Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Antologia Fantasy
 
Katalog - dodano
 Wrota Abaddona
- James S. A. Corey
 W ogniu walki
- Marko Kloos
 Mass Effect: Andromeda. Inicjacja
- N.K. Jemisin i Mac Walters
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Nemezis
- James Swallow
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Bohaterowie'' - Joe Abercrombie



Takie czasy



– Szlag, jestem już na to za stary – mruknął Gnat pod nosem, co drugi krok krzywiąc się pod wpływem bólu w chorym kolanie. Najwyższy czas skończyć z wojaczką. Już dawno powinien to zrobić. Po całym dniu uczciwej pracy będzie siadywał na werandzie i paląc fajkę z uśmiechem spoglądał na słońce chowające się za taflą wody. Co prawda, nie ma domu, ale kiedy już jakiś znajdzie, będzie to pierwszorzędny dom.
Przeszedł przez lukę w walącym się murze, czując, że serce wali mu jak stolarski młotek. Po części za sprawą długiej wspinaczki po stromym zboczu, dzikiej trawy przytrzymującej mu buty i agresywnego wiatru, który usiłował go przewrócić. Jednakże tak naprawdę, przede wszystkim pod wpływem strachu, że zabiją go na szczycie. Nigdy nie udawał, że jest odważny, a z wiekiem stał się jeszcze większym tchórzem. To dziwne – im mniej lat mamy do stracenia, tym bardziej obawiamy się ich utraty. Może człowiek przy urodzeniu otrzymuje pewien przydział odwagi, który zużywa za każdym razem, gdy wpada w tarapaty.
Gnat wielokrotnie wpadał w tarapaty i wyglądało na to, że teraz znów tego nie uniknie.
Gdy wreszcie znalazł się na równym terenie, przez chwilę odpoczywał zgięty wpół, ocierając łzy z oczu podrażnionych wiatrem. Próbował stłumić kaszel, co jedynie sprawiło, że ten zabrzmiał głośniej. W ciemności przed nim wznosili się Bohaterowie, olbrzymie dziury w nocnym niebie, w których nie świeciły gwiazdy. Co najmniej czterokrotnie wyżsi od człowieka, zapomniani giganci porzuceni na swoim wzgórzu wśród podmuchów przenikliwego wiatru, uparcie strzegący pustki.
Gnat zaczął się zastanawiać, ile waży każda z tych olbrzymich kamiennych brył. Chyba tylko zmarli wiedzą, jak wciągnięto tutaj te przeklęte głazy, oraz kto to zrobił i po co. Jednak zmarli nie zamierzali niczego zdradzić, a Gnat nie miał zamiaru do nich dołączyć, by się tego dowiedzieć.
Już widział słaby blask ogniska otaczający nierówne krawędzie kamieni. Słyszał trajkoczące głosy zagłuszające cichy pomruk wiatru. To mu przypomniało o podejmowanym ryzyku i ogarnęła go nowa fala strachu. Strach to zdrowe uczucie, dopóki zmusza nas do myślenia. Dawno temu powiedział mu tak Rudd Trójdrzewiec. Gnat dokładnie wszystko przemyślał i uznał, że to dobre rozwiązanie. A raczej najmniej złe, lecz czasami nie można liczyć na więcej.
Dlatego wziął głęboki wdech, próbując sobie przypomnieć, jak się czuł, gdy był młody, miał zdrowe stawy i o nic nie dbał, po czym przeszedł przez jedną z luk między starymi głazami.
Może w dawnych czasach było to święte miejsce, kamienie wypełniała wysoka magia, a wkroczenie do kręgu bez zaproszenia stanowiło najgorszą zbrodnię. Teraz, nawet jeśli jacyś dawni Bogowie poczuli się obrażeni, to w żaden sposób tego nie okazali. Jedynie wiatr ucichł do żałosnego westchnienia. Na świecie nie pozostało wiele magii, podobnie jak świętości. Takie nastały czasy.
Słabe pomarańczowe światło tańczyło na pobrużdżonej powierzchni kamieni zbryzganych mchem, oplątanych ciernistymi krzakami, pokrzywami i trawą. W ciągu kilkuset lat jeden z głazów złamał się w połowie, a dwa kolejne runęły, pozostawiając luki niczym braki w uzębieniu uśmiechniętej czaszki.
Gnat naliczył ośmiu mężczyzn, przykucniętych wokół targanego wiatrem obozowego ogniska, ubranych w połatane peleryny i znoszone płaszcze, mocno owiniętych podartymi kocami. Blask ognia migotał na posępnych brodatych twarzach poznaczonych bliznami i pokrytych szczeciną. Migotał na krawędziach tarcz i ostrzach. Mieli mnóstwo broni. Na pierwszy rzut oka przypominali nocną drużynę Gnata i zapewne niezbyt się od niej różnili, choć większość była młodsza. Gnatowi nawet przez chwilę wydawało się, że jeden z mężczyzn, zwrócony bokiem, to Jutlan. Poczuł przyjemny dreszcz, a słowa powitania już cisnęły mu się na usta, ale wtedy przypomniał sobie, że Jutlan od dwunastu lat spoczywa w ziemi, a on wypowiedział te słowa nad jego grobem.
Może na świecie jest ograniczona liczba twarzy i gdy żyje się dostatecznie długo, zaczynają się powtarzać.
Gnat uniósł ręce zwrócone dłońmi do przodu, starając się powstrzymać ich drżenie.
– Co za miły wieczór!
Twarze gwałtownie zwróciły się w jego stronę. Dłonie złapały za broń. Gdy jeden z mężczyzn chwycił łuk, Gnatowi żołądek podszedł do gardła, ale zanim wojownik zdążył napiąć cięciwę, jego towarzysz wyciągnął rękę i go powstrzymał.
– Spokojnie, Czerwony Kruku – odezwał się potężny starzec z bujną splątaną siwą brodą. Trzymał na kolanach lśniące obnażone ostrze. Gnat szeroko się uśmiechnął, ponieważ znał tę twarz i wiedział, że jego szanse właśnie wzrosły.
Starca nazywano Czerstwym. Był Imiennym, którego Gnat pamiętał z dawnych czasów. W kilku bitwach walczyli ramię w ramię, chociaż częściej stawali naprzeciwko siebie. Jednakże Czerstwy cieszył się dobrą reputacją. Był wytrawnym wojownikiem, który najpierw myśli i zadaje pytania, a dopiero potem zabija, co stanowiło coraz rzadziej praktykowane podejście. Poza tym wyglądało na to, że dowodzi tą drużyną, ponieważ na jego polecenie Czerwony Kruk opuścił z nadąsaną miną łuk, co Gnat powitał z ulgą. Nie chciał, by tej nocy ktokolwiek zginął, i nie wstydził się przyznać, że najbardziej zależy mu na tym w odniesieniu do siebie samego.
Wciąż musi przetrwać kilka godzin mroku i mnóstwo ostrej stali.
– Na spokój zmarłych. – Czerstwy siedział nieruchomo jak Bohaterowie, ale jego umysł pracował na najwyższych obrotach. – Jeśli się nie mylę, to Curnden Gnat właśnie wyłonił się z ciemności.
– Nie mylisz się. – Gnat powoli zbliżył się o kilka kroków, wciąż trzymając uniesione ręce, starając się ze wszystkich sił wyglądać beztrosko, choć ciążyły na nim nieprzyjazne spojrzenia ośmiu par oczu.
– Trochę posiwiałeś, Gnacie.
– Ty także, Czerstwy.
– No wiesz, trwa wojna. – Stary wojownik poklepał się po brzuchu. – Mam przez nią zszargane nerwy.
– Szczerze mówiąc, ja też.
– Kto dzisiaj chciałby być żołnierzem?
– Piekielna robota. Ale powiadają, że stare konie nie potrafią skakać przez nowe przeszkody.
– Ostatnio staram się wcale nie skakać – odparł Czerstwy. – Słyszałem, że walczysz dla Czarnego Dowa. Ty i twoja dwunastka.
– W miarę możliwości unikam walki, ale masz rację co do tego, komu służę. Dow płaci za moją owsiankę.
– Uwielbiam owsiankę. – Czerstwy przeniósł wzrok na ognisko i z namysłem dźgnął je patykiem. – Za moją płaci Unia. – Jego chłopcy byli niespokojni. Języki przesuwały się po ustach, palce muskały broń, oczy lśniły w blasku ognia. Zupełnie jak publiczność podczas pojedynku, która obserwuje pierwsze ruchy walczących i stara się wyczuć, kto ma przewagę. Czerstwy ponownie uniósł wzrok. – Wygląda na to, że jesteśmy po przeciwnych stronach.
– Czy pozwolimy, żeby taki drobiazg zakłócił nam grzeczną rozmowę? – spytał Gnat.
Czerwony Kruk znów wpadł we wściekłość, zupełnie jakby słowo „grzeczna” stanowiło obelgę.
– Zabijmy skurwiela!
Czerstwy powoli odwrócił się ku niemu, a jego twarz wykrzywiła pogarda.
– Jeśli wydarzy się niemożliwe i będę potrzebował twojej rady, to ci o tym powiem. A na razie zamknij gębę, półgłówku. Człowiek tak doświadczony jak Curnden Gnat nie przyszedł tutaj po to, by zginąć z ręki kogoś takiego jak ty. – Omiótł wzrokiem głazy, po czym spojrzał na Gnata. – Po co przyszedłeś, i do tego sam? Nie chcesz już walczyć dla tego drania Czarnego Dowa i chciałbyś dołączyć do Wilczarza?
– Nic z tego. Walka dla Unii nie jest w moim stylu, oczywiście bez obrazy dla tych, którzy to robią. Wszyscy mamy swoje powody.
– Staram się nie potępiać nikogo tylko dlatego, że źle dobrał przyjaciół.
– W każdym poważnym konflikcie dobrych ludzi można znaleźć po obu stronach – odrzekł Gnat. – Czarny Dow kazał mi pójść do Bohaterów, postać chwilę na warcie i sprawdzić, czy nadciąga Unia. Ale może oszczędzisz mi kłopotu. Czy Unia nadciąga?
– Nie wiem.
– A jednak ty tutaj jesteś.
– Nie przywiązywałbym do tego większej wagi. – Czerstwy z radością powiódł wzrokiem po swoich chłopcach siedzących wokół ogniska. – Jak widzisz, wysłali mnie niemal samego. Wilczarz kazał mi pójść do Bohaterów, stanąć na warcie i sprawdzić, czy pojawi się Czarny Dow albo którykolwiek z jego ludzi. – Uniósł brwi. – Myślisz, że się pokażą?
Gnat się wyszczerzył.
– Nie wiem.
– A jednak ty tutaj jesteś.
– Nie przywiązywałbym do tego większej wagi. Jestem tutaj tylko ze swoją dwunastką. Nie licząc Brydiana Mokrego, który przed kilkoma miesiącami złamał nogę, więc musiałem go zostawić, żeby się wyleczył.
Czerstwy uśmiechnął się smutno i dźgnął ognisko patykiem, posyłając w górę snop iskier.
– Zawsze stanowiliście zgraną drużynę. Podejrzewam, że teraz stoją wokół Bohaterów z łukami w gotowości.
– Mniej więcej. – Chłopcy Czerstwego drgnęli i szeroko otworzyli usta. Zaszokował ich głos, który dobiegł znikąd, a zwłaszcza to, że należał do kobiety. Cudna stała z założonymi rękami pod jednym z głazów, tak beztrosko, jakby opierała się o ścianę tawerny. Przez ramię przewiesiła szpadę i łuk. – Witaj, Czerstwy.
Stary wojownik się skrzywił.
– Mogłabyś chociaż założyć strzałę na cięciwę i udawać, że traktujesz nas poważnie.
Skinęła głową w stronę ciemności.
– Tam czeka kilku chłopców, którzy chętnie przestrzelą ci twarz, jeśli któryś z was krzywo na nas spojrzy. Zadowolony?
Czerstwy skrzywił się jeszcze bardziej.
– Tak i nie – odparł, a jego ludzie wbili wzrok w luki między kamieniami. W nocnym powietrzu nagle zawisła groźba. – Wciąż służysz temu osobnikowi?
Cudna podrapała się po długiej bliźnie przecinającej ogoloną głowę.
– Nie było lepszych propozycji. Jesteśmy jak stare małżeństwo, które od lat się nie pieprzy, tylko kłóci.
– To tak jak ja i moja żona, kiedy jeszcze żyła. – Czerstwy postukał palcem w obnażone ostrze. – Choć teraz za nią tęsknię. Kiedy tylko cię zobaczyłem, Gnacie, wiedziałem, że nie jesteś sam. Ale skoro wciąż gadasz, a ja wciąż oddycham, to zakładam, że chcesz to załatwić po dobroci.
– Widzę, kurwa, że mnie przejrzałeś – odrzekł Gnat. – Właśnie taki mam plan.
– Moi strażnicy żyją?
Cudna obejrzała się i zagwizdała, a wtedy Scorry Skradek wyślizgnął się zza jednego z głazów. Jedną ręką obejmował mężczyznę z dużą różową plamą na policzku. Wyglądaliby jak dwaj kompani, gdyby Scorry nie trzymał ostrza przy gardle Plamy.
– Przepraszam, wodzu – powiedział jeniec do Czerstwego. – Zaskoczył mnie.
– Zdarza się.
Jakiś wątły chłopak zatoczył się w stronę ogniska, jakby ktoś go mocno popchnął, po czym potknął się o własne stopy i z wrzaskiem runął na długą trawę. Z ciemności za jego plecami wyłonił się Wesoły Yon. W jednej dłoni trzymał opuszczony topór o lśniącym ciężkim ostrzu, a brodatą twarz wykrzywiał mu ponury grymas.
– Dzięki zmarłym. – Czerstwy pomachał patykiem w stronę chłopca, który niezdarnie się podnosił. – To syn mojej siostry. Obiecałem, że będę go pilnował. Gdybyście go zabili, nie dałaby mi spokoju.
– Spał – warknął Yon. – Chyba niezbyt dokładnie go pilnowałeś?
Czerstwy wzruszył ramionami.
– Nikogo się nie spodziewałem. Na Północy mamy pod dostatkiem wzgórz i kamieni. Nie podejrzewałem, że tutaj kogoś one zwabią.
– Mnie nie zwabiły – odparł Gnat. – Ale Czarny Dow poprosił, żebym tu przyszedł...
– A kiedy Czarny Dow o coś prosi... – Brack-i-Dayn rzekł śpiewnym głosem charakterystycznym dla mieszkańców wzgórz. Wkroczył w rozległy krąg porośnięty trawą, zwracając pokrytą tatuażami połowę twarzy ku ognisku, tak że rysy drugiej połowy skryły się w cieniu.
Czerwony Kruk zaczął się podnosić, ale Czerstwy położył mu ciężką dłoń na ramieniu.
– No, no. Wszędzie was pełno. – Popatrzył na topór wesołego Yona, uśmiech Cudnej, brzuch Bracka i nóż Scorry’ego, który wciąż dotykał szyi jego człowieka. Zapewne oceniał swoje szanse, tak jak na jego miejscu zrobiłby Gnat. – Jest z wami Whirrun z Bligh?
Gnat powoli pokiwał głową.
– Nie wiem dlaczego, ale uparł się, żeby za mną podążać.
Jak na zawołanie, w ciemności zabrzmiał dziwny dolinny akcent Whirruna.
– Szogliga powiedziała... że moje przeznaczenie ukaże mi... człowiek dławiący się kością. – Głos odbił się echem od kamieni, zupełnie jakby dobiegał ze wszystkich stron jednocześnie. Whirrun miał świetne wyczucie teatralności, jak każdy prawdziwy bohater. – A Szogliga jest równie stara jak te głazy. Powiadają, że piekło nie chce jej przyjąć. Ostrze nie chce jej zranić. Powiadają, że widziała narodziny świata i ujrzy jego śmierć. Takiej kobiety mężczyzna musi wysłuchać, czyż nie? Przynajmniej tak powiadają.
Whirrun wszedł przez lukę po jednym z brakujących Bohaterów w krąg światła bijącego od ogniska. Był wysoki i szczupły i cierpliwy jak zima; krył twarz pod kapturem. Na jego ramionach niczym nosidło dojarki wisiał Ojciec Mieczy o lśniącej rękojeści z matowego szarego metalu. Zarzucił na niego obie ręce, swobodnie zwieszając dłonie o długich palcach.
– Szogliga powiedziała mi, kiedy, gdzie i jak umrę. Wyszeptała mi to i kazała obiecać, że zachowam tę wiedzę w tajemnicy, ponieważ magią nie należy się dzielić. Dlatego nie mogę wam powiedzieć, gdzie i kiedy to się wydarzy, ale na pewno nie tutaj i nie teraz. – Zatrzymał się w odległości kilku kroków od ogniska. – Ale jeśli chodzi o was, chłopcy... – Whirrun przechylił zakapturzoną głowę, tak że było widać tylko czubek jego spiczastego nosa, ostrą linię szczęki oraz wąskie usta. – Szogliga nie powiedziała, kiedy wy odejdziecie. – Nie poruszył się. Nie musiał. Cudna popatrzyła na Gnata, po czym przewróciła oczami w stronę rozgwieżdżonego nieba.
Jednakże chłopcy Czerstwego nie wiedzieli, że Whirrun powtarza te słowa po raz setny.
– To Whirrun? – szepnął jeden z nich do kompana. – Whirrun Rąbnięty? To on?
Jego towarzysz nie odpowiedział, tylko przełknął ślinę, aż gula na jego gardle podskoczyła.
– No to w walce nie mamy szans – rzekł pogodnie Czerstwy. – Pozwolicie nam odejść?
– Będę wręcz na to nalegał – odparł Gnat.
– Możemy zabrać swoje rzeczy?
– Nie mam zamiaru was upokarzać. Po prostu chcę zająć wasze wzgórze.
– A przynajmniej Czarny Dow tego chce.
– Na jedno wychodzi.
– Zatem jest wasze. – Czerstwy powoli wstał, krzywiąc się, gdy rozprostowywał nogi, zapewne również dotknięte chorobą stawów. – Wieje tutaj jak nie wiem co. Wolę grzać stopy przy ogniu w Osrungu.
Gnat musiał przyznać, że wódz ma rację. Zastanawiał się, komu przypadł w udziale lepszy los. Czerstwy z namysłem schował miecz do pochwy, podczas gdy jego chłopcy zbierali ekwipunek.
– Uczciwie się zachowałeś, Gnacie. Masz zasady, tak jak powiadają. To dobrze, że nawet ludzie stojący po przeciwnych stronach tego zamieszania wciąż potrafią się dogadać. Uczciwość... nie jest w modzie.
– Takie nastały czasy. – Gnat skinął głową na Scorry’ego, który odsunął nóż od gardła Plamy, ukłonił się i wyciągnął otwartą dłoń w stronę ogniska.
Plama się cofnął, pocierając świeżo wygolony placek na pokrytej szczeciną szyi, po czym zaczął zwijać swój koc. Gnat zatknął kciuki za pas i nie spuszczał wzroku z drużyny Czerstwego, która przygotowywała się do odejścia, na wypadek gdyby komuś przyszło do głowy zabawić się w bohatera.
Czerwony Kruk był głównym kandydatem. Zarzucił łuk na ramię i stał z posępną miną, zaciskając dłoń na rękojeści topora, aż zbielały mu knykcie. Na drugim ramieniu zawiesił tarczę z namalowanym czerwonym ptakiem. Już wcześniej miał ochotę zabić Gnata, a przez ostatnie kilka minut nie zmienił zdania.
– Kilku starych gnoi i jakaś jebana baba – warknął. – Wycofujemy się przed taką bandą bez walki?
– Ależ nie. – Czerstwy zarzucił pobrużdżoną tarczę na plecy. – To ja się wycofuję razem z chłopcami. Ty zostaniesz i będziesz walczył z Whirrunem z Bligh.
– Co takiego? – Czerwony Kruk niespokojnie zerknął na Whirruna, który odwzajemnił jego spojrzenie, a widoczny fragment jego twarzy wciąż pozostawał nieruchomy jak kamienni Bohaterowie.
– Właśnie tak – rzekł Czerstwy. – Skoro rwiesz się do bitki. Potem wrzucę twojego posiekanego trupa na wóz i odstawię go do twojej mamusi. Powiem jej, żeby się nie martwiła, bo sam tego chciałeś. Tak bardzo się zakochałeś w tym pierdolonym wzgórzu, że koniecznie musiałeś tutaj umrzeć.
Czerwony Kruk nerwowo zaciskał dłoń na rękojeści topora.
– Co takiego?
– A może wolałbyś zejść razem z nami, błogosławiąc imię Curndena Gnata, który uczciwie nas ostrzegł i pozwolił nam odejść bez strzał w tyłkach.
– Zgoda – odrzekł Czerwony Kruk, po czym odwrócił się z zasępioną miną.
Czerstwy wydął policzki, patrząc na Gnata.
– Ach ta dzisiejsza młodzież. Czy my też byliśmy tacy głupi?
Gnat wzruszył ramionami.
– Pewnie tak.
– Nie pamiętam, żebym był aż tak żądny krwi.
Gnat ponownie wzruszył ramionami.
– Takie nastały czasy.
– Prawda, prawda, po trzykroć prawda. Zostawimy wam ognisko. Chodźcie, chłopcy. – Ruszyli w stronę południowego zbocza, po drodze zabierając ostatnie przedmioty, po czym kolejno zniknęli w ciemności pomiędzy głazami.
Siostrzeniec Czerstwego obrócił się, gdy przechodził przez lukę, i gestem pokazał Gnatowi, że może się pierdolić.
– Jeszcze tu wrócimy, podstępny draniu!
Jego wuj zdzielił go w potarganą łepetynę.
– Ała! No co?
– Okaż trochę szacunku.
– Przecież jest wojna.
Czerstwy uderzył go ponownie, aż młodzieniec pisnął.
– To nie powód, żeby być nieuprzejmym, gówniarzu.
Gnat stał nieruchomo, słuchając, jak narzekanie chłopaka rozwiewa się na wietrze za kamiennym kręgiem, po czym przełknął gorzką ślinę i wyjął kciuki zza pasa. Drżały mu dłonie; chcąc to ukryć, zatarł ręce, udając, że mu zimno. Jednakże zadanie zostało wykonane i wszyscy wciąż oddychali, więc poradził sobie lepiej, niż się spodziewał.
Wesoły Yon był innego zdania. Stanął obok Gnata posępny jak burzowa chmura i splunął do ogniska.
– Kiedyś możemy pożałować, że ich nie zabiliśmy.
– Niezabijanie zazwyczaj mniej ciąży mi na sumieniu niż zabijanie.
Brack cmoknął z dezaprobatą po drugiej stronie Gnata.
– Wojownik nie powinien się obarczać sumieniem.
– Ani pełnym brzuchem. – Whirrun strącił Ojca Mieczy z ramion i oparł go o ziemię, tak że głowica sięgała mu do szyi. Obracał bronią, patrząc, jak światło migocze na jelcu. – Każdy dźwiga jakieś brzemię.
– Moje jest w sam raz, chudzielcu. – Człowiek ze wzgórz z dumą poklepał się po ogromnym brzuchu, jak ojciec klepie po głowie syna.
– Wodzu. – Agrick pojawił się przy ognisku z łukiem w dłoni i strzałą zwisającą między dwoma palcami.
– Odeszli? – spytał Gnat.
– Patrzyłem, jak mijają Dzieci. Teraz przeprawiają się przez rzekę i kierują w stronę Osrungu. Athroc ma ich na oku. Będziemy wiedzieć, jeśli postanowią wrócić.
– Myślisz, że to zrobią? – spytała Cudna. – Czerstwy to dumny człowiek. Uśmiechał się, ale wcale mu się to nie spodobało. Ufasz temu staremu draniowi?
Gnat zmarszczył czoło.
– Nie bardziej niż innym w dzisiejszych czasach.
– Więc lepiej wystawmy straże.
– Racja – przytaknął Brack. – I upewnijmy się, że nasi ludzie nie zasną.
Gnat uderzył go w ramię.
– Miło z twojej strony, że zgłosiłeś się na pierwszą wartę.
– Twój brzuch dotrzyma ci towarzystwa – dodał Yon.
Teraz to jego Gnat zdzielił w ramię.
– Cieszę się, że podoba ci się ten pomysł, będziesz następny.
– Psiakrew!
– Drofd!
Kędzierzawy chłopak najwyraźniej był najmłodszy stażem w drużynie, ponieważ błyskawicznie zareagował na wezwanie.
– Tak, wodzu?
– Weź osiodłanego konia i cofnij się do drogi do Yaws. Nie jestem pewien, czyich chłopców spotkasz najpierw, pewnie Żelaznogłowego, a może Brodda Dziesięć Sposobów. W każdym razie przekaż im, że przy Bohaterach natrafiliśmy na jedną z dwunastek Wilczarza. Prawdopodobnie byli to tylko zwiadowcy, ale...
– Tylko zwiadowcy. – Cudna zerwała zębami strup z knykcia i splunęła nim z czubka języka. – Wojska Unii są wiele mil stąd, rozdzielone i rozproszone; próbują poruszać się w linii prostej po kraju pełnym gór.
– Zapewne. Ale i tak wskakuj na konia i przekaż im tę wiadomość.
– Teraz? – Na twarzy Drofda odmalowała się wyraźna niechęć. – Po ciemku?
– Nie, zaczekaj do lata – odburknęła Cudna. – Tak, teraz, głupku. Wystarczy, że będziesz się trzymał drogi.
Drofd westchnął.
– To zadanie dla bohatera.
– Jak każde zadanie na wojnie, chłopcze – odparł Gnat. Wolałby posłać kogoś innego, ale wtedy sprzeczaliby się do świtu o to, dlaczego nowy chłopak został. Przed niektórymi decyzjami mężczyzna nie może uciec.
– Racja, wodzu. Zobaczymy się za kilka dni. Pewnie będę miał obolałą dupę.
– Dlaczego? – Cudna wykonała kilka ruchów biodrami. – Dziesięć Sposobów to twój bliski przyjaciel? – To wywołało salwę śmiechu. Brack zaryczał basowo, Scorry zachichotał, nawet Yon nieco rozprostował zmarszczone czoło, co oznaczało, że był rozbawiony.
– Bardzo, kurwa, śmieszne. – Drofd zniknął w ciemności, szukając konia, by wyruszyć w drogę.
– Słyszałam, że smalec z kurczaka ułatwia sprawę! – zawołała Cudna, a chichot Whirruna odbił się echem od Bohaterów i poniósł w mrok.
Gdy emocje opadły, Gnat poczuł się wypalony. Opadł na ziemię przy ognisku, krzywiąc się, gdy zgiął obolałe kolana. Piasek wciąż był ciepły od tyłka Czerstwego. Scorry zajął miejsce naprzeciwko i zaczął ostrzyć nóż, a zgrzyt metalu wyznaczał rytm dla jego cichego, wysokiego śpiewu. To była pieśń o Skarlingu Bez Kaptura, największym bohaterze Północy, który dawno temu zjednoczył wszystkie klany, żeby przepędzić wojska Unii. Gnat siedział i słuchał, gryząc podrażnioną skórę wokół paznokci, myśląc o tym, że powinien przestać to robić.
Whirrun odłożył Ojca Mieczy, przysiadł na piętach, po czym wyjął stary woreczek, w którym trzymał runy.
– Lepiej powróżę, co?
– Musisz? – mruknął Yon.
– A co? Boisz się, co powiedzą znaki?
– Boję się, że wygłosisz stek bzdur, a ja przez pół nocy będę próbował coś z nich zrozumieć.
– Zobaczymy. – Whirrun wysypał runy na dłoń, splunął na nie, po czym rzucił na ziemię obok ogniska.
Gnat nie mógł się powstrzymać, żeby nie wyciągnąć szyi, chociaż za nic na świecie nie potrafił odczytać tego świństwa.
– Co mówią runy, Rąbnięty?
– Runy mówią... – Whirrun zmrużył oczy, jakby próbował zobaczyć coś z dużej odległości – ...że poleje się krew.
Cudna parsknęła.
– Zawsze to mówią.
– Owszem. – Whirrun szczelniej owinął się płaszczem i zamknąwszy oczy, przytulił się do rękojeści miecza jak kochanek. – Ale ostatnio częściej mają rację.
Gnat rozejrzał się ze zmarszczonym czołem po Bohaterach, zapomnianych gigantach uparcie strzegących pustki.
– Takie nastały czasy – szepnął.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-04-18 (879 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej