Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Więzy Krwi
 
Katalog - dodano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Nemezis
- James Swallow
 Pęknięta korona
- Grzegorz Wielgus
 Szablon
- Agnieszka Sudomir
 Czerwona opcja
- Siergiej Niedorub
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Narodziny Wybrańca''

Autor: Michał Święch


Krzyk. Huk. Ból i ciemność. Widzę las i postacie. Wszędzie jest mgła. Dwanaście cieni. Ból w skroni i powtarzające się uderzenia. Jęk i krzyk. Widzę kogoś. Jest pochylony nade mną. Wokół pełno dymu.
- Żyjesss…! - zagłuszenie. Pisk w uszach. Pocisk z całym impetem uderzył w mur rozbijając cztery flanki zamku. Zamku, który miał stać wieki i chronić północne wzgórza przed agresją Wielkiego Maga.
- Żyjesz?!
- Wstawaj! Zaraz brama legnie w gruzach. Musimy się dostać na tamtą basztę. Chyba nie masz zamiaru dalej spać?– rzekł zdenerwowany człowiek. Miał na sobie płytową, w pół rozwaloną zbroję i złote naramienniki. Spod hełmu, na którym widniały dwa białe pióra, wystawały brązowe kosmyki włosów.
-Co … Co to za zamek? Kim ty w ogóle jesteś?
- Twierdza Thetrion. Jestem Kaew, ale to teraz nie ważne! Gobliny atakują bramę. Naprawdę nic nie pamiętasz? – zapytał Kaew.
- Boli mnie głowa. Co mam robić?! – zapytał nowy.
- Łap miecz! – Klinga miecza obróciła się w powietrzu trzy razy i trafiła wprost w ręce nowego, który instynktownie zadał cios wyskakującemu nad nim zza muru goblinowi. Ostrze miecza trafiło w szyję rozcinając na wylot tętnicę zielonego stwora. Krew rozpryskała się na wszystkie strony oślepiając na chwilę wszystkich walczących obok.
- Chyba dobrą stronę tego konfliktu wybrałem. Przynajmniej wiemy, że umiesz zabijać, a bez tego tu nie przeżyjesz. – rzekł uśmiechnięty Kaew, który przed chwilą zrzucił z murów drabinę z pięcioma wrogami, dodając przy tym „Co tam na dole!?”.
- To ich chyba na chwilę zatrzyma. – rzekł nowy.
- Chyba żartujesz. Wstają jeszcze szybciej niż spadli. Ciężkie to sztuki. Wbij takiemu coś w łeb, a ten wstanie i cię jeszcze użre.
- Uważaj! – krzyknął Kaew.
Nowy w pełnym biegu zwalił zielonego stwora z muru kopniakiem i z całym impetem ciął drugiego w potylicę. Trzeci dostał z łokcia od Kaewa i spadł z drabiny, zwalając przy tym swoich braci , z którymi jeszcze wczoraj grał w Krokera.
Uderzenia taranu stawały się coraz cięższe, a brama zaczęła pękać.
- Nowy przechodzimy na drugą część murów. Ludzie za mną. Zaraz wyważą bramę, nie odeprzemy ich tu. Musimy się dowiedzieć jakie są rozkazy. – rzekł Kaew.
Czternaście osób ruszyło po schodach na drugi poziom murów. W powietrzu świstały strzały i kule z katapult. Skały staczały się w dół zostawiając za sobą ruiny poszarpanych flanek. Przed nimi widniały dwie baszty. Zbudował i skonstruował je doktor Matrew. Twierdził, że żadna siła ich nie zburzy. Niestety nie doczekał tych czasów, ciężkich czasów.
- Idźcie tędy! Rozstawić się na murach. Jeden za drugim. Nie pchać się! My idziemy po rozkazy! Nowy za mną! Na basztę! – rzekł Kaew.
Ruszyli we dwoje po schodach. Wnętrze przypominało poszarpaną jaskinię. Światło dawały tylko otwory wyrzeźbione przez pociski katapult. Z baszty był piękny i rozległy widok na pole walki. Na pierwszym poziomie murów w mgnieniu oka zaroiło się od zielonych stworków. Przed twierdzą stała wielka armia ciągnąca się od murów po horyzont. Wszystkich jeśli dobrze policzył Kaew było około dziesięciu tysięcy. Składała się ona z goblinów, czarnych widm, orków i maszyn oblężniczych.
- Kto tu rządzi? – zapytał nowy.
- Nikt. Znaczy się, to jest zamek króla Darewa, który teraz ucieka. – odpowiedział Kaew jednocześnie unikając strzały z łuku, która świsnęła mu po hełmie.
-Kurwa! A jeszcze wczoraj myślałem o ubezpieczeniu na życie. Stary Frank dobrze mówił, że długo tu nie zabawimy.
- Mówiłeś coś o rozkazach? Musi ktoś dowodzić! – zapytał zdenerwowany nowy.
- Nikt. Nie denerwuj się. Każdy walczy sam lub w grupach. Ogólnie jeden wielki burdel. Szczerze to nikt nam nie kazał tego zamku bronić, ale my mamy już dość bo nasi królowie się ciągle cofają. Zawsze mówiłem, że nie ma to jak cesarstwo, a ci narobili księstewek to teraz mają.
Drugi poziom murów był już gotowy do odparcia przeciwnika, który ani myślał czekać. Wśród szeregów wroga rozgorzał dziki wrzask i podniecenie. Jazda składająca się z czarnych ciężko uzbrojonych koni i jeźdźców w postaci ciemnych zjaw przemknęła przez armie goblinów, rozpływając się niczym mgła i znikając za horyzontem.
- Dają jakiś znak! O kurwa! Trebeusze! Na drugi koniec baszty! Już za późno by schodzić! – krzyknął Kaew.
Wszyscy padli na ziemię, zakrywając głowy rękoma. W powietrzu zaroiło się od pocisków lecących prosto w zamek. Skały waliły się jedna za drugą, obijając i krusząc twierdze niczym podmuch wiatru zwala domek z kart, zaślinionemu dziecku orka. Podłoże baszty trzęsło się i podrzucało leżących na nim ludzi i nieludzi. Podziurawiona baszta pokryła się dymem, lecz jeszcze stała.
- Ło ho ho ho! Pierdykło aż miło. Orkowie nie próżnują. Uruchomili trebeusze. Szkoda, że nie ma tu króla. Dopiero robiłby w gacie, hehe. – krzyknął z podnieceniem Kaew.
- Co to są Orkowie? – zapytał nowy.
- To jeden pieron co gobliny, tylko większy. Na murach ich nie spotkasz są za ciężcy.
Huk. Wszyscy zanim zdążyli wstać runęli z powrotem na ziemię. Gdy wstali, zrozumieli co się stało. Prawa baszta nie wytrzymała naporu i zaczęła się osuwać. Spadła na pierwszy poziom murów, otwierając drogę wrogowi. Z dymu wyłoniły się postacie z drabinami.
- Zaczyna się. Nie ma to jak spaść z muru. Gdybym był pod rządami Wielkiego Maga nie chciałbym robić za drabiniarza.- stwierdził Kaew ocierając pot z czoła.
- Kim jest Wielki Mag? – zapytał nowy.
- To jeden pieron tylko najw…, yyy. Nie pamiętasz. Skąd tyś się urwał? Musiałeś nieźle dostać w łeb. Niedługo wszystkiego się dowiesz. Chodźmy jest robota na murach. Głowa nisko, drabiny są osłaniane przez kuszników– rzekł Kaew.
Zeszli z ledwie stojącej baszty po schodach na północno-wschodnią część murów, która była już wypełniona przez obrońców Thetrionu. Ranni byli przenoszeni do miasta. Na murach panował chaos. Krasnoludy zniecierpliwieni klnęli i pluli. Ludzie ostrzyli oręża i przygotowywali się do walki. Shani modlili się, wznosząc błagalnie ręce do nieba i mamrocząc coś pod nosem. Zamek składał się z pięciu poziomów murów. Między pierwszym, a drugim nie było nic. Za drugim były farmy i opustoszałe miasto. Dalej widniał pałac króla Darewa , otoczony grubymi murami i wyposażony w most zwodzony. Król właśnie wychodził pod eskortą z jaskiń kierując się w stronę statku. Całość budowli znajdowała się w klinie między skałami. Dobra pozycja zamku dawała nadzieję jego obrońcom.
- Żołnierze nie poddawajcie się! Na murach mamy przewagę! Pamiętajcie walczymy o wolność! Nie damy się ciemnym mocom tak jak nasi omamieni królowie…
Jeden z krasnoludów gładząc swoją czerwoną brodę przemawiał do ludu. Na głowie miał hełm, a w prawej ręce wielki młot. Wyposażenia dopełniała kolczuga i buty z ostrymi zakończeniami, którymi nie jeden dostał w krocze.
- Chargav złaź z tego kamienia i tak cię nikt nie słucha! Dość się nasłuchałem tych przemów w Mirtiorze, hehe.– rzekł roześmiany Kaew zachodząc krasnoluda od tyłu.
- Kaew! Ty stary byku! Dawaj pyska!
- Co tu robisz stary druhu?- zapytał Kaew.
- Walczę za moje miasto. W Mirtiorze nieźle daliśmy im popalić. Szkoda, że trzeba było uciekać. Lata minęły od kąd opuściłeś naszą drużynę. Kiedy to było? Chyba w lutym dwudziestego szóstego roku, gdy upadł Kirtion. Miałeś szczęście. Patrz co masz na głowie.
Kaew ściągnął hełm, w którego wbite były dwie strzały. Pochodziły one z twierdzy Mirtior, która słynęła z wyrobów oręża. Krasnoludy były mistrzami w tej sztuce. Niestety twierdza została podbita jako jedna z pierwszych od chwili pojawienia się na południu Wielkiego Maga, a było to w roku 1224.
- To są strzały zrobione w Mirtiorze. Wszędzie poznam te wykończenia. Masz szczęście, że nie przebiły się do skóry. – rzekł Chargav.
- E tam, byłoby małe draśnięcie.
- Wiecie dlaczego nasze bronie słynęły z skuteczności? Bo do każdej strzały dodawaliśmy truciznę. Masz szczęście, że żyjesz. Od oblężenia w Mirtiorze w roku 1225 minęły dwa lata, a dalej walczą naszym orężem. Nie ma lepszego uczucia niż dostać w głowę własną strzałą.
- Znam ten bólu, bez głowy nie powalczysz. To tak jakbyś po pijanemu wsiadał na konia. Za pierona nie wejdziesz na siodło. Kiedyś próbowałem. – rzekł skupiony Kaew, próbując przypomnieć sobie jak to było.
- Może przedstawisz mi swojego kompana? – zapytał brodaty.
- Tak, oczywiście. To jest .. yyy, no więc. Nie wie kim jest? Chyba dostał czymś w łeb.- odpowiedział zakłopotany Kaew.
- Coraz więcej tu takich. Wyglądasz na zaufanego człowieka. Jestem Chargav Tyun z Mirtioru. – powiedział krasnolud podając dłoń nowemu.
- Mów na mnie nowy dopóki nie przypomnę sobie imienia.
- Wiem! Pamiętasz jak uciekając z Mirtioru rozwaliliśmy ich zwiad pod Kamiennym Lasem. Było ich ze trzydziestu. Nieźle popiliśmy później w karczmie u Starej Wdowy.- rzekł Kaew.
- A no pamiętam. Opowiadaliśmy, że było ich trzystu. Potem nawet przeczytałem w kronice klasztoru zapis o bitwie pod Kamiennym Lasem, której bohaterami byli człowiek z północy i krasnolud. Chyba w tej karczmie słuchał nas jakiś pijany braciszek. Czemu pytasz? –zapytał uśmiechnięty Chargav.
- Chyba wtedy próbowałem wchodzić po pijanemu na konia.- stwierdził Kaew spoglądając na krasnoluda, który oddawał się oczyszczaniu organizmu ze zbędnych substancji wodnych prosto za mur.
Na murach pojawiły się drabiny. Wokół panowała bezwzględna cisza. Wszyscy chwycili za broń i wyczekiwali co się stanie. W jednej chwili na murach pojawiło się kilkanaście stworów.
Chargav podniósł srebrny młot. Wziął zamach i uderzył. Zmiatając z powierzchni ziemi trzech wrogów naraz. Nowy osłonił Kaewa. Następnie odepchnął goblina i zadał szybki cios w nogi. Stwór zwalił się na kolana i dostał prosto w twarz. Kaew przeskakując z nogi na nogę niczym zwinny jaszczur, zadawał ciosy kładąc kolejnych przeciwników na ziemię. Wokół rozgorzała walka. Krasnale wymachiwali swoimi wielkimi młotami, shani wymawiali zaklęcia, a ludzie klnęli i cięli mieczami. Zielone postacie leżały we krwi ludzi, a ludzie w zielonej krwi goblinów. Kaew i nowy z wielką trudnością stawiali opór coraz to większej ilości przeciwników. Po dobiciu paru niedobitków podeszli pod zmęczonego Chargava, który poprawiał swoją długą czerwoną brodę.
- Żyjesz? Pierwszy atak chyba odparliśmy. Ciężko było. Jest ich o wiele więcej. W pewnym momencie nie mogłem tchu złapać jak zaczęły mnie obłazić. – rzekł zdyszany Kaew głośno sapiąc.
- Ej ty tam przelicz ludzi! Mało nas zostało. Obawiam się, że będziemy musieli zabarykadować się w twierdzy króla Daewa. Jej mury są głęboko zakorzenione w skale. No i jest oczywiście most zwodzony. To by nam dało trochę czasu zanim rozłożyli by kładkę. W razie niebezpieczeństwa możemy uciec jaskiniami ku morzu lecz co dalej? – stwierdził krasnolud.
- Panie! Biada nam! Miasto płonie! Zostało nas po tej stronie siedemdziesięciu czterech ludzi i nieludzi. Posłaniec powiedział, że na drugiej stronie jest około trzydziestu. Obawiam się, że bez naszej pomocy nie utrzymają tamtego odcinka muru. Ranni są przenoszeni z płonącego miasta do twierdzy. – rzekł przerażony shan, dając do zrozumienia, że już wszystko stracone.
- Musimy zdecydować jak najszybciej. Jeśli nie pomożemy tamtym to wróg nas okrąży, a jeśli pomożemy to potem możemy się nie przebić do twierdzy przez płomienie.
- Uratujemy ich. Musimy zawalić tę basztę na mury, aby odcięła tą drogę przeciwnikowi. Potem będziemy odpierać drugi atak na tamtych murach jak najdłużej, aby wszyscy ludzie i ranni dostali się do twierdzy. – rzekł nowy.
- To się może udać. W mieście jest trebeusz. Tamta część murów jest bardzo wąska i ciasna. Jeśli nie damy się przytłoczyć do skał to myślę, że damy radę. Po wszystkim sprawdzimy kondycję. Gdy zostawimy mury będą nas gonić przez płomienie w mieście. Musimy zdążyć zanim nasi złożą most zwodzony .– rzekł podniecony Kaew.
- Idziemy! Ty, ty i ty idziecie z nami. Reszta pomóc znosić rannych do twierdzy i przygotować jej obronę! – krzyknął Chargav wskazując na najmężniejszych wojowników. Byli wśród nich krasnolud Reytan przyjaciel Chargava, shan o imieniu Frank, który z kolei był przyjacielem Kaewa. Trzecim wojownikiem był Nank wielki czarny człowiek o muskularnej budowie. Znany był również jako nożownik. Był małomówny, ale gdy dochodziło do walki potrafił jednym rzutem sztyletu zabić trzech wrogów naraz. Reytan miał na sobie ciemną zbroję i hełm, na którym widniał złoty znak północnych kopalni. A były to młot i kilof otoczone trzema gwiazdami. Każda z nich symbolizowała trzy twierdze krasnoludów leżące w Kamiennym Lesie: Mirtior, Kirtion i Lirtiom. Ruszyli biegiem po poszarpanych schodach do miasta. Słońce już zaszło, na niebie zaczęły pojawiać się gwiazdy, a może kule ognia lecące prosto w zabudowania. Wszystko stało w ogniu. Kompania z coraz to większym trudem mijała płomienie. Budynki zawalały się i taranowały uliczki.
- Tędy! Trebeusz będzie po południowo wschodniej części miasta! – krzyknął Kaew.
- W prawo! Uwaga! – z budynku buchnął wielki ogień. Nowy zaczął się palić. Tarzał i rzucał się krzycząc. Nank chwycił go i zdjął z niego palące się ubrania.
- Żyjesz? – zapytał Reytan.
- Tak, ale strasznie piecze. Chodźmy bo nie zdążymy. – powiedział wstając i masując się w oparzone miejsce.
Dogonili Kaewa i Chargava przed chwiejącym się ratuszem. Z trudem można było dostrzec jego złote zdobienia. Flaga króla Darewa umieszczona na szczycie budynku falując paliła się rozświetlając ciemność nocy. Po drodze mijali wielu uciekinierów. Jedni kierowali się z nadzieją do twierdzy, a inni biegli ku jaskiniom w stronę morza.
- Dobra, jak wejdziemy wszyscy to na pewno się zawali, a obejść się nie da. Nie przebijemy się przez ten ogień. – stwierdził Chargav.
- Ja i nowy idziemy zawalić basztę, a wy pomóżcie tamtym jak najdłużej się da. – rzekł Kaew.
- Dobrze. Tylko się pospieszcie, nie wiem jak długo się utrzymamy. Gdyby coś nie wypaliło to idźcie do twierdzy. – powiedział krasnolud.
- Jak zobaczycie, że baszta się wali to znaczy, że niedługo będziemy. Powodzenia!
Chargav, Frank, Nank i Reytan ruszyli wśród blasku ognia przez ruiny dziedzińca, zaś Kaew i nowy weszli do ratusza.
- Jaki burdel! Powoli! – krzyknął Kaew.
Gdy weszli do środka zobaczyli rozżarzone, palące się ściany. Wnętrze budowli przypominało gardziel smoka, który zbierał ogień, aby za chwilę wypuścić go na zewnątrz. Płomyki ognia przesuwały się ze stołu na bogato zdobione krzesła i z powrotem. Schody na poddasze ledwie wisiały, osuwając się coraz niżej. Przeszli do największego pokoju lekko stąpając po rozbitych szklankach. Na podłodze leżały naczynia i kufle. Ze ścian pospadały obrazy i wiszące sztućce.
- Tam są tylne drzwi. Idziemy. – rzekł Kaew.
- Kto to?- zapytał nowy wpatrując się w obraz, na którym widniał król Darew siedzący dostojnie na tronie i podpisujący dokument o zwiększeniu podatku wszystkim nieludziom mieszkającym na północnym wzgórzu.
- To ten sukinsyn! Niech spróbuje potem wrócić do tej twierdzy to go zabije.
- Wali się! – krzyknął nowy.
- Ruchy do drzwi.
Strop zaczął zapadać się w miejscu, w którym stali. Przywalił króla Darewa i posuwał się coraz dalej, aż do drzwi, którymi w ostatniej chwili wybiegli.
- Ło! Ledwie! Już mi się o plecy ocierał. – powiedział zdyszany Kaew uśmiechając się do nowego.
Ratusz wyglądał jak reszta miasta, niczym cmentarz osadzony w środku piekła. Ogień palił się jeszcze w budynkach tuż przy murach i na drodze ku zamkowi. Tamtejsze domy były osłonięte skałami, więc żaden pocisk ich nie zniszczył. Na niebie nie było już widać ognistych kul i strzał wroga, który przygotowywał się do ostatecznego ataku. Stojąc po północnej stronie miasta bez problemu widać było mury. Księżyc był w pełni , co według shanów oznaczało, że bogowie wybrali światłość. Pradawny obyczaj nakazywał im o trzeciej w nocy pomodlić się leżąc na ziemi, nie zważając na okoliczności.
- Tam jest trebeusz. Chyba nie zniszczony.- powiedział nowy.
- Dawaj wtaczamy kule. Przywiąż to, a to chyba trzeba naciągnąć. Pieron wie jak! Może wystrzeli. Dobra, dawaj w stronę baszty. Nie, nie, za bardzo! Trochę w lewo. Stój! Gra! Odpalamy! – krzyknął Kaew.
Huk. Kula rąbnęła z wielką siłą w basztę i zachwiała nią.
- Słyszysz? Co to? – zapytał nowy.
- Dawaj drugą. Szybko! Orkowie ryczą. Musimy się pospieszyć. Nasi już pewnie odpierają atak. – odpowiedział Kaew, ładując następną kulę.
- Oby się udało. Gotowe. Strzał!
Huk i pisk. Trebeusz odskoczył do góry. Druga kula walnęła w trzon baszty i zwaliła ją prosto na mur. Wokół pojawiło się pełno dymu, który spływał na szczątki miasta niczym woda spadająca z wodospadu.
- Ło ho ho ho! Piękny strzał. Idziemy! Biegiem! Za ojczyznę i cały świat! Na mury! – krzyknął Kaew, myśląc o swoich towarzyszach. Oby Chargav sobie poradził. Trzymajcie się przyjaciele już idziemy z odsieczą.
Na pewno was uratujemy. Damy radę. Kto jak nie my? Chcę wiedzieć kim jestem.– powtarzał ściszonym głosem nowy. Obaj biegli ile sił w nogach.




* * *



Dwie wieże oblężnicze zbliżały się do murów. Na każdej z nich roiło się od dzikich orków, reszta około trzech tysięcy czekała obok wieży. Większa część armii ciemności pewna swojego zwycięstwa wycofała się do głównego obozu przed północne wzgórza. Niewolnicy pchali z coraz większym trudem. Baty goblinów raniły ich w plecy zostawiając za sobą krwiste rany. Wielu z nich upadało na ziemię konając ze zmęczenia. Żaden z orków nie z chodził z schodów wieży, aby im ulżyć. Wola niesienia śmierci zwyciężała w ich głowach, które były zatrute i poddane woli Wielkiego Maga.
- Trzymać szyk! Wszyscy blisko! Ma nie być żadnej dziury! Tylko tędy dostaną się dalej, a my ich powstrzymamy. Bez względu na to co wyjdzie z tej wieży nie ugniemy się. Co z tego, że jest ich trzy tysiące. Światłość zwycięży! W imię Krasnali, Elfów, Shanów, Ludzi i wszystkich wolnych istot tego świata. Do broni! – rzekł Chargav. Obok niego stał Nank i Reytan oraz trzydziestu pięciu ludzi i nieludzi. Jedni byli zwykłymi wieśniakami mającymi żony i dzieci, inni piekarzami, a jeszcze inni stolarzami. Lecz to kim są nie ma znaczenia, wszyscy przyszli tu walczyć o wolność.
- Ludzie! Nasi rozwalili lewą basztę. Teraz przejdą tylko tędy. Chargav baszta runęła szykujmy się. Zaraz tu będzie Kaew z nowym.
- Do tego czasu musimy się utrzymać. – rzekł krasnolud.
- Ej ty trzymaj ten łuk! Jak się wieża otworzy to strzelaj. – rzekł Reytan, podając jednemu z ludzi elfi łuk, który był bardzo pięknie zdobiony. Jego cięciwa była wykonana z włosów elfa. Reytan dostał go na targu w Lirtiom od znanego kupca, którego eskortował przez Kamienny Las wraz z Chargavem.
- Panie, ale ja nie jestem łucznikiem. Ja pracuje w polu. Jak mam kogoś zarżnąć to tylko widłami lub motyką. – odpowiedział człowiek.
- Chargav? Jak chcesz tu przetrwać z ludźmi z widłami!?
- Ścisnąć się! Tarczami osłaniać ramię towarzysza. Boki przyciskają przeciwnika, a środek wykańcza. – krzyczał Chargav, ignorując Reytana. Jego broda kołysała się na wietrze. Twarz miał skupioną i gotową na wszystko. Brwi ścieśniały się nad dużymi niebieskimi oczyma. Wściekłość wypełniła jego umysł i wykrzyczał z całych sił - Ale będzie wojna! Rzeźnia normalnie!
Wieża oblężnicza zatrzymała się przy samym murze i otwarła kładkę. Ze środka wydobyło się dzikie ryczenie. W jednym momencie wybiegło z niej jak z mrowiska pełno orków. Ich liczebność była miażdżąca. Trzymali w łapach miecze, halabardy, topory, łańcuchy i inne niosące śmierć oręża.
- Spokojnie! Łucznicy napinać strzały. Wycelować. Strzał! – rozkazywał Chargav, kierując obroną małego przejścia do miasta. Jeden wróg dostał w twarz, drugi w nogi, trzeci w brzuch, a dwóch następnych pospadało z kładki.
- Trzymać szyk! Nie ma szans na odwrót! Ładować w nich czym się da!
Orkowie z całym impetem wbili się w szyk obrońców, przepchali go o kawałek, lecz nie przebili. W pierwszym rzędzie doszło do walki. Boki przyciskały przeciwnika, a środek wraz z Chargavem, Reytanem i Nankiem wykańczał. Krasnoludy wściekle waliły swoimi wielkimi młotami. Ludzie zza tarcz uderzali mieczami, raz w szyję, raz w głowę. Shani strzelali ognistymi promieniami, lecz napór przeciwnika był śmiertelnie duży. Szyk zaczął się rozpadać. Z trzydziestu ośmiu obrońców zostało dwudziestu jeden. Bronili się wściekle, waląc na oślep i krzycząc ze złością.
- Wszyscy do mnie! Bliżej! – krzyczał Chargav, odbijając młotem ataki pięciu orków, którzy odcięli go od szyku. Nank oderwał się na chwilę od walki i w pełnym biegu rzucił trzy noże jeden po drugim. Każdy z nich trafił prosto w cel, przebijając nieczyste serca orków. Chargav dopełnił roboty uderzając z taką siła, że gdyby nie było murów to wrogowie wbili by się w ziemię, aż po głowy. Wielu niedoświadczonych wieśniaków zostało okrążonych i bezlitośnie zabitych odcięciem głów.
Obrońcy wycofali się do ostatniego punktu oporu przy schodach. Zacieśnili wąskie przejście i nie dali przerwać szyku. W dali widniały trupy orków, z których korzystały wygłodniałe, czarne kruki. Wróg na chwilę ustał, lecz zaraz ruszył ze zdwojoną siłą. Obrońcy nie wytrzymali naporu i runęli w dół. Zbiegli ze schodów. Najdzielniejsi osłaniali tyły ucieczki. Walki przeniosły się na przedmieścia.
- Gdzie Chargav?! – krzyczał Kaew tnąc po drodze orków, którzy próbowali mu zajść drogę. Zanim biegł nowy rozglądając się za przyjaciółmi.
- Panie! Dobrze, że już jesteście. Przerwali nasze szyki. Musieliśmy się wycofać. Wszyscy uciekają do twierdzy. W mieście jest rzeź. Jeszcze nie wszyscy zdążyli uciec do zamku, a szczególnie ranni! – powiedział zaniepokojony człowiek. W ręce trzymał włócznię. Na twarzy miał ranę, z której sączyła się krew. Spływała do prawego oka utrudniając mu widzenie.
- Spokojnie! Gdzie jest Chargav i reszta? – zapytał nowy.
- Nie wiem. Ostatni raz widziałem ich jak bronili się na dolnym poziomie schodów– odpowiedział człowiek.
- Skoro po drodze nie zauważyliśmy ich uciekających do twierdzy to coś się musiało stać. Na pewno nie uciekali do twierdzy, zastanów się? – powiedział Kaew.
- Na pewno nie. Zostali do końca. Wiem, że chcieli dać nam jak najwięcej czasu na ucieczkę i pomóc rannym.
- Ze szpitala przy murach ranni zostali już przeniesieni? – zapytał Kaew.
- Nie wszyscy. Najdzielniejsi próbują eskortować jeszcze rannych.
- Kompania pewnie poszła bronić rannych. Orkowie na pewno nie rzucili jeszcze wszystkich sił. Nie będą ryzykować rozproszenia się po płonącym mieście. Wiem gdzie to jest. Biegniemy! – rzekł Kaew.
- Rzezi dopełniają tropiciele, około czterdziestu wbiegło ich do miasta. Są bardziej odporni na ogień. Uważajcie!
- Dziękujemy za informacje. Biegnij do zamku i znajdź lekarza. – rzekł nowy.
- Niech bóg ma was w opiece. – w jednej chwili strzała przebiła głowę człowieka. W koło roztrysnęła się krew. Kaew i nowy instynktownie rzucili się na ziemię. Kolejne strzały spadły tuż obok nich.
Pociski leciały z murów, na których stały przednie straże armii ciemności, wyposażone w kusze. Na przedmieściu roiło się od wielu walczących. Ocaleni skupili się w grupach okrążając rannych i broniąc ich przed atakami par tropicieli. Wszystkie grupy powoli posuwały się w stronę twierdzy. Wiele z nich zostało przerwanych i masakrycznie zabitych. Matki i dzieci uciekały między budynkami. Te, które zostały okrążone nie mogły liczyć na litość. W całym mieście trwała mordercza walka o przetrwanie. Kaew i nowy przebiegli pod mury i przesuwali się na północny wschód.
- Zauważył nas? – zapytał ściszonym głosem Kaew, który zobaczył między ruinami piekarni tropiciela poszukującego ofiary.
- Nie wiem, chyba nie.
- Przygotuj broń. Próbuje nas osaczyć. Chodź, w tych uliczkach lepiej się ukryjemy.
Nagle między budynkami coś mignęło. Na ścianach pojawił się cień. Wróg wypadł z dzikim rykiem zza ściany i ruszył prosto na nich. Twarz miał poszarpaną, podobną do niedźwiedzia lecz bardziej podłużną. Wielkie kły zakrzywiały się w literę „w”. Wyrastały z pod płaskiego czarnego nosa i ciągnęły się aż po owłosiony tułów. Nowy jednym ruchem ustawił się przed Kaewem i rzekł:
- Jak będzie się na mnie rzucał to schylę się, a ty zadasz cios.
Bestia wpadła prosto na nich, ale nie zwróciła uwagi na nowego. Przeskoczyła nad nim i zwaliła się wprost w Kaewa. Nowy szybko wstał i ugodził potwora w plecy. Stwór odwrócił się jednocześnie uderzając szponami z całą siłą nowego, który w locie walnął o ścianę i zemdlał.
Kaew wykorzystując dezorientację wroga wstał i wbił miecz prosto w kark zwierza, który osunął się na kolana i zaczął krwawić.
- Żyjesz? Nie umieraj! – zapytał, trzymając nowego za twarz.
- Tak, już dostałem tyle razy w łeb, że już chyba nic sobie nie przypomnę. – odpowiedział nowy. Na jego twarzy widniała otwarta rana, z której lały się strumienie krwi.
- Możesz iść? Nie zostawię cię tu.
- Idziemy. Znajdźmy naszych. Potem sanitariusza. – odpowiedział nowy.
Kaew podniósł przyjaciela i ruszyli w stronę zrujnowanego szpitala. Po drodze mijali trupy orków i ludzi. Przechodzili między walczącymi żołnierzami i wieśniakami, którzy nie chcieli uciekać. Woleli ginąć w obronie swoich domów. Z dala rozpoznali postać Chargava i reszty kompani.
- Nareszcie. Dobrze, że jesteście. W szpitalu jest jeszcze kilkunastu rannych. Osłaniamy ich. Udało się wam, ale to nic nie dało. Przepraszam, nie zdołałem utrzymać przejścia – rzekł Chargav, podbiegając pod towarzyszy.
- Nie załamuj się. Wiedzieliśmy, że to prawie nie możliwe. Musimy bezpiecznie dostać się do twierdzy. – powiedział Kaew, drapiąc się po głowie.
- Zaraz przyjdą po rannych. Chodźcie, ciągle nas nękają tropiciele. Musimy czekać na kolejne nosze dla rannych, a nie wiemy kiedy orkowie wpuszczą do miasta główne siły. Co ci się stało w twarz? – zapytał Chargav, spoglądając na policzek nowego.
- Po drodze zabiliśmy tropiciela. – rzekł nowy.
- Chargav! Dwaj tropiciele! Reytan bierz łuk! – krzyczał Frank, kryjąc się za jedyną ocalałą w pełni ścianą szpitala. Ranni leżeli rozłożeni na kocach. Jeden z nich, nie mogąc już wytrzymać bólu z powodu otwartej rany, wstał i ostatkiem sił pobiegł w stronę uderzających na szpital tropicieli.
- Nie! Łapcie go!– krzyczeli wszyscy chórem.
- Kurwa! – rzekł Reytan.
Cała drużyna ze wściekłością ruszyła na tropicieli, którzy rozczłonkowywali człowieka. Z ciała wydobył się ostatni niemiłosierny krzyk. Kaew nadbiegając, dźgnął w plecy leżącego na ofierze potwora, a nowy z całą siłą uderzył ostrzem w jego szyję. Niekształtna głowa wystrzeliła do góry i spadła tuż obok drugiej bestii. Reytan strzelił z łuku, a strzała wbiła się w czoło potwora, który od razu ruszył w jego stronę. W ostatniej chwili Chargav uderzył swoim wielkim młotem prosto w twarz tropiciela. Napastnik zakołował i stracił równowagę. Robotę dokończył Nank trafiając sztyletami prosto w serce wroga. Przez całe miasto rozległ się dziki wrzask.
- Nieźle! Gdzie się nauczyłeś tak rzucać? – zapytał nowy, podchodząc z podziwem do Nanka. Wielki człowiek stał wyprostowany, obrócił się, lecz nic nie odpowiedział.
- Coś nie tak powiedziałem? – zasmucił się nowy.
- Nie odpowie ci. Gdy był w niewoli, orkowie odcięli mu język. Uratowaliśmy go napadając z kompanią krasnoludów na ich mniejszy obóz. Mieliśmy rozkazy, aby oswobodzić naszego szpiega. Nie mogłem go zostawić. Od tamtego czasu zawsze trzymał się z nami, chyba uważa, że musi nam służyć i spłacić dług za uratowanie życia. Dziwny to osobnik, mało je, prawie nie śpi, nic nie mówi i w dodatku nie wiemy gdzie się nauczył tak rzucać – powiedział Chargav, poklepując po ramieniu nowego.
- Idą z noszami! – krzyknął Frank, pokazując ludziom gdzie są ranni.
- Będziemy was osłaniać. Ruszamy chłopaki. – rzekł Kaew.
Kilku żołnierzy wzięło rannych na nosze i ruszyło w stronę zamku. Kompania szła na tyłach pochodu i wypatrywała między budynkami ewentualnych wrogów. Każdy był skupiony i miał broń w pogotowiu. Płomienie w mieście już dogasały. Na niebie widniały miliony gwiazd, rozświetlając mrok nocy. Księżyc był w pełni i zbliżała się północ. Po drodze mijali zniszczone budynki, które jeszcze kilka dni temu tętniły życiem. Z prawej strony widniała zdobiona wielkimi kolumnami biblioteka, z której pozostały tylko kolumny. Następne wyłoniły się zgliszcza targu i poprzewracane stragany kupców.
- Coś tu za spokojnie. – rzekł Kaew.
- Też to czuje. Niedługo zaatakują pałac. – powiedział Chargav – Czekają aż ogień w mieście dogaśnie. Pamiętam jak zbierały się tu poselstwa wszystkich królestw, aby podjąć decyzję co do Wielkiego Maga. Krasnoludów reprezentował sam król Hultay, wojownik jakich mało. Chciał, aby rozprawić się z armią ciemności w Kamiennym Lesie, lecz król Darew władający Północnymi Wzgórzami i królowie Gonaru oraz Mroyi nie zgodzili się udzielić pomocy krasnalom. Wielki Hultay wrócił wraz ze swoją armią do Lirtiomu i powstrzymywał oblężenie przez dwadzieścia cztery dni. Jednak z powodu braku żywności i wyczerpania, ustąpił i przeniósł się do Kirtionu. Tam poległ w bitwie, gdy wojska Wielkiego Maga ruszyły na północ. Dalej walczyliśmy bez niego. Wsparli nas shani i elfowie, oraz ludzie z dalekiej północy, tacy jak Kaew. Wiele zawdzięczali nam krasnoludom, handlowaliśmy z nimi i organizowaliśmy wyprawy do Królestwa Elfów i plemion północnych, a oni do nas. Od lat byliśmy w dobrych stosunkach. Jedyną przeszkodą były królestwa ludzi przybyłych zza morza, a szczególnie król Darew, który władał przełęczą. Pobierał opłaty za przejście, wielu ochotników zrezygnowało, bo nie było ich stać. Inni wyruszyli okrężną drogą.
- I z nimi był Kaew? – zapytał zasłuchany nowy.
- Kaewa poznałem podczas jednej z wypraw na północ. Później przyłączył się do nas Frank. O Nanku już wiesz, a Reytan to mój przyjaciel z dzieciństwa, razem wstąpiliśmy do wojska.
- Muszę się dowiedzieć kim jestem?
- Chyba nie jesteś zwykłym człowiekiem, hehe. Masz czarne oczy, bez źrenic i nietypowy kolor włosów. Nie znam żadnej rasy, ani plemienia o takich cechach. – uśmiechnął się Kaew – Jak skończymy robotę tu, to Frank na pewno coś wymyśli, w końcu jest shanem.
- Kim są shani? – zapytał nowy.
- Nasz kraj leży na północnym wschodzie, tuż przed lasami Elfów. Jest pełen świątyń, w których oddajemy się żywiołom natury. Dzięki temu umiemy skupić energię i władać ogniem, wodą, wiatrem lub ziemią. Każdy shan wybiera sobie jeden żywioł i musi wyruszyć w niebezpieczną wyprawę do jego źródła. Jest nas dwudziestu czterech, co rok szkolonych jest dwunastu nowych. Reszta uczniów jest wojownikami, nie wszyscy mogą panować nad żywiołami.
Przed nimi ukazały się mury pałacu i most zwodzony. Wszyscy przyśpieszyli kroku, myśląc już o chwilowym odpoczynku między murami pałacu.


Mariusz Strojec









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-04-16 (1105 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej