Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ręczna robota
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Niedobry Królewicz Karolek - John Moore



     Noc była ciemna – nie burzliwa, absolutnie – ale bardzo ciemna, czyli idealna dla duchów. Mówiąc ściślej, była to noc idealna, żeby je zobaczyć. Ektoplazma zjaw jarzy się bladą poświatą, więc im czarniejsza noc, tym łatwiej je dostrzec. Teoretycznie duchy powinny być widoczne także za dnia, w zupełnie ciemnym pomieszczeniu, jednak z niewiadomych przyczyn tak się nie dzieje. W każdym razie, późna, ciemna i nieburzliwa noc jest doskonała dla kogoś, kto chce spotkać ducha, a jeszcze lepsza, jeśli ktoś chce go zobaczyć i ominąć z daleka. Co sądzą o tym duchy, nie wiadomo.
     Sam zamek był raczej nowy jak na tego typu gmachy – jego budowę ukończono zaledwie pokolenie wcześniej – mimo to miał tradycyjną, kwadratową bryłę i graniaste wieże. Większość stawianych w tamtych czasach zamków charakteryzowała się wieżami okrągłymi, dzięki czemu zwiększało się pole rażenia strzelców, oraz zaokrąglonymi murami, mniej podatnymi na zawalenie się w wyniku podkopu. Jednakże zamek dalski stał na skalistym wzniesieniu, w którym nie dałoby się wydrążyć tunelu, a kwadratowe pomieszczenia są praktyczniejsze w życiu codziennym. Łatwiej ustawić w nich meble.
     Nie posiadał mostu zwodzonego, gdyż nie otaczała go fosa. Ani w zamku dalskim, ani w rozciągającym się wokół mieście, ani na polach uprawnych leżących u stóp wzgórza, nie było nadmiaru wody.
     Brak tych obronnych udogodnień nie robił jednak różnicy strażnikom patrolującym blanki. A zamek miał blanki wszędzie. Nie było ku temu żadnej szczególnej przyczyny. Po prostu podobały się architektowi. W czasach, gdy stawiano budowlę, blanki były ostatnim krzykiem mody w architekturze zamkowej. Ciągnęły się wzdłuż wewnętrznych i zewnętrznych murów, umocnień, dachów, wież i cytadeli. Było więc co patrolować.
     – Musisz zaczekać, aż naprawdę się ściemni – powiedział jeden z wartowników do Hortensja. – Właśnie wtedy go widać. Inaczej przejdziesz obok i nawet go nie zauważysz. Wystarczy blask księżyca, a znika. – Zęby mówiącego zaszczękały nieco, ale przyczyną tego mógł być chłód. Wiał przenikliwy wiatr, a w nocy temperatura opadała bardzo szybko.
     Hortensjo popatrzył w górę. Na horyzoncie widniało kilka gwiazd, lecz niebo nad ich głowami zasnuwały ciężkie, nieprzeniknione chmury. Księżyc miał wzejść dopiero za kilka godzin.
     – To król – stwierdził inny strażnik.
     – Duch króla – poprawił go pierwszy.
     – Nie czepiaj się słówek, Turic. Wiem, o czym mówię.
     – Skąd wiesz, że to król, Rod? – zapytał Hortensjo.
     – Bo wyglądał jak król.
     – Więc musiałeś widzieć jego twarz? - Strażnicy wymienili spojrzenia.
     – No, nie do końca – przyznał Turic. – Ale wyglądał jak król.
     – To znaczy jak?
     – Miał w ręce butelkę taniego zajzajera.
     – Aha – rzekł Hortensjo. To rzeczywiście wskazywało raczej na króla. Jednakże Hortensjo był rycerzem i czuł, że jako przełożony żołnierzy powinien wykazać się większą trzeźwością umysłu. – Ale nie ma co wyciągać pochopnych wniosków. Król zmarł w tym tygodniu, pojawia się duch, więc naturalne, że nasuwają się pewne...
     – To był „Kosiarz Księżycowy” – przerwał mu Rod. – Widzieliśmy etykietkę.
     – Faktycznie, jego ulubiona marka – przyznał Hortensjo.
     – No, rozpoznałbym go wszędzie. Niezbyt przezroczysty, żółtawy i strasznie śmierdział.
     – Duch?
     – Bimber.
     – A, w takim razie to musiał być Kosiarz. Niektóre partie są właśnie takie. Wina słabej kontroli jakości. No, chłopcy – Hortensjo klepnął strażników po plecach – jako że jestem dziś najwyższym rangą strażnikiem na służbie, do mnie należy sprawdzenie tego zjawiska. Jeśli król, niech spoczywa w pokoju, wysłał tu swojego ducha, domyślam się, że ma nam coś ważnego do powiedzenia.
     – Święta racja – rzekł Rod.
     – Zgadzam się – zawtórował Turic. – Jesteś do tego najodpowiedniejszym człowiekiem, Hortensjo. Oczywiście będziemy zaraz za tobą. I racja, to pewnie król, a nie jakiś piekielny demon, który przybrał postać króla, żeby zwabić cię w pułapkę.
     – Co? – zdziwił się dowódca.
     – No, bo to niewykluczone – stwierdził Rod. – Trzeba odwagi, żeby stanąć twarzą w twarz z taką zjawą. Pamiętasz ten nawiedzony dom w posiadłości Zaciszna Przystań? Tego utopionego chłopca, jego widmo i żałosne łkania dochodzące z szopy na łódki? No, to z tych, co weszli tam chłopakowi pociechę przynieść, żaden żywy nie wyszedł już. Poszarpane ich szczątki za dnia odnaleziono i w skrzynkach małych pochowano.
     – Chłopakowi pociechę przynieść? – powtórzył Hortensjo. – Żywy nie wyszedł już? Dlaczego przestawiasz słowa?
     – Historie o duchach brzmią lepiej w archaicznym języku.
     – On ma rację – wtrącił Turic. – Nie z tym przestawianiem słów, tylko z widziadłami. To diabelskie, zdradliwe istoty. Nie mówiąc już o zjawach ukochanych osób, które zwodzą nieostrożnych ludzi. Wiadomo, że tak się dzieje. Marynarze skaczą za burtę zwabieni przez mamidła dziewic, matki podążają za duchami swoich dzieci do grobów... A rankiem ich bezgłowe lub pozbawione krwi ciała są znajdywane z twarzami wykrzywionymi w grymasie straszliwego przerażenia, niemym świadectwie okropnych...
     – Tak, tak, już dobrze! – przerwał mu Hortensjo. – Nie musisz kończyć.
     – Tam! – krzyknął Rod.
     Ujrzeli niewyraźną, białą poświatę, drgającą jak odbity w kałuży blask księżyca. Pojawiła się na drugim końcu murów i płynąc statecznie, powoli zniknęła za ścianą kilka sekund po tym, jak ją dostrzegli.
     – Zupełnie jak wczoraj – zauważył Turic. – Poszedł do schodów prowadzących na południową wieżę. Idziesz za nim?
     – Oczywiście – odparł Hortensjo. – Przecież mówiłem, że stawię czoła zjawie, prawda?
     – To czemu stoisz?
     – No, nie mówiłem, że zabiorę się do tego tak od razu. Dobry żołnierz robi najpierw rekonesans. Zbiera informacje. Rozpatruje się w sytuacji. Zanim podejmę jakieś działania, powinienem poobserwować go kilka nocy, żeby sprawdzić, czy nie uda mi się ustalić jakiegoś schematu jego zachowania.
     – Tam jest – wskazał ręką Turic. – To właśnie schemat jego zachowania.
     – Znowu idzie na wieżę.
     – No dobrze. – Hortensjo uniósł latarnię, by oświetlić sobie drogę i po cichu ruszył w stronę schodów na wieżę. Jak w każdej wieży, schody były bardzo wąskie, tak że jednocześnie mieściła się na nich tylko jedna osoba. Biegły spiralnie po murach, wznosząc się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Dawało to obrońcom więcej miejsca na pracę mieczem, jednocześnie ograniczając swobodę ruchów napastnikom. Świeca w latarni rzucała blask na ciemne kamienne bloki. Stopnie nad głową rycerza ginęły w mroku.
     – Lepiej nie szarżować – wyszeptał. – Po ciemku łatwo potknąć się i spaść na dół. Przy tej wysokości czekałaby nas niechybna śmierć. Możliwe, że właśnie tego chce zjawa, zwabiając nas tutaj. Ale latarnia nas oślepi i jej nie zobaczymy. Więc plan jest taki: pójdę pierwszy, oświetlając drogę. Wy będziecie szli tuż za mną, w moim cieniu. W ten sposób wasze oczy będą osłonięte przed bezpośrednim blaskiem, a jak dotrzemy na górę, zdołacie dostrzec marę. Jeśli ją tam zastaniemy, dobędziecie mieczy i spróbujecie ją osaczyć. Gotowi?
     Obejrzał się przez ramię, zmarszczył brwi i pomaszerował z powrotem.
     – Mówiliście, że będziecie szli zaraz za mną!
     – No, „zaraz za tobą” to raczej nieprecyzyjne określenie – oświadczył Turic.
     – Właśnie – poparł go Rod. – No, bo kto wie, ile to jest dokładnie „zaraz za”? Uważam, że można iść zaraz za kimś i nadal znajdować się w pewnej odległości od niego.
     – Nie inaczej.
     – Milczeć! – warknął Hortensjo. – Miecze do rąk i naprzód. Wedrzemy się na schody szturmem. Ja poprowadzę. Wy pobiegniecie za mną, zaraz za mną, co oznacza, że jak dotrę na szczyt bez was, dołączycie do tego piekielnego demona. Zrozumiano?
     Uniósł latarnię, żeby sprawdzić, czy kiwają głowami na potwierdzenie. Odpowiedział im oszczędnym skinieniem, odwrócił się i przytrzymał latarnię blisko siebie.
     – Idziemy – powiedział, kiedy uznał, że ich wzrok przyzwyczaił się już do ciemności i ruszył żwawo w stronę wieży. Przy schodach zwolnił, ale tylko na moment, aby upewnić się, że słyszy za plecami kroki strażników. Potem wbiegł na górę tak szybko, jak tylko odważył się to zrobić w takich ciemnościach. Na ostatnim zakręcie przyspieszył i trzymając miecz przed sobą, wyskoczył na platformę dachu. Nic go nie zaatakowało. Odsunął się szybko, schodząc z drogi dwóm strażnikom, którzy dobiegli na górę, także osłaniając się mieczami. Hortensjo zaciemnił latarnię i cała trójka rozejrzała się w poszukiwaniu widma.
     Nietrudno było je zauważyć. Pośrodku płaskiego dachu spoczywał kłąb białej, świetlistej mgły. Zbliżywszy się, mężczyźni mogli rozróżnić niewyraźny kształt leżącej na boku sylwetki, która tuliła do piersi butelkę. Włosy i broda postaci były przepocone i potargane, a z kącika ust ciekła jej strużka ektoplazmatycznej śliny. Miała zamknięte oczy. Strażnicy stali cicho, nasłuchując. Ponad szum wiatru wybijało się charakterystyczne pijackie pochrapywanie.
     – O, tak – stwierdził Turic z obrzydzeniem. – Nie ma wątpliwości. To król.

* * *

     Dawno temu, daleko stąd, na szerokim pasie lądu pomiędzy morzem a górami rozciągały się tereny dwudziestu (mniej więcej) królestw. Były to baśniowe królestwa, zaczarowane krainy, gdzie prawa natury dało się naginać za pomocą magii. Dla mieszkańców nie miało to jednak wielkiego znaczenia. Magia w Dwudziestu Królestwach przypominała dzisiejszą kardiochirurgię. Wymagała wysokich kwalifikacji zdobywanych przez lata nauki i praktyki, rzadko dawała satysfakcjonujące rezultaty i mało kogo było stać na usługi oferowane przez fachowców z tej dziedziny. Nawet ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, korzystali z nich niechętnie i tylko w ostateczności.
     Jeżeli jednak wszystko przebiegało zgodnie z planem, mogła przynieść spektakularne efekty.
     Jednakże tego dnia, na szlaku łączącym Nemezję z Dalią nie działo się nic magicznego. Nad ocienioną górami drogą zwieszały się ulistnione gałęzie, z których miarowo kapały krople wody pozostałej po zimnym, porannym deszczu. Pomimo późnej wiosny, na przełęczy nadal panował chłód; szczyty po obu stronach pokrywał jeszcze śnieg. Z nozdrzy koni, ciągnących dwukółkę, wydobywały się obłoczki pary, podobnie jak z ust dwóch młodych kobiet jadących w powoziku. Ta, która kierowała zaprzęgiem, miała rude włosy, zielone oczy i była wyjątkowo piękna, choć pełne usta nadawały jej twarzy nieco kapryśny wyraz. Dłonie owej damy skrywały rękawiczki z jagnięcej skórki, a wspaniałą figurę oblekało ciemne futro. Jej towarzyszka, nie mniej czarująca dziewczyna o blond włosach i błękitnych oczach, trzymała ręce pod wełnianym płaszczem. Obie tryskały młodzieńczą energią i pewnością siebie. Były wesołe, ale też pilnie obserwowały otoczenie, gdyż zbliżały się do wąskiej kładki, znanej jako ulubione miejsce zbójców.
     I rzeczywiście, zanim jeszcze dotarły do przeprawy, usłyszały szum rzeki Pandan, a potem dobiegające spomiędzy drzew głosy. Zaraz za zakrętem ujrzały mostek, karetę i czterech ludzi. Kareta stała tuż przy kładce – pierwsza para koni zdążyła nawet na nią wejść. Powóz otaczali mężczyźni z obnażonymi mieczami. Ich przywódca wydawał się pogrążony w rozmowie z kimś siedzącym w środku.
     Dziewczyna o rudych włosach zatrzymała dwukółkę.
     – Dick Galant Terrapin, notoryczny rozbójnik – wymruczała pod nosem. Oczy jej towarzyszki rozszerzyły się ze zdumienia.
     – Naprawdę jest galantem? – wyszeptała.
     – Nie liczyłabym na to, Rozalindo. Mężczyźni nadają sobie bardzo dziwaczne przezwiska. Wielki Jakub jest zwykle bardzo niski, a Krótki Jasiek to zawsze olbrzym. Jeśli zaś na kogoś wołają Herman Kudłacz, z pewnością jest on...
     – Łysy – dokończyła Rozalinda. – Zawracamy?
     – Ani myślę. I tak już nas zauważyli, a nie zdołamy im uciec. Zobaczmy, jakie „myto” będą chcieli od nas wyłudzić.
     Dick Terrapin grał rolę rogatkowego od niemal sześciu lat, co jest niezwykle długim okresem jak na tak ryzykowną grę. Nie wiadomo, skąd pochodził, ale gdzieś tam po drodze odebrał solidną edukację, czego nigdy nie omieszkał podkreślić. Rzeczywiście, miał kilka cech arystokraty – był chciwy, pazerny i wolał zgarniać pieniądze niż je zarabiać. Niemniej jednak postępował według swoistego kodeksu honorowego, który nie pozwalał mu pozostawiać swych ofiar bez grosza przy duszy. Pasażer karety pogodził się już z koniecznością oddania sakiewki. Ale ponieważ jechał do Dalii po raz pierwszy, to w kwestii obliczania swej straty musiał polegać na słowie Dicka.
     – Wytłumacz mi to jeszcze raz – powiedział do Terrapina. – Kwartnik stanowi jedną czwartą pensa. To rozumiem. A potem są pensy, dwupensówki, trzypensówki i... czteropensówki.
     – Nie – odparł rozbójnik. – Cztery pensy to ćwierciak.
     – Ćwierciak.
     – Tak. I nikt nie mówi trzypensówka. To się nazywa dydek.
     – A dwanaście pensów to...
     – Szelak. A dwadzieścia szelaków to kupler.
     – To nie ma sensu. Czemu nie dwanaście, albo dwadzieścia cztery? To byłoby bardziej logiczne.
     – Tak po prostu jest. Są też pretensy, o wartości jednego kuplera i jednego szelaka.
     – Czyli pretens to dwadzieścia jeden szelaków?
     – Dokładnie.
     – Nie dwadzieścia cztery? – Pasażer nie chciał porzucić swojej teorii symetrii monetarnej.
     – Nie. Na szelaka mówi się też szpila. A więc jeśli ktoś zażąda od ciebie szpili i dychy to zapłacisz mu...
     – Jednego szelaka i dziesięć pensów – dopowiedział pasażer.
     – Nie, jednego szelaka i sześć pensów.
     – Dość – jęknęła ofiara napadu. – Wystarczy! Zaczyna mnie od tego boleć głowa. Weź te pieniądze. Zostaw mi tylko na dzisiejszą kolację i nocleg w Dalii.
     – Trzy szpile powinny ci starczyć – powiedział Terrapin, zwracając mu kilka monet. – Nie pozwól sobie policzyć więcej jak pięć. Niektórzy oberżyści to zwykli złodzieje.
     – Ty pewnie wiesz o tym najlepiej – podsumował pasażer kwaśno, po czym zatrzasnął drzwiczki. Woźnica strzelił lejcami i powóz przejechał przez most, znikając wkrótce w gęstym lesie po drugiej stronie rzeki.
     Banda zbójców natychmiast skoncentrowała się na dwukółce. Dwóch zbirów zablokowało most, a trzeci ustawił się po lewej stronie powoziku. Terrapin zdjął kapelusz i skłonił się nisko rudej piękności.
     – Czy mam honor z lady Katarzyną Durace?
     – Jeśli ktoś ma tu honor, to ja – odparła Katarzyna. – Obawiam się jednak, że pańska twarz nie jest mi znajoma. Spotkaliśmy się już?
     – Nie mieliśmy tej przyjemności – rzekł bandyta. – Nazywam się Terrapin.
     – Litości! – jęknęła Katarzyna. Jej dłoń powędrowała do piersi, jakby dziewczyna chciała uspokoić trzepoczące serce, a w rzeczywistości przysunęła ją bliżej ukrytego za gorsem sztyletu. – Tylko nie Dick Galant Terrapin, osławiony pirat drogowy i herszt rabusiów!
     Terrapin niemal niedostrzegalnie wypiął pierś. Rozalinda powiodła wzrokiem po jego trzech kamratach. Każdy z nich na spojrzenie ślicznej dziewczyny zareagował instynktownie, poprawiając kołnierzyk i wciągając brzuch. Rozalinda obdarzyła ich dobrotliwym uśmiechem. Pod płaszczem zacisnęła dłonie na trzonku dębowej pałki.
     – Ranisz mnie do żywego, o pani – zwrócił się Terrapin do Katarzyny. – Jesteśmy tylko skromnymi poborcami myta, których zadaniem jest pilnowanie, by podróżni bezpiecznie przejechali przez most. Bądź pewna, że skoro tylko uiścisz niewielką opłatę, przez resztę drogi do Dalii nie będziesz musiała lękać się napadu.
     – Ach – westchnęła Katarzyna. – Nasza rodzinna fortuna stopniała bardzo przez lata. Boję się, że nie zdołam zapłacić ci myta, jakkolwiek niewielkie by ono nie było.
     Po wielu latach pracy w równodrożnym rozboju, Dick Galant znał już każdą smutną historyjkę, jaką tylko był w stanie wymyślić podróżny.
     – Stosujemy także barter, ślicznotko. Więc bądź tak miła i oddaj nam swoje klejnoty.
     – Nie mają na sobie biżuterii, szefie – odezwał się jeden z jego pomagierów. – Ani pierścioneczka. Uśmiech spełzł z twarzy Terrapina.
     – Przeszukać ich bagaże. Dwóch jego ludzi już to robiło.
     – Nic, Dick. Tylko ubrania i to nieciekawe.
     – Jedziemy na pogrzeb króla – wyjaśniła Katarzyna. – Strojne toalety byłyby nie na miejscu.
     – Doświadczone podróżniczki – rzekł Terrapin. – Zostawiłyście kosztowności w domu. Bardzo mądrze.
     – Zaiste, odbyłam kilka podróży.
     Uśmiech Terrapina powrócił, ale tym razem nie nadał mu przyjaznego wyglądu.
     – Na szczęście kobieta zawsze ma coś cennego.
     Rozalinda wydała stłumiony okrzyk przerażenia. Ludzie Dicka wydali się nagle więksi, bardziej grubiańscy i znajdowali się niebezpiecznie blisko. Jej palce mocniej zacisnęły się na pałce. Katarzyna jednak sprawiała wrażenie nieporuszonej.
     – Proszę, nie spieraj się ze mną, panie. – W jej dłoni, jakby znikąd, pojawił się nagle sztylet. – Bo stawka ta może kosztować cię życie.
     Terrapin podniósł rękę.
     – Ależ drogie panie, z pewnością uda się nam uniknąć nieprzyjemności. – Oparł się o bok powoziku i przechylił do środka. – Proponuję mały kwiz. Czy któraś z was zna historię o Edypie i Sfinksie?
     – Niestety, nie – westchnęła Katarzyna. – Moi rodzice nie pochwalali kształcenia dziewcząt na poziomie wyższym. Odebrałam edukację w zakresie bardziej tradycyjnych, kobiecych dziedzin sztuki, jak haftowanie czy pieczenie babeczek.
     Pomimo niebezpiecznej sytuacji, w jakiej się znalazły, Rozalinda musiała się uśmiechnąć.
     – Sfinks – zaczął Terrapin – strzegł przejścia na drodze w starożytnej Grecji. Był to potwór o głowie kobiety i uskrzydlonym tułowiu lwa.
     – Samicy lwa?
     – Mit nie precyzuje płci lwa, ale zakładam, że także był on rodzaju żeńskiego. Starożytni Grecy byli nieco perwersyjni, ale nie aż tak pokręceni. W niektórych legendach miał skrzydła orła.
     – Jakiego orła?
     – Aquila heliaca, orła cesarskiego – odparł Dick. – Gatunek wędrowny, zamieszkujący północne równiny i wybrzeża Grecji. A teraz przestań grać na zwłokę, panienko.
     – Przepraszam. Mów dalej.
     – Sfinks zadał Edypowi zagadkę i obiecał, że pozwoli mu przejść, jeśli ten ją rozwiąże. A teraz, drogie panie, zadam wam to samo pytanie. Odpowiecie prawidłowo, a będziecie mogły kontynuować podróż. Jeśli wam się to nie uda, oddacie swoje wdzięki bez oporu.
     – Jesteś całkowicie pewien, że nie wolałbyś raczej babeczek?
     – To kusząca propozycja, ale nie. Zagadka Sfinksa brzmi tak: jakie stworzenie rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, zaś wieczorem na trzech? Jak widzicie, Sfinks od razu wykluczył minerały i warzywa, a tym samym znacznie ograniczył możliwości.
     – Faktycznie, ograniczył – powiedziała Katarzyna pogodnie. – Ale odpowiedź jest oczywista. To Niedobry Królewicz Karolek.
     Był to jeden z niewielu momentów w życiu Terrapina, kiedy zapomniał języka w gębie. Spojrzał na Katarzynę, uniósł brew i czekał, aż dziewczyna rozwinie swą odpowiedź. Ta jednak tylko się uśmiechała.
     – Niedobry Królewicz Karolek? – powtórzył. – Obawiam się, że to nieprawidłowa odpowiedź, moja pani. Ale wyjaśnij, dlaczego tak uważasz?
     – Bo widzę właśnie, jak nadciąga. Porusza się na czterech nogach, kiedy podjeżdża na koniu, gotów zrobić z ciebie szaszłyk. Idzie na dwóch, gdy po zejściu z rumaka zbliża się i wraża ci ostrze w nerki. A kiedy wyciąga miecz i opiera się na nim, patrząc jak wykrwawiasz się, wijąc w agonii, stoi na trzech.
     Terrapin popatrzył na drogę. Kłusował w ich stronę czarny rumak. Jeździec, młody mężczyzna, miał na sobie wysokie buty z ostrogami, ciemne bryczesy i czarną skórzaną kurtkę do jazdy konnej. Wiatr burzył jego czarne, gęste włosy na odkrytej głowie. Z tej odległości nie dało się dostrzec miny konnego, jednakże Dickowi wydawało się, że nadciąga chmura burzowa – rzeczywiście, czarne chmury gromadziły się nad młodzieńcem, gdziekolwiek się nie udał.
     – Po namyśle i konsultacji z naszym jury, zdecydowaliśmy uznać twoją odpowiedź – rzekł rozbójnik pospiesznie. – Jakie nagrody czekają na naszych zwycięzców, Jerry?
     Jego kompan ładował już pudła do dwukółki.
     – Zestaw najmodniejszych waliz tekturowych, luksusowy, w pełni opłacony trzydniowy rejs na pokładzie Daru Nemezji; wikt, kajuta, tranzyty, napiwki, portowe i rezerwacje – niewliczone w cenę, oraz dwa naszyjniki damskie w kolorze złotym z oryginalnymi autentycznymi łupkami diamentowymi. Odpowiedzialność za odprowadzenie podatków spoczywa na zwycięzcy.
     – No, to spływamy – oznajmił Terrapin. – Miło było cię spotkać, pani. Musimy to kiedyś powtórzyć. – Odwrócił się, stając oko w oko z czarnym rumakiem. – Um.
     Jeździec pochylił się, spoglądając uważnie na pasażerki. Miał czarne, głęboko osadzone oczy, przez co zdawał się nie tyle patrzeć, co łypać spode łba.
     – Jakiś problem?
     – Skądże – odparł Terrapin.
     – Nie ciebie pytałem.
     – Nic nam nie jest, Karolku – powiedziała Katarzyna. – Właśnie miałyśmy kontynuować naszą podróż do Dalii. Nie mylę się chyba, zakładając, że jedziemy w tę samą stronę?
     Młodzieniec skinął głową.
     – Jak sytuacja w Nemezji? Czy plaga już do was dotarła? Katarzyna spochmurniała.
     – Niestety, tak. Miałam nadzieję, że góry nas ochronią, ale kilka miesięcy temu odnotowaliśmy pierwszy przypadek, a z każdym tygodniem ich liczba rośnie.
     – Długo byłem na uniwersytecie i nie miałem wieści z domu, ale obawiam się, że tu jest tak samo.
     – A w Bitburgii?
     – Jeszcze gorzej. Szerzy się według wyraźnego schematu. Początkowo występuje w wielkich skupiskach ludzkich, a potem rozprzestrzenia wzdłuż szlaków handlowych, w końcu dosięgając nawet małych miasteczek. Pozostaje mieć nadzieję, że epidemia wygaśnie sama z siebie.
     – Na razie nie widać żadnych oznak, żeby słabła.
     – Plaga? – wtrącił się Terrapin. – Wybaczcie, że wam przerwę, ale mówiąc o pladze, macie na myśli... Nie mówicie chyba o...
     – Owszem – odparł Karolek. – O kawiarniach. Rabuś prychnął z odrazą.
     – Kawiarnie. Wydają się pojawiać znikąd, cała Nemezja jest nimi skażona. A te ceny! Dziesięć pensów za duże macchiato! To absurdalne. To...
     – Rozbój na równej drodze, Dick? – Karolek przerzucił nogę przez siodło i lekko zeskoczył na ziemię.
     – Nie to chciałem powiedzieć – zaprotestował Terrapin, robiąc krok w tył i sięgając do miecza.
     Karolek spojrzał na niego groźnie i odwrócił się do dziewcząt.
     – Nie będę was dłużej zatrzymywał. Dziękuję za nowiny. Może spotkamy się znowu w Dalii. – Klepnął ich konia w zad i powozik ruszył. Katarzyna wydawała się urażona tym nagłym pożegnaniem. Rozalinda, z niejasnych dla niej samej powodów, zapragnęła, by zwierzę ruszało się szybciej. Niedobry Królewicz Karolek budził w niej dziwny niepokój.
     Gdy dwukółka zjechała z kładki, Karolek znowu skierował uwagę na herszta rozbójników.
     – Nagabywałeś mnie, gdy jechałem na studia, Dick.
     Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałem? Terrapin podjął próbę wykazania się odwagą.
     – Nie przestraszysz mnie, Karolku. Wiem, że nie jesteś prawowitym następcą tronu. Nie znajdujesz się też na terenie Dalii. Twoja władza tu nie sięga. W tej okolicy mogę robić, co mi się żywnie podoba. Możesz sobie być dobry w walce na miecze, ale nie pokonasz całej mojej bandy.
     – Jakiej bandy?
     Terrapin zerknął na boki. Jego ludzie zniknęli w krzakach już wtedy, gdy Karolek zsiadł z konia. Gdy rabuś odwrócił się znowu, królewicz miał miecz w dłoni. Terrapin podskoczył mimowolnie.
     – Ten trakt to jedyna przejezdna przez cały rok droga łącząca Dalię z portem w Nemezji – rzekł Karolek. – Dlatego jest ważna dla naszego handlu. Nie chcę, żeby okupowali ją bandyci czy fałszywi rogatkowi. Wyrażam się jasno?
     – Tak.
     – Dobrze. – Karolek schował miecz do pochwy i wsiadł na konia. – Masz szczęście, że do Dalii sprowadza mnie tak radosna okazja, więc dzisiaj ci odpuszczę. Ale jak spotkam cię tu następnym razem... Ale nie będzie następnego razu, prawda, Dick?
     – Nie będzie – zgodził się Terrapin. – Radosna okazja? O czym ty mówisz? Każdy kto tędy przejeżdża, udaje się na pogrzeb. Król nie żyje.
     Karolek spiął konia. Zwierzę ruszyło, stukając podkowami po drewnianym mostku.
     – Właśnie o tej radosnej okazji mówię.

* * *

     Dawno temu w Dalii, człowiek imieniem Józef Durk uzurpował sobie prawo do jednego z kilku źródeł, z których woda biła przez okrągły rok, i wybudował browar. Durk znał swój fach. Warzył niezłego lagera, produkując go w procesie zimnej fermentacji z najwyższej jakości chmielu. Józef Durk nie zawracał sobie szczególnie głowy sprzedażą swojego wyrobu. Warzył takie piwo, jakie mu smakowało. Inni również pili je chętnie, zgodni, że piwo Durka jest dobre. Przebywając w Dalii, piło się Durka.
     Po śmierci Józefa browar odziedziczył jego syn, Tomasz. Tomasz otworzył także piwiarnię. Sprzedawał w niej własny wyrób, ale trzymał też kilka beczek importowanego piwa, żeby mieć lepszy ruch w interesie. Większość klientów zamawiała jednak Durka. Ale Tomaszowi nie wystarczało, że ludzie piją jego piwo. Zadawał sobie bardzo ważne pytanie: Dlaczego ludzie nie piją więcej piwa?
     Zastanawiał się nad tym przez kilka lat, obserwując bacznie swoją klientelę. Sfinansował badania. Zlecił analizy. I w końcu doszedł do zaskakujących wniosków. Ludzie nie pili piwa, bo nie odpowiadał im jego smak.
     To znaczy pili, oczywiście. Pili je dla ochłody w gorące dni i żeby zaspokoić pragnienie, i dlatego, że bąbelki szczypały przyjemnie w język. Pili piwo, bo pasowało do niektórych potraw oraz wprowadzało miły nastrój i atmosferę dobrej zabawy. Pili je również dla towarzystwa. A także dlatego, że wprawiało ich w dobry humor. Ale smaku piwa tak naprawdę nie lubili.
     Inny browarnik zlekceważyłby tę wiedzę, lecz Tomasz potrafił dostrzec korzyści, jakie ze sobą niosła. Skoro gościom nie odpowiadał smak piwa, należało dać im piwo o jak najmniej wyrazistym smaku. Najprościej było je po prostu rozwodnić. Ku radości Tomasza, obroty wzrosły. Nie tylko sprzedawał więcej piwa, ale zarabiał też więcej na tej samej ilości wyprodukowanego trunku.
     Jednak nie można było rozcieńczać piwa w nieskończoność. Gdy dolało się zbyt dużo wody, smakowało ono jak chrzczone, a to nie robiło dobrego wrażenia i oczywiście nie wprawiało już gości w tak dobry humor. Tomasz zaczął więc eksperymentować z procesem warzenia. Zastępował część chmielu słodem jęczmiennym, pszenicznym albo kukurydzianym. Smak się polepszył. Sprzedaż za każdym razem wzrastała. Kiedy w końcu spróbował ryżu, od razu wiedział, że to jest to. Jego piwo wspaniale wyglądało, było umiarkowanie mocne i w zasadzie bez smaku. Piwo Durk szybko stało się numerem jeden w Dalii.
     I właśnie to stanowiło źródło irytacji wnuka Józefa Durka – Tomaszka. Był on wielkim amatorem piwa. Rodzina nie pozwalała mu na razie kierować browarem, ale wiedział, że któregoś dnia przejmie nad nim kontrolę, a wtedy znowu zacznie produkować prawdziwe piwo – piwo, którego prawdziwy mężczyzna nie musiałby się wstydzić. Na razie jednak zarządzał tylko piwiarnią.
     Robił to całkiem nieźle. Miał w sprzedaży wybór tradycyjnie warzonych piw z małych wytwórni rozsianych po całych Dwudziestu Królestwach – pierwszorzędny towar, istny raj dla piwoszy, prawdziwych piwoszy. Jedzenie także było dobre (jak na piwiarnię), a ładne, piersiaste barmanki (w tej kwestii nie było żadnych skarg) nosiły schludne kitle. Wieczorami przygrywał skrzypek. Latem pozostawiano otwarte okna, żeby wpuścić miły wietrzyk i zatrudniano kilku małych chłopców, którzy zabijali muchy. W zimie okna były zamknięte, na kominku buzował ogień, a powietrze gęstniało od zapachów pikli, sera, pieczonych kiełbasek i piwa, naturalnie. W porównaniu z innymi lokalami tego rodzaju, piwiarnia była spora, ale w ostatnim tygodniu ciągle zatłoczona – z okazji pogrzebu do miasta zjechało mnóstwo ludzi, niektórzy nawet przebyli w tym celu nemeskie góry. Tomaszek usługiwał wraz z barmankami, na próżno starając się krzewić piwną wiedzę wśród gości.
     – Stef – zaczepił stałego klienta. – A może spróbujesz tego? To alacjański lekki lager. Delikatne piwo, może nieco ciemniejsze i mocniejsze niż to, które pijasz zwykle, ale łagodnie chmielone, o subtelnym jałowcowym aromacie.
     – Kwaterkę Durka – zamówił Stef.
     Jedną z korzyści prowadzenia karczmy było to, że przypadkiem słyszało się różne rzeczy. Kiedyś Tomaszek podsłuchał rozmowę dwóch murarzy, którzy budowali dom dla bogatego kupca. Planowali oni oszukać zleceniodawcę, stosując niskiej jakości zaprawę. Wieczorem Tomaszek poszedł do domu kupca, zapukał do kuchennego wejścia i podzielił się zdobytymi informacjami, sugerując, że są one warte napiwku. Służący, który z nim rozmawiał, wysłuchał wszystkiego w kamiennym milczeniu, a potem zatrzasnął Tomaszkowi drzwi przed nosem. Po tej nauczce wrócił do piwiarni, postanowiwszy wyciągnąć odpowiednie wnioski.
     Jednak kilka dni później do karczmy przyszedł pewien człowiek (lecz nie tamten bogaty kupiec) i dał Tomaszkowi garść monet. Poinstruował go także, jak może zarobić więcej.
     Tomaszek myślał o tym teraz, wycierając stolik dla nowego gościa.
     – Właśnie dostałem coś specjalnego, panie Carter – powiedział. – Koniecznie powinien pan tego spróbować. To wspaniałe deseraedzkie czerwone ale. Uzyskiwane ze skarmelizowanego surowca, ma bogaty smak słodu z dominującą nutą goryczki. Głęboki, bursztynowy kolor, wysoka zawartość alkoholu i delikatny, owocowy posmak czynią z...
     – Podaj mi szklanicę Durka – przerwał mu Carter.
     – Już się robi.
     Kiedyś nieznajomy odwiedził Tomaszka ponownie. Zaznaczył, że nie wolno mu sprzedawać informacji nikomu innemu i oświadczył, że aby wyrównać straty, jakie Tomaszek poniesie z tego tytułu, będzie otrzymywał małe uposażenie. Ponieważ Tomaszek nie myślał nigdy o przekazywaniu informacji nikomu innemu, przystał na propozycję natychmiast. Przypuszczał oczywiście, że nie jest jedynym informatorem, a tylko małym trybikiem machiny, prawdopodobnie bardzo rozbudowanej sieci wywiadowczej, ale nie pytał, ani kto jeszcze się tym zajmuje, ani dla kogo pracuje. Zastanawianie się nad tym nie leżało w jego interesie. Nadstawiał uszu i ciułał brzęczące monety.
     Tomaszek zauważył, że barmanka stara się zwrócić na coś jego uwagę. Spojrzał w stronę, gdzie wskazywała. Jeden ze stolików na sali zajmowała właśnie Katarzyna Durace z towarzyszką. Tomaszek prowadził porządną karczmę – kobietom nie wolno było podchodzić do baru. Pospiesznie więc przebrał się w czysty fartuch i napełnił szklanice najlepszym ze sprowadzonych właśnie piw.
     – Jak dobrze panią znowu widzieć, lady Katarzyno – przywitał się, ustawiając szklanki na stole. – Poczęstunek z wyrazami uszanowania od firmy. Pozwól, pani, zaprezentować Zakonne Dark Special. Pochodzi z klasztoru illyrskiego, gdzie mnisi warzą go już od ponad dziewięciuset lat.
     Katarzyna dotknęła szklanki.
     – I wciąż jest zimne!
     – Mnisi potrafią robić niesamowite trunki. Jeśli lubisz dobre piwo, pani, jesteś wytrawnym znawcą, kobietą umiejącą docenić sztukę browarniczą i szukasz czegoś, co zadowoli twoje podniebienie, nie zawiedziesz się tym podwójnie palonym wybornym piwem illyrskim.
     Katarzyna obrzuciła go uważnym spojrzeniem swych ciemnozielonych oczu.
     – Brzmi doskonale, Tomaszku... Nazywasz się Tomaszek, prawda?
     – Tak – odparł karczmarz, niedorzecznie szczęśliwy, że zapamiętała jego imię.
     – Ale tak naprawdę, mam teraz ochotę na szklaneczkę Durka. Uśmiech Tomaszka zrzedł nieco.
     – Oczywiście, pani.
     – A ja proszę Durk Jasne Lekkie – powiedziała Rozalinda.
     – Już się robi – odparł Tomaszek, wzdychając w duchu. Przyniósł zamówione napoje, zabrał ze stołu wcześniejszy poczęstunek i stanąwszy przy barze, opróżnił jedną ze szklanek. Ucieszył się, gdy do baru podszedł jakiś klient.
     – Co tam pijesz? – zapytał nowo przybyły.
     – Zakonne Dark Special. Spróbuj – zaproponował Tomaszek, podając mu drugą szklankę. – Na koszt firmy – dodał, przyglądając się uważnie gościowi. Mężczyzna nie nosił szlifów, ale po kroju jego tuniki można było poznać, że prawdopodobnie jest wojskowym.
     – Chętnie, dziękuję. Całkiem niezłe.
     – Tak uważasz? Pewnie nie jesteś stąd?
     – Nie. Z Nemezji. Tutejsi twierdzili, że najlepsze piwo w Dalii to Durk, ale sam nie wiem. Jest jakieś takie wodniste.
     – Na długo zostajesz?
     – Jutro wracam do domu. Ale pewnie znów się zjawię przed końcem lata. I nie martw się, przyjadę z ludźmi, którzy wypiją wszystko.
     Tomaszek zastanowił się nad słowami przybysza. Teraz, kiedy w Dalii przebywało tylu ludzi z różnych krajów, obecność wojskowego z Nemezji nie wydawała się niczym dziwnym. Ale ten miał zamiar wrócić z innymi żołnierzami. Ta informacja mogła być warta kilku pensów.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-07-31 (1596 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej