Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Cień w południe
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Battlefield 3: Rosjanin'' - Andy McNab



Al-Sulajmanijja, granica irackiego Kurdystanu i Iranu

Część pierwsza


W strykerze było czterdzieści stopni, śmierdziało coraz bardziej. Dyżur ciągnął się już trzydziestą drugą godzinę, co bynajmniej nie wpływało korzystnie na poziom higieny osobistej uwięzionych w środku pasażerów w pełnym oporządzeniu: kevlarowych hełmach, kuloodpornych okularach i kamizelkach, żaroodpornych rękawicach, nakolannikach, nałokietnikach, dwustu czterdziestu sztukach amunicji do M4 w ładownicach na kamizelkach. Przypominało to siedzenie w opancerzonej trumnie, tyle że miejsca było mniej. Jeszcze kilka tygodni temu kamizelki i ochraniacze zostawiali w bazie, ale sytuacja się zmieniła.
Sierżant Henry „Black” Blackburn sięgnął w górę i uchylił jeden z włazów, potem drugi. Powietrze jednak pozostało prawie nieruchome; jechali ze stałą prędkością czterdziestu na godzinę. Na początku jeździli, ile fabryka dała, dopóki nie stało się jasne, że o wiele łatwiej uniknąć kłopotów, jeśli się je wypatrzy, zanim się w nie wjedzie. Sierżant wystawił głowę i mrużąc oczy, rozejrzał się po spieczonej słońcem okolicy. Minęło kilka lat, odkąd wojna spustoszyła tę część Iraku, ale szkód wciąż nie naprawiono. Biliony dolarów przeznaczone na odbudowę kraju nie trafiły do Al-Sulajmanijji, a jeśli trafiły, to rzesze kolejnych pośredników i podwykonawców dobrały się do nich pierwsze. Od samej ich liczby kręciło się w głowie. Każdy brał swoją działkę, zatrudniał ludzi na papierze i sporządzał dokumentację budynków, które nie powstały. To prawda, naprawiono kilka dróg, podciągnięto kanalizację, ale po kilku miesiącach wszystko to na powrót popadło w ruinę. Przy każdej awanturze ofiarą jako pierwsza – zaraz po miejscowej ludności – padała infrastruktura. Minęli ruiny niedawno ostrzelanego magazynu paliw; połacie betonu wisiały na rdzewiejących prętach zbrojenia. Ze szczytu gruzowiska dwójka dzieci w samych koszulkach ciskała kamieniami nie wiadomo w co. Za transporterem obejrzało się pół tuzina kóz, które pasły się na rumowisku.
Campo opowiadał właśnie anegdotę.
– …no i jestem na posterunku, gotowy do wyjazdu, a ona pyta: „Kochanie, masz jakieś zabezpieczenie?”, a ja na to: „Mała, zostawiłem swój M16 w domu, ale jak chcesz go obejrzeć, to przyniosę”.
Nikt się nie roześmiał. Wszyscy słyszeli to przynajmniej dwa razy.
Montes wtrącił swoją ulubioną gadkę.
– No bo kto w ogóle chce tu siedzieć? W telewizji mówią, że wojsko chce tu siedzieć. Skąd oni to biorą? Ludzie mają się niby od tego poczuć lepiej? Może jak komuś zależy na gwiazdkach, na awansie. Ale my chcemy się tylko stąd zabrać w chuj, co, Black?
Black wzruszył ramionami nie dlatego, że nie miał odpowiedzi: po prostu nie miał w tej chwili ochoty na tę rozmowę. Myślał o mailu, który wyśle wieczorem do domu: „Kochani mamo i tato, dzisiaj było czterdzieści sześć stopni, największy upał jak dotąd”. Przez następne dziesięć minut zastanawiał się nad kolejnym zdaniem. Trzy pozytywy. To była jego zasada. Jego matka potrafiła dostrzec dobre strony nawet w tornadzie. „Otworzyli szkołę, którą zbudowali obok bazy”. Przemilczy fakt, że nie przyszły do niej żadne dzieci, że zastępca dyrektora właśnie awansował na dyrektora, bo poprzedniego zastrzelili na oczach jego rodziny. Dwie kolejne dobre wiadomości nie mogły mu za nic przyjść do głowy. Zostawił to i zastanowił się nad listem do Charlene. „Piszę, bo chcę Ci powiedzieć, że jeszcze nie zwariowałem…” Mogła to źle zrozumieć, pomyśleć, że nie jest tego pewny. Od samego początku wiedziała, że Henry się zaciągnie, od ostatniej klasy szkoły, ale kiedy przyszło co do czego, powiedziała, że albo ona, albo wojsko, ale na pewno nie jedno i drugie. Nie zamierzała na niego czekać. „Możesz wrócić… – nie mogła znaleźć słowa – …inny”. Myślała, że może ojciec go przekona. Wiedziała, co sądził o całym tym wojsku. Po prostu nie mogła tego wszystkiego zrozumieć. Ale Blackburn wciąż ją kochał, wciąż miał nadzieję, że zmieni zdanie.
Odliczał dni do pierwszego września, kiedy mieli wrócić do domu, wykreślał kratki w kalendarzu, który narysował z tyłu swojego notesu. W zeszłym tygodniu przestał to robić. Dom wcale się nie przybliżał.
Zaskrzeczało radio Blacka: porucznik Cole.
– Szajbus 1-3, tu Szajbus główny. Słuchajcie. Straciliśmy kontakt z drużyną Jacksona w kwadracie osiem zero, dziesięć klików na zachód. Tylko was mogę posłać. Ostatnia znana pozycja to targ mięsny Spinza. Cholernie niedobra część miasta. Idźcie ich poszukać, zrozumiano?
– 1-3, potwierdzam.
Z Jacksonem nie było kontaktu. To mogło oznaczać wyłącznie coś złego.
Black popatrzył na załogę. Wszyscy słyszeli rozkaz w swoich słuchawkach. Przez kilka chwil nikt się nie odzywał, jakby oszczędzali każdy gram siły.
– To jak, ktoś jeszcze nie kuma, co my tu robimy? – Montes znów wystartował ze swoim licealnym klubem dyskusyjnym. Blackburn pragnął, żeby wreszcie się zamknął i zajął swoją robotą. Był zmęczony, a przez jego gadanie czuł się zmęczony jeszcze bardziej.
– Skończ już, kurwa, z tym udawaniem hipisa, Montes.
Chaffin obrał gumę do żucia z papierka i włożył ją sobie do ust. Montes poluzował uchwyt na broni.
– Ja tylko mówię, że jesteśmy tutaj po to, żeby uspokoić sytuację, a nie rozpoczynać jebaną wojnę z Iranem.
– LWRO to nie Iran.
– Stary, gadaliśmy już o tym setki razy.
Chaffin ukrył twarz w dłoniach.
– Ale oni są w Iranie – ciągnął Black – bo stamtąd pochodzą. A Iran… – skinął głową w lewo – …jest o, tam.
– Dotarło, Montes, ty pieprzony lewaku? Jak będziemy chcieli poznać twoje zdanie, to ci je przedstawimy. Jasne?
Blackburn miał nadzieję, że między Chaffinem i Montesem nie dojdzie do osobistej awantury na całego. Rozważanie, co jest lepsze: dwie cheerleaderki czy sam na sam z nową brytyjską księżniczką było przyjemnym sposobem na zabicie czasu. Kwestionowanie sensu obecności w tym piekle mogło doprowadzić do poważnego problemu z dyscypliną.
Służyli w jednym plutonie od osiemnastu miesięcy. Byli dla siebie jak rodzina. Ale zasady walki się zmieniły. Trafili tu przekonani, że są ostatnim amerykańskim kontyngentem w tym rejonie i nie jednemu Chaffinowi zaczynało brakować cierpliwości. Wszystko zaczynał z powrotem ogarniać chaos. Za obiekt do wyładowania swojej frustracji Chaffin obrał sobie Montesa i Blackburn go rozumiał. Osobiście uważał, że Montes ma trochę racji. Zastanawiał się, co taki człowiek w ogóle tu robił, kiedy powinien rozdawać ulotki o upadku kapitalizmu na jakimś pełnym zieleni kampusie. Ale nie miał czasu robić za czyjegokolwiek psychoanalityka. Stryker Jacksona zamilkł i nie było innego wyjścia, jak tylko jechać go poszukać. Tak się po prostu robiło. Działało się, zamiast siedzieć w czterdziestu stopniach w puszce na sardynki i debatować jak banda liberałów w telewizji publicznej.
Black odrobinę podniósł głos.
– Popatrzcie na mnie. Montes? To jest nasza robota.
– Tak, stary, wiem.
Black podniósł rękę.
– A żeby zrobić, co do nas należy, musimy się rozprawić z LWRO. A żeby się z nimi rozprawić, prędzej czy później będziemy musieli przekroczyć granicę.
Chaffin chciał coś powiedzieć, ale Blackburn uciszył go spojrzeniem.
Wysiedli ze strykera i rozproszyli się. Targ mięsny Spinza mieścił się w starym budynku z krużgankami i galerią na piętrze. Jeszcze tydzień temu tętnił życiem. Dziś był opuszczony: zły znak. Campo postukał Blackburna w ramię.
– Popatrz tam.
Świeżo namalowana na murze podobizna Al-Baszira, przywódcy LWRO.
Całkiem podobny, pomyślał Blackburn, ktoś się naprawdę przyłożył.
– Robią tu z niego świętego. To ich wybraniec. – Montes stał obok nich. Malarz namalował byłego generała irańskich sił powietrznych emanującego groźną pewnością siebie. – Wygląda, jakby nie było z nim żartów.
– Palant. To tylko malunek. Przecież on musi być stary jak twoja babka. Nie domalowali mu wózka.
– Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego w tej części świata bez przerwy coś się pierdoli?
– Hej, ja tu tylko sprzątam, Montes. Od myślenia są inni.
Montes nie odpuszczał.
– Kiedy wjedziemy do Iranu?
Blackburn machnął ręką, dając znak do wymarszu.
– O tym decydują głowy większe od mojej. Chodźmy poszukać tego patrolu. (…) CDN


------------------------------------------------------------------------------------------

Andy McNab & Peter Grimsdale

Battlefield 3. ROSJANIN

Przekład: Przemysław Bieliński
978-83-61428-67-1
© 2012 Insignis Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Fragmenty (wersja sprzed redakcji i korekty)
Zakaz publikacji bez wcześniejszej zgody wydawnictwa / materiał tajny
Kontakt: biuro@insignis.pl









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-04-18 (889 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej