bude. Natychmiast.
– Tak jest. Już się robi.
Ganoes Paran ponownie skierował uwagę na oblegającą armię, na równe szeregi namiotów przypominające kostki mozaikowe, rozrzucone na nierównej podłodze, oraz sylwetki tłoczące się jak pchły wokół trebuszy i Wielkich Wozów. Doliny nigdy nie opuszczał odrażający odór bitwy.
Sprawiają wrażenie gotowych do następnej próby. Czy jest to warte kolejnej wycieczki? Mathok ciągle przeszywa mnie głodnym spojrzeniem. Ma ochotę się do nich dobrać.
Paran potarł twarz. Gdy poczuł porastającą ją brodę, po raz kolejny przeszył go szok. Skrzywił się z niezadowoleniem.
Nikt nie lubi zmian, prawda? To właśnie chciałem powiedzieć.
Jedwabny smok wyłonił się z kłębów dymu i przemknął przez jego pole widzenia. Paran zerknął na chłopaka na wieży i zobaczył, że trudno mu jest utrzymać się na nogach. To był chudy dzieciak, jeden z tych z południa. Wyspowiadany.
Kiedy się zrobi za ciężko, pamiętaj, bo go wypuścić, chłopcze.
W odległym obozie doszło do nagłego poruszenia. Zobaczył błysk pik, zakutych w łańcuchy niewolników zapędzanych do jarzm Wielkich Wozów. Pojawili się Wielcy Rozwodnieni, otoczeni przez biegaczy. Nad toczonymi naprzód trebuszami tworzyły się powoli tumany pyłu.
Tak jest, nadal są wytrąceni z równowagi.


* * *



– Znałem kiedyś wojownika, który ocknął się po ranie zadanej w głowę przekonany, że jest psem. A czym są psy, jeśli nie bezrozumną wiernością? Dlatego stoję tu teraz, kobieto, i oczy mam pełne łez. Płaczę nad tym wojownikiem, który był moim przyjacielem i skonał przekonany, że jest psem. Zbyt lojalny, by odesłać go do domu, zanadto wierny, by odejść. Tacy są polegli tego świata. W snach widzę ich tysiące i wszyscy gryzą własne rany. Dlatego nie mów mi o wolności. Miał rację od samego początku. Żyjemy, nosząc łańcuchy. Przekonania nas wiążą, przysięgi dławią nam gardła, naszym losem jest klatka śmiertelnego życia. Kogo o to obwiniam? Bogów. Przeklinam ich z ogniem w sercu. Kiedy do mnie przyjdzie, kiedy powie, że już czas, ujmę miecz w dłonie. Twierdzisz, że jestem zbyt małomówny, ale wobec morza potrzeb słowa są słabe jak piasek. A teraz, kobieto, opowiedz mi jeszcze raz o swojej nudzie, o tych niekończących się dniach i nocach spędzanych poza miastem dręczonym obsesją na punkcie żałoby. Stoję przed tobą i płaczę nad martwym przyjacielem, ale w odpowiedzi dostaję tylko oblężenie milczenia.
– Wybrałeś naprawdę okropny sposób, by się dostać do mojego łóżka, Karso Orlong – odrzekła. – No dobra, właź. Tylko mnie nie rozszczep.
– Niszczę tylko to, czego nie pragnę.
– A jeśli dni naszego związku są policzone?
– Dni tak – odparł. – Ale nie noce – dodał z uśmiechem.
Z oddali dobiegał słaby dźwięk miejskich dzwonów, głoszących żałobę po upadku ciemności. Na oświetlonych niebieskim blaskiem ulicach i zaułkach wyły psy.


* * *



Stała w cieniach w najgłębiej ukrytej komnacie pałacu władcy miasta, przyglądając się, jak oddala się od kominka, strzepując z dłoni węgiel drzewny. Nie sposób było nie zauważyć dziedzictwa jego krwi. Ciężar, który dźwigał ojciec, opadł na zaskakująco szerokie barki syna na podobieństwo starego płaszcza. Nigdy nie potrafiła zrozumieć takich istot. Ich zgody na męczeństwo. Brzemion, którymi mierzyły swą wartość. Akceptacji obowiązków.
Osunął się na fotel o wysokim oparciu i rozprostował nogi. Ćwieki na jego sięgających kolan skórzanych butach lśniły w budzącym się blasku ognia. Oparł głowę i zamknął oczy.
– Kaptur wie, jak się zdołałaś tu dostać – zaczął. – Myślę, że Silanah jest już bardzo podekscytowana, ale jeśli nie chcesz mnie zabić, na stole na lewo od ciebie stoi wino. Poczęstuj się.
Wysunęła się z cieni, łypiąc na niego spode łba. Komnata nagle wydała się jej za ciasna, ściany w każdej chwili mogły się zacisnąć wokół niej. Nie potrafiła pojąć, jak można dobrowolnie wyrzec się nieba na rzecz masywnych kamieni i poczerniałych belek.
– Nie masz nic oprócz wina? – zapytała załamującym się lekko głosem. Przypomniała sobie, że minęło wiele czasu, odkąd ostatnio go używała.
Otworzył wydłużone oczy i przyjrzał się jej z nieskrywaną ciekawością.
– A co byś wolała?
– Ale.
– Przykro mi, ale w takim przypadku będziesz musiała zejść do kuchni.
– To niech będzie kobyle mleko.
Uniósł brwi.
– Dojdź do bramy pałacu, skręć w lewo i idź półtora tysiąca mil. No wiesz, to tylko przybliżona wartość.
Wzruszyła ramionami i podeszła do kominka.
– Dar ma trudności.
– Dar? Nie rozumiem.
Wskazała na płomienie.
– Aha. – Skinął głową. – No cóż, znajdujesz się wewnątrz tchnienia Matki Ciemności... – Poderwał się nagle. – Czy ona wie, że tu jesteś? Jak mogłaby nie wiedzieć? – dodał i znowu usiadł wygodnie.
– Wiesz, kim jestem? – zapytała.
– Imassem.
– Jestem Apsal’ara. Spędził wewnątrz Miecza jedną noc, tylko jedną, ale uwolnił mnie. Znalazł na to czas. Dla mnie.
Zorientowała się, że drży.
Nadal przyglądał się jej z uwagą.
– I dlatego przybyłaś tutaj?
Skinęła głową.
– Nie spodziewałaś się tego po nim, prawda?
– Nie spodziewałam. Twój ojciec... nie miał powodów do żalu.
Wstał, podszedł do stołu i nalał sobie kielich wina. Potem znieruchomiał, spoglądając na trzymany w dłoni puchar.
– Wiesz co? – mruknął. – Wcale tego nie pragnę. Tej potrzeby... zrobienia czegoś. – Żachnął się. – „Nie miał powodów do żalu”. No cóż...
– Dopatrują się go w tobie, prawda?
Chrząknął.
– Widzą go nawet w moim imieniu. Nimander. Nie, nie jestem jego jedynym synem. Ani nawet ulubionym. Nie sądzę, by wyróżniał któregoś z nas, jeśli się nad tym zastanowić. Ale... – zatoczył krąg pucharem – ...to ja siedzę teraz w jego fotelu przed jego kominkiem. Ten pałac jest jak... jest jak...
– Jego kości?
Nimander wzdrygnął się i odwrócił wzrok.
– Jest tu za wiele pustych komnat, to wszystko.
– Potrzebuję jakiegoś ubrania – oznajmiła.
Pokiwał głową z roztargnioną miną.
– Zauważyłem.
– Futer. Skór.
– Zamierzasz tu zostać, Apsal’ara?
– U twego boku, tak.
Odwrócił się na te słowa, szukając wzrokiem jej twarzy.
– Ale nie będę jego brzemieniem – dodała.
– To znaczy, że będziesz moim? – zapytał, uśmiechając się ironicznie.
– Wymień swych najbliższych doradców, panie.
Przełknął połowę zawartości pucharu i odstawił go na stół.
– Wielka kapłanka. Żyje teraz w cnocie i obawiam się, że to jej nie służy. Mój brat, Kleszcz. Moja siostra, Desra. Korlat i Spinnock, najbardziej zaufani słudzy mojego ojca.
– Tiste Andii.
– Oczywiście.
– A ten na dole?
– Gdzie?
– Czy on też ci kiedyś doradzał, panie? Czy stajesz czasem przy kracie, by patrzeć, jak mamrocze pod nosem, spacerując po celi? Czy go dręczysz? Chciałabym poznać mężczyznę, któremu mam służyć.
Na jego twarzy pojawił się nagły gniew.
– Pragniesz zostać moim błaznem? Słyszałem, że na ludzkich dworach przewiduje się taką rolę. Czy zamierzasz podcinać mi ścięgna i śmiać się, gdy będę sę potykał i padał? – Obnażył zęby. – Jeśli masz być twarzą mojego sumienia, Apsal’ara, to czy nie powinnaś być ładniejsza?
Zadarła głowę, nie odpowiadając mu.
Jego furia wygasła w jednej chwili. Odwrócił wzrok.
– Sam sobie wybrał to wygnanie. Sprawdzałaś zamek w drzwiach tej celi? Są zamknięte od środka. Ale przecież my nie mamy oporów przed wybaczeniem mu. Doradź mi więc. Jestem tu władcą i mam prawo ułaskawiać skazanych. Widziałaś lochy pod zamkiem. Ilu więźniów cierpi pod moją żelazną dłonią?
– Jeden.
– A jego nie mogę uwolnić. To z pewnością zasługuje na żart albo i dwa.
– Czy on jest obłąkany?
– Klips? Być może.
– W takim razie faktycznie nawet ty nie możesz go uwolnić. Twój ojciec uwięził w Dragnipurze wielu takich jak ten Klips.
– Śmiem twierdzić, że nie zwał tego wolnością.
– Ani łaską – przyznała. – Oni są poza zasięgiem władcy, a nawet boga.
– To znaczy, że wszyscy zawiedliśmy nasze złamane dzieci. I władcy, i bogowie.
Apsal’ara uświadomiła sobie, że niełatwo będzie mu służyć.
– Twój ojciec przyciągał do siebie wielu innych. Takich, którzy nie byli Tiste Andii. Pamiętam jego dwór w Odprysku Księżyca.
Nimander przymrużył powieki.
Zawahała się, tracąc na chwilę pewność siebie.
– Wasz lud jest ślepy na wiele spraw – podjęła. – Potrzebujesz przy sobie innych, panie. Sług, którzy nie będą Tiste Andii. Nie jestem jedną z tych... błaznów, o których wspominałeś. Najwyraźniej nie mogę się też stać twoim sumieniem, jako że jestem brzydka w twych oczach...
Uniósł rękę.
– Wybacz mi to, proszę. Chciałem cię zranić i dlatego powiedziałem nieprawdę, ale widzę, że moje słowa sprawiły ci ból.
– Sądzę, że ja zraniłam cię pierwsza, panie.
Ponownie sięgnął po puchar, a potem zatrzymał się, spoglądając w ogień.
– Apsal’ara. Byłaś Panią Złodziei. Czy pragniesz teraz porzucić to życie, by doradzać władcy Tiste Andii? Tylko dlatego, że mój ojciec, pod sam koniec, okazał ci łaskę?
– Nigdy nie miałam do niego żalu o to, co mi uczynił. Nie dałam mu wyboru. Nie uwolnił mnie z łaskawości, Nimander.
– W takim razie dlaczego?
Potrząsnęła głową.
– Nie wiem. Ale zamierzam się tego dowiedzieć.
– I te poszukiwania odpowiedzi zaprowadziły cię tutaj, do Czarnego Koralu. Do mnie.
– Tak.
– Jak długo będziesz stała u mojego boku, Apsal’ara, podczas gdy będę rządził miastem, pisał nakazy i debatował z doradcami? Gdy będę powoli gnił w cieniu ojca, którego ledwie znałem, i dziedzictwa, któremu nie mam szans sprostać?
Otworzyła szeroko oczy.
– Panie, nie takie jest twoje przeznaczenie.
Odwrócił się błyskawicznie w jej stronę.
– Naprawdę? A dlaczego? Doradź mi, proszę.
Zadarła głowę po raz drugi, przyglądając się wysokiemu wojownikowi. Jej oczy wypełniała bezsilna gorycz.
– Tiste Andii przez bardzo długi czas modlili się o kochające spojrzenie Matki Ciemności. Od bardzo dawna marzyliście o odzyskaniu celu. Sensu życia. A on zwrócił wam to wszystko. Wszystko. Uczynił dla was to, co, jak wiedział, było konieczne. Dla ciebie, Nimander, i dla całej reszty. A teraz siedzisz sobie w jego fotelu, w jego mieście, otoczony jego dziećmi. A jej święte tchnienie pada na was wszystkich. Czy mam cię obdarzyć mądrością, jaką posiadam? Proszę bardzo, panie. Nawet Matka Ciemność nie może bez końca wstrzymywać oddechu.
– Ona nie...
– Kiedy dziecko się narodzi, musi krzyczeć.
– Czy...
– Oznajmia własnym głosem przyjście na świat, a nie może na niego nie przyjść. Powiedz mi... – skrzyżowała ręce na piersi. – ...czy zamierzasz nadal się ukrywać w tym mieście? Jestem Panią Złodziei. Znam wszystkie ścieżki. Wędrowałam każdą z nich i widziałam wszystko, co jest do zobaczenia. Panie, jeśli ty i twój lud nadal będziecie się tu ukrywać, wszyscy umrzecie. I Matka Ciemność razem z wami. Bądźcie jej tchnieniem. Wyjdźcie na zewnątrz!
– Przecież jesteśmy w tym świecie, Apsal’ara!
– Jeden świat to za mało.
– Co więc musimy uczynić?
– To, czego pragnął twój ojciec.
– A czego on pragnął?
– Dowiedzmy się tego – odparła z uśmiechem.


* * *



– Nie brak ci odwagi, Władco Smoków.
Gdzieś dalej na murze wrzasnęło dziecko.
Ganoes Paran westchnął.
– Znowu straszysz maluchy – rzekł, nie odwracając się.
– Ale stanowczo za słabo. – Żelazne okucie laski uderzyło mocno o kamień. – Czyż nie zawsze tak jest? Hi, hi!
– Nie sądzę, by spodobał mi się nowy tytuł, który mi nadałeś, Tronie Cienia.
Ciemna niewyraźna plama, jaką był bóg, podeszła do Parana. Blask srebrnego okucia laski padł na dolinę.
– Władca Talii Smoków to stanowczo za długie. Chodzi mi o twoje... wyskoki. Nie lubię nieprzewidywalnych ludzi. – Znowu zachichotał. – Ludzi. Ascendentów. Bogów. Psów o zakutych łbach. Dzieci.
– Gdzie się podział Kotylion, Tronie Cienia?
– Powinieneś się już zmęczyć tym pytaniem.
– Zmęczyłem się czekaniem na odpowiedź.
– To przestań je zadawać!
Szalony wrzask boga poniósł się echem nad fortecą, wypełnił korytarze i komnaty, aż wreszcie wrócił do stojących na murze mężczyzn.
– To z pewnością przyciągnęło ich uwagę – zauważył Paran, wskazując głową na kurhan, na którym pojawiły się dwie wysokie postacie, chude prawie jak szkielety.
Tron Cienia pociągnął nosem.
– Oni nic nie widzą – zapewnił z syczącym śmiechem. – Oślepia ich sprawiedliwość.
Ganoes Paran podrapał się po brodzie.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał.
– Skąd czerpiesz swą wiarę?
– Słucham?
Laska zastukała o kamienie.
– Siedziałeś z Zastępem w Arenie, ignorując imperialne wezwania. A potem zaatakowałeś groty swą mocą. – Bóg zachichotał. – Szkoda, że nie widziałeś twarzy cesarza! A obelgi, jakimi cię obrzucał, ojej, nawet nadworni skrybowie kulili się trwożnie! – Przerwał. – Na czym to stanąłem? Tak jest, wymyślał ci, Władco Smoków. Czy jesteś geniuszem? Wątpię w to. W związku z tym, czuję się zmuszony uznać cię za idiotę.
– To już wszystko?
– Czy ona tam jest?
– Nie wiesz tego?
– A ty wiesz?
Paran skinął powoli głową.
– Teraz rozumiem. Chodzi o wiarę. Jak rozumiem, to pojęcie jest ci obce.
– To oblężenie nie ma sensu!
– Naprawdę?
Tron Cienia syknął. Uniósł widmową rękę, jakby chciał podrapać Parana po twarzy. Dłoń zatrzymała się jednak, a potem skurczyła, przechodząc w coś podobnego do pięści.
– Nic nie rozumiesz! – zawołał.
– Rozumiem to, że smoki są stworzeniami chaosu – sprzeciwił się Paran. – To znaczy, że nie może istnieć ich władca. Ten tytuł jest pozbawiony znaczenia.
– Zaiste.
Tron Cienia wyciągnął rękę, by zdjąć z muru fragment splątanej pajęczyny. Potem uniósł ją do oczu, przyglądając się wyschniętym szczątkom spowitego w nić owada.
Cóż to za wredny zasraniec.
– Oto, co wiem, Tronie Cienia. To, co się tu dzieje, to początek końca. Chcesz temu zaprzeczyć? Z pewnością nie. W przeciwnym razie nie prześladowałbyś mnie tak...
– Nawet ty nie zdołasz złamać mocy oblegającej tę twierdzę – oznajmił bóg. – Otwórz raz jeszcze swą bramę, Ganoesie Paran, znajdź jakąś inną kwaterę dla swojej armii. To nie ma sensu. – Odrzucił pajęczynę i wskazał czubkiem laski na oblegających. – Nie zdołasz pokonać tych dwojga. Obaj o tym wiemy.
– Ale oni nie wiedzą, prawda?
– Poddadzą cię próbie. Prędzej czy później.
– Nadal na to czekam.
– Być może jeszcze dziś.
– Założysz się, Tronie Cienia?
Bóg prychnął pogardliwie.
– Nie masz nic, czego bym pragnął.
– Nie kłam.
– No to ja nie mam nic, czego ty byś pragnął.
– Tak się składa, że...
– Widzisz, żebym trzymał smycz? Tu go nie ma. Jest zajęty innymi sprawami. Jesteśmy sojusznikami, rozumiesz? To sojusz, a nie cholerne małżeństwo!
– To dziwne, ale wcale nie myślałem o Kotylionie – odparł z uśmiechem Paran.
– Tak czy inaczej, taki zakład nie miałby sensu. Jeśli przegrasz, zginiesz. Albo porzucisz swą armię na śmierć, a nie wyobrażam sobie, byś mógł to uczynić. Poza tym, nie jesteś nawet w przybliżeniu tak podstępny jak ja. Chcesz się założyć? Naprawdę? Nawet jeśli przegram, i tak wygram. Nawet jeśli przegram... wygram!
Paran pokiwał głową.
– Na tym zawsze polegała twoja gra, Tronie Cienia. Widzisz, znam cię lepiej, niż ci się zdaje. Tak, chcę się z tobą założyć. Dziś nie poddadzą mnie próbie. Odeprzemy ich atak... po raz kolejny. Znowu zginie wielu Wyspowiadanych i Rozwodnionych. Pozostaniemy swędzącym miejscem, którego nie mogą podrapać.
– Mówisz tak tylko dlatego, że masz wiarę? Ty głupcze!
– Oto warunki. Zakład?
Sylwetka boga poruszyła się, w pewnej chwili omal nie znikając. Potem zgęstniała znowu. Laska uderzyła o krawędź zwietrzałej blanki. Posypały się kamienne odłamki.
– Zakład!
– Jeśli wygrasz, a ja przeżyję – ciągnął Paran – dostaniesz to, czego ode mnie chcesz, cokolwiek mogłoby to być, pod warunkiem, że będzie w mojej mocy ci to przyznać. Jeśli ja wygram, dostanę to, czego chcę od ciebie.
– Pod warunkiem, że jest w mojej mocy...
– Jest.
Tron Cienia mruknął coś pod nosem.
– Dobra, powiedz mi, co to jest – wysyczał.
Paran mu powiedział.
Bóg zachichotał.
– Wydaje ci się, że to jest w mojej mocy? Że Kotylion nie ma nic do powiedzenia w tej sprawie?
– Jeśli ma, lepiej idź go zapytać. Chyba że – dodał Paran – moje podejrzenia są słuszne i nie masz pojęcia, co porabia twój sojusznik. W takim przypadku, Władco Cieni, zrobisz to, o co cię proszę, i będziesz mu się tłumaczył później!
– Nie odpowiadam przed nikim!
Wrzask boga znowu poniósł się echem po fortecy.
–– Tronie Cienia, doskonale wiem, jak się w tej chwili czujesz – stwierdził z uśmiechem Paran. – Powiedz, czego ty ode mnie chcesz?
– Pragnę poznać źródło twojej wiary. – Bóg poruszył laską w powietrzu. – W to, że ona tam jest. Że pragnie tego samego, co ty. Że spotkasz ją na Równinie Krwi i Łańcuchów, a potem spojrzysz jej prosto w oczy, jakbyście zaplanowali to od samego początku, mimo że cholernie dobrze wiem, że tak nie było! Nawet się nawzajem nie lubicie!
– Tronie Cienia, nie potrafię sprzedać ci wiary.
– To skłam, do cholery! Tylko przekonująco!
Paran słyszał łopot jedwabnych skrzydeł, dźwięk tkaniny prującej wiatr.
Chłopak z latawcem. Władca Smoków. Pan tych, nad którymi nie sposób zapanować. Mknąć na fali wyjącego chaosu i zwać to panowaniem. Kogo w ten sposób oszukuję? Chłopcze, wypuść ten sznurek. To dla ciebie zbyt wiele.
Nie zrobi tego jednak. Nie potrafiłby tego zrobić.
Mężczyzna o siwiejącej brodzie patrzy, ale nie może nic powiedzieć.
Niepokój.
Zerknął w lewo, ale cień zniknął.
Odwrócił się, słysząc nagły łoskot dobiegający z dziedzińca. Trawiony płomieniami tron zapadł się w głąb stosu, na którym stał. Dym pomknął ku niebu jak bestia spuszczona z łańcucha.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-04-02 (812 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej