Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pieśń o Homanie
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Megapolis
- Adam Faber
 Syrena
- John Everson
 Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
- Stuart Turton
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 
- skomentowano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Za progiem grobu'' - Andrzej Ziemiański

Wójcik


Przeczucie, które pojawiło się w głowie Andrzejewskiego rano po wyjściu z solarium, nie myliło go. Dzień okazał się naprawdę świetny. Szczególnie zakończenie! Kiedy na wyświetlaczu telefonu pojawiło się wywołanie od pewnego starego policjanta, natychmiast przerwał skype’owe połączenie ze swoją białostocką kochanką. No trudno! Od dziecka wiedział, że łapanie dwóch srok za ogon naraz nie przynosi dobrego rezultatu.
– Słucham?
– Tu Różycki. – Rozległo się w słuchawce z lekką chrypką. Najwyraźniej pogoda za oknem nie służyła policji. – Laluś chyba odnaleziony. Trzeba przeprowadzić identyfikację i... ewentualnie... odwieźć go gdzieś.
„Laluś”. Staroświeckie określenie w ustach staroświeckiego człowieka. No tak. Policjant nie przypuszczał nawet, jak wiele mówiło o nim samym. Andrzejewski uśmiechnął się do słuchawki.
– No to proponuję, żebyśmy się tym natychmiast zajęli. Dzwoni pan z domu?
– Tak.
– To świetnie. – Mieszkali od siebie w odległości raptem kilometra. – Gdyby zaczął się pan powoli zbierać, mógłbym być po pana za trzy, cztery minuty.
– Pan chyba nie wie, jaka zima jest na zewnątrz.
– Dam radę. Do zobaczenia już na dole, na parkingu. – Andrzejewski był mistrzem w szybkim przerywaniu połączeń z ludźmi, którzy lubili ględzić i mnożyć trudności. Albo ustalać najprostszą rzecz godzinami. Dla niego samego zebranie się do wyjścia nigdy nie stanowiło problemu. Buty, kurtka z materiałów będących efektem najnowszych osiągnięć technologii przeciwwyziębieniowej, dwa obroty klucza w drzwiach. Czapkę i szalik wkładał już w windzie. Po chwili wyjeżdżał z podziemnego parkingu. Nigdy nie marnował czasu i nie bardzo rozumiał ludzi, którym wyjście zajmowało i pół godziny.
Ciekawe, co policjant miał na myśli, mówiąc: „Pan chyba nie wie, jaka zima jest na zewnątrz”? Jezdnie były odmiecione, lekko tylko przykryte naniesionym skądś białym pyłem, sygnalizacja świetlna działała bez zarzutu... Nie znał Różyckiego za dobrze. Zaczynał jednak podejrzewać, że tamten należy do wiecznych narzekaczy. „Słońce świeci – źle, bo oślepia, nie świeci – źle, bo ciemno, nic się nie dzieje – źle, bo nuda...”. Na szczęście Różycki czekał już na parkingu, okutany wieloma warstwami ubrań, jakby wybierał się na Syberię. Andrzejewski zerknął na wyświetlacz zewnętrznego termometru. Minus dziesięć. No bez przesady. Pomógł policjantowi w gramoleniu się na fotel.
– Wie pan, jak jechać?
Andrzejewski zerknął na kartkę z adresem.
– Tak. – Ruszył płynnie, bez buksowania. Zimowe opony sprawowały się bez zarzutu. – Zna pan to miejsce?
– Trochę.
Różycki zsunął szalik zasłaniający mu usta. Cholera, albo był aż takim zmarzlakiem, albo typowym Wrocławianinem z urodzenia. Minus dziesięć to naprawdę jeszcze nie arktyczne mrozy.
– Kiedyś przeszukiwałem schroniska dla bezdomnych dość często. To jest jednak dość szczególne. Nie schronisko, a ogrzewalnia.
– To znaczy?
– Do schronisk nie przyjmują pijanych. No ale zostawić ich na mrozie, żeby zamarzli, też jakoś głupio. Uruchamia się więc cała społeczna hipokryzja: damy wam się ogrzać, jednak będzie w tym też rodzaj kary. Nie wolno się wam położyć, możecie się ogrzać wyłącznie na siedząco.
Andrzejewski roześmiał się cicho.
– Wie pan, jeszcze nie tak dawno, kilka epok temu dosłownie, chorych na syfilis przyjmowano do szpitala pod warunkiem, że dobrowolnie poddadzą się chłoście. Wiadomo przecież, że chorobę tę nabywa się w sposób grzeszny, więc karę trzeba wymierzyć wstępnie.
– Tak samo jest i dzisiaj. – Policjant również się roześmiał. – Chorobę alkoholową usiłujemy leczyć poprzez karanie chorych. Wszakże choroba została nabyta w sposób grzeszny.
Zatrzymali się przed przejściem dla pieszych. Jakaś kobieta obrzuciła ich złym wzrokiem. Ta z kolei nie mogła być urodzoną Wrocławianką. Miała na sobie minispódniczkę, cieniutkie rajstopy i, co jeszcze bardziej niedorzeczne przy tej pogodzie, lekką, obcisłą kurteczkę. Obrazu zahartowanej przyjezdnej dopełniał ogromny sportowy plecak, wypchany do granic możliwości.
– A wie pan... Podobno każdy alkoholik w końcu rzuci picie. Jednak tylko nielicznym udaje się to za życia.
– Dokładnie – zgodził się policjant. – Z tym, że być może dzieje się tak w pańskich kręgach. Tam, gdzie jedziemy, jest to choroba nieuleczalna.
– Aż tak? A program wychodzenia z bezdomności?
– Dotyczy ludzi trzeźwych.
– A jakaś pomoc lekarska, terapeutyczna...
– Proszę pana... – Różycki spojrzał w bok z wyraźną kpiną. – Coś muszę panu opowiedzieć. – Przygryzł lekko wargi, powracając do wspomnień. – Kiedyś, tuż po przełomie ustrojowym w Polsce, byłem niedoświadczonym, młodym policjantem. A wie pan, jak się traktuje takiego „rookie”. Najgorsza sprawa, najgłupszy temat, niech zapieprza przy czymś, co i tak nie rokuje jakichś wyników.
– Niech taki nabierze szacunku dla pracy w policji?
– Tak jest. No i dostałem. Śmierć bezdomnego. Ewidentne morderstwo i to nie takie, że pijak pijakowi łeb uciął fragmentem butelki.
– No chyba nie na tle rabunkowym? – usiłował zażartować Andrzejewski.
– Nieistotne. Nic, oczywiście, nie dało się zrobić. Ale weszło mi to na ambicje. Harowałem po godzinach, w soboty, niedziele, absolutnie już we własnym czasie, bo oczywiście musiałem także obsługiwać bieżące sprawy. I wie pan, co?
– Stał się cud?
– Tak, prawie dokładnie po roku. Naprawdę cud i moja harówa. Dopadłem mordercę, przedstawiłem zarzuty, prokurator, sąd i pach! – Różycki spojrzał na Andrzejewskiego przez złożone dłonie, których rozcapierzone palce symulowały więzienną kratę. – Czułem się jak najlepszy szeryf na Dzikim Zachodzie. Jeszcze mi kolty dymiły, kiedy szedłem powiedzieć komuś o moim sukcesie. Powiadomić jakichś bliskich, że ten biedny człowiek został pomszczony. Że jego morderca gnije teraz w majestacie prawa!
– Nie było żadnych bliskich?
– To, że nie miał rodziny, wiedziałem już góry. Zatem komu powiedzieć, że sprawiedliwość się dokonała? Opiekun w schronisku, w którym ofiara mieszkała najdłużej, dawno się zmienił. Ciśnienie, pod którym się tam pracuje, sprawia, że rotacja personelu jest ogromna. No to komu? Kolegom? Jakim? Próbowałem się dopytywać, ale nikt go nie pamiętał. Większość tych, którzy mogli znać zabitego, już na cmentarzu, albo gdzieś w stanie permanentnego upojenia byle czym w jakichś rurociągach, tunelach czy... a cholera wie. Rotacja w takim środowisku też ogromna, tyle że w drugą stronę.
– No nieźle.
Andrzejewski przyhamował lekko, nie chcąc dojechać za szybko do zmieniających się świateł. A jednak było ślisko. ABS zadziałał, chrobocząc pod podłogą.
– I wie pan, stałem tak bezradnie, z opuszczonymi rękami, a nikt nie chciał wysłuchać, że sprawiedliwości stało się mimo wszystko zadość. Nikogo ten facet nie interesował, nikt nie miał pojęcia, o czym ja w ogóle mówię...
Andrzejewskiemu zrobiło się żal policjanta.
– Więc niech pan nie myśli, że ktoś się nimi interesuje. Nie mają zameldowania, często nie mają dowodów osobistych, nikt o nich nie zapyta. Są niewidzialni. Jakby w ogóle nie istnieli.
– No tak, tak...
Zbliżali się do ogrzewalni. Mieli problem z zaparkowaniem w pobliżu. Odmieciony z ulic śnieg stał teraz na chodniku i wpasowanie się pomiędzy dwa takie lodowe pagórki było cholernie trudne, szczególnie w nocy. W końcu Andrzejewski zostawił auto bezczelnie pod wiaduktem kolejowym, gdzie nie nawiało śniegu, zajmując jednak prawie trzy czwarte szerokości chodnika. W końcu był w towarzystwie policjanta. Drogówka mogła go pocałować w dupę.
Drzwi otworzył im opiekun, ten, który dzwonił do Różyckiego wcześniej. Ogrzewalnia o tej porze była już zamknięta i nie przyjmowała potrzebujących. Ktoś pewnie wychodził z pragmatycznego założenia, że skoro wyziębiony alkoholik nie zdołał do tej pory dowlec się tutaj to albo znalazł inne miejsce, albo po prostu zamarzł. Temperatura rzeczywiście spadała szybko.
– Możemy go zobaczyć?
Opiekun poprowadził ich przez korytarz i przebieralnię aż do sali z krzesłami. Unoszący się w powietrzu duszący smród dosłownie odrzucał. Andrzejewski, który był wrażliwym i czułym na zapachy alergikiem, miał ochotę zwymiotować. Nie wiadomo, czy ludzie siedzący w rzędach, jak w jakimś surrealistycznym teatrze pozbawionym sceny, drzemali. Prawie nikt jednak nie podniósł głowy. Opiekun podszedł do pierwszego rzędu, wsunął palce w lateksowej rękawiczce pod brodę zarośniętego młodzieńca i uniósł mu głowę.
– Ten?
Różycki, zbliżywszy się, sprawdził znamię nad uchem. Andrzejewski stał przy drzwiach. Mdliło go tak, że bał się ruszyć. Musiał jednak. Z trudem przemógł się i zrobił kilka kroków, wyjmując z kieszeni kurtki aparat fotograficzny. Ktoś siedzący obok wreszcie zareagował.
– Jestem Wójcik. – Usłyszeli. – Miło mi poznać panów.
Nie zwracali na to uwagi. A skąd ta forma? Cóż... Obaj z Różyckim porządnie ubrani, wyglądali wśród tych obdartusów niczym kosmici z innego świata.
Andrzejewski szybko zrobił zdjęcie. Musiał się cofnąć na korytarz, gdzie powietrze było choć o włos lepsze. Wyjął kartę mini-SD z aparatu i włożył do smartfona. Szybko wybrał adres poczty mailowej i wysłał fotografię jako załącznik. Po chwili z książki telefonicznej wybrał adresata i dotknął przycisku połączenia.
– Tak? – Rozległo się w słuchawce.
– Proszę sprawdzić pocztę, jeśli jest pan przy komputerze.
– Tak, jestem. – Ktoś stłumił ziewnięcie. Do Andrzejewskiego dobiegł odgłos stukania w klawisze komputera. – Znalazł pan go?
– Znamię się zgadza. Proszę zerknąć na zdjęcie twarzy.
Chwila ciszy.
– Już otwieram pocztę.
– I co? Ten?
– O Boże! Ten! Tak, to on, to nasz Maciuś!
– W takim razie jutro rano syn będzie u państwa w Warszawie. Postaram się go odwszawić i odpchlić, wypucować i sprawdzić medycznie.
– O Boże! Dziękuję panu! Dziękuję! Pan jest genialny! Wszystko zawiodło, wszystko... Tyle fałszywych alarmów, a pan... Dziękuję panu! Boże, czy on jest zdrowy?
– Żyje.
– Ja... ja... chciałbym panu tak bardzo z żoną podziękować.
– Muszę się rozłączyć. Jutro rano syn będzie w Warszawie.
Andrzejewski schował telefon do kieszeni.
– Nooo... – Różycki zadowolony uśmiechnął się szeroko. – Jak się domyślam, zarobiliśmy trochę pieniędzy.
– Nie inaczej. – Andrzejewski skinął głową. – Właśnie zarobiliśmy.
Miał przygotowane w różnych kieszeniach zwitki pieniędzy na różne okazje. Wyjął jeden, przeliczył i wręczył opiekunowi osiem banknotów stuzłotowych. Wszystko w tej operacji zostało przemyślane. Kwota nie mogła być okrągła (więc żadne pięćset ani tysiąc), żeby sprawiała wrażenie, że wynika z jakiegoś wyliczenia, a nie jest wzięta z sufitu i analizy przyszłej przydatności tego, komu się płaci. Kwota okrągła zawsze najpierw spotykała się z wdzięcznością, a potem, po przemyśleniu „mogłem wziąć więcej” albo „ciekawe, ile za to się bierze?” powodowała wzrost dalszych żądań i roszczeń. Kwota nie mogła być też za duża. Jeśli ktoś okazywał się nikim, musiał wziąć „nic” i znowu przyczyną była tylko i wyłącznie chęć uniknięcia roszczeń w przyszłości.
Co innego Różycki. Ten był oficerem i w żadnym wypadku nie wolno takiemu zapłacić w korytarzu. Swoje czterdzieści siedem tysięcy sześćset złotych odbierze przy kawie i koniaku, w jakiejś miłej atmosferze. Był kimś, a nie nikim i należał mu się szacunek. Lecz wysokość wynagrodzenia również nie zależała od jakiegoś wyliczenia, a stanowiła pewien psychologiczny trick. Ciekawe, że szczegółu tego nie znają autorzy powieści kryminalnych, każąc płacić swoim bohaterom równe kwoty – woleli powielać hollywoodzkie wzorce, też pisane przez ludzi, którzy nigdy tego naprawdę w życiu nie robili.
Policjant wyprowadzał właśnie niezbyt przytomnego, zarośniętego chłopaka, który okazał się zaginionym dzieckiem bogatych rodziców. Tuż za nimi, z sali, gdzie ustawiono krzesła, wytoczył się obszarpany mężczyzna o błędnym wzroku.
– Jestem Wójcik – powtórzył swoją ostatnią kwestię. – Poratujesz, bracie?
Ponieważ nie był oficerem, który mógł się jeszcze cholernie przydać, ani nawet opiekunem ogrzewalni, jego honorarium wyniosło jedynie dziesięć złotych. A banknot pochodził ze zwitka o wdzięcznej nazwie: „masz i odwal się”.


* * *



Wójcik siedział, chwiejąc się w przód i w tył, na twardej sklejce. Nie spowodowała tego choroba sieroca bynajmniej, nawet wieloletnia samotność nie wywoływała u niego podobnego stanu. Po prostu starał się nie zasnąć. Bez przerwy zaciskał dłoń na swoim skarbie, dziesięciozłotowym banknocie. Zastanawiał się, czy którykolwiek z lumpów obecnych na sali widział, jak elegancko ubrany mężczyzna daje mu pieniądze.
Inna, być może nawet bardziej paląca kwestia, też nie dawała mu spokoju. Co powinien teraz zrobić? Nadrzędnym nakazem, którego dyrektywy wykonawcze mózg wysyłał do wszystkich innych organów ciała, było: natychmiast się napić. Druga część świadomości ostrzegała: wyjście teraz to ogromne niebezpieczeństwo. Przecież nawet jeśli zdoła dotrzeć do nocnego i kupić sobie wino, to gdzie się podzieje, żeby je wypić? Zginie marnie na wygwizdowie. No ale... umrze w chwili, kiedy bestia będzie syta! – podpowiadała ta część mózgu, którą we władaniu miały żądze. Pić, pić... Wyjść trzeba rano. Coś zjeść. Będzie cieplej, wtedy kupi się wino i doczeka do wieczora, mając w kieszeni następną butelkę. Akurat – kpiła mroczna strona – i tak rano kupisz dwa wina. Uwalisz się i umrzesz równie szybko jak w nocy. Nie! Drugą butelkę będzie trzymał nietkniętą do wieczora! Nie uda się, nie uda...
– A ty gdzie idziesz?
Ostry głos dyżurnego wstrząsnął Wójcikiem i chyba obudził z jakiejś maligny. Stał tuż przed drzwiami przebieralni. Właśnie sięgał po swoje rzeczy. Potrząsnął głową. Robił coś w półśnie? Spanikowany zerknął na zaciśniętą pięść. Na szczęście banknot dziesięciozłotowy tkwił na swoim miejscu.
– No, gdzie idziesz, pytam?
– Wychodzę. – Wójcik wcale nie podjął takiej decyzji. Ona podjęła się sama.
Ubierał się powoli, systematycznie zapinając wszystkie guziki. Dyżurny wzruszył ramionami. Nie mógł nie wypuścić starego. To przecież nie więzienie.
– Wiesz o tym, że nie będziesz już mógł tu wrócić dzisiaj?
Wójcik ponuro przytaknął. Decyzja nie dość, że podjęła się sama, to jeszcze sama się realizowała. Na to, czego chciała bestia, nie miał żadnego wpływu. Jeszcze tylko czapka, wielkie, jednopalcowe rękawice. Przez ramię przewiesił płócienną torbę.
– Idź i niech cię szlag trafi! – Dyżurny zamknął za nim drzwi. – Dureń!
Lekki śnieżek, który musiał niedawno zacząć prószyć, nie pokrył jeszcze odmiecionych chodników, ale Wójcik wiedział, że droga do najbliższego nocnego i tak nie będzie łatwa. Telepało nim mocno i każdy krok stawał się coraz mniej pewny. Dramatycznie potrzebował alkoholu. W ruchu utrzymywała go właściwie tylko ta jedna myśl. Pierwszy łyk! Ten krztuszący, obleśnie słodki, mocny... Odurzający zapach, charakterystyczny smak. Potem drugi łyk i trzeci. To spojrzenie na wszystko wokół, już inne niż dosłownie przed chwilą, i spokój rozlewający się po całym organizmie.
Nie wiedział, jak daleko zaszedł, kiedy zobaczył zbliżający się z naprzeciwka samochód. Auto lśniło w świetle latarni, myląc wzrok ruchomymi odblaskami. Odwrócił głowę, by zobaczyć, jak zawraca, przecinając podwójną ciągłą. Co, cholera? Rozejrzał się wokół. Był jedynym przechodniem i trudno się dziwić, zważywszy pogodę oraz porę nocy. Limuzyna prawie bezszelestnie zbliżyła się do krawężnika, a potem zatrzymała kilka metrów przed Wójcikiem. Kobieta, która wysiadła z auta, była ubrana elegancko, lecz zaskakująco lekko jak na panującą na zewnątrz temperaturę. Jednak najciekawszym szczegółem jej stroju okazały się wysokie obcasy. Nawet Wójcik, choć myślał zupełnie o czym innym, pokręcił głową. Wysokie obcasy na śniegu i lodzie. Dobre.
– Przepraszam pana! – Kobieta ruszyła w jego stronę.
O Boże! Będzie zawracać mu głowę, pytać o drogę, żalić się, że nie może trafić... Nie. Nie miał najmniejszej ochoty na dyskusję z wymuskaną paniusią. Zresztą damskie powaby dawno już przestały na niego działać. Chciał się napić... Zaraz! Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. A ona...? Nie boi się?
– Proszę pana! – Piękna kobieta była coraz bliżej. Z powodu obcasów siłą rzeczy musiała stawiać drobne kroczki. – Czy mogę panu jakoś pomóc?
Aha! Nagłe olśnienie. Sumienie ruszyło, co? Piękny, cieplutki samochodzik, letnie, wykwintne ciuszki, z imprezy na raut i znowu na przyjęcie, a tu nagle... jakiś wymarznięty obdartus wlokący się bez celu w środku nocy. Sumienie.
Nie, wcale nie przyszło mu myśl, jaką by tu historyjkę ze swojego repertuaru powtórzyć, żeby wyciągnąć od damulki trochę pieniędzy. Wójcik od dawna nie był istotą racjonalną. A bestia również nie zastanawiała się nad przyszłością. Tylko tu i teraz. A tu i teraz Wójcik przecież miał już cel i środki na jego realizację. Musiał dotrzeć do nocnego, potem stanąć gdzieś w cieniu, z dala od latarni i... Kobieta jawiła się teraz tylko przeszkodą.
– Czy mogę jakoś pomóc? – Zatrzymała się tuż przed nim.
„A idź w cholerę!” – chciał powiedzieć, ale nie zdążył, bo podczas próby ominięcia przeszkody pośliznął się i o mało nie upadł. Podtrzymała go. Miała niesamowitą siłę i refleks.
– Oj, osmarkał się pan... – Otworzyła elegancką torebkę i wyjęła staromodną, płócienną chusteczkę. Kto jeszcze takich używał? – Wytrę panu.
Przyłożyła chusteczkę do nosa Wójcika.
– No! Niech pan dmuchnie.
Posłusznie, żeby mieć to z głowy, wciągnął powietrze ustami, a potem dmuchnął z całej siły.
– Doskonale! – Kobieta schowała chusteczkę z powrotem do torebki i wyciągnęła następną. – No, jeszcze raz i będziemy to mieli z głowy. No, proszę!
Co jest, do cholery? Szarpnął się niezgrabnie. Co ona robi? Trzymała go jednak mocno. Puszczaj, babo! Wziął wdech, wysmarkał się i chciał ruszyć dalej. Powinno się udać, bo kobieta zdecydowanie zluzowała chwyt. Ale...
Nie czuł swojej twarzy. Nie, nie zamarzła. Właściwie to było przyjemne uczucie. Nie czuł twarzy. Lekko kręciło mu się w głowie. Wszystko wokół stawało się piękne i przyjazne. Powróciły strzępki uczuć z dawno zapomnianego dzieciństwa. Kolory i zapachy... Zobojętniał trochę, a trochę, w pewnym sensie, wpadł w euforię. Nawet nie chciało mu się iść dalej do nocnego. A przecież nie można pokonać bestii. Niczym.
– Nie można pokonać pragnienia... – To powiedział na głos.
– Można. – Kobieta uśmiechnęła się szeroko. – Czymś znacznie silniejszym niż wóda.
Łagodnie objęła go i zaprowadziła do samochodu. Tam posadziła na tylnej kanapie i skrupulatnie przypięła pasami. Euforia unosiła Wójcika gdzieś do odległych krain nirwany. Nie czuł nawet, że samochód ruszył ostro.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-04-19 (809 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej