Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Piąta pora roku
 
Katalog - dodano
 Lucyfer
- Jennifer L. Armentrout
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Prawo Caine'a'' - Matthew Woodring Stover



JEDEN CIENKI PLASTEREK WIECZNOŚCI
UMIŁOWANY PRZEZ BOGA



Bogowie istnieją poza okowami czasu. Kiedy zwracamy na
siebie Ich uwagę, muskają nas swoją mocą.

– Angvasse, lady Khlaylock,
463. Bojowniczka Khryla


W Moim Śnie, Umiłowany, wiesz, kim jestem.
Twoimi oczami patrzę, jak twoje odrętwiałe i potrzaskane dłonie drapią marmurowy stopień – dwa okaleczone pająki wykrwawiające się na matowe szkło. W twojej zakrwawionej brodzie i włosach tkwią drobinki torfu z mieszanki zapalającej, która trysnęła z poszarpanego kikuta szyi twojego nieodżałowanego druha Tyrkillda, gdy pozbawiłeś go głowy. Kiedy czołgasz się po schodach i docierasz do ich ostatniego spiralnie skręconego odcinka, prowadzącego do purificapeksu Wiecznotrwałego Bastionu Rycerzy Khryla, znów żałuję – tak jak zawsze żałowałem i zawsze będę żałował – że nie mogę cię zmusić, byś w tym miejscu spojrzał w bok. Nie robisz tego. Nigdy nie zrobiłeś i nigdy nie zrobisz. A jednak w Moim śnie obrzucasz wzrokiem bezkres rzezi będącej dziełem Naszej Ręki, i widzisz, że jest dobra.
Lodowaty śnieg z deszczem chłoszcze ci grzbiet. Znad piekielnego ognia unosi się smród spalonych włosów. Połamane żebra piłują ci przebite płuco, w tę i z powrotem. Pożar w kopalniach. Dym i mgła mieszają się nad ogarniętym pożogą miastem. Bitewny zgiełk dobiega z miejskich posiadłości. Krzyki w oddali. Tysiące cierpią, przejęte zgrozą. Dziesiątki tysięcy wkrótce będą cierpieć. Potem miliony, może nawet miliardy, ale tego już się nie dowiemy. Będą krzyczeć długo po tym, jak My rozpłyniemy się w wiecznej nicości. Po tym, jak Nas tam zabierzesz, Mój demonie błogosławionej łaski.
Mój aniele potępionych.
Śnię ten sen, mimo że wcale nie śpię. Śniłem go niegdyś, chociaż nie mam przeszłości, i będę śnił znowu, chociaż nie mam przyszłości. Śnię go wiecznie.
Śnię o tym, że znałeś prawdziwą wartość transakcji, którą zaproponowałeś. Że z własnej woli, wręcz z ochotą, zgodziłeś się zapłacić cenę Mojej Miłości. Że z radością ofiarowałeś wszystko, co robisz, oraz wszystko, co ci zrobiono. Jako dar. Prezent ślubny. Wiano.
Warto się tym delektować. Dobrze, że będziemy dzielić ze sobą wieczność.
Kończą się kamienne schody, wychodzisz na platynowy wierzchołek i stwierdzasz, że szczyt Wiecznotrwałego Bastionu jest skuty grubym na pół dłoni lodem. I kiedy inny człowiek ugiąłby się przed lodem gładkim jak szkło, przebitym płucem, strzaskaną ręką i skomplikowanym złamaniem nogi, ty sięgasz po sztylet (ten sam, za pomocą którego zakręciłeś opaskę uciskową na kolanie) i na wpół sprawną dłonią zaczynasz wyrąbywać w lodzie stopnie.
Tak oto u kresu czasu jesteś sobą, takim jak zawsze byłeś: gotów umrzeć, ale nie gotów się poddać.
Ta śmierć jest ci przeznaczona, Umiłowany. Stąd nie ma ucieczki, a po Naszym Spełnieniu twoje życie dobiegnie kresu. Nawet Ja nie mógłbym cię teraz ocalić, gdybym z jakiegoś powodu uznał, że twoje życie jest ważniejsze od Mojej śmierci.
Nie, Umiłowany. Nigdy. Czekałem na to tysiąc lat, a każda sekunda tysiąca Moich lat trwa dłużej niż istnieje wszechświat. To koniec. Teraz oddasz swoje życie, żeby odebrać Moje. Taka nasza prywatna umowa o wspólnym samobójstwie.
Moje nieskończone milenium skończy się w chwili skoku Naszego ukochanego.
Czuję jęzory ognia smagające twoje nerwy i wyczuwam strzępy dyscypliny, które nie są w stanie całkiem wypchnąć tego bólu z twojej świadomości. Czuję, jak tępy żar odmrożeń wgryza ci się w palce zdrowej nogi i złamanej ręki. Czuję uwodzicielski chłód lodu, po którym się wspinasz; czuję, jak chłodzi ci rozpalone nerwy, i czuję ogarniającą cię wszechpotężną ochotę, żeby się puścić, położyć, zasnąć i spadać przez wieczność...
Ale nie zrobisz tego. Nigdy tego nie robisz. Nigdy nie zrobiłeś, więc nigdy nie zrobisz.
Docierasz do platynowego ołtarza i usiłujesz wstać. Opierasz się o ołtarz, lecz z wysiłku robi ci się ciemno przed oczami. Osuwasz się bezradnie. To koniec nadziei. Nareszcie pokonany.
Ostatnim wysiłkiem woli wyciągasz rękę, chwytasz rękojeść tkwiącej w ołtarzu Przeklętej Klingi i rozpalasz jej moc. Pod twoim dotykiem Przeklęta Klinga znów staje się Mieczem Człowieka. Pierwsze spazmatyczne drgnienie twojej zmasakrowanej dłoni wyrwie go z platynowego grobowca. Wiecznotrwały Bastion runie w gruzy, które zniszczą Moje Ciało i twoje, przynosząc Nam kres, którego nic nie zdoła odczynić.
Po to cię właśnie stworzyłem, Umiłowany. Żebyś mnie uwolnił.
Po to cię tu przyzwałem, każąc ci śnić o Czarnych Nożach i morderstwie. Po to stworzyłem Dymny Łów i skierowałem jego głód przeciw niewinnym.
Po to zdjąłem cię z krzyża.
Zaciskasz dłoń na mieczu i chwila przeciąga się coraz bardziej, coraz bliższa nieskończoności. Dręczące przedłużenie wieczności. Czy zawsze tyle czekałeś ze zrobieniem tego, po co się urodziłeś? Za każdym razem to tyle trwa czy...?
Czy też – wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, wbrew brzemieniu rzeczywistości – jest to coś nowego?
I nagle, pierwszy raz od wieków, kaszlesz i odpluwasz krew z przebitego płuca. Szkarłat bryzga ci na bezużyteczne nogi. Dyszysz ciężko, gdy żebra haratają ci pierś, i wtedy... nie, to niemożliwe... wtedy...
– Wiem... wiem, czym jesteś... skurwielu. – Masz głos jak zardzewiały drut kolczasty, który przy każdym słowie szoruje ci po gardle. – Wiem, kim jesteś. Słyszysz mnie... gnoju? Rozumiesz mnie? Znam cię.
Znasz Mnie...? O, Umiłowany, to Mój sen niewyśniony! Ale... Nie, nie mówisz tak. Nic nie mówisz. Nigdy nie mówiłeś, więc nigdy nie powiesz.
Nie możesz.
– Nie wiem... czy mnie rozumiesz. Nie wiem, czy w ogóle... mnie słyszysz... yhh. Ale, do kurwy nędzy, masz mnie słuchać i chuj. Wiem, że nie jesteś po prostu... Bogiem Dymu. Wiem, że Panchasell Mithondionne Spętał Cię i uwięził w tym miejscu, i wiem po co to zrobił. Wiem, że wybrałeś mnie, żebym Cię uwolnił... i mam Ci coś do powiedzenia.
Gdybym oddychał, wstrzymałbym teraz oddech...
– Nie.
Co?
– Słyszałeś? Kumasz, co mówię? Powiedziałem: nie, kutafonie. Nie. Warunki... naszej umowy... wszechświat pełen bólu... nasz własny Show Caine’a... yhh... Nie było tam ani słowa o tym, że mam Cię... zabić. Nie w taki sposób. Ani w żaden inny.
To niemożliwe. To nie dzieje się naprawdę. Nie może się dziać. Nigdy się nie wydarzyło i nie wydarzy.
– Nie chodzi... o ludzi, którzy tu zginęli. O Prattów, T’Passe, Kierendal... Ani o tych, których zamordowałem: Khlaylocka, Tyrkillda... Nie w tym rzecz, że... palnąłem Angvasse prosto w ryj... odstrzeliłem jej łeb... mimo że chciała mi tylko... pomóc...
Dlaczego miałyby Mnie interesować powody, dla których postanowiłeś Mi się sprzeciwić? Jak możesz się łudzić, że masz jakiś wybór?
– Chodzi o... – Kręcisz głową. Łzy płyną ci spod zaciśniętych powiek. – Wszystko naraz. O cały świat. O tę niewolnicę z hrabstwa Faltane... która zginęła w pożarze...
Rozkazuję Ci: dobądź Miecza. Oddaj życie, by otworzyć więzienie, które jest Moim Ciałem. Teraz i na wieki, niech się dzieje Wola Moja.
To wbrew rozumowi, ale zamiast poczuć, jak zaciskasz dłoń na rękojeści i wyciągasz Miecz, czuję, jak szczerzysz słone od krwi zęby.
– Poczułem to... – mruczysz. – Czyli jednak słuchasz. Hmm...
To dobrze.
Dzieje się rzecz niemożliwa: siła znów napływa do twoich potrzaskanych członków, wspierasz się na Mieczu, podciągasz się i wstajesz, balansując na zdrowej nodze.
– Pirichanthe, na twe Imię, zaklinam Cię: usłysz mnie. Pirichanthe, na twe Imię, zaklinam Cię po dwakroć: zrozum mnie. Pirichanthe, na twe Imię, zaklinam Cię po trzykroć: uwierz mi.
Dyszysz, kaszlesz, plujesz obficie krwią, którą unosi burzowy wiatr. Twój głos brzmi jak szept, ale słyszę go, rozumiem i wierzę...
– Chcesz, żebym dobył tego Miecza i odesłał cię z powrotem w pizdu, do jakiegoś przeklętego nie-miejsca w Zewnętrzu, tak? W porządku. Mogę cię zabić. Z przyjemnością. Ale ja jestem zawodowcem, pierdolcu. Mnie się za to płaci.
Płaci...
Twoja dłoń spoczywa na Mieczu, który ma nas Spętać w wiecznej teraźniejszości. Szczerząc okrwawione zęby w wilczym uśmiechu, zadzierasz głowę i patrzysz w płonące niebo.
– Dogadajmy się.


WSTĘP
LĘK, KTÓRY OKREŚLA



Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak wiele będzie cię
kosztowało życie, które wybrałeś.

– Deliann Mithondionne,
Drugi Cesarz Ankhany,
Trzeci Patriarcha Kościoła elKothańskiego,
Ostrze Tyshalle’a


Simon Faller po raz setny poprawił krawat. Wszystkie kołnierzyki, które miał, zrobiły się na niego za duże i zakładając krawat, musiał dążyć do kompromisu między kołnierzykiem rozchełstanym jak u pijaka i ściśniętym ciasno jak u Tymczasowego w garniturze z ciuchlandu. Skrzywił się i spojrzał na lustrzany ekran palmpada; odbicie skrzywiło się w odpowiedzi. Pod oczami miał sińce czarne jak zakrzepła krew. Zza uszu sterczały mu smętne resztki włosów. Poszarzałe wargi dopasowały się kolorem do garnituru. Kiedy przesuwane drzwi, przy których stał, otworzyły się niespodziewanie, wzdrygnął się i o mały włos nie upuścił palmpada.
Asystentka była trzy razy młodsza od niego.
– Pracowniku? Dyrektor pana przyjmie.
Faller wsadził palmpad pod pachę i w ślad za asystentką pokonał trzy zewnętrzne warstwy dyrektorskiego biura. Gabinet nowego dyrektora nie był specjalnie imponujący, podobnie jak sam dyrektor, niski nerwus z permanentnym marsem na czole; w tej akurat chwili zatroskane oblicze zwrócił ku wbudowanemu w biurko wyświetlaczowi. Nie podnosząc wzroku, spławił gestem asystentkę, która ulotniła się dyskretnie.
– Pracowniku Faller... Proszę się nie fatygować i nie siadać. Faller darował sobie uwagę, że dyrektor zajmuje jedyne krzesło w pokoju.
– Jak pan sobie życzy, Administratorze. Dziękuję, że tak szybko zgodził się pan ze mną spotkać.
– Proszę sobie też darować pochlebstwa. – Mars na czole zwrócił się ku Fallerowi. – Jest pan Pracownikiem z urodzenia, jak mniemam.
– Ja... ehm... znaczy, tak. Tak, proszę pana.
– Pochodzę z rodziny Rzemieślników z ponadstuletnią tradycją. Jestem pierwszym jej członkiem, który awansował do kasty Pracowników, i jedynym wyniesionym do godności Administratora. Zazwyczaj cenię sobie służalczość poddanych nie mniej niż inni Administratorzy, ale to nie jest zwyczajny dzień.
– W rzeczy samej, proszę pana. Dlatego właśnie poprosiłem o spotkanie. – Faller oblizał wargi i wystawił palmpad przed siebie jak kelner tacę. – To jest... To znaczy, widział pan to? To, co mam mu pokazać?
– Naturalnie.
– Panie Administratorze, proszę mnie zrozumieć... To go nie przekona. Ani nie przestraszy. Jest to dokładne przeciwieństwo tego...
– Dosłownie przed chwilą zakończyłem rozmowę z Radą Zarządców, w której przedstawiłem taki właśnie argument. Rzecz w tym, że ich nie interesują nasze argumenty ani nasza opinia. Żądają posłuszeństwa, więc im je okażemy.
– Panie Administratorze... – Drugi raz w ciągu pięciu minut Faller prawie wypuścił palmpad z rąk. Położył go na biurku dyrektora i cofnął się. – Nie wiem, czy dam radę to zrobić.
– Jestem pewien, że tak.
– Ale... proszę, panie Administratorze. Myślałem, że go pan zna. Nie mogę grozić jego rodzinie... Wie pan, co się dzieje z ludźmi, którzy grożą jego bliskim?
– Nie będzie pan groził jego bliskim. Ja zresztą również nie. Mamy mu tylko przekazać konkretną informację w konkretny sposób.
– To jakieś... – Faller zamierzał parsknąć śmiechem, ale zamiast tego z jego gardła dobyło się rozpaczliwie beczenie. – Sądzi pan, że on zwróci uwagę na to subtelne rozróżnienie?
– Pan się boi.
– Oczywiście, że się boję! Nie oglądał pan nagrania z pożaru w domu Marca Vilo? Nie widział pan Z miłości do Pallas Ril?!
Dyrektor podniósł rękę, jakby zamierzał rozmasować sobie obolałą głowę, ale dłoń mu lekko zadrżała i tylko starł warstewkę potu perlącego się na czole. Długą chwilę siedział z zamkniętymi oczami i głową wspartą na spoconej dłoni, zanim nieoczekiwanie westchnął i wstał.
– Pracowniku Faller, analiza, którą za chwilę panu przedstawię, opiera się wyłącznie na moich domysłach, niczym więcej. Mimo to, jeśli postanowi ją pan komukolwiek lub czemukolwiek powtórzyć, nie tylko się jej wyprę, ale dopilnuję, żeby został pan zdegradowany do niższej kasty za zniesławienie firmy. Zrozumiał pan?
– Ehm... ja... tak, panie Administratorze. Zrozumiałem. Dyrektor wyszedł zza biurka i przysiadł niezobowiązująco na jego przednim narożniku.
– Byłem portierem i dorabiałem jako asystent pielęgniarza na pół etatu w szpitalu St. Luke’s Ecumenical w Chicago, kiedy Arturo Kollberg został jego dyrektorem. Umiałem zwrócić na siebie jego uwagę; starałem się być mu przydatny i pomocny w każdy możliwy sposób, o którym chociażby napomknął. Okazałem się na tyle użyteczny, że kiedy Studio go zatrudniło, zabrał mnie ze sobą i zasponsorował mi awans do kasty Pracowników, żebym mógł zostać jego osobistym sekretarzem, które to stanowisko piastowałem przez ponad dziesięć lat. Po tym, jak Przewodniczący Kollberg przeszedł załamanie psychiczne, w tym samym charakterze służyłem nowemu Przewodniczącemu, Pracownikowi Hariemu Michaelsonowi. Ponieważ zdaniem Rady Zarządców Przewodniczący Michaelson był człowiekiem nieodpowiedzialnym i potencjalnym zdrajcą, zażądano ode mnie regularnych sprawozdań z jego działalności. Moja gorliwość w wykonywaniu rozkazów Rady doprowadziła do sytuacji, w której znalazłem się dosłownie tak blisko... – W tym miejscu Dyrektor przysunął dłoń do twarzy Fallera, aż ten ostatni wyraźnie poczuł bijącą od niej woń potu. – Powtarzam: znalazłem się tak blisko twarzy Hariego Michaelsona, że mogłem mu policzyć włoski w nosie, kiedy on poradził mi, żebym przypomniał Radzie, że w gruncie rzeczy zna się tylko na jednym: na zabijaniu ludzi gołymi rękami.
Faller cofnął się o krok. Sam też kilka razy znalazł się tak blisko Hariego Michaelsona.
– I co pan zrobił?
– Spełniłem swój obowiązek – wycedził Dyrektor przez zęby. – Tak jak zawsze to robię. I tak jak pan to zrobi.
Dopiero teraz Faller zwrócił uwagę, że dyrektor ma pod oczami sińce niewiele jaśniejsze niż on sam, a jego chiton i chlamida są przepocone pod pachami.
Dyrektor wstał i podszedł do okna.
– Jesteśmy na niego przygotowani – powiedział. – Najlepiej jak to możliwe.
Faller stanął obok niego. Jałowe pustkowie wokół gmachu jeżyło się stanowiskami artyleryjskimi, bunkrami i różnego rodzaju fortyfikacjami. Daleko na twardym, granatowym niebie pięć gwiazd zabłysło srebrno, schodząc łukiem w stronę lądowiska na dachu. Faller z trudem przełknął ślinę; wyschnięte na wiór gardło nie chciało się otworzyć.
Część działek przeciwlotniczych cały czas namierzała spadające gwiazdy, reszta trzymała się predefiniowanych wektorów ostrzału. Cztery z tych gwiazd były najnowocześniejszymi pancernymi samochodami antyzamieszkowymi, których ciężkie uzbrojenie mogło poważnie nadkruszyć otaczające gmach umocnienia. Piątą gwiazdą, która poruszała się w środku szyku, była specjalnie zmodyfikowana więźniarka.
A wszystko to dla jednego człowieka, który na dodatek był nieprzytomny.
– Pan wybaczy, Administratorze, ale mam przeczucie, że nawet gdybyśmy zebrali tu całe wojsko dostępne na naszej planecie, na niewiele by się to zdało. Sprowadziliśmy go tutaj, do nas. Do środka.
– Wojsko nie ma nas przed nim chronić – odparł dyrektor głosem beznamiętnym jak granitowy nagrobek. – Ma mu uniemożliwić ucieczkę.
Faller wybałuszył oczy.
– Ale to...
– Wydaje mi się, że znalazł się pan tutaj z tego samego powodu, co ja. Rzecz nie w tym, że jakoś szczególnie dobrze go znamy; założę się, że istnieją tysiące, jeśli nie miliony jego wielbicieli, badaczy i historyków, którzy znają go lepiej, niż my obaj kiedykolwiek moglibyśmy poznać. Podejrzewam, że ściągnięto nas tutaj, ponieważ to on zna nas. – Dyrektor odwrócił się do Fallera. Jego spojrzenie złagodniało od nieoczekiwanego współczucia. – Zna nas i nas nie lubi. Tępa zgroza ścisnęła Fallera za gardło.
– Czyli ta... – Zakaszlał i omdlewającym gestem skinął na palmpad.
– Ta informacja, którą Rada... kazała nam...
– Tak. Domyślają się, że jeśli zdoła się uwolnić, to kogoś zabije, i to najprawdopodobniej więcej niż jedną osobę – odparł bez ogródek dyrektor. – Ta... informacja będzie mu się kojarzyła z naszymi twarzami, a ja osobiście mam wrażenie, że taki właśnie jest plan Rady.
Mają nadzieję, że dopóki będzie próbował zabić nas, im da spokój.
– No to... Jak niby mamy...?
– Co to za skamlenie, Pracowniku? Był pan Aktorem. Wie pan, jak to działa. – Dyrektor Keller rozłożył ręce. – Zwyciężaj albo giń.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-04-11 (822 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej