Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ucieczka
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Atrament - Duncan Hal

Prolog: Słowa rozpasanego pożądania


Historia – do tej pory
Historia, tak odległa w czasie i przestrzeni, wręcz niestworzona, zdała mi się egzotycznym zmyśleniem, kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy od mojego wuja, na którego ustach błąkał się cień chytrego uśmiechu, ledwo widoczny, ale wystarczający, żeby wokół oczu pojawiły się kurze łapki. Stryj Reynard, rozpustnik i łobuz. Kiedy usłyszał, że sprzedałem swoje pierwsze opowiadanie i chcę zostać pisarzem, zaprosił mnie do siebie, mówiąc, że ma dla mnie pewną historię, rodzinną legendę wartą co najmniej książki.
Gdy przybyłem do małego mieszkanka przy Baker Street, zostałem żywiołowo przywitany przez kundlicę Koré i posadzony przez gospodarza na czarnej skórzanej kanapie; na stoliku obok już stały szklanka dżinu z tonikiem i popielniczka. Stryj zapalił papierosa i rozpoczął opowieść.
– Twój dziadek, kapitan Jack Carter, wrócił z wielkiej wojny bardzo zmieniony. Widział na własne oczy krew i błoto Sommy, posyłał ludzi na śmierć, skazywał ich na rozstrzelanie za tchórzostwo. Moja matka mówiła, że tamte wspomnienia ciążyły mu niczym sekretne brzemię, od którego nie mógł się uwolnić. Pewnego dnia dostał telegram od swojego starego profesora – chyba nazywał się Hobbsbaum – pożegnał się krótko ze swoją ukochaną Anną, która w tym czasie była przy nadziei, wyruszył na Bliski Wschód i ślad po nim zaginął.
Stryj Reynard zamilkł na chwilę, stary manipulant.
– Zniknął w Welinie – oznajmił wreszcie.
– W Welinie? – powtórzyłem.
Stryj pociągnął łyk dżinu z tonikiem.
– Pusta kartka ma w sobie wielki potencjał, nie sądzisz? Jako pisarz? Na tym... podłożu za pomocą atramentu można stworzyć wszystko. Milion słów czeka na wyczarowanie lekkim muśnięciem pióra po papierze. I nawet jak już wyryjesz swoją wersję porządku na czystej tabliczce, między słowami zawsze pozostaną wolne przestrzenie, możliwości, które można wyczytać między wierszami. – Uśmiechnął się. – Uważasz, że mówię metaforami. Chyba tak. Staram się wyrażać w zrozumiały dla ciebie sposób. Historia nie biegnie prostą linią od początku do końca. Może być – i bywa – opowiedziana w różny sposób przez różnych pisarzy, z których każdy wybiera własną ścieżkę i dodaje jej drugi wymiar. Ta sama historia może być – i jest – przekazywana w różny sposób przez kolejne pokolenia. Następcy poprawiają wersję poprzedników, wznoszą własne konstrukcje na szczątkach przeszłości, nowe warianty nadają historii trzeci wymiar. Kiedy potem ją czytamy, podążając szlakiem atramentu, poruszamy się w trzech wymiarach, mkniemy naprzód, skaczemy do tyłu, zbaczamy tu i tam, zastanawiając się, jak mogło być inaczej, kopiąc w złożach osadowych opowieści, martwych prawd ukrytych pod nowym tekstem. To metafora czasu. Taka jest natura Welinu. Czas ma trzy wymiary, podobnie jak przestrzeń.
Idee światów równoległych fizyki kwantowej albo alternatywnych historii nie były mi obce, ale myśl o... poprzednich rzeczywistościach...
– Nie jestem pewien, czy...
– Żyjemy w małym zagajniku na powierzchni wielkiej kuli – ciągnął stryj – w małej dolinie rzeczywistości i widzimy tylko to, co za nami i przed nami. Ale istnieją w Welinie inne doliny i równiny, gdzie czas tworzy rozległe pola iluzji, na których łatwo zboczyć z drogi i zajść tak daleko, że kiedy człowiek się obejrzy, zobaczy przeszłość, ale już nie swoją. Są też rozpadliny, uskoki, gdzie przesuwające się kontynenty wypiętrzyły starsze światy w łańcuchy górskie, przy których pierwotnym majestacie jesteśmy karzełkami. Gdy zrobisz krok poza ten świat, pod stopami znajdziesz rumowisko mitów, w skalnym zboczu przed sobą ujrzysz skamieniałe pióra anielskich skrzydeł. Zaczekaj chwilę.
Stryj dźwignął się z fotela i wyszedł z pokoju. Przez otwarte drzwi widziałem, jak przecina kwadratowy przedpokój swojego mieszkania z jedną sypialnią – kawalerskiego gniazdka, jak je nazywał – i wchodzi do gabinetu. Chwilę później wrócił z czymś w rodzaju pojemnika na cygara,
wielkości pudełka na buty, może trochę większego. Każdy centymetr jego powierzchni zdobiły zawiłe abstrakcyjne wzory, wieczko było na zawiasach, klamra z mosiądzu.
– Twój dziadek zniknął w Welinie, lecz przysłał nam to. Twój ojciec chciał je spalić, ale go powstrzymałem. Uznałem, że ty powinieneś je dostać. Zgodnie z wolą dziadka.
Położył pudełko na moich kolanach.
– Napisał to na pierwszej stronie.
Odpiąłem klamrę i otworzyłem wieczko. Skrzypnął zawias. W środku było pełno papierów – luźnych świstków i notatników – o pożółkłych kartkach i skórzanych oprawach, kruchych jak jesienne liście. Pachniały kurzem i rozkładem, i chyba trochę siarką; pod palcami czułem piasek albo sól oblepiającą gładkie, choć zniszczone powierzchnie wyprawionej skóry i wyblakłego pergaminu.
Zgodnie z tym, co powiedział stryj, na pierwszej stronie – a właściwie na kawałku kartki wydartej nierówno z jakiejś taniej książki – wyraźnie było napisane, że tajemnica jest przeznaczona dla mnie.

Dla mojego wnuka Reynarda, jeszcze nienarodzonego i nienapisanego.
Obyś uczynił z tego szaleństwa przyszłość wolną od przeznaczenia.
Zmień Księgę w książkę.
Jack Carter, Palestyna, 1929


– Nie rozumiem – powiedziałem. – Przyszłość wolna od przeznaczenia? Jaka książka?
Księga wszystkich godzin – wyjaśnił stryj. – Przypuszczam, domyślam się, że chodzi o... projekt Welinu, całej rzeczywistości, całej nierzeczywistości, uwiecznionej w grimoire, która mogła zostać spisana przez samego Boga, jeśli wierzysz w takie rzeczy. Podręcznik matematyki i metafizyki napisany w języku aniołów – on nazywa go Mową – języku, który spaja rzeczywistość.
Księga wszystkich godzin?
– Przeczytaj ją i sam zobacz – odparł stryj Reynard.

Dawno, dawno temu
– Dawno, dawno temu – zaczął Jack, gdy siedzieliśmy w ogrodzie – była sobie księga pod tytułem Dawno, dawno temu, o małym Jacku. Niestety, Jack nie przepadał za książkami, bardziej interesowały go pistolety zabawki i tego rodzaju gówno, więc wziął flamastry i pomazał ją całą, aż nie można było odczytać żadnego słowa w jednym wielkim kleksie z atramentu.
Oberwał za to jak cholera. – Spojrzał na mnie i dodał: – Taka właśnie jest historia mojego życia, atramentowy chaos. I tym samym jest Księga wszystkich godzin, Guy, pieprzona Księga wszystkich pieprzonych godzin. Oto skąd się wzięły moje blizny.
Pomyślałem o pierwszych słowach Księgi: Na początku. Powszechnie znany tytuł pierwszego rozdziału, Genesis, pochodził od hobbeńskiego słowa bereshit przetłumaczonego na versidzki. Dawno, dawno temu to całkiem trafne tłumaczenie tytułu księgi o początku, o niebiosach i Ziemi powołanych do istnienia tchnieniem Zeusa na pustkę, uznałem. Chyba dobry sposób na rozpoczęcie tej opowieści.
Dawno, dawno temu był sobie mały Jack.
Jacka poznałem w szpitalu Poudre Valley w Laramie, w Manitu Północnym, do którego przyjęto go na leczenie z powodu ran. Zostałem wezwany jako konsultant psycholog, żeby ocenić, czy pacjent ma skłonności samobójcze. Sieć blizn na jego piersi świadczyła o samookaleczeniu albo maltretowaniu, ale były też inne, bardziej przerażające ślady. Z karty choroby wynikało, że trzy dni wcześniej Jack nożycami ogrodowymi odciął sobie skrzydła, najpierw usunąwszy rogi piłą i szlifierką. Siedząc na brzegu łóżka i wyglądając przez okno, z opatrunkiem na plecach wyraźnie widocznym pod szlafrokiem i obandażowaną głową – gęsta czupryna blond włosów o ognistym odcieniu sterczała wokół białej gazy niczym płonące zboże – powiedział mi, że tak naprawdę nigdy nie miał skrzydeł.
– Ani rogów – dodał.
Dysmorfia, pomyślałem od razu.
Potem oznajmił, że jest odmieńcem.
Na pierwszym spotkaniu nie robiłem notatek. W takich okolicznościach wolałem zwykłą rozmowę, która pomaga pacjentom rozluźnić się i otworzyć – czują się swobodniej niż w czasie tradycyjnego badania przez obcego człowieka z notesem w ręce, który oficjalnym tonem zadaje pytania. Takie podejście pozwala mi jednocześnie na wnikliwszą obserwację. Pamiętam, zauważyłem, że w pokoju nie ma kartek pocztowych ani kwiatów. Spartańskie otoczenie i brak śladów odwiedzin pasowały do obojętności pacjenta. Podobnie jak brak skrzydeł, które mógłby złożyć wokół siebie dla osłony przed chłodem Zimy.
– Żadnej rodziny – wyjaśnił. – Nie w tym świecie, doktorku. Jestem odmieńcem, rozumie pan. Osieroconym Orfeuszem szukającym swojej Eurydyki.
Później się dowiedziałem, że rodzice Jacka są nieznani. Zajęła się nim opieka społeczna, przerzucano go z jednego sierocińca do drugiego; jego akta spłonęły w pożarze, powiedział mi dyrektor jednego z domów dziecka. Można by niemal pomyśleć, że naprawdę zjawił się tutaj z jakiegoś innego świata, z innego czasu.
Ale na pierwszym spotkaniu tylko rozglądałem się po jego pokoju szukając jakichkolwiek wskazówek. Jedynym przedmiotem zdradzającym potrzebę otuchy była Księga wszystkich godzin Gideona, która leżała otwarta na szafce przy łóżku. Nie wydało mi się to niezwykłe tutaj, na środkowym zachodzie Amoryki, w sercu kultury przesiąkniętej ewangeliczną wiarą. Jedno z pytań, które najczęściej zadawali mi koledzy, żeby zagaić przyjazną rozmowę, brzmiało: Do jakiego kościoła chodzisz w Albionie? Odchrząkiwałem wtedy i wyznawałem, że jestem niewierzący. Przez chwilę patrzyli na mnie wstrząśnięci, raczej skonfundowani, gdyż nie rozumieli, jak, u licha, ktoś może nie pragnąć w życiu miłości Naszego Pana Adonisa – po czym szybko zmieniali temat.
Księga świadczyła o tym, że Jack nie jest całkiem wyobcowany z otaczającego go świata.

Pasterze w Arkadii
– Czytałeś Księgę – mówię.
Siadam na brzegu łóżka i biorę Gideona z szafki, żeby zobaczyć, jaką przypowieść albo proroctwo studiował Jack. Tego rodzaju drobiazgi często wskazują na stan umysłu pacjenta: ci w depresji zwykle lubią Księgę Hioba, bo identyfikują się z tym nieszczęśnikiem, który cierpi bez skargi, i stawiają sobie za wzór jego nieugiętość wobec ciężkiego losu; neurotycy wolą Nowy Testament, ponieważ szukają oparcia i afirmacji u zawsze kochającego Chrystusa, natomiast osobowości schizoidalne zawsze wybierają Objawienie.
Egzemplarz Jacka jest otwarty na Pieśni Salamandra, jedynej części Księgi, dla której sam znalazłem kiedyś sporo czasu, nie przypowieści ani proroctwu, tylko zwykłej poezji.
– „Niech mnie pocałuje pocałunkiem ust swoich” – cytuje Jack pierwszy wers Pieśni Salamandra, Pieśni nad Pieśniami. Odwraca się i patrzy na mnie, a ja dostrzegam w jego niebieskich tęczówkach srebrzysty płomień i błyski złota. On jest inny, uświadamiam sobie. Elementy łamigłówki wskakują na swoje miejsce, urojenie Jacka, że pochodzi ze świata bezskrzydłych szaraków, staje się bardziej zrozumiałe.
Wyobrażam sobie jego przeszłość. Matka, angelo-satyr, patrzy na swojego syna po raz pierwszy i widzi połysk jego skóry, blask oczu, trochę bardziej zmysłowy, niżby należało. Znienawidziła go sama czy może żłopiący piwo ojciec jednym machnięciem ręki strącił naczynia z kuchennego blatu i w furii groźnie rozpostarł wielkie czarne skrzydła? Zabieraj to coś z mojego domu! Dziecko dorastało pod opieką osób, które go nie kochały, i zdawało sobie sprawę, że jest inne niż rówieśnicy.
Chryste, minęło zaledwie kilka tygodni od tragicznej śmierci Thomasa Messengera, która okryła hańbą miasteczko, stan, całą Amorykę. Do jakiego stopnia kosmopolitycznie jest tutaj, w uniwersyteckim mieście korporacji studenckich i piwiarni?
Jack dochodzi do wniosku, że jest odmieńcem. Nie należy do świata, który morduje osobę tak niewinną jak Thomas Messenger za to tylko, że jest gejem.
Próbuję naprowadzić go na to wyjaśnienie, ale w chwili, gdy z moich ust pada nazwisko zamordowanego studenta, on przerywa mi z wyrazem takiego bólu, gniewu i... że, na Zeusa, rozumiem coraz więcej.
– Znałem go jako Puka – mówi Jack głosem tak ochrypłym od tłumionego żalu, że ledwo odróżniam słowa.
Przyjaciel Jacka, Puk, zginął na wzgórzu tamtego Mroku, dokładnie 16 października. Zginął pobity na śmierć przez nienawidzących pedałów dwóch łajdaków, którzy poderwali go w barze na obietnicę trójkąta.
– Wtedy się dowiedziałem – wyjawił mi Jack. – Śmierć otwiera oczy, doktorku. Jeśli ich nie zamyka i nie kładzie monet na cholernych powiekach.
Siedzieliśmy na drewnianej ławce w szpitalnym ogrodzie, ja ze skrzydłami złożonymi ciasno pod anorakiem podbitym futrem, skulony przed przenikliwym styczniowym chłodem, Jack w rozchylonym szlafroku, z luźno zwisającym paskiem. Rozgrzany gniewem, nie zważał na zimno. Wydmuchał pióropusz pary w powietrze i zerknął na mnie; wiedział, że to dzień mojego spotkania z szefem personelu, wiedział, że wychodząc, zostawię zalecenia decydujące o jego przyszłości, tutaj albo w zewnętrznym świecie: uznam, że stanowi zagrożenie dla samego siebie, przepiszę leki na depresję albo psychozę, zatrzymam go na dalszą obserwację albo wypuszczę, żeby utonął lub pływał.
– Chryste, Guy, nie zabiję się – zapewnił. – Będę żył na przekór skurwielom. Walczyć czy uciekać? Cholera, zamierzam rozpalić ogień pod ich pieprzonymi stopami.
– Zacząłem sobie wszystko przypominać na pogrzebie. Myślałem o tym, jak się poznaliśmy. To było na wykładzie z socjologii. Po prostu zaskoczyło, jakbyśmy się znali przez całe życie. Na pogrzebie zacząłem sobie przypominać, że rzeczywiście się znaliśmy. Przez całe życie. Siedzi w jednym ze skórzanych foteli, które ustawiłem naprzeciwko siebie po obu stronach okna w moim gabinecie do takich właśnie rozmów, takich wyznań. To nasze trzecie czy czwarte spotkanie. Przepraszam, ostatnio trudno mi zebrać myśli.
– Bawiliśmy się jak dzieci na polach iluzji – ciągnie Jack. – Udawaliśmy. Jednego dnia byliśmy żołnierzami z pierwszej wojny światowej: kapitan „Szalony” Jack Carter, szeregowiec Thomas Messenger. Kiedy indziej ja odgrywałem serafina, wysłanego, żeby go tropił w tej dziwnej szarej wersji Amoryki. Leżeliśmy w łóżku i zasypialiśmy w tym świecie, a budziliśmy się w mieście Endhaven, wśród ubranych na czarno uciekinierów przed nanotechnologiczną apokalipsą. Byliśmy pasterzami w Arkadii i męskimi prostytutkami na ulicach Sodomy, doktorku. Przemierzałem pustynie większe niż cały świat, bo on rzucał mi wyzwanie. Prowadziłem armie ku zagładzie, bo on był w niebezpieczeństwie. Przypomniałem sobie wszystko – Chryste, zupełnie jakbym znowu się narodził – gdy stałem na jego pogrzebie, słuchałem, jak pastor wygłasza swoje bzdury. Przeżyliśmy milion żywotów i zawsze się spotykaliśmy, nieważne, w jaki fałd Welinu trafiliśmy.
To atak psychozy, ucieczka przez straszną rzeczywistością w wyszukane fantazje o wieczności.
– A w tych innych... fałdach Puk nie umierał? – pytam.
– O nie, on zawsze umiera. Powinieneś to wiedzieć, Reynard. Ty też powinieneś pamiętać.


Fragment udostępniło Wydawnictwo MAG








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-07-31 (1641 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej