Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pożądanie. Antologia opowiadań miłosnych, zmysłowych, erotycznych i dziwnych
 
Katalog - dodano
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 Ostatni potomkowie. Przeznaczenie bogów
- Matthew J. Kirby
 Proxima
- Stephen Baxter
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Przebudzony mag. Królotwórca, królobójca. Tom II'' - Karem Miller



ROZDZIAŁ I


Asher stał na wykutych z piaskowca stopniach wieży i osłaniając oczy dłonią pokrytą odciskami, patrzył, jak spacerowy powóz wiozący na wycieczkę królewską rodzinę oraz Wielkiego Maga Durma toczy się po podjeździe, skręca na drogę i znika w oddali. Później wydał westchnienie tak głębokie, że zatrzeszczały mu żebra, obrócił się na pięcie i pomaszerował z powrotem do środka. Darrana i Willera nie było w pobliżu, więc zostawił im wiadomość o tym, dokąd pojechał Gar, i ruszył dalej.
Wchodząc z rumorem po krętych schodach, pomyślał, że kłopot z książętami polega na tym, że wolno im hulać po okolicy i urządzać pikniki, ilekroć przyjdzie im ochota, i nikt nie może im przeszkodzić. Mogą w każdej chwili powiedzieć: „Och, patrzcie, słonko świeci, ptaszki śpiewają, kto by się dzisiaj przejmował obowiązkami? Może pobrykam sobie wśród leśnych dzwonków z godzinkę albo trzy, tra la, la, la”.
A kłopot z pracą dla książąt – dodał w myślach, otwierając drzwi swojego biura i z przerażeniem wbijając wzrok w stertę listów, notatek i terminarzy, które pod jego nieobecność nie zniknęły w magiczny sposób z biurka, niechby to… – polega na tym, że nigdy nie ma się udziału w tego rodzaju beztroskich luksusach. Jakiś biedny głupiec musi zatroszczyć się o te radośnie porzucone obowiązki, a tak się akurat składa, że imię tego biednego głupca to „Asher”.
Z potężnym westchnieniem zamknął drzwi kopniakiem, niechętnie opadł na krzesło i powrócił do pracy.

Tonąc w morzu obmierzłych zaszczanych problemów mistrza Glospottle’a, nie zauważył, jak szybko mijał czas, gdy światło dnia powoli zanikało na niebie. Nie zdawał sobie nawet sprawy, że w jego biurze pojawił się ktoś jeszcze, dopóki nie poczuł czyjejś ręki na ramieniu i nie usłyszał głosu:
– Asher? Śnisz na jawie? Jak jej na imię?
Zaskoczony Asher upuścił pióro i obrócił się na krześle.
– Matt! Ty durniu! Chcesz, żebym dostał zawału?
– Nie, próbuję zwrócić na siebie twoją uwagę – odpowiedział Matt. Na jego twarzy malowały się jednocześnie rozbawienie i troska. – Pukałem i pukałem, aż poobijałem sobie kłykcie, a potem jeszcze cię wołałem. Dwukrotnie. Co jest takie ważne, że odebrało ci słuch?
– Mocz – odrzekł cierpko Asher. – Masz może trochę?
Matt zamrugał.
– Cóż, nie. Nie przy sobie. Niezupełnie.
– To za cholerę się nie przydasz. Równie dobrze możesz się stąd zabierać.
Tym, co najbardziej podobało mu się u Matta, był jego nie-wzruszony spokój. Przy zarządcy stajni człowiek mógł być humorzasty do woli, a on zawsze nic tylko się uśmiechał. Właśnie tak, jak uśmiechał się w tej chwili.
– A jeżeli zapytam, do czego tak rozpaczliwie potrzeba ci moczu, to pewnie tego pożałuję?
Nagle świadom zesztywniałych mięśni i nadciągającego bólu głowy Asher odepchnął krzesło i ciężkim krokiem obszedł dokoła swoje biuro. Ha! Raczej klatkę.
– Pewnie tak. Sam wolałbym nie wiedzieć. Mocz jest po to, że-by się go pozbywać do najbliższego nocnika, a nie gromadzić go jak dusigrosz złoto.
Matt wyglądał na zbitego z tropu.
– Od kiedy masz potrzebę gromadzenia moczu?
– Od nigdy! To cholerny Indigo Glospottle ma taką potrzebę, a nie ja.
– Strach pytać, ale jak, w imię Barl, człowiekowi może zabraknąć moczu?
– Jego własny spryt mu zaszkodził, oto jak! – Asher z nachmurzoną miną oparł się o parapet. – Bo widzisz, Indigo Glospottle ma się za kogoś w rodzaju artysty. Przyzwoite tradycyjne barwienie tkanin, jak to robili przed nim jego ojczulek i ojczulek jego ojczulka, nie jest dość dobre dla mistrza Indiga Glospottle’a. Nie. Mistrz Indigo Glospottle musiał się wziąć za wymyślanie nowych sposobów barwienia płótna, wełny i takich tam, co nie?
– Cóż – powiedział Matt, zachowując bezstronność – nie możesz winić człowieka, że stara się polepszyć swoje interesy.
– Właśnie, że mogę! – odparował. – Kiedy jego ulepszenia odbierają mi kosztowny sen za cenę sików innego człowieka, to, do cholery, lepiej uwierz, że mogę!
W złośliwej parodii wykrzywił twarz, naśladując minę nieustannie zatroskanego o szczyny Indiga Glospottle’a, i piskliwie udawał jego głos. „Och, panie Asherze! Błękity są takie błękitne, a czerwienie takie czerwone! Moi klienci ciągle chcą więcej! Ale wszystko zależy od siuśków, widzi pan!”. Dasz wiarę? Cholerny człowiek nie potrafi się nawet zdobyć na to, żeby powiedzieć „szczyny”! On musi mówić „siuśki”. Jakby dzięki temu mniej cuchnęły. „Potrzebuję więcej siuśków, panie Asherze! Musi mi pan znaleźć więcej siuśków!” Sęk w tym, że te jego drogocenne nowe metody wymagają dwa razy tyle szczyn co stare, nie? A ponieważ trzyma tę swoją fikuśną barwierską recepturę w tajemnicy przed innymi członkami gildii, ci pociągnęli za kilka sznurków, żeby mieć pewność, iż nie dostanie tyle moczu, ile potrzebuje. Teraz wyszło mu, że jedyny sposób, żeby sprostać zapotrzebowaniu, to chodzić od drzwi do drzwi z wiadrem w jednej ręce i butelką w drugiej, mówiąc: „Przepraszam, panowie i panie, czy zechcieliby państwo złożyć datek?”. A z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie pali się zbytnio do tego pomysłu!
Matt zaniósł się gromkim śmiechem, opierając się o skrawek pustej ściany.
– Asher!
Pomimo irytacji Asher poczuł, jak jego wargi drgają.
– No tak, cóż, pewnie też bym się śmiał, gdyby ten głupiec nie przyszedł i nie zwalił mi tego problemu na głowę. Ale tak się stało, więc w tej chwili nie jest mi za bardzo do śmiechu.
Matt spoważniał.
– Przepraszam. To musi być bardzo męczące.
– Jest jeszcze gorzej – odpowiedział Asher, wzdrygając się. – Jeżeli nie zdołam sprawić, żeby Glospottle i gildia się dogadali, cały ten bałagan wyląduje w Pałacu Sprawiedliwości. Gar obedrze mnie żywcem ze skóry, jeśli do tego dojdzie. Taki jest zaaferowany swoją magią, że ostatnie, czego chce, to kłopot w Pałacu Sprawiedliwości. I ostatnie, czego ja chcę, to kłopot w Pałacu Sprawiedliwości, bo Gar od jakiegoś czasu tak się zachowuje, że jak nic powie mi, żebym sam się tym zajął w cholerę. Ja! Miałbym zasiadać na tym złotym fotelu przed tymi wszystkimi ludźmi, wydając wyroki, jakbym się na tym znał! Nigdy się nie pisałem na Pałac Sprawiedliwości. To jego robota. I im prędzej on sobie o tym przypomni, zapominając o tych wszystkich magicznych dyrdymałach, tym ja będę szczęśliwszy.
Uśmiech ulotnił się z twarzy Matta.
– A co, jeżeli on nie może zapomnieć… albo nie chce? To pierworodny syn króla i właśnie odkrył w sobie magię, Asherze. Teraz wszystko wygląda inaczej. Przecież wiesz.
Asher skrzywił się. Owszem, wiedział. Ale to nie znaczyło, że musi mu się to podobać. Ani że miałby o tym zanadto rozmyślać. A niech to, jego nawet nie powinno tutaj być! Miał wrócić daleko na południe stąd, na wybrzeże, sprzeczać się z ojcem o to, jaką najlepszą rybacką łódź kupić, i knuć, jak przebić braci trzy do jednego. Do tej pory Dorana miała być już tylko szybko blednącym wspomnieniem.
Jednak to marzenie umarło podobnie jak ojciec, tak samo roztrzaskane przez sztorm niefortunnych zdarzeń. I oto ugrzązł tutaj, w mieście. W wieży. W swoim niechcianym życiu jako Asher, pełniący cholerne obowiązki Wielkiego Księcia Olkińskiego. Do tego utknął z przeklętym Indigiem Glospottle’em i jego cuchnącymi problemami.
Z buntowniczą przekorą spojrzał w zatroskane oczy Matta.
– Inaczej dla niego, ale nie dla mnie. On mi płaci, Matt. Nie posiada mnie na własność.
– Nie. Ale po prawdzie, Asherze, w twojej obecnej sytuacji… dokąd indziej mógłbyś pójść?
Nieśmiałe pytanie Matta dźgnęło go jak nóż.
– Dokąd tylko bym chciał, cholera! Moi bracia nie posiadają mnie na własność ani trochę bardziej niż Gar! Wróciłem tu na jakiś czas, nie na zawsze. Zeth czy nie Zeth, urodziłem się rybakiem i umrę nim, jak mój tata przede mną.
– Mam nadzieję, że tak, Asherze – powiedział łagodnie Matt. – Myślę, że istnieją gorsze sposoby, by umrzeć. – Otrząsnął się z melancholii. – Ale do rzeczy. Skoro mowa o Jego Wysokości, to czy wiesz, gdzie on jest? Mieliśmy umówione spotkanie, ale nie mogę go znaleźć.
– Zaglądałeś do jego biura? Do jego biblioteki?
Matt prychnął z irytacją.
– Zaglądałem wszędzie.
– Zapytaj Darrana. Kiedy chodzi o Gara, ten stary pierdoła ma oczy naokoło głowy.
– Darrana nie ma. Ale jest tu Willer, ta napuszona mała łasica, i on także nie widział Jego Wysokości. Mówił coś o pikniku?
Asher przysiadł na parapecie i wyjrzał na zewnątrz. Słońce późnego popołudnia ozłacało zbrązowiałe liście jesiennych drzew i skrzyło się na dachach stajni.
– Minęło wiele godzin. Niemożliwe, żeby nadal byli w Gnieździe. Nie mieli ze sobą aż tyle jedzenia, a podziwianie widoków zajmuje z pięć minut. Później to już tylko siedzenie na tyłku, gawędzenie o niczym i udawanie, że Fane nie nienawidzi Gara jak psa, czyż nie? Pewnie pojechali z powrotem prosto do pałacu, on się tam zamknął w magicznej komnacie z Durmem i całkiem o tobie zapomniał.
– Nie, obawiam się, że tego nie zrobił.
To był Darran. Blady i pełen rezerwy stał w progu. Na jego twarzy nie malowało się nic niezwykłego, lecz Asher poczuł, jak szpila strachu wbija mu się między żebra.
Wymienił spojrzenia z Mattem i ześlizgnął się z parapetu.
– Czego? – odezwał się szorstko. – O czym teraz chcesz ględzić?
– Nie ględzę – odrzekł Darran. – Właśnie wracam z pałacu, załatwiwszy pewne sprawy. Rodziny królewskiej i Wielkiego Maga tam nie ma. Ich powóz jeszcze nie powrócił.
Asher ponownie wyjrzał przez okno, czując szybko narastający popołudniowy chłód.
– Jesteś pewien?Darran zacisnął usta.
– Najzupełniej.
Kolejne ukłucie, tym razem ostrzejsze.
– A więc co ty mówisz? Że zaginęli gdzieś między pałacem a Gniazdem Salberta?
Darran trzymał ręce za plecami okrytymi czarnym aksamitem. Coś w ułożeniu jego ramion sugerowało, że mocno ściągnął łopatki.
– Ja niczego nie mówię. Pytam, czy przychodzi ci na myśl po-wód, z jakiego powrót powozu mógłby zostać tak dalece opóźniony. Jego Królewska Wysokość był godzinę temu oczekiwany na zebraniu komitetu do spraw parków publicznych. Nastąpiła pewna… konsternacja… z powodu jego nieobecności.
Asher zmełł w ustach przekleństwo.
– Nie mów mi tylko, że ganiałeś wokoło, biadoląc, że powóz się spóźnia! Wiesz, jakie są te staruchy, Darranie, oni…
– Oczywiście, że tego nie zrobiłem. Jestem stary, ale jeszcze nie zdziecinniały – odpowiedział Darran. – Powiadomiłem komitet, że Jego Królewska Wysokość został zatrzymany wraz z księciem Garem oraz Wielkim Magiem w sprawach natury magicznej. Z radością przyjęli to wyjaśnienie, zebranie było kontynuowane bez dalszej zwłoki, ja zaś natychmiast wróciłem tutaj.
Asher niechętnie skinął głową z aprobatą.
– Dobrze.
– A teraz zapytam ponownie – powiedział Darran, na którym aprobata nie wywarła żadnego wrażenia. – Czy przychodzi ci na myśl jakikolwiek powód, z jakiego powóz jeszcze nie powrócił?
Szpila dźgała teraz szybko i mocno, w rytmie łomoczącego serca Ashera.
– Może koło odpadło i to ich opóźnia.
Darran prychnął.
– Każde z nich potrafiłoby to naprawić w mgnieniu oka zaklęciem.
– Ma rację – odezwał się Matt.
– No to koń okulał. Kamień w podkowie albo zwichnięta pęcina.
Matt pokręcił głową.
– Jego Wysokość wróciłby tu wierzchem na drugim koniu, żeby sprowadzić inne na zmianę.
– Zachowujesz się niedorzecznie, Asherze – stwierdził Darran. – Chwytasz się wyjątkowo ostrej brzytwy. Zatem muszę powiedzieć na głos to, co wszyscy myślimy. Wydarzył się wypadek.
– Wypadek, jeszcze czego! – warknął Asher. – Zgadujesz, i to zgadujesz źle, założę się, o co chcesz. Jaki niby wypadek mogliby mieć, jadąc sobie kłusem do Gniazda Salberta i z powrotem, hę? Mówimy tu o wszystkich najpotężniejszych magach w królestwie, siedzących jedno obok drugiego w tym samym cholernym powozie! Nie ma na świecie wypadku, który mógłby się im przydarzyć!
– Znakomicie – odparł Darran. – Zatem jedyne inne wyjaśnienie to… że to nie był wypadek.
Minęła chwila, nim Asher pojął, co Darran miał na myśli.
– Co? Nie bądź durniem! Tak jakby ktokolwiek… tak jakby istniał choćby jeden powód… Ty stary głupcze! Ozór ci się majta jak pranie na sznurku! Spóźniają się, to wszystko. Zboczyli z drogi! Postanowili pooglądać sobie widoki dalej od Gniazda i zapomnieli o całym świecie! Zobaczycie! Gar lada moment wbiegnie po schodach w podskokach! Zobaczycie!
Nastała chwila wstrzymywania oddechów, gdy wszyscy trzej czekali na odgłos żwawo stukających obcasów i rozbrajające królewskie przeprosiny.
Cisza.
– Posłuchaj, Asherze – odezwał się Matt, uśmiechając się z wahaniem. – Najpewniej masz rację. Ale żeby uspokoić Darrana, może ty i ja pojedziemy do Gniazda? Bardzo możliwe, że spotkamy ich po drodze, a oni porządnie się z nas uśmieją za naszą troskę.
– Znakomita sugestia – powiedział Darran. – Właśnie sam miałem ją wysunąć. Jedźcie zaraz. A jeżeli… kiedy… ich napotkacie, jeden z was wróci tu natychmiast, żebym mógł wysłać wiadomość do pałacu, na wypadek gdyby nietaktowne języki jeszcze nie umilkły.
Krzywiąc się, Asher przytaknął. Nie wiedział, co było gorsze: to, że Darran ma rację, czy szpila strachu teraz wbita w jego ciało tak mocno i głęboko, że ledwie mógł oddychać.
– No i? – naciskał Darran. Jego głos brzmiał prawie piskliwie. – Dlaczego obaj ciągle tu sterczycie jak kołki? Ruszajcie!

Dwadzieścia minut później, zachowując czujne milczenie, galo-powali drogą wiodącą do Gniazda Salberta. Światło powoli konającego dnia rzucało przed nimi długie cienie.
– Tu jest drogowskaz do Gniazda – wykrzyknął Matt, wskazując podbródkiem, gdy mijali znak. – Robi się późno, Asherze. Do tej pory powinniśmy już ich spotkać. To jedyna droga z miasta i do miasta, a bramy przy zjeździe były zamknięte. Król na pewno kazałby je zostawić otwarte, gdyby stamtąd pojechali dokądś indziej.
– Być może – odkrzyknął Asher. Jego zimne dłonie zacisnęły się na cuglach. – A być może nie. Z królami nigdy nic nie wiadomo. Przynajmniej nie widać śladu wypadku.
– Jak dotąd – odparł Matt.
Bezlitośnie popędzili konie piętami; serca łomotały im w rytm głuchego dudnienia kopyt. Minęli łagodny zakręt w lewo i wypadli na odcinek drogi po obu stronach zarośnięty drzewami.
Matt wskazał ręką.
– Barl, ratuj! Czy to…
– Tak! – odpowiedział Asher i przełknął ślinę, odczuwając nagłe mdłości.
Gar. Leżący po części na drodze, a po części na trawiastym poboczu.
Nieprzytomny… albo martwy.
Asher i Matt jednocześnie szarpnęli cugle i zatrzymali konie tak gwałtownie, że zwierzęta zarżały z bólu i potrząsały głowami. Asher zeskoczył z siodła i chwiejnie przypadł do Gara, podczas gdy Matt chwycił wodze Łabędzia, by koń się nie spłoszył.
– I co?
Krew, ziemia i zielone smugi ze zgniecionej trawy znaczyły skórę Gara i jego ubranie. Koszula i bryczesy były porwane. Ciało pod nimi – poszarpane.
– Żyje – powiedział Asher drżącym głosem, przyciskając palce do miejsca pod szczęką Gara, gdzie wyczuwał puls. Potem niepewnie przesunął rękoma po bezwładnym ciele księcia. – Chociaż całkiem bez ducha. Możliwe, że złamał obojczyk. Ma też pełno skaleczeń i siniaków. – Jego palce badały głowę Gara. – Poobijał sobie łepetynę, ale na mój rozum czaszka nie pękła.
– Ciało i kości się zrosną – powiedział Matt i otarł sobie mokrą twarz rękawem koszuli. – Chwała Barl, że nie zginął.
– Pewnie – przytaknął Asher; potrzebował chwili, zaledwie chwili, by znów móc oddychać. Kiedy wreszcie złapał oddech, podniósł wzrok.
Z trudem zbierał myśli.
– Cholerny Darran. Teraz przez barlski miesiąc będzie biadolił: „A nie mówiłem?”.
Matt się nie roześmiał. Nawet się nie uśmiechnął.
– Skoro książę jest tutaj – powiedział posępnie, zaciskając dłonie, aż pobielały mu kłykcie – to gdzie są pozostali?
Ich oczy się spotkały, obawiając się odpowiedzi.
– Lepiej sprawdźmy – odparł Asher. Zrzucił kubrak z ramion, złożył go i delikatnie opuścił głowę Gara na tak osłoniętą ziemię. Spróbował wygodniej ułożyć jego lewą rękę, uważając na zranione ramię.
– Niedługo się z tego wyliże. Chodźmy.
Z powrotem w siodle, jadąc tuż obok Matta, minął najbliższy łagodny zakręt. Zmagał się z lękiem i narastającą zgrozą. Łabędź położył uszy po sobie, wyczuwając kłopoty.
Wtedy znaleźli Durma rozciągniętego pośrodku drogi. Tak samo nieprzytomnego jak Gar, lecz jeszcze bardziej zakrwawionego i połamanego.
– Rozwalił sobie rękę i nogę – oznajmił Asher, odczuwając mdłości, gdy zsiadł z konia i zbadał kończyny Durma.
Ciało Wielkiego Maga przypominało mokry worek wypełniony potrzaskaną porcelaną.
– Cholera. Poprawka: obie nogi. Wszędzie sterczą odłamki kości. A głowę ma rozbitą jak gotowane jajko na śniadanie. Cud, że cała krew nie wyciekła z niego jak z dziurawego wiadra.
Matt przełknął ślinę.
– Ale czy żyje?
– Na razie tak – odpowiedział Asher i podniósł się ze znużeniem.
Po raz pierwszy spojrzał dalej na drogę… i poczuł, że świat wokół niego się zakołysał.
– Co? – spytał zaskoczony Matt.
– Gniazdo – wyszeptał Asher, wskazując ręką, i aż musiał się oprzeć o silny bok Łabędzia.
Nawet zapadający zmierzch nie był w stanie tego ukryć. Przerwa wyłupana w drewnianym ogrodzeniu na skraju Gniazda… dostatecznie szeroka, by przeleciał przez nią rozpędzony powóz.
Matt pokręcił głową. Cofnął się o krok.
– Barl, ratuj nas. Oni nie mogli…
Asher także nie chciał w to uwierzyć. Mdlący strach sprawił, że potraktował Matta brutalniej, niż na to zasługiwał.
– No to gdzie jest powóz? Konie? Rodzina?
– Nie. Nie, nie mogli – upierał się Matt. Jego głos brzmiał, jakby należał do kogoś młodszego i bliskiego łez.
– A mnie się zdaje, że mogli – odrzekł odrętwiały Asher i puścił wodze. Posłuszny i zrezygnowany Łabędź opuścił głowę i pociągnął na skraj trawiastego pobocza, podzwaniając uprzężą.
Asher chwiejnie puścił się biegiem w stronę krańca platformy widokowej.
– Nie – powiedział Matt. – Robi się ciemno, głupcze, to zbyt niebezpieczne!
Głos rozsądku nie miał tu czego szukać. Asher usłyszał, jak Matt klnie i sam zsuwa się z konia. I krzyczy za nim.
– Asher, na miłość Barl, cofnij się! Jeśli są tam na dole, nie możemy im pomóc. Jeżeli wyjechali poza krawędź Gniazda, to na pewno nie żyją! Asher! Słuchasz mnie?
Asher, nie zważając na nic, rzucił się na ziemię i wyjrzał poza krawędź urwiska.
– Coś widzę. To może być koło. Trudno powiedzieć. W każdym razie jest tam coś jakby wystająca skalna półka. – Odczołgał się i usiadł. Popatrzył na Matta. – Nie wydaje mi się, żeby spadli aż na samo dno. Schodzę tam.
Przerażony Matt chwycił go za ramiona i próbował postawić na równe nogi.
– Nie możesz!
Asher uwolnił się z uścisku i wstał.
– Wracaj do wieży, Matt. Powiedz Darranowi. Sprowadź po-moc. Potrzebujemy zielarzy, powozów, sznurów. Światła.
Matt wpatrywał się w niego.
– Nie zamierzam zostawić cię tu samego, żebyś wyczyniał Barl wie jakie szaleństwa!
Niech to, co się stało z tym człowiekiem? Czyżby nie rozumiał?
– Musisz, Matt – nalegał Asher. – Jak sam powiedziałeś, robi się ciemno. Jeżeli oni są tam na dole i nie wszyscy zginęli, nie możemy czekać do rana, żeby się tego dowiedzieć. Nie zdołaliby przetrwać nocy.
– Chyba nie myślisz, że ktokolwiek mógł to przeżyć?
– Jest tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć. A teraz co mam powiedzieć, żebyś przestał marnować czas, hę? Może tak być, że wszyscy tam na dole nie żyją, ale tu na górze mamy rannych, a ja nie mam pojęcia, jak długo ten parszywy stary Durm będzie dychał bez pomocy dobrego zielarza. Mnie nic nie będzie, Matt. Jedź.
Matt miał udrękę wypisaną na twarzy.
– Asher, nie… nie możesz sam ryzykować. Nie wolno ci. Ja to zrobię.
– Nie możesz. Jesteś sporo wyższy niż ja i o wiele cięższy. Nie wiem, jak bezpieczny jest grunt na zboczu tej góry, ale lżejszy człowiek na pewno ma większe szanse.
Matt tylko wpatrywał się w niego. Aż się prosił, żeby go walnąć.
– Słuchaj, ty głupi draniu, każda minuta, kiedy my tu stoimy i się kłócimy, to minuta zmarnowana. Po prostu wsiadaj na tego swojego cholernego konia i jazda!
Matt pokręcił głową.
– Asher…
Upłynęło już dostatecznie dużo czasu i cierpliwość Ashera się wyczerpała. Rzucił się naprzód i mocno pchnął Matta w pierś.
– Wolisz, żebym ci to rozkazał? Dobrze! To rozkaz! Jedź!
Matt był na przegranej pozycji i wiedział o tym.
– W porządku – odpowiedział, doprowadzony do rozpaczy. – Ale bądź ostrożny. Pamiętaj, że muszę odpowiadać przed Dathne, a ona obedrze mnie żywcem ze skóry, jeżeli cokolwiek ci się stanie.
– A ja cię obedrę ze skóry, jeśli się stąd nie zabierzesz – odwarknął Asher. – Uwiąż Łabędzia do drzewa, żeby za tobą nie pobiegł. Nie uśmiecha mi się wracać do wieży na piechotę.
– Obiecaj mi, że nie będę tego żałował – powiedział Matt, wycofując się. Jego mina mogłaby skwasić świeże mleko.
– Niedługo się zobaczymy.
Matt zatrzymał się.
– Asher…
– Niech mnie, czy mam cię osobiście wpakować na tego przeklętego ko…
– Nie, poczekaj! – odezwał się Matt, podnosząc ręce. – Czekaj. A co z Matcherem?
Asher opuścił pięści.
– Co z nim?
– On ma rodzinę, będą się martwić, zaczną robić zamieszanie…
Cholera. Matt miał rację.
– Graj na zwłokę. Poślij chłopaka z wiadomością, że coś go zatrzymało w pałacu. To powinno powstrzymać jego żonę, póki nie będziemy mogli…
– Mówisz, żeby ją okłamać? Asher, nie mogę!
Barl, do cholery, chroń mnie przed porządnymi ludźmi.
– Musisz. Trzeba to zachować w tajemnicy, najlepiej jak zdołamy i najdłużej jak zdołamy, Matt. Myśl. Jeżeli nie uda nam się jej zwodzić przez chwilę…
– W porządku – zgodził się Matt. – Zajmę się tym. Skłamię. – Jego twarz wykrzywiła się, jak gdyby zakosztował czegoś gorzkiego. Po cichu, jakby sam do siebie, dodał: – Idzie mi to coraz lepiej.
Nie było czasu na dumanie, co miał na myśli.
– Pospiesz się, Matt. Proszę.
Asher patrzył, jak jego przyjaciel biegnie z powrotem do koni, uwiązuje Łabędzia do mocnego młodego drzewka, po czym zamaszyście wskakuje na własne siodło. Pospieszne uderzenia kopyt cichnące w dali odbijały się echem w dolinie. A potem, pod ciemniejącym niebem o soczystych barwach lawendy, szkarłatu i złota, Asher opuścił się poza krawędź Gniazda Salberta.
Droga w dół do niewidocznego dna doliny była piekielnie długa.
No to nie patrz, żałosny głupku. Stawiaj po jednym kroku. Po-trafisz to zrobić, prawda? Jeden cholerny krok.
Usiany skałami grunt z początku opadał stopniowo, zdradliwie. Pod butami Asher miał żwir i luźną ziemię, więc ślizgał się, zsuwał i zjeżdżał, zdzierając sobie skórę z rąk, gdy chwytał się karłowatych krzaków i głazów o ostrych krawędziach, żeby spowolnić osuwanie się. Oczy piekły go od potu, a ze strachu zaschło mu w ustach. Powietrze było cierpkie i świeże, nie jak ta skażona mieszanina woni i aromatów w mieście. Chłód przenikał przez cienką jedwabną koszulę Ashera, wywołując gęsią skórkę na lepkim od potu ciele.
Schodził coraz niżej w dolinę, a potem jeszcze niżej. Każdy spadający kawałek skały czy kamyk wzbudzał dźwięczne echo w rozległej pustce pod nim i wokół niego. Spłoszone ptaki, skrzekliwie protestując, wzbijały się w powietrze albo łajały go, pozo-stając niewidoczne w gęstym listowiu roślin porastających Gniazdo.
Dotarł do małego urwiska, gładkiego spadku wysokiego na jakieś półtora metra, który wydawał się przechodzić najpierw w ostro zakończony taras, a dalej w naturalną platformę wysuwającą się ponad otchłań doliny. Większą część samej platformy zasłaniały cień oraz skaliste wychodnie, lecz Asher był pewien, że teraz widzi skrawek wywróconego koła sterczącego w powietrze.
Jeżeli powóz nie wylądował na niewidocznym dnie doliny, to musiał znajdować się tutaj. Poza skrajem platformy nie było niczego prócz pustki i nawoływania orłów.
Półtora metra. Przeskakiwał mury takiej wysokości, i to bez zastanowienia. Przeskakiwał je ze śmiechem. Teraz, leżąc na brzuchu i pełznąc, wysunął się nogami naprzód poza krawędź i obrócił tyłem. Palcami stóp szukał szczelin w powierzchni urwiska i wbijał wyszczerbione paznokcie w luźny łupek, macając za punktem oparcia.
Jeżeli spadnie… jeżeli spadnie…
Znalazłszy się bezpiecznie na dole, musiał się zatrzymać, w dalszym ciągu uczepiony krawędzi urwiska, z sykiem wciągając powietrze, prawie sparaliżowany lękiem. Ostra mała szpila powróciła i dźgała go znowu, dźgała i dźgała. Bolały go żebra, tak samo jak płuca i głowa. Wszystkie rozcięcia i zadrapania na palcach, dłoniach, na policzku i kolanie płonęły, krwawiąc.
Czas mijał.
Gdy w końcu odzyskał siły, szpila znikła i rozmaite bóle przycichły, puścił się krawędzi. Odwracał się bardzo powoli, by przyciskając łopatki do skały, wreszcie rozejrzeć się… Poczuł, jak serce pęka mu z żalu.
Tak. Wzrok go nie mylił.
Rzeczywiście, było tam koło, i nie tylko. Były tam dwa koła oraz większa część ozdobnego, malowanego powozu. Był brązowy koń i poszarpana uprząż, i byli mężczyzna, kobieta i dziewczyna.
Zamknął oczy, dławiąc się. Zobaczył strzaskany maszt i strzaskane ciało jeszcze jednego człowieka.
– Tatku – wyszeptał. – Och, tatku…
Zmrożony do szpiku kości, drżący, kontynuował schodzenie.

Wszędzie była krew, w dużej części pochodząca od pogruchotanego konia. Rozchlapana po skałach, tworząca kałuże w zagłębieniach, krzepnąca pod nędznymi karłowatymi krzakami czepiającymi się życia na tym ostatnim skalnym występie przed upiornym spadkiem na dno doliny, przesycała powietrze szkarłatną gryzącą wonią.
Wyglądając poza krawędź platformy, Asher zobaczył wierzchołki drzew przypominające dywan oraz białe punkciki krążących ptaków. Nie było widać śladu drugiego konia ani stangreta Matchera. Miły z niego gość. Był. Żonaty, ojciec dwójki dzieci, syna i córki. Peytr miał alergię na konie, ale Lillie radziła sobie z lejcami najlepiej w całym mieście.
A przynajmniej tak twierdził Matcher, jej kochający tata.
Z rozpaczą odwrócił się od bezdennej otchłani ziejącej u jego stóp i zamiast niej stawił czoło śmierci, którą mógł zobaczyć. Powąchać. Dotknąć.
Borne został przygwożdżony roztrzaskanymi szczątkami po-wozu. Jego długie szczupłe ciało zostało zgniecione jak kartka, a jedna część twarzy zapadła się. Wyglądał, jakby nosił jaskrawoczerwoną perukę. Dana leżała nieco dalej po jego lewej, a jej pierś i brzuch przebijały oszczepy połamanych gałęzi. Siła uderzenia okręciła nią tak, że leżała w połowie bokiem, z twarzą o pięknych rysach zwróconą w inną stronę. Przez to Asher nie mógł dojrzeć jej oczu. Był za to wdzięczny.
No i Fane… Piękna, błyskotliwa, nieznośna Fane została wy-rzucona prawie na sam skraj wąskiej skalnej półki; jedna szczupła biała ręka bez skazy zwisała w pustą przestrzeń, a diamenty na jej palcach chwytały blask w świetle chowającego się słońca. Jej policzek spoczywał na tej wyciągniętej ręce, tak że mogłaby spać, tylko spać, i ktoś, kto by ją znalazł, mógłby pomyśleć, że jest cała i zdrowa… gdyby nie ujrzał krzepnącej szkarłatnej kałuży pod jej smukłą talią albo upiornej przeźroczystej skóry na jej ślicznej, nieupudrowanej twarzyczce. Jej oczy były na wpół otwarte, całkowicie niewidzące; rzęsy, przyciemnione jakimiś czarami znanymi tylko kobietom, gęste, długie i czarownie ponętne, tak jak niegdyś ona była ponętna, rzucały prążkowane cienie na jej delikatną skórę.
Między jej łagodnie rozchylonymi wargami spacerowała mucha.
Przez chwilę, która zdawała się nie mieć końca, Asher po prostu stał tam, czekając. Za moment jedno z nich się poruszy. Za moment jedno z nich zacznie oddychać. Albo mrugnie. Za moment obudzę się, a to wszystko okaże się tylko cholernym pijackim snem.
Za moment.
W końcu dotarło do niego, że już nic więcej nie stanie się za moment. Że żadne z nich się nie poruszy ani nie weźmie oddechu, ani nie zamruga. Że on sam nie śpi, a to wcale nie sen.
Wtedy napłynęły wspomnienia, jarząc się jak rozżarzone węgle w sercu konającego ogniska. „Witaj, Asherze. Mój syn wyraża się o tobie tak pochlebnie, że wiem, iż zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi”. Dana, królowa Lur. Przyjmująca jego niewprawny ukłon i niezdarne powitanie tak, jak gdyby podarował jej perfumowane róże i bezcenny diament. Jej niewymuszony śmiech, jej milczenie, gdy słuchała. Oczy uśmiechnięte nawet w najbardziej ponurych chwilach tym uśmiechem, który mówił: „Znam cię. Ufam ci. I ty mi zaufaj”.
Borne i jego blade policzki osrebrzone przez łzy. „Co w całym moim królestwie mógłbym ci podarować? To mój najdroższy syn, a ty go ocaliłeś. Dla jego matki. Dla mnie. Dla nas wszystkich. Mówiono mi, że straciłeś ojca. Boleję wraz z tobą. Czy mogę go zastąpić, Asherze? Ofiarować ci ojcowskie słowa mądrości, jeżeli kiedykolwiek będziesz chciał je usłyszeć? Czy mogę to zrobić? Pozwól mi”.
I Fane, która uśmiechała się tylko wtedy, gdy sądziła, że może tym kogoś zranić. Która nigdy nie znała samej siebie na tyle do-brze, by wiedzieć, że za podłością stoi pragnienie. Która była piękna w każdy możliwy sposób prócz tego, który liczy się najbardziej.
Martwa. Martwy. I martwa.
Szok zmusił go do ciszy bez łez. Pozostał z nimi tak długo, aż dalsze pozostawanie tam byłoby już głupotą. Pozostał, aż chłód i mrok z doliny wpełzły na górę, pokonały krawędź występu i zatopiły lodowate kły w jego ciele. Póki nie przypomniał sobie o ostatnim żyjącym członku tej rodziny, który dopiero miał usłyszeć, że jest ostatni.
Myśląc o nim, niechętnie ich opuścił i powoli wspiął się z powrotem po zboczu góry.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-04-04 (877 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej